niedziela, 29 grudnia 2013

[10/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

10.

Obudziłem się dość wcześnie, bo o szóstej, ale doszedłem do wniosku, że spałem aż osiem godzin. Poczułem wręcz wyrzuty sumienia, że tak długo pozostałem bezczynny, więc szybko wstałem i poszedłem do łazienki, po drodze zostając znokautowanym karcącym wzrokiem rodzicielki i bratem, patrzącym na mnie z wyższością.
- Shinji, sprężaj się - powiedziała oschle matka.
Zniknąłem za drzwiami łazienki i odetchnąłem. Po raz pierwszy pożałowałem, że nie wygadałem się Sakamoto. To takie irracjonalne - mówić o sobie obcym. Tak samo, jak nienawidzić i podziwiać. Ambiwalentnie...
Patrzyłem przez chwilę w lustro. Byłem gruby i musiałem coś z tym zrobić. Sakamoto był chudy. Nawet bardzo. Może wręcz za... albo właśnie idealny.
Wyszedłem ubrany byłem na czarno.
- Ty na pogrzeb idziesz czy do ojca? Przebierz się w coś normalnego - wybąkała matka. - Spójrz na brata i bierz z niego przykład.
- Klimakterium jeszcze nie minęło? - odpyskowałem i natychmiastowo zniknąłem za drzwiami swojego pokoju. Zamknąłem je na klucz. Powoli puszczały mi nerwy. Sakamoto. Matka. Ojciec. Brat. Oni. Takashi... pewnie na moim miejscu starałby się trzymać fason. Po co właściwie o tym mówiłem? Musiałem przez to przebrnąć jak zawsze - jakoś przetrwać, a później w samotni rozładować skrywaną frustrację. To samo w sobie zdawało się frustrujące, ale nie chciałem o tym myśleć. Pół godziny później w eleganckiej białej koszuli, zapiętej pod samą szyję, jechałem do szpitala, w którym leżał ojciec. Siedziałem jak zwykle na tylnym siedzeniu samochodu, a miejsce obok mnie zajmował denerwujący samą swoją obecnością braciszek. Zawsze miałem wrażenie, że próbuje się wywyższyć, pokazać w lepszym świetle przed rodzicami - zresztą tak też istotnie było. Czym ja się oszukiwałem? Byłem beznadziejny...
Chcąc przerwać pesymistyczne myśli, które skończyć się mogły tylko chęcią otworzenia drzwi i wyskoczenia wprost na ruchliwą ulicę, postanowiłem obserwować widoki za oknem. Przemijały budynki, drzewa i inne samochody. W sumie nic fascynującego. Niebo, jak zwykle szare. Zagłębiając się w ten melancholijny nastrój, odbiegałem myślami jeszcze dalej. Przed oczami sama z siebie pojawiła się sylwetka Takashiego. Idiotyczne. On naprawdę miał w sobie coś cholernie idealnego. Coś, przez co było mi do niego okropnie daleko, a jednak mimo to (a może właśnie dlatego) czułem do niego pewną pogardę. Reasumując - przyszedł z innej szkoły. Lepszej szkoły, takiej w Fukushimie. Jego rodzice na pewno mieli więcej pieniędzy. Umiał się ładnie ubrać i uczesać. Onieśmielał dziewczyny (nazwałbym go wręcz męską wersją femme fatale). Nawet z moim przyjacielem zakumplował się tak, jakby był jego znajomym od zawsze. Ludzie do niego lgnęli. Był idealny - zupełnie irracjonalnie i irytująco perfekcyjny. Nawet ta jego głupia próżność i wywyższanie się były idealne. Właściwie dziwiło mnie, dlaczego spędzał ze mną tyle czasu...no tak, projekt. Czułem, że go nie skończę, chociaż pewnie pan perfekcyjny coś wymyśli. Westchnąłem ciężko, zupełnie niekontrolowanie, bo nagle poczułem na sobie skonfundowane spojrzenie brata. Zerknąłem na niego.
- Co jest brat? Zakochałeś się? - zapytał, wyraźnie ożywiony.
Przewróciłem oczami. Tak, na pewno.
- Nie mam tylko dziewczyn w głowie - odparłem tak obojętnie, jak tylko potrafiłem do tego demonstracyjnie przewracając oczami.
- Niee? Ostatnio ponoć byłeś w barze z Hiroko-chan i Shiroyamą.
Zmarszczyłem brwi. Mama najwidoczniej zainteresowała się rozmową. Tylko tego mi brakowało.
- Nie mów tak na nią, nie jest twoją koleżanką - pouczyłem brata.
- Miałeś się z nim nie spotykać. I w jakim barze? Mało mam z tobą problemów? - mówiła matka, patrząc na drogę. Odwrócona do mnie plecami - w sumie to trochę tak, jakby jej nie było. Całkiem podobał mi się taki obrót spraw. Brata też dało się jakoś ignorować. Choć gdy wracałem do okna, pojawiał się Takashi. Sam już nie wiedziałem, co było gorsze.
Dotarliśmy, wysiedliśmy. Nigdy nie lubiłem zapachu szpitala. Bandaże, leki, woda utleniona i choroba snuły się w powietrzu. Zawsze kojarzyło mi się to ze starością. Nie gardziłem ludźmi w podeszłym wieku, po prostu wydawało się to zawsze etapem tak odległym, że wręcz nierealnym.
Ojciec leżał na łóżku, ale nie wyglądał, jakby był w złym stanie. Opowiadał nam, że na razie czeka na wyniki badań i nie wysyłają go do domu, bo lekarz postanowił zostawić go na obserwacji. Później rozmawiał z mamą, brat w tym czasie próbował mu przytykać, a matka rozpłakała się mówiąc o moim karygodnym zachowaniu. Wcale nie chciałem być uczestnikiem tej szopki, więc uciekłem do łazienki. Oczywiście, że czułem się źle uciekając, ale co innego miałem zrobić? Z lubością przysłuchiwać się temu, jak po mnie delikatnie mówiąc "jadą" czy wziąć przykład z matki i wyryczeć się Aoiemu do słuchawki? Albo lepiej, powiedzieć im, że mam chłopaka, takiego nowego, postawnego, który się świetnie uczy i jest rewelacyjny w łóżku, żeby tylko wyrzucili mnie wreszcie z tego pokręconego domu. Choć w domu pani Shiroyama miałem się nie pokazywać od tego incydentu z piwem... Westchnąłem i ochlapałem twarz chłodną wodą. O czym ja myślałem? Wszystko stawało się coraz dziwniejsze. Ja i Sakamoto? To wprawdzie nie był pierwszy raz, kiedy przyłapałem się na myśleniu o czymś nader niedorzecznym, ale nigdy nie było to coś... stop. Trzeba wracać - stwierdziłem w myślach i spojrzałem tylko na oblicze trupa, dumnie odbijające swoją mierność w lustrze naprzeciw. Byłem gruby. Za gruby. Gdy jakaś irracjonalna część mojego umysłu, zaczęła wracać do idealnego ciała Takashiego, po prostu wyszedłem.
Na korytarzu zobaczyłem się z mamą i bratem. Rodzicielka była spokojniejsza, a brat patrzył na mnie, jak zwykle - z góry. Oznajmili mi, że ojciec musi wypoczywać i za chwilę ma mieć kolejne badanie, więc zostali wyproszeni z sali. Czas wracać... już?
Właśnie wtedy, gdy zawiłymi korytarzami szliśmy do wyjścia - na przedzie matka z bratem, ja utrzymując minimalny dystans - dokładnie wtedy po drugiej stronie korytarza przeszedł ktoś, wyglądający zupełnie jak Takashi... jego nie dało się pomylić. Czułem, jak nogi grzęzną mi w podłożu. Przez chwilę miałem wrażenie, że pode mną pojawiły się ruchome piaski i ciągną mnie w dół. Jednak szedłem. Sakamoto nawet mnie nie zauważył. Co on robił w szpitalu?
Co najmniej dziwnym by było, gdybym nagle zaczął za nim biec, więc postanowiłem zachować zimną krew i ze stoickim spokojem, szedłem za krewnymi. Mimo, że moje serce waliło jak oszalałe. Mimo, że w głębi duszy od środka paliła mnie ochota, by po prostu za nim pobiec.
Właściwie... po co on tam był? Może jakiś jego krewny też leży w szpitalu? Ale dlaczego akurat w tym, na oddziale onkologii? W Fukushimie na pewno ich nie brakowało... po co jego krewni mieliby się fatygować aż tu?
A może mnie śledził? Choć to chyba zbyt wydumane i irracjonalne.
Więc po co by tu przychodził?
A może jakiś jego krewny tu pracuje? Chociaż posiadając rodzinę w tych stronach, po co zatrzymywałby się w hotelu - skoro przyszedł do nich, nie mogą być w złych relacjach.
Właśnie wtedy, dochodząc do końca korytarza, spojrzałem w stronę, w którą pobiegł Takashi. Zamarłem. Tym razem moje stopy rzeczywiście wrosły w podłoże, a usta nieestetycznie się rozdziawiły. Byłem taki nieładny - na pewno zbyt nieładny dla niego.

sobota, 21 grudnia 2013

[9/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

09.

Byłem pewny, że zauważył. Próbowałem przezwyciężyć ciepło, napływające do moich policzków - niestety nieskutecznie.
Dzień minął, szybko nastał wieczór. Nagle odprowadzałem Takashiego pod hotel (nawet nie wiedziałem dlaczego). Znów nastała krępująca cisza. Tym razem jednak zupełnie nie miałem pomysłu na zabicie jej. Wszystkie optymalne pytania zdawały się zbyt głupie, a nogi coraz bardziej miękły w kolanach. W żołądku panował ścisk. Wiedziałem, że niedługo się rozejdziemy i miałem cichą nadzieję, że to dziwne uczucie przejdzie. Gorączkowo na niego spoglądałem, wręcz wbrew własnej woli. Było już ciemno, więc jego sylwetkę mogłem obserwować jedynie dzięki światłu, jakie dawały przydrożne lampy.
- Lubię takie wieczory jak ten - odezwał się. Ta chwila miała w sobie coś niezwykłego. Zwykle to ja zabijałem krępującą ciszę między nami.
- Takie? - dopytałem, chcąc utrzymać rozmowę. On obrzucił mnie krytycznym spojrzeniem za głupie pytanie i spojrzał w górę.
- Gwieździste. Mają w sobie coś z dawno zapomnianego romantyzmu, nie sądzisz?
Przez chwilę jakby coś się w nim zmieniło. Brzmiał inaczej niż zawsze. Ton jego głosu, wyraz twarzy. Przez ten moment bez maski wydał mi się piękny. Raz, dwa, trzy sekundy wpatrywania się w niego z oślim zachwytem. Nasze spojrzenia się spotkały. Tak, to zdecydowanie było cholernie romantyczne. A może on tylko żartował?
- Może trochę... - odparłem wymijająco. Wolałem obrać bezpieczną pozycję.
- Dlaczego się mnie boi...
- Nie boję się... - przerwałem mu. Nastała chwila niewygodnego milczenia, w której gdzieś w atmosferze wisiało coś wzbudzającego irracjonalną panikę. Moją oczywiście. On był opanowaną ofiarą mojego bezczelnego wychylenia. Nikt mu nie przerywał w końcu to Sakamoto - jak to dumnie brzmi - zakpiłem w duchu, by nie ulec nagle zgęstniałej atmosferze.
- Dobranoc - usłyszałem tylko zdawkowe pożegnanie i trzask zamykanych drzwi. Wtedy poczułem wyrzuty sumienia. Może jednak nie powinienem mu przerywać? - do dziś się dziwię, jak absurdalne były te myśli. Właśnie tak działał Takashi. Skrajnie sugestywny i przy tym zupełnie bezkompromisowy oraz nieugięty. Jego stalowa maska sama prosiła się o zdarcie jej z twarzy.
Odwróciłem się na pięcie i wróciłem do domu, w którym czekała na mnie kolejna niesamowita niespodzianka...
- Gdzie ty się szlajasz?! - wydarła się od progu znerwicowana matka.
- Robiłem projekt z kolegą, mamo - odparłem zgodnie z prawdą.
- Mógłbyś być czasem w domu wtedy, kiedy jesteś potrzebny! Ojciec trafił do szpitala, podejrzewają raka szpiku, a ty się szlajasz!
Zamurowało mnie. Ojciec nigdy nie był personą, pełniącą jakieś ważniejsze funkcje w moim życiu, ale nie wyobrażałem sobie, że za kilka tygodni, może miesięcy, zostanie kompletnie wykluczony z mojego codziennego trybu życia. To było dziwne i złe.
- Jutro idziemy go odwiedzić, zwolnij się. - powiedziała jeszcze sucho.
- Nie wiedziałem - mruknąłem pod nosem, ignorując jej ostatnie słowa i zniknąłem za drzwiami pokoju.
Wyjąłem telefon. Musiałem napisać do Sakamoto, że mnie nie będzie, bo oj... Przypomniałem sobie, że Takashi wcale nie podawał mi swojego numeru - została mi tylko tajemnicza karteczka, która gdzieś zniknęła. Rozejrzałem się podejrzliwie po pokoju. Szukałem na biurku, na łóżku, pod łóżkiem, pod biurkiem, w szafie, w szufladach, na podłodze, parapecie - przeszukałem niemal wszystko. Już przymierzałem się do wyjścia z pokoju prosto do jaskini lwa w celu dalszych poszukiwań, gdy wyjąłem telefon, by sprawdzić godzinę. Wtedy też z mojej kieszeni wypadł stary bilet. Schyliłem się po niego i gdy spojrzałem przed siebie, na parapecie przy oknie leżała mała, biała karteczka. Od razu ją poznałem. Wpisałem numer i zacząłem się zastanawiać, czy nie byłoby lepiej po prostu do niego zadzwonić. O ostatnim "nieodebraniu" i tym, że właściwie nie mam pewności, czy to jego numer przypomniałem sobie dopiero po usłyszeniu drugiego sygnału oczekiwania. Właściwie już dzwoniłem, więc dziwnym by było, gdybym po prostu się rozłączył. Odebrał po trzecim sygnale. W tle słyszałem milknące głosy, więc na pewno nie był sam. No tak, ktoś taki jak on nigdy nie narzekał na brak towarzystwa, w końcu ludzie do niego lgnęli. Zazdrościłem mu?
- Halo?
- Witaj, tygrysie.
Wcale mu nie zazdrościłem.
W tle zabrzmiały jakieś dziewczęce chichoty.
Wcale.
- Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że nie będzie mnie jutro w szkole, więc musimy odłożyć dalsze robienie projektu na pojutrze.
- Dobrze tygrysie, jednak pamiętaj o swojej ocenie.
Zawrzało we mnie. Oczywiście, że pamiętałem. Zasrany Takashi nie musiał być taki troskliwy.
- Nie martw się o to, dam radę.
- Skoro już odmawiasz, to może chociaż dowiem się z jakiej przyczyny cię nie będzie?
Poczułem się zmieszany. Z jednej strony miałem ochotę opowiedzieć mu o wiecznie znerwicowanej matce i chorym ojcu, nawet dorzuciłbym jakże dramatyczny wątek z lepszym traktowaniem młodszego brata, ale uznałem, że to bez sensu. Zwyciężyła "druga strona".
- To sprawy prywatne - odparłem.
- Rozumiem. To do zobaczenia pojutrze, Shinji - rozłączył się.
Nawet nie zdążyłem pożegnać się bardziej zdawkowo od niego. Był zawiedziony? Nie, to nie mogło być to.
Poszedłem spać. Miałem dość tego dnia i sądząc po optymistycznym wieczorze, zerwałbym wszystkie struny w gitarze, albo co gorsza nie mógłbym jej nastroić, co doprowadziłoby mnie do szewskiej pasji i zrobiłbym to samo - tym razem celowo. Tak naprawdę wcale nie byłem nerwowy. Gdy kładłem się spać i odkładałem telefon, przed oczami mignęła mi data. Była środa. Trzy dni z siedmiu. Czwarty mi wypadnie. Zostaną tylko trzy na skończenie projektu i... w piątek mieli wracać oni.

środa, 18 grudnia 2013

[8/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

08.

- Ślicznie razem wyglądacie.
Odskoczyliśmy od siebie z Yuu, po czym próbując się odwrócić, zrobiłem piruet tak widowiskowy, że prawie wylądowałem na szanownych czterech literach, jakimś niejasnym cudem tylko utrzymując równowagę. Musiało to wyglądać bardzo komicznie. Na twarzy Sakamoto jednak nie pojawił się uśmiech rozbawienia, tylko ten, który przykleił sobie do twarzy także wtedy, gdy widziałem go za pierwszym razem - uśmiech cynika.
- To nie... - zająkał się Aoi.
- Świergoczcie dalej, gołąbeczki - powiedział, wkładając fajkę do ust, po czym zapalił ją. W jego ruchach ukryta była jakaś gracja, coś niesamowitego. Wszystko robił z niebywałym wyczuciem. - Udam, że tego nie widzę - powiedział rzeczywiście zwracając wzrok w innym kierunku. Choć dałbym sobie tłuszcz zabrać, że jego wzrok przesunął się na moją sylwetkę i właśnie przez ten jeden moment błysnęło w jego oczach coś krytycznego.
Nogi nie miękły mi już w kolanach, choć osy wciąż wykazywały się typową złośliwością. Cudownie.
- Nie mamy się ku so... - zaczął się tłumaczyć Yuu. Zdenerwowałem się (w końcu po co mamy mu się z czegokolwiek tłumaczyć?) i mu przerwałem:
- Co cię obchodzi, co i z kim robimy?!
Spojrzał na mnie momentalnie samym wzrokiem wgniatając w ziemię. Poczułem się jak mrówka. Uśmiechnął się.
- Powinieneś oficjalnie zostać tygrysem - powiedział, idąc do śmietnika, by zgasić fajkę. Odetchnąłem.
Spojrzałem na Yuu.
- Gwoli ścisłości - odezwał się jeszcze Takashi - mnie nic, ale Haruki z całą pewnością.
Yuu momentalnie stał się czerwony jak piwonia i otworzył usta, ale zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, Takashi wszedł z powrotem do klubu.
- Haruki tam jest? - spojrzał na mnie i zapytał widocznie poruszony. Wciąż był czerwony. Zacząłem się zastanawiać, czy wyglądałem tak samo idiotycznie, gdy uciekałem od Takashiego.
- Nie wiem, wracam do domu - powiedziałem, odwróciłem się i poszedłem. Aoi przez chwilę się wahał, po czym wrócił do klubu.
W domu czekała na mnie rodzicielka z kolejną porcją pozytywnych wiadomości, które zaczynały się od "Dlaczego tak późno...?!", przez "... papierosami i alkoholem...", aż do "Idź już do siebie, twoja babcia nigdy nie chciałaby zobaczyć cię takim."
Potem zamknąłem się w pokoju i położyłem spać. Nie pozwalał mi na to jedynie uporczywy ścisk w brzuchu.Właściwie nie wiedziałem, czym był spowodowany - położyłem się spać tak, jak zawsze. Tak samo też wyłączyłem swoje myśli, gdy nagle poczułem to...
Byłem zmęczony i chciało mi się spać, ale nie mogłem. Przeleżałem całą noc w łóżku i zasnąłem dopiero po czwartej. Po trzech godzinach wparowała mama ze swoim typowym komunikatem.
To był czas otworzenia ciężkich jak głazy powiek i zebrania resztek zwiotczałego ciała o masie chyba dwukrotnie większej niż normalnie z łóżka. Z dumą mogę przyznać, że udało mi się to już pół godziny później. Niestety mama na przepełniona dumą nie wyglądała.
Gdy dotarłem już do szkoły, Sakamoto stał przed szkołą i wyraźnie mnie oczekiwał. Był jak zwykle schludny, idealny i pachnący. Nie było po nim widać żadnego skutku poprzedniego wieczora. Podszedłem do niego i przywitałem się, on odpowiedział tym samym.
- Dzisiaj idziemy w plener, tygrysie - powiedział, przybierając znów typowy uśmieszek. Coś w jego oczach błysnęło niezdrowo. Zadrżałem niekontrolowanie, co on, sądząc po wyrazie twarzy, niewątpliwie zauważył.
To był zdecydowanie jeden z tych dni, kiedy kompletnie nie miałem humoru, a jego osoba, wobec której byłem bardzo niezdecydowany, tylko wprawiała mnie w gorszy stan.
- Masz zamiar fotografować ptaszki i żuczki czy poderwać dziewczynę i miziać się na łonie natury? - wypaliłem, dobrze widząc jego wcześniejsze zapędy.
Uniósł brew, jak zawsze.
- Głodnemu chleb na myśli, może jednak powinieneś się zobaczyć dziś z Yuu? - odpowiedział, wyjmując z prostej czarnej torby na ramię aparat. - Chodź już tygrysie, niestety zostaję ci tylko ja - powiedział z udawanym żalem, zanim jeszcze zdążyłem wymyślić ripostę i ruszył od razu w stronę lasu. Poszedłem za nim po prostu milcząc. Zapanowała nieznośna, krępująca cisza. Postanowiłem ją przerwać pierwszym pytaniem, jakie przyszło mi do głowy:
- Co się wczoraj działo?
Sakamoto szedł dalej, zupełnie nieporuszony. Rejestrowałem każdy jego ruch. Miałem wrażenie, że wszystkie z nich, co do jednego, są idealnie odegrane.
- Wczoraj... gdy poszedłeś, to właściwie nic szczególnego. Macie ładne kelnerki w tym klubie... - na jego twarzy pojawiał się znikomy uśmiech, podczas gdy ja coraz bardziej pochmurniałem. Kątem oka obserwowałem, jak pracuje jego wydatna grdyka. Zawsze mi się to podobało. Takashi po prostu kontynuował - Kto by pomyślał, że w takiej wiosce...
- Kto by pomyślał, że można być takim cholernie seksownym idiotą. - powiedziałem to na głos?
Na szczęście Sakamoto podszedł do krzaków przy lesie i wyjrzał znad nich. Przyłożył dyskretnie aparat do oka. Chyba mnie nie słyszał. Odetchnąłem z ulgą i podszedłem do niego. Spod moich stóp rozległ się trzask łamanej gałęzi - wtedy też usłyszałem, jak coś zwinnie ucieka po ściółce leśnej. Sakamoto spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Masz - podał mi aparat. Spojrzałem na niego. Miałem małe wyrzuty sumienia. Nawet nie wiedziałem, czy mówił poważnie. - No bierz - powtórzył, a ja niepewnie wziąłem aparat. - Teraz patrz: tutaj - teatralnym gestem wskazał las - mamy znaleźć przynajmniej przykład ssaka i ptaka, dobrze by było jeszcze gada. Pamiętaj, że jak nie zdobędziesz tych fotografii, nie zdasz roku - uśmiechnął się z całą masą sympatii. Odpowiedziałem wyrazem twarzy niewspółmiernie mniej sympatycznym.
Westchnąłem.
- Właściwie mógłbym sobie stąd iść, więc doceń, że dotrzymuję ci towarzystwa i do dzieła - poklepał mnie po ramieniu, jakby chciał zagrzać mnie pocieszyć. Poczułem się przez to tylko gorzej - co zapewne było zamierzone. Wcale mi się to nie podobało.
Buszowaliśmy w leśnym gąszczu. Przez chwilę poczułem się, jakbyśmy zostali cofnięci w czasie i rozwoju. Sakamoto coś nucił. Po chwili rozpoznałem "The first time" U2. Przez głowę mi przeszło, że jeszcze nigdy nie słyszałem tak cudownie łamanej angielszczyzny.
- U2 - spojrzałem na niego.
- Tak - odpowiedział, również zerkając w moją stronę.
- Wolę cięższe brzmienia, ale grają nieźle - odparłem. - Mają świetnego wokalistę.
- Tak - przez chwilę wydawało mi się, że patrzy na mnie jakoś przychylniej.
Wtedy gdzieś w oddali przebiegł jeleń.
- Wracajmy - odparł Takashi - to zaczyna być nudne.
- Ale... - spojrzałem na niego, a przez moją twarz przeszło chyba istne przerażenie, gdyż Sakamoto zaczął się gromko śmiać.
- Mam plan B - powiedział i poczułem, jak wyciąga mnie za rękę w stronę wyjścia z lasu, przy okazji odbierając mi aparat.

- Czego jeszcze słuchasz? - zapytałem w drodze do szkoły.
- Różnie. Lubię porządnego rocka.
- To tak jak ja - westchnąłem i zamilkłem na chwilę. Czułem się dziwnie spięty i nie chciałem dopuścić do gęstej atmosfery. - Grasz na czymś?
- Na basie.
Spojrzałem na niego z pełną świadomością niezdrowo świecących oczu. Uniósł brew, zerkając na mnie.
- Zawsze chciałem grać na basie - wyjaśniłem - tylko nigdy nie było mnie stać, więc jestem skazany na starego Ibaneza po ojcu.
- Zagrajmy kiedyś razem - odparł tak po prostu. "Razem" w jego ustach brzmiało nadnaturalnie. Jako słowo traciło swoje "zwyczajne" znaczenie, a zdobywało coś rangi świętości. Czułem, jak coś w moim wnętrzu znów niebezpiecznie się przewraca. W głowie zaczęły się kumulować irracjonalne podejrzenia - nie chciałem się przecież skompromitować... ale przecież miało to nastąpić "kiedyś" - uspokoiłem się w myślach.
- Dobrze - odpowiedziałem niepewnie. Zaśmiał się. - Właściwie gdzie idziemy?
- Do biblioteki.
- Hę? Po co?
Przewrócił oczami.
- W każdej szkolnej bibliotece są albumy ze zdjęciami poszczególnych gatunków, geniuszu.
Pod wpływem palącego spojrzenia poczułem się naprawdę głupi. Nagle coś się rozjaśniło.
- Ale... w takim razie po co w ogóle szliśmy do lasu?
- Tygrysy czasem muszą zasmakować trochę dzikich terenów - zaśmiał się, gdy przechodziliśmy przez bramę.
Zaprowadziłem go do biblioteki. Jak zwykle w powietrzu unosiła się woń staroci i kurzu. Kobieta, która obsługiwała okazała się nie być tą, którą widziałem rok wcześniej (czyli kiedy ostatnio tu byłem) - dość starą, spracowaną i zmęczoną. Zastąpiono ją "nowym modelem" czyli uroczą brunetką w wystarczająco długiej szarej spódnicy i koszuli. W jej stroju nie było nic wyzywającego, a mimo to przykuwała uwagę swoją wymiarowością. Najwidoczniej spostrzegł to także Takashi, gdyż bardzo szybko zapomniał o moim istnieniu, by zapytać ją o regał z poszukiwaną lekturą. Ona wskazała mu tylko regał, przepraszając i mówiąc, że ma sporo pozycji do wprowadzenia, a chciała wyjść tego dnia wcześniej. Miałem ochotę rzucić zgryźliwy komentarz, że "kolega chętnie panią odprowadzi", ale bałem się, że rzeczywiście to zrobi i zostanę sam.
Kluczyliśmy wśród regałów, zapełnionych kolorowymi okładkami - szara, szara, niebieska, dla odmiany szara, zielona...
- Tutaj - Takashi zatrzymał się i zaczął przeglądać tytuły na okładkach. Stałem kawałek za nim. Z braku laku, patrzyłem właśnie na niego. Był chudy, choć gdzieś pod ubraniem rysowały się zalążki mięśni...
Wspiął się na palce po jedną z książek.
... do tego dochodził jeszcze bardzo zgrabny tyłek.
Na samą myśl krew zaczęła odpływać mi do głowy. Właśnie ten moment Sakamoto wybrał, by się odwrócić. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się - Czy uważasz, że powinniśmy wspomnieć o okresie godowym, tygrysie?

poniedziałek, 9 grudnia 2013

[7/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

07.

Paliłem. Moje dłonie drżały. Myśli wiły się w ekstazie, plątały w niezdecydowaniu i dusiły. Po pierwszym papierosie zapragnąłem drugiego... nie, ja go potrzebowałem bardziej niż powietrza (a przynajmniej tak mi się w tamtej chwili zdawało).
Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Czułem powiew chłodnego letniego powietrza na twarzy. Było już ciemno, choć nie kontrolowałem godziny - wiedziałem tylko, że już dawno zaszło słońce. Nie znałem dnia, miesiąca, roku, przez chwilę nawet zapomniałem, jak się nazywam. Trząsłem się - drżały moje palce, dłonie, ręce, nogi, (dziwnie miękkie) kolana, tułów, głowa, nawet cholerne wnętrzności mi drżały. Coś, co ludzie nazywają sercem, bardziej przypominało stado rozwścieczonych os, które próbowały za wszelką cenę wydostać się z mojego wnętrza. Jeszcze nigdy nie czułem tak nieprzyjemnego ścisku w żołądku i... o nie.
Po pierwszej paczce, uznałem że niezbędne do życia jest mi kolejne dwadzieścia sztuk tytoniowych ruloników, więc poszedłem przed siebie w poszukiwaniu sklepu. Przeszedłem może kilkanaście metrów, gdy poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Wzdrygnąłem się przestraszony i odwróciłem gwałtownie do tyłu. Odetchnąłęm z ulgą. Aoi.
- Co ty tu robisz? - zapytał, marszcząc brwi. - Nie powinieneś być w środku?
- Wyszedłem po fajki, skończyły mi się - oznajmiłem. Starałem się opanować drżenie i udawało mi się to coraz lepiej, choć przy tak miękkich kolanach powinienem już dawno się przewrócić. Dziwiłem się samemu sobie. Najwidoczniej Aoi nie zauważył żadnej większej zmiany w sposobie mojego chodu, co tylko mnie trochę uspokoiło. Westchnąłem głęboko i tak niekontrolowanie, że wręcz wbrew swojej woli. Czułem na sobie wzrok Yuu, którym próbował wwiercić się w moją czaszkę i znaleźć w zwojach tego, co dawniej nazywano mózgiem - informację o tym,co mnie trapi.
- Chodźmy już - odrzekłem skrępowany tym stanem rzeczy. Aoi na szczęście odwrócił wzrok, więc odetchnąłem cicho z ulgą. O dziwo byłem w stanie już prawie normalnie chodzić. Spacerowaliśmy obok siebie w ciszy. Dookoła nas też nie było zbyt żywo, raz na jakiś czas drogą obok przejeżdżał pojazd - zazwyczaj samochód osobowy, poza tym ulica była raczej opustoszała. Miałem chwilę, żeby ochłonąć. Wtedy wyjątkowo dobrze poczułem chłodne powietrze na twarzy.
- Coś się między wami stało? - wypalił Yuu prosto z mostu. Skrzywiłem się i spojrzałem na niego, otwierając oczy najszerzej jak mogłem.
- Co się miało stać? Chyba cię coś...
- Sakamoto mówił, że rozlałeś piwo i wyleciałeś...
- Ciągle Sakamoto i Sakamoto... nie, Takashi - przerwałem mu. - O co wam chodzi? Jeśli chcesz, to sobie idź do tego pieprzonego Takashiego, a mnie zostaw w spokoju. Tylko się nie zdziw, jak poleci do niego Haruki - zacząłem iść szybciej. Z nieba siąpił drobny deszczyk. Wsadziłem ręce do kieszeni marynarki i szedłem sprawnie, mając nadzieję, że Aoi odpuści.
- Hej, Shinji - oczywiście nie odpuścił i poleciał za mną. Chwycił mnie za ramię, zatrzymując i odwracając do siebie. - O co ci chodzi?
- O to, żebyś sobie poszedł do tego pieprzonego Takashiego, cholernego ideału, pierdolonej perfekcji. Proszę, na pewno jest lepszym przyjacielem, kochankiem, uczniem, nawet człowiekiem na pewno jest lepszym! Więc nie wiem, czego TY ode mnie chcesz, skoro tuż przed tobą jest taki pieprzony ideał w ludzkiej postaci? - byłem zły, oddychałem ciężko, mój głos załamał się pod koniec i odwróciłem wzrok. - Puść mnie już, chcę wracać.
- Ale Shinji, ty jesteś o niego po prostu zazdrosny.
Fakt, byłem...
- I co z tego? I tak jest ode mnie lepszy.
Yuu uśmiechnął się, kręcąc głową.
- Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak na ciebie wpływał.
- Co? - uniosłem wzrok na niego. Uśmiechał się, patrząc na mnie. To był szczery uśmieszek kogoś nieznacznie (trochę tylko) poruszonego.
- Dawno nie byłeś taki szczery i pełen życia - w jego oczach błyszała prawdziwa radość. Czułem jak robię się czerwony na policzkach (a może już wcześniej byłem?). Gdy zacząłem coś burczeć pod nosem, Aoi dźgnął mnie palcem w mój okropny brzuch.
- Ej, co ty robisz? - odtrąciłem jego dłoń, ale on zaczął mnie łaskotać. Ciszę wypełnił mój śmiech, przeplatany prośbami, by przestał. Zawtórował mi rozbawiony Aoi. Nagle usłyszałem znajomy głos za plecami:


- Ślicznie razem wyglądacie.

niedziela, 1 grudnia 2013

[6/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

06.

Weszliśmy z powrotem do klubowej sali. O dziwo okazała się nie być tak zadymiona, jak mi się zdawała za pierwszym razem. Było wręcz całkiem znośnie - tym bardziej, że zmianie uległ podkład muzyczny na kawałek z nutką jazzu, który z dwojga złego był o wiele lepszy od komercyjnej "łupanki".
Rozejrzałem się po sali. Było sporo osób, w środku platforma do tańczenia, dookoła kanapy i stoliki. Lampy na suficie rozpraszały neonowe światło w odcieniu fioletu. Na stołach dodatkowo były lampki, dające zwykłe, białe światło. Szukałem wzrokiem Aoiego, ale zanim jeszcze zdołałem objąć całą salę wzrokiem, poczułem znów ten subtelny dotyk, którym muśnięto wnętrze mojej dłoni. Przeszedł mnie dreszcz, a moje ciało instynktownie podążyło za dotykiem, jakby chcąc go złapać, by doświadczyć jeszcze choć przez chwilę... Zobaczyłem Takashiego i speszyłem się. Nie wiedziałem, o co chodziło, ale nie podobało mi się to. Wlasciwie o czym ja myślałem? Miałem tylko przyjść na piwo, żeby jak najpóźniej wrócić do domu - do znerwicowanej matki, wiecznie nieobecnego ojca i brata-lizusa. Rodzinka idealna. Jak z marzeń...niestety musiały być to marzenia ściętej głowy lub osobowości o bardzo czarnych myślach, gdyż swoją rodzinną miłością przypominaliśmy raczej Addamsów.
Sakamoto szedł gdzieś, był odwrócony do mnie plecami. Mimo trochę przyjemniejszych brzmień, muzyka wciąż próbowała zagłuszyć wszystko, co tylko się dało, więc nie mogłem go w żaden sposób zawołać. Z kolei zgubienie go byłoby w tej sytuacji jedną z najgorszych opcji. Poszedłem więc za jego szczupłą sylwetką. Wtedy pomyślałem, że jest tak chudy, iż obejmując mógłbym go zgnieść...a może po prostu u mnie występował nadmiar "ciała"? Nieważne...
Zaprowadził mnie do Aoiego.
- Ile można było czekać? - uśmiechnął się przyjaźnie i dopił piwo z kufla. Sakamoto od razu usiadł na miejscu naprzeciw, ja usiadłem przed nim, a obok Yuu.
- Ty zdrajc...
- Nie spieszyliście się, aż mi zaschło w gardle - wyjaśnił, przerywając mi. Przy Sakamoto wydawał się inny. Wcale mi się to nie podobało.
- Shinji tygrysie, upoluj nam piwo - wtrącił się Takashi, lustrując mnie swoim głębokim spojrzeniem. To wcale nie było przyjemne, powodowało wręcz, że miałem ochotę jak najszybciej iść. Jak można być tak sugestywnym? Wstałem bez słowa i poszedłem. Nawet nie wysiliłem się na komentarz. Gdy się odwróciłem, widziałem jak Saga nachyla się nad Aoim i mówi mu coś do ucha. Wcale mi się do nie podobało.
Gdy poszedłem po piwo, barman zlustrował mnie wzrokiem. Było w tym coś karcącego. Kolejna osoba patrzyła na mnie z góry. Podszedłem do niego chłodno, po prostu złożyłem zamówienie. On zaczął nalewać do jednego kufla, później ktoś go zawołał z zaplecza. Nawet nie przeprosił, tylko po prostu bez słowa sobie poszedł. Wtedy oparłem się plecami o bar i spojrzałem na roztańczony tłum. Gdzieś za nim siedzieli Sakamoto i Yuu, ale nie mogłem ich dojrzeć. Nawet, gdyby nie przeszkadzała mi w tym masa ludzi, ze swoją krótkowzrocznością dojrzałbym tylko kilka rozmazanych plam. Westchnąłem i spojrzałem znów w kierunku baru. Nikt za nim nie stał. Przygryzłem wargę. Niecierpliwiłem się. Nie przepadałem za "samotnością w tłumie", a im dłużej tam stałem, tym większe ogarniało mnie wrażenie, że stanie się coś co najmniej niepożądanego. Wtedy pomyślałem o godzinie. Była dziewiętnasta. O czym ja myślę? To przecież bez znaczenia.
Kiedy odwróciłem się po raz drugi w stronę baru, piwa znów były nalewane.
- Wszystko w porządku? Jesteś strasznie blady - powiedział barman. Początkowo wydawał się nieuprzejmy i wręcz arogancki...może sobie ze mnie żartował?
- Wszystko dobrze, dziękuję - odpowiedziałem bez ceregieli i wziąłem od niego kufle. Ominąłem roztańczony tłum szerokim łukiem i doszedłem do naszego stolika. Siedział tam tylko Yuu. Co za dziwny dzień. Postawiłem piwa na stole.
- Gdzie Sakamoto? - zapytałem, stawiając jego trunek naprzeciw swojego.
- Mówił, że zaraz wróci.
Przytaknąłem i zająłem się kontemplacją piwa. Milczałem.
- Shin - odezwał się Yuu.
- Hm?
- Co sądzisz o Takashim?
Zakrztusiłem się. Zacząłem kaszleć, Yuu zaczął mnie klepać po plecach.
- Co mam sądzić? - powiedziałem po chwili. - Jest denerwujący, patrzy na wszystkich z góry.
I ma wyjątkowo delikatne dłonie...
- ...jest arogancki i nie zwraca uwagi na innych...
Przez chwilę miałem głupie wrażenie, że to będzie jedna z tych idiotycznych scen rodem z filmów - Yuu mnie podpuścił, a Takashi stał za mną i wszystkiemu się przysłuchiwał. Aż odwróciłem się niespokojnie do tyłu, ale za mną nikt nie stał.
- Nie o to... - Yuu westchnął. - Chodzi o Haruki - zaczął cicho. Wtedy uświadomiłem sobie, że muzyka nie była tak głośna, jak na początku. Dało się rozmawiać. - Jest zakochana w Sakamoto...
Patrzyłem na niego.
- Odpuść sobie - zawyrokowałem. - On nie jest typem, z którym można się mierzyć. Trzeba go po prostu ignorować.
- Wiesz... w sumie... Słyszałem to tylko od osoby postronnej... czy mógłbyś z nią porozmawiać?
Widziałem jej wzrok w pizzerii. Spojrzenie Sakamoto też.
- Sakamoto to dupek, nie zawracaj sobie nią głowy, jeśli jest zainteresowana nim - powiedziałem z przekonaniem, choć wcale przekonany nie byłem.
- Chyba masz rację - odparł Yuu. - Idę po kolejne - uniósł do góry kufel na znak, że potrzebuje dolewki. Skinąłem tylko głową i rozsiadłem się wygodniej na kanapie.
Spojrzałem na sufit. Był oklejony nierównomierną tapetą. Westchnąłem i zamknąłem oczy. Chyba naprawdę nie czułem się najlepiej. Nagle poczułem czyjeś chłodne, przesiąknięte zapachem tytoniu dłonie, zasłaniające moje oczy. W głowie już miałem standardową formułkę "zgadnij kto to". Nie usłyszałem niczego. Czułem tylko delikatne dłonie. Zniknęły one równie szybko, jak się pojawiły. Za to usłyszałem przed sobą głos.
- Może wolisz wrócić już do domu? - sarknął, zerkając na mój pełny kufel, po czym pociągnął ze swojego spory łyk.
Zrobił to w szaleńczo efektownie. Nie wiem, co było w tych gestach i całej jego pieprzonej osobie, ale moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Widziałem w głowie obraz przystawiającej się do niego Haruki. To było z lekka ponad moje siły. Poprawiłem się i uśmiechnąłem trochę nerwowo.
- Jasne, że nie. Czekałem na was - powiedziałem, uciekając wzrokiem przed jego intensywnym spojrzeniem, jako pretekst uznając rozejrzenie się w poszukiwaniu Aoiego. Właściwie dlaczego ja się przed nim tłumaczyłem?
Nie chciałem wcale na niego patrzeć, ale mój wzrok sam podążył w jego kierunku, gdy zamaszystym gestem chwytał kufel. Prychnął i w okropny, wręcz obrzydliwie seksowny (o tak, to słowo samo nasuwało mi się na język - i tylko to) sposób pociągnął kilka łyków ze swojego kufla, opróżniając go do końca. Siedziałem przed nim z niefrasobliwie rozdziawionymi ustami. Po chwilę dopiero uświadomiłem sobie, że mój wzrok jest zbyt natarczywy, że on to spojrzenie odwzajemnia, że zdaje się czytać ze mnie jak z książki, patrząc tylko swoimi czekoladowymi oczami prosto w moje. O tak, jego oczy można porównać do gęstej, półpłynnej czekolady - wirującej, niczym ruchome piaski. Można było w nich ugrzęznąć na dobre, ale niczego się w konsekwencji w nich nie dojrzało. Pozostawało tylko utonąć.
Kiedy wyrwany ze stanu otumanienia (co się ze mną działo?), wstałem gwałtownie i do dziś nie wiem jak przewróciłem kufel tak, że jego zawartość rozlała się po stole. Takashi siedział. Przesunął się tylko zręcznie od strumyczka piwa, powoli spływającego w jego stronę.
- Muszę iść zapalić - burknąłem pod nosem i wyszedłem pospiesznie, uderzając się jeszcze w kolano o kant stołu. Słyszałem tylko zalążek kompletnie sztucznego i jakby szyderczego śmiechu. Uciekłem w najżałośniejszy z możliwych sposobów.

piątek, 29 listopada 2013

[5/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

05.

To było po prostu świetne. Oczywiście matka Yuu skontaktowała się z moją, a przez jej stres, pałeczkę przejął ojciec (który, o dziwo, zdążył w tym czasie wrócić do domu). Dowiedział się o paleniu i piciu, od tamtej pory mam "kategoryczny zakaz widzenia się z Yuu" i muszę wracać do domu od razu po zajęciach. Bardzo śmieszne.
Noc spędziłem niespokojnie. Nie mogłem spać, ciągle skręcało mnie w brzuchu z niewiadomych przyczyn.
Pomyślałem, że muszę schudnąć. Myślałem też o wielu innych głupotach. O muzyce, rodzajach strun, o ojcu, bracie, zestresowanej matce, śmierci babci, snach, o Sakamoto...i jego idiotycznym wyrazie twarzy. Wyobraziłem sobie, że go zaginam. W mojej półsennej wizji byłem szczupły, przystojny i podrywałem dziewczyny, a on patrzył z zazdrością na lepiące się do mnie azjatyckie piękności. Nie, on mnie pożerał wzrokiem, pochłaniał, zabijał w myślach. W moim wyobrażeniu Takashi Sakamoto był autentycznie chory z zazdrości. Uśmiechnąłem się do siebie. Pomyślałem, że to bardzo głupie, ale... przecież to moje myśli, nikt nie ma do nich dostępu. Są moje, dlatego nie można nazwać ich głupimi. Noc mijała wolno, a ja nawet nie spostrzegłem się, kiedy wizje na jawie płynnie przemieniły się w sen.
Kolejny dzień był znów tak samo szary. Jedynym, co odróżniało go od całej rzeszy pozostałych dni było dziwne uczucie w brzuchu - takie samo, które poprzedniej nocy nie pozwoliło mi spać. Westchnąłem, ogarnąłem się, wyszedłem. Mój cudowny telefon uparcie milczał.
Do szkoły dojechałem - oczywiście - spóźniony. Już dawno byliśmy po wystawieniu ocen, niektórzy nauczyciele robili materiał w przód, ale ja (jak się dowiedziałem dopiero po dotarciu do przybytku japońskiej edukacji) zostałem z zajęć zwolniony, aby robić projekt z Sakamoto. To był pierwszy raz, kiedy pomyślałem, że chyba nie powinienem tego dnia przychodzić do szkoły. Kolejny nastąpił, kiedy widziałem go, rozmawiającego o czymś z żywo gestykulującą i wyraźnie zaangażowaną w rozmowę Haruki - najładniejszą dziewczyną w szkole. Co gorsza - po drugiej jego stronie szedł Aoi i z zainteresowaniem słuchał tego, co Haruki mówiła. Później Sakamoto rzucił coś i wszyscy się roześmiali. Zdrajca.
Pożegnał się z nimi, gdy zobaczył, że stoję przed budynkiem szkoły. Rozeszli się, Aoi zerknął na mnie, jakby chciał powiedzieć "przepraszam", a Takashi podszedł do mnie i przywitał się raźnie:
- Witaj, Shinji.
- Od kiedy mówimy sobie po imieniu?
Spojrzał na mnie z uśmiechem, który wcale nie miał z radością nic wspólnego. Prędzej był grymasem, mówiącym "to ja ustalam granice naszej znajomości". Robił to tak przekonująco, że może nawet bym się temu poddał, gdyby nie fakt, że znowu zraziło mnie jego "patrzenie z góry".
- Od czego zaczniemy? - zapytałem, chcąc szybko przejść do rzeczy i przywołać oficjalny ton naszego spotkania.
- Przypomnij mi temat - nie poprosił, rozkazał. Ton ukryty był w głosie, ale wyrażał go także grymas, przyozdabiający szpetną twarz tego idioty.
- Fauna w wiosennej odsłonie - przytoczyłem, nie komentując. Postanowiłem być ponad to. Zrobię z nim ten projekt i będę miał spokój.
- Chodź tygrysie, usiądziemy gdzieś, trzeba będzie zrobić notatki.
Poszliśmy wgłąb parku, stanowiącego otoczenie szkoły. Znaleźliśmy zaciszny kąt w pobliżu kilku ogromnych drzew, mniejszych krzaków i ze sporych rozmiarów kamieniem. Tygrysa zignorowałem. Byłem ponad to. Sakamoto usiadł na kamieniu i pokazał mi gestem, bym usiadł obok. Mechanicznie usiadłem, nawet się nad tym nie zastanawiając. Wyjął kartkę i długopis, po czym zaczął sporządzać szkic.
- Zaczniemy od kilku zdań o wiośnie - zanotował coś na kartce.
- Mhm - mruknąłem tylko i słuchałem go dalej.
- Później możemy przejść do kilku wybranych gromad i podać po przykładzie gatunku, tam opiszemy zmiany, jakie w nich zachodzą. To będzie nudne.
- Mhm. Co z zakończeniem?
- Podsumowanie - stwierdził, nawet nie zapytał. Co się dzieje? Przecież miałem być "ponad tym".
Wręczył mi kartkę.
- Przydałyby się jeszcze jakieś zdjęcia i notatki z obserwacji. Powinniśmy się wybrać do lasu, mam aparat. Co ty na to?
- Musielibyśmy... - mruknąłem cicho. Byłem zaskoczony jego zaangażowaniem...
Roześmiał się.
- Speszyłem cię?
- Nie - westchnąłem. - Po prostu wolałbym iść na piwo.
- Wczoraj odmówiłeś - zmrużył nieznacznie oczy.
- Nie mogłem... - dlaczego ja się tłumaczyłem?
- Chcesz to dzisiaj odkuć? - szybko podchwycił temat.
- Ty stawiasz - uśmiechnąłem się nieznacznie.
- Yuu! - zawołał, machając do mojego przechodzącego nieopodal i rozmawiającego z Haruki zdradzieckiego przyjaciela (po imieniu!). Nawet go nie zauważyłem. On natychmiastowo przerwał rozmowę i obydwie głowy odwróciły się momentalnie w naszym kierunku. - Postaw nam dzisiaj piwo - Takashi uśmiechnął się do niego tak przekonująco, że aż za bardzo. Dlaczego on się do niego tak uśmiechał? A może to wcale nie do Aoiego, tylko chciał zaimponować Haruki? Yuu do nas podszedł.
- Mmm...niech wam będzie. Gdzie i kiedy?
- Dzisiaj, w Białym - odparł czarująco jak zawsze Sakamoto. Naprawdę miałem dosyć tych jego gierek. Biały był pobliskim klubem...tylko skąd on o tym wiedział? Był tu zaledwie jeden dzień i już owinął sobie cały mój świat wokół palca...no prawie cały. Denerwował mnie całym sobą, a jeszcze musiałem coś z nim robić. Coś, to znaczy projekt...nic więcej.
- Jasne - uśmiechnął się Aoi - To może za jakieś dwie godziny pod Białym?
- Do zobaczenia - Takashi mrugnął do niego na znak, że już może się zająć dziewczyną (co za spoufalanie się!). Ona się pochyliła i powiedziała mu coś, on odpowiedział. Odeszli.
- Shinji - zwrócił się do mnie (po imieniu!), a ja wbrew woli od razu na niego spojrzałem. Sam nie wiem dlaczego, po prostu miał w sobie coś, przez co chciało się go słuchać i był to kolejny powód mojej niechęci. Jego twarz wciąż wykręcał ten idiotyczny uniwersalny uśmieszek - zupełnie jakby mówił "cześć, jestem Sakamoto Takashi i na każdą okazję przyklejam sobie do twarzy ten sam uśmiech, bo jestem gwiazdą". Myślałem, że moja gorycz sięga zenitu, bo nie dość, że Sakamoto sam się za pieprzoną gwiazdę uważał, to jeszcze wszyscy dookoła zdawali się to potwierdzać.
- Wiem, musimy coś zrobić - odparłem, przewracając oczami.
- Nie przynudzaj - wstał. - Chodźmy coś zjeść.
Mruknąłem coś pod nosem i wstałem. Na dobrą sprawę i tak nie miałem nic lepszego do roboty, a zdecydowanie nie chciałem wracać do domu. Chyba wziął to za potwierdzenie.
Przez całą drogę wydawał się być nieobecny. Patrzył gdzieś w dal albo do góry. Koniec końców poszliśmy na pizzę do jednego z wielu popularnych lokali.
- Mam ochotę na capriciosę, a ty? - zapytał mnie o zdanie - co w jego przypadku było osiągnięciem godnym niezerwania przeze mnie żadnej struny podczas koncertu.
- Mam jeść sam, tygrysie? - patrzył na mnie, unosząc jedną brew. Speszyłem się. Musiałem odpłynąć.
A... O co pytałeś? - zająkałem się oczywiście wbrew swoim wszelakim zamysłom.
Takashi przewrócił oczami. Poczułem złość dopiero usłyszawszy za sobą pisk dziewczyn. Przez myśl mi przeleciało,czy z nim zawsze tak to wygląda. Chwilę później dopadła mnie kolejna jakże optymistyczna myśl, czy Haruki tak naprawdę jest zainteresowana Aoim. Myśl była jak przeczucie - jakiś szósty zmysł, choć podejrzenie wydawało się logiczne. Skoro wszystkie nie mają gustu, a raczej są po prostu próżne i nie doceniają naszych wartości poza "ładną" twarzą,to... Właściwie co ja pieprzę?
Sakamoto wstał i poszedł do baru złożyć zamówienie. Najwidoczniej zdenerwowała go moja ignorancja. Problem jedynie tkwił w tym, że wracając wcale nie wydawał się ani odrobinę podenerwowany. Za to wyszczerzył się trochę zawadiacko do siedzącej z grupką piszczących dziewczyn Haruki. Zmarszczyłem brwi i westchnąłem. Była już siedemnasta.
Zanim skończyliśmy jeść, minęło kolejne pół godziny. Pizza była zwykła - smakowała tak samo, jak we wszystkich tego pokroju miejscach. Dostałem - oczywiście - capriciosę. Gdy wychodziliśmy, Haruki odprowadzała Sakamoto wzrokiem. Wiedziałem już, że czeka mnie poważna rozmowa z Yuu. Dodatkowo "czasowy uczeń" wydawał mi się coraz bardziej nieszczery.
- Dokąd idziesz? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Takashiego. Wyrwany z zamyślenia, zatrzymałem się, zorientowałem, że nie ma go obok i odwróciłem się za siebie. Widziałem go przy otwartych drzwiach. Patrzył na mnie. Uśmiechał się, puścił mi oczko i wszedł. Poszedłem za nim. Wybiła osiemnasta. Drzwi zamknęły się za mną.
W środku było głośno, duszno i panował półmrok. Z moją krótkowzrocznością miałem problem z rozpoznaniem sylwetek, tym bardziej, że dym szczypał mnie w oczy i zacząłem je przecierać. Wtedy poczułem, jak ktoś niby ukradkiem chwyta mnie za dłoń i ciągnie za sobą. Zupełnie tym gestem zaskoczony, dałem się prowadzić. Nie znałem tego rodzaju dotyku ani tej dłoni. Muśnięcie było zbyt delikatne, bym mógł rozpoznać płeć tej osoby. To nie mógł być Aoi. Czułem się dziwnie. Klub wydawał mi się tego dnia klaustrofobiczny, a ja byłem dodatkowo oślepiony. Oczy piekły mnie i szczypały na przemian, a w uszach huczała muzyka - o ile rąbankę bynajmniej KISS nieprzypominającą nazwać można tym terminem o zdewaluowanym już znaczeniu. Nagle poczułem, że zmieniło się podłoże, dźwięki ucichły, a uderzył mnie chłód i oczy przestały się buntować. Na pewno zmniejszyło się stężenie dymu w powietrzu, poczułem nawet rześki chłód wiosennego wieczora, dochodzący zapewne z otwartego okna. Łazienka.
- Shinji!
Otworzyłem oczy, a świat lekko zawirował. Ocknąłem się parę sekund później na chłodnych kafelkach. Odetchnąłem. Nie miałem pojęcia, co się ze mną stało. Nade mną stał Sakamoto i - mógłbym przyrzec! - przez chwilę w jego oczach widziałem troskę.
- Wstawaj, opóźniasz zabawę, Amano - uśmiechnął się w ten swój wstrętny i okropnie nieszczery sposób. Patrzyłem na niego. Podał mi dłoń, chwyciłem ją.
- Yuu już jest? - zapytałem. Spojrzałem w lustro.
- Tak, czeka na nas.
Nas...
Przyjrzałem się swojemu odbiciu. Obmyłem twarz wodą.
- Sak...Takashi?
- Hm?
- Dlaczego nazywasz mnie tygrysem? - zapytałem, spoglądając na niego ukradkiem w ogromnym łazienkowym lustrze.
- Bo masz w sobie coś z tygrysa - patrzył na mnie z boku. - Chodź, nie chciałbym zmarnować okazji na dobrą zabawę.
Przewróciłem oczami. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że Sakamoto może jednak posiadać szczątki "organu uczuć".

czwartek, 28 listopada 2013

[4/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

04.

Pierwszy sygnał.
Czułem się dziwnie zestresowany. Miałem wątpliwości, może to wcale nie był numer Sakamoto?
Drugi sygnał.
Może karteczkę podrzucił mi ktoś inny i teraz przez to wpadnę w tarapaty?
Trzeci sygnał.
A może po prostu ten idiota wsadził mi do spodni karteczkę z przypadkowym numerem?
Zirytowałem się.
- Halo? - rozległo się ze słuchawki, a ja zamarłem na chwilę. Moje serce przez chwilę biło szybciej. Odetchnąłem najciszej, jak tylko potrafiłem. To był on. Na pewno on. Na dodatek do tego, jego głos przez słuchawkę brzmiał mniej idiotycznie niż w rzeczywistości, ale tylko odrobinę. Sakamoto nie powtórzył oklepanego "halo", tylko nie słysząc żadnego odzewu z drugiej strony, po prostu się rozłączył. Czułem,  jak czerwienieję - nie byłem tylko pewny, czy to że złości czy wstydu, że nie miałem odwagi się odezwać. Otrząsnąłem się z tych myśli i postanowiłem spotkać z Aoim. Zadzwoniłem do niego i umówiliśmy się, że do niego przyjdę, bo państwo Shiroyama tego dnia dłużej zostali w pracy. Aoi wyglądał bardzo dojrzale. Czasem mu zazdrościłem. Właściwie nazywał się Yuu i był moim przyjacielem od roku. Razem jakoś było nam raźniej w szarej szkolnej rzeczywistości. Nie mieszkał daleko ode mnie, bo wystarczyło dwadzieścia minut drogi, bym tam dotarł. Zadzwoniłem do drzwi i nie musiałem długo czekać, bo po chwili w progu pojawił się Aoi.
- Hej, stary - przywitał mnie z uśmiechem.
- Zacząłeś pić beze mnie? - spojrzałem na niego z wyrzutem i roześmiałem się ze swojego żartu.
- Nie, no co ty. W ogóle co cię naszło? -zapytał, odsuwając się, bym mógł wejść do domu.
- Ciężki dzień. Zaraz ci opowiem - rzekłem sucho, wszedłem, zdjąłem buty i poszedłem za nim wgłąb domu. Poszliśmy, jak zwykle, do jego pokoju. Na biurku stały puszki z piwem. Chwyciłem jedną z nich i brzydko mówiąc uwaliłem się na łóżku, po czym otworzyłem piwo i wychyliłem połowę jej zawartości duszkiem.
- Nie tak szybko! Poczekałbyś - Aoi się roześmiał.
- Za wolno, senpai - odpowiedziałem, uśmiechając się złośliwie. Aoi za to podszedł i korzystając z mojej chwili nieuwagi, odebrał mi puszkę. - Ej, tak się nie bawimy! - wbiłem palec w jego bok. On zgiął się w pół, więc wykorzystałem okazję i zabrałem swój łup z powrotem. Aoi z uśmiechem podszedł do biurka po drugą. Czasami musieliśmy zachowywać się niedojrzale. Tak po prostu.
- Pamiętasz te dzieciaki z Fukushimy?
- Mm... Co z nimi? - mruknął, siadając obok mnie.
- Mam projekt z jednym z nich.
- Też robiłem w zeszłym roku - zabrzmiał dziwnie, jakby smutno, więc spojrzałem na niego. Wydawało mi się, że przez ułamek sekundy na jego twarzy pojawił się żal. Pomyślałem, że lepiej nie drążyć tematu, więc wróciłem do swojego:
- Jest tak irytujący... - przygryzłem dolną wargę - rządzi się, jest bezczelny, niegrzeczny, choć udaje niewiniątko i patrzy na wszystkich z góry.
Yuu uśmiechnął się pod nosem.
- Wiem, co masz na myśli.
- Chyba jeszcze nikt nie doprowadzał mnie tak szybko do złości. Nawet brat jest bardziej do zniesienia od NIEGO - wtedy przypomniałem sobie moment, gdy zapytał o moje relacje z płcią przeciwną i dodałem - To idiota. Skończony idiota - wyciągnąłem z kieszeni paczkę fajek i podałem mu jedną. Poczęstował się. Zapaliliśmy. Zaciągnąłem się mocno.
- Naprawdę wiem, o co ci chodzi. Też kiedyś... - urwał, bo usłyszeliśmy hałas na korytarzu. Yuu zmarszczył brwi, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, drzwi do jego pokoju otworzyły się i do środka weszła pani Shiroyama.

poniedziałek, 25 listopada 2013

[3/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

03.

Kiedy szliśmy niedaleko jednej z dość ruchliwych ulic, miałem ochotę wepchnąć go pod samochód i na samą myśl o czymś tak pozytywnym, od razu wróciły mi siły witalne. Uśmiechnąłem się, co on oczywiście od razu musiał wyłapać. Na moje szczęście zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, rozwrzeszczał się mój jakże archaiczny wtedy telefon.
Mama
- Shin-chan, wracaj już do domu, musisz mi pomóc - powiedział damski głos przez słuchawkę, po czym uraczył mnie przerywany sygnał. Westchnąłem z nutką irytacji. Nie lubiłem, kiedy tak po prostu się rozłączała, nie dając mi możliwości dyskusji. Może wiedziała, że zawsze znajdę jakiś argument, który przemówi w obronie mojego stanowiska? Tak czy siak, nasze "spotkanie integracyjne" trzeba było zakończyć.
- Muszę iść, potrzebują mnie - powiedziałem, przystając i patrząc na niego. Taki okropny...
- Miło było cię poznać. Czy będziesz w stanie odprowadzić mnie do hotelu Ibuki? - zapytał. Co za burżuazja. Hotel Ibuki nie był zwykłą placówką godną miana schroniska, tylko całkiem drogim lokalem. Jego rodzice musieli być nadziani.
- Nie ma sprawy, to niedaleko - powiedziałem z wymuszoną grzecznością i ruszyłem w jedną z bocznych uliczek. Kiedy poszedł za mną, przez chwilę miałem wrażenie, że czuję jego wzrok na swoich plecach. Przez idealnie odmierzone dwie sekundy. To wcale nie było przyjemne. Na szczęście szybko wyrównał krok i w drodze do hotelu ustaliliśmy godzinę kolejnego spotkania. Kolejnego dnia znowu miałem się z nim widzieć. To było takie denerwujące.
Kiedy doszliśmy do hotelu, staliśmy przez chwilę, ilustrując się wzrokiem. To było dziwne. Potem się pożegnaliśmy.
W drodze do domu uświadomiłem sobie, że zupełnie straciłem rachubę w liczeniu czasu. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiła się dwunasta trzydzieści. Przystanąłem o wyjąłem z plecaka paczkę papierosów. Wyjąłem jednego i wsadziłem do ust. Zapaliłem i zaciągnąłem się tak mocno, że aż poczułem gryzący dym w płucach. Wypuściłem z ust białą chmurkę dymu, zarzuciłem plecak na ramię i poszedłem przed siebie. Było mi zdecydowanie lepiej. Jeszcze trochę i wszystkie moje problemy ustaną na całe dwa miesiące - właśnie tak wtedy myślałem. Później rozważałem, czego może ode mnie chcieć rodzicielka. Może problemy z bratem? Nieczęsto zwoływała mnie do domu. Z drugiej strony przecież wiedziała, że nie potrafię do niego dotrzeć. Był młodszy, ale zupełnie mnie nie respektował. Specjalnie mnie to nie raziło, miałem swoje życie i nigdy nie miałem siebie za przykładnego "starszego brata".
Wszedłem do domu i zamknąłem za sobą drzwi. Zdjąłem buty i wiedziony hałasem, ruszyłem w stronę kuchni.
- Shin-chan?
- Tak, mamo? - wszedłem do kuchni, rozświetlanej przez wiosenne słońce. Mama siedziała przy stoliku i dopijała poranną kawę.
- Babcia znowu jest w szpitalu - powiedziała z westchnieniem. Wiedziała, że staruszka dogorywa.
- Taka jest kolej rzeczy - stwierdziłem chłodno.
- Odwiedzimy ją, szykuj się. Ubierz coś ładnego - kontynuowała zupełnie, jakby nie słyszała moich poprzednich słów. Przewróciłem tylko oczami i poszedłem do siebie. To było bez sensu.
Wyciągnąłem starego Ibaneza z kąta i usiadłem na łóżku, opierając sprzęt na jednej nodze. Początkowo chciałem grać na basie, ale nie miałem pieniędzy na instrument. Pewnie ten cały Sakamoto nie miałby z tym problemu, jego rodzice na pewno należeli do "lepiej zarabiających".
Kiedy sięgnąłem do kieszeni spodni, by wyciągnąć z niej kostkę, o dziwo wydobyłem małą białą karteczkę w kratkę - taką z zeszytu. Była idealnie równo przycięta i spoczywały na niej równe znaki. Dokładnie dziewięć cyfr. Zmarszczyłem brwi. Nie brałem od nikogo żadnej kartki. Położyłem ją gdzieś obok i zacząłem stroić gitarę. Nie mogłem się skupić i dostroić A. Ciągle była jak nie za nisko,to za wysoko... a może wciąż za nisko? Zdenerwowałem się i odłożyłem Ibaneza na łóżko. Sięgnąłem po karteczkę z numerem. Wtedy coś mi zaświtało w głowie. Przecież mógł ją włożyć Sakamoto... Właściwie to mógł być tylko on. Zawsze mogłem wykorzystać swoją innowacyjną Motorolę StarTAC, posiadającą klapkę, czarno-biały wyświetlacz i opcję wibracji przy okazji każdego połączenia. Chwyciłem moje małe osiemdziesiąt osiem gram szczęścia i wystukałem numer, który widniał na kartce. Przyłożyłem słuchawkę do ucha i czekałem przez chwilę, po czym... usłyszałem komunikat o braku środków na koncie. Przygryzłem wargę i wydostałem oszczędności na komplet strun, po czym wyszedłem z domu, mijając mamę, siedzącą wciąż w tej samej pozycji, przy tym samym kuchennym stole. Pewnie nawet nie zauważyła, jak opuściłem próg domu.
Pędem puściłem się w stronę pobliskiego sklepu, w którym (o dziwo) można było dokupić doładowanie do telefonu. Kupiłem (dziewczyna w sklepie jak zwykle lustrowała mnie wzrokiem), wybiegłem i ruszyłem do domu. Zmachałem się tym szaleńczym tempem tak, że przed domem musiałem przystanąć i uspokoić oddech. Wdech - wydech. Wdech - wydech. Wszedłem.
- Shinji? - usłyszałem głos mamy.
- Tak? - zacisnąłem doładowanie w ręce i schowałem je do kieszeni, idąc w stronę kuchni.
- Opuściłeś dziś zajęcia klubu?
- Przecież kazałaś mi przyjść - zmarszczyłem brwi.
- Faktycznie - westchnęła.
Wróciłem do siebie. Z mamą nie było najlepiej, ale wiedziałem, że niczego nie zrobię. Intrygował mnie numer, zapisany równymi znakami na karteczce. Czy chłopak potrafił tak równo pisać? Przyłożyłem słuchawkę do ucha. Niedługo później znów nastąpiła chwila, kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo go nie cierpię.

niedziela, 24 listopada 2013

[2/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)


02.decay

W trakcie próby usłyszałem dzwonek telefonu, świadczący o dojściu wiadomości i zarządziłem przerwę. Tego dnia byłem z siebie wyjątkowo zadowolony – planowałem wziąć Akiego na kolację. Miałem już zarezerwowany stolik w restauracji, a nawet pokój hotelowy, żebyśmy mogli ze spokojem się napić i należycie spędzić noc. Uśmiechnąłem się na samą myśl…
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Wiadomość od Akiego…
Wybacz, nie umiem kochać. Nie możemy być razem, ja nie potrafię… Jestem zbyt niedojrzały na Twoje uczucie, to kompletnie inny poziom…wybacz mi. Może jeszcze kiedyś nauczę się kochać… Żegnaj,Hazuki”
Zamrugałem ze zdziwienia i jeszcze raz uważnie przeczytałem wiadomość. Zmroziło mnie. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. Chwilę mi zajęło, zanim byłem w stanie coś zrobić poza wpatrywaniem się w ekran telefonu. Poczułem ścisk w żołądku. Nie mogłem dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Wybrałem numer Akiego. Myślałem, że może to żart, ktoś mu ukradł telefon, albo w najgorszym wypadku pomylił numery, choć nie przypominałem sobie, by znał innego Hazukiego. Nie odebrał. Mimo to we mnie tliła się jeszcze krzta idiotycznej nadziei. Poczułem dłoń na ramieniu. Gdy się odwróciłem, za mną stał Yusuke. Reo z Akinorim śmiali się z czegoś, pokazując sobie bliżej nieokreślone znaki na migi.
- Hazuki? Wszystko dobrze? – zapytał Yusuke, zdejmując dłoń z mojego ramienia.
Przytaknąłem niemrawo.
- Możemy zaczynać?
- Wiesz… Coś mi wypadło, przećwiczcie resztę beze mnie – powiedziałem, pospiesznie wychodząc.
Na dworze uśmiechnęło się do mnie jakże ironiczne słońce. Byłem skołowany. Wpatrywałem się w chodnik. Serce próbowało za wszelką cenę wyrwać się z mojej piersi. Co to miało znaczyć? Wygrzebałem z kieszeni paczkę fajek i odpaliłem jednego. Aki nie lubił tytoniu na mnie, więc będąc z nim bardzo się ograniczałem, ale w tamtej chwili o niczym innym nie marzyłem tak bardzo, jak o zbawiennej dawce trucizny, która wpuszczana do organizmu, przyciągała do siebie cząsteczki stresu, bym mógł wypuścić go wraz z dymem. Wypaliłem jednego. Serce waliło wciąż tak samo. Żołądek wciąż był niemiłosiernie ściśnięty. Do oczu cisnęły się suche łzy, a na domiar złego zaczęły drżeć moje dłonie. Panikowałem. Zapaliłem więc drugiego.
Potrzebowałem wyjaśnienia. „Nie potrafię kochać”? Przecież już przez to przeszliśmy…razem. Zagryzłem wargę. Wtedy postanowiłem do niego pojechać. Podróż dłużyła mi się niemiłosiernie i byłem wyraźnie spięty. Gdy już dotarłem, nikt mi nie otwierał. Czekałem do nocy. Później wróciłem do siebie. Wskoczyłem pod prysznic, ale on też nie był w stanie zmyć ze mnie goryczy. Później wszedłem do łóżka. Nie spałem. Leżałem tępo wpatrzony w sufit. Myślami znajdowałem się kilka miesięcy wcześniej, co dodawało mojej goryczy znamię tortury.
Całą wieczność później niebo zaczęło się rozjaśniać. Słońce powoli pojawiało się za horyzontem. Zwykle wschód po zarwanej nocy mijał mi o wiele szybciej. Powinienem wtedy napisać do Yusuke, że mnie nie będzie… Ostatecznie postanowiłem, że zrobię to później.
Wraz z odejściem Akiego wszystko w jakiś nieprawdopodobny sposób straciło swoją dotychczasową wartość. Gdy w nocy chwyciłem bas, każda melodia falami wypływająca spod moich palców, zdawała się być pusta. Tak, jak ja sam. Odłożyłem go stosunkowo szybko jak na mnie. Lubiłem to, ale w tamtej chwili… Wszystko stało się niczym. Opanowała mnie pustka.
Kilka dni później odwiedzili mnie pozostali członkowie zespołu. Dostali się do mojego domu zupełnym przypadkiem, kiedy wychodziłem po niezbędny do funkcjonowania tytoń (jeśli nie ta, to może następna wreszcie da mi ukojenie…). Równie przypadkowo dowiedziałem się, że Aki spod moich skrzydeł wskoczył prosto w ramiona Mizukiego.

<< Poprzedni rozdział                                                                                                 Następny rozdział >>

sobota, 23 listopada 2013

[2/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

02.

- Resztę dnia wykorzystajcie proszę na zapoznanie się ze swoimi partnerami i ustalenie wspólnej wizji odnośnie przedstawienia projektów. Możecie się rozejść, nasi goście czekają w auli – powiedział nauczyciel, po czym jak oparzony wyszedłem z sali. Nie byłem oczywiście jedynym, robiącym projekt. Okazało się, że padło akurat na nasz rocznik. W tym roku, dotrzymując jakiejś absurdalnej tradycji, to my mieliśmy szykować coś akurat w ostatnim tygodniu szkoły. Co gorsza – oddanie projektu było czynnikiem, warunkującym przejście do kolejnej klasy. To było bez sensu. Miałem zawalić cały rok ze względu na idiotyczną „wiosenną faunę”? Co w ogóle oznaczał ten temat? I dlaczego akurat ja? Brali dwie osoby od nas na jedną ze szkoły w Koriyamie, ale akurat ja, mimo nazwiska na samym początku dziennika, zostałem sam z jednym z tych zarozumialców. To będzie naprawdę długi tydzień.
Poszedłem do auli, gdzie miało odbyć się pierwsze spotkanie w cztery oczy z moim „partnerem”. Miałem cichą nadzieję, że on też czuje się już zmęczony szkołą, odbębnimy to i wreszcie wyciągnę gitarę z futerału, usiądę gdzieś w plenerze i pogram.
Rozejrzałem się po sali. W oczy rzucił mi się od razu zarozumiały chłopak, którego dyrektor przedstawiał jako…Sama…nie, to był chyba Sakamoto. Zmarszczyłem brwi na sam jego widok, a spochmurniałem jeszcze bardziej, gdy zaczął się do mnie zbliżać z idiotycznym uśmieszkiem. Już mnie denerwował.
- Jestem Sakamoto Takashi, będziemy razem robili projekt, miło mi cię poznać – wypowiedział grzecznie oklepaną formułkę i się ukłonił. Też mi coś.
- Ja jestem Amano Shinji, mi również miło cię poznać – powiedziałem, odwzajemniając grzeczny gest. Oczywiście było to w pełni wymuszone.
- Mamy już wolne, prawda? Może wybralibyśmy się na kawę? – powiedział wciąż z tym swoim głupim uśmieszkiem i już miałem wymówić się w jakiś idiotyczny sposób, jak podlaniem kwiatków w pokoju – choć takowych nie posiadałem, ale skąd on mógł o tym wiedzieć? – Z tego, co słyszałem, mamy się „zintegrować”, a myślę, że w szkolnych murach, pod ciągłym nadzorem nauczycieli, będziemy się czuli nieswojo – kontynuował i wtedy, przysiągłbym, że widziałem błysk w jego oku. Nie podobał mi się coraz bardziej. Był zbyt grzeczny i za dobrze czytał w moich myślach. Tylko skąd mógł wiedzieć, że chciałem się stamtąd wynieść i to jak najprędzej?
- Dobrze, chodźmy – odpowiedziałem dość sztywno, trzymając należyty dystans. Tak będzie najlepiej – myślałem – utrzymam go na dystans i nie będzie mógł patrzeć na mnie z góry, jak na wszystkich. Był taki denerwujący! Tak samo jego krok, subtelne kołysanie bioder, nieznacznie ściągnięte brwi, charakterystyczne usta i przeszywające spojrzenie – wszystko to doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
Szliśmy w milczeniu, ale on wydawał się być tym wszystkim zupełnie nieskrępowany. Czym on był? Zatrzymał się pod szyldem Starbucks i wszedł do środka bez ostrzeżenia. Wpakowałem się za nim do lokalu i stanąłem przy barze. Wpatrywał się w menu. Z niebywałą satysfakcją stwierdziłem, że z profilu był tak samo szpetny i miał ogromny nos. To zdecydowanie była nienawiść od pierwszego wejrzenia.
Ja zamówiłem Cafe Mocha, a on waniliową Latte. Usiedliśmy przy małym, dwuosobowym stoliku, a zanim jeszcze zdążyłem wymyślić epitet pasujący do jego irytującej osoby i tej irracjonalnej sytuacji, zawołano nas po kawy. Wstałem chyba trochę zbyt gwałtownie, pod wpływem intensywnie czekoladowego spojrzenia i ruszyłem po nasze zamówienie (jakie nasze?). Wciąż czułem na sobie jego wzrok i aż przeszły mnie ciarki. Kiedy się odwróciłem, by pełen wściekłości z powodu tego nietaktownego peszenia, zrugać go samym spojrzeniem (a może zabić wzrokiem?), on patrzył w kompletnie innym kierunku. Przyglądał się jakimś dziewczątkom, które śmiały się, pijąc kawę i zerkając raz po raz w jego kierunku. Wtedy moja wściekłość sięgnęła zenitu. Cudem nie rozlewając naszego zamówienia ani nie kończąc na stole, który musiałem minąć po drodze, popędziłem do naszego stolika i postawiłem przed nim kawę, po czym usiadłem, z premedytacją zasłaniając mu widok na jego „obiekty”. Pewnie chciał je wykorzystać w jakiś niegodziwy sposób, więc poczułem się trochę niczym bohater. Pełen dumy zerknąłem na niego. Zainteresował się zawartością swojego kubka, więc i ja chwyciłem pojemnik za ucho i upiłem spory łyk. Sakamoto spojrzał na mnie i - co za niegodziwość - zaczął się bezczelnie śmiać.
- Powinieneś ustanawiać nowe krzyki mody – skomentował, najwidoczniej rozbawiony. Miałem ochotę chlusnąć mu tą kawą w tę jego „piękną” twarzyczkę, kiedy wycierałem spod nosa wąsy z bitej śmietany.
On pił kawę, początkowo wybierając piankę łyżeczką. Robił to w jakiś idiotycznie erotyczny sposób. On cały był erotyczny. I idiotyczny oczywiście. Usiadł wygodniej, wyraźnie się rozluźniając, rozpiął guziki przy rękawach śnieżnobiałej koszuli, by podciągnąć je do łokci. Wtedy dopiero zaczęliśmy rozmawiać.
- Ten temat jest bezsensowny – zacząłem, nie mogąc już wytrzymać tej krępującej ciszy, która stała się nie do wytrzymania po jego wybuchu śmiechu. Na początku zrobił wrażenie ułożonego, ale wtedy już widziałem, że w rzeczywistości jest ordynarny. Wyszło szydło z worka.
- Kompletnie bezsensowny - ciągnąłem dalej swój wywód, chcąc go sprowokować do refleksji.
- Nieważne jak bezsensowny by nie był, bez niego nie zdasz roku - powiedział chłodno. Wtedy pomyślałem, że może jednak był sztywniakiem?
- Chyba chciałeś powiedzieć "nie zdamy".
- Nie poprawiaj mnie, dobrze wiem, co chciałem powiedzieć - dokładnie widzialem, jak nieznacznie mrużył oczy. Widziałem to bardzo wyraźnie. Lekceważył mnie. Znowu! Jaki on był denerwujący. Przybrałem wyrazu twarzy człowieka znudzonego, zniechęconego i wręcz zażenowanego, ale on zdawał się tego nie zauważać.
- O co w tym w ogóle chodzi? - zapytałem spoglądając na niego i w tej jednej chwili wydał mi się tak cudowny, że aż zrobiło mi się przez chwilę głupio. Szybko zabiłem to irracjonalne, uczucie goryczy standardowym "jesteś tylko głupim snobem i poza formułkami z podręczników masz w głowie niewiele więcej niż laski powiększające sobie biust".
Ostentacyjnie przewrócił oczami (zupełnie tak, jakby chciał przez to powiedzieć "jesteś idiotą", a - co gorsza - właśnie tak się poczułem) i powiedział:
- Mamy przedstawić zwierzęta wiosną, więc zapewne trzeba przedstawić jakie zmiany zachodzą u przedstawicieli różnych gatunków...choć masz rację, to będzie nudne - okrążył wzrokiem wnętrze kawiarni i puścił oczko do dziewczyn za moimi plecami, po czym uśmiechnął się do nich po idealnie odmierzonych dwóch sekundach odwracając wzrok. Tym razem utkwił to okropne spojrzenie we mnie. Usłyszałem pisk za plecami i szepty podnieconych nastolatek. Wykrzywiłem twarz, wyrażając niezadowolenie ogłuszaniem mnie. To wszystko było jego winą!
- Masz dziewczynę, Amano? - zapytał bezczelnie. Wtedy wiedziałem, że zdecydowanie do grzecznych nie należy. To było nietaktowne. Czułem, jak na moje policzki wypływa nieznośne gorąco. Co go to obchodziło? Ja z nim miałem tylko robić jakiś idiotyczny projekt. Jednak nie mogłem dać się tak łatwo sprowokować.
- Nie za gorąco ci? - zapytał z tym swoim ohydnym, pobłażliwym uśmieszkiem, którym potrafił zdegradować rozmówcę do roli śmiecia. Właśnie dlatego nie mogłem wytrzymać przebywania z nim.
- Pewnie to ty na mnie negatywnie wpływasz - odburknąłem. Na jego twarzy przez chwilę zaigrało zaskoczenie. Wyczułem ciszę przed burzą i już miałem ochotę skulić się w sobie. Oczywiście nie mogłem, bo któż inny miałby się wykazać męskością w tym duecie, jak nie ja?
Uniósł do góry jedną brew przyglądając mi się uważnie.
- Jeśli rumienisz się przy kimś, kto wpływa na ciebie rzekomo "negatywnie", to jesteś naprawdę dziwny, tygrysie.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wypił swoją kawę, ale wiedziałem, że ja w całej swej wściekłości i frustracji, w tej właśnie chwili wyżłopałem całą do samego dna.
- Chodźmy lepiej na piwo - odezwał się - rozluźnisz się - rzucił ze znikomym uśmiechem, zostawiając banknot na stole i zbierając się do wyjścia. Wtedy coś się stało po raz pierwszy. Nie, żebym nie cierpiał go w mniejszym stopniu, ale po prostu nie byłem w stanie za nim nie iść. Oczywiście wstając uderzyłem się o stolik w kolano, jednocześnie powodując hałas i prawie zwalając brudne kubki ze stolika. Modliłem się w myślach, żeby jakimś cudem tego nie usłyszał. Oczywiście odwrócił się i spojrzał na mnie karcąco, jakby chciał powiedzieć "Ty jeszcze nie jesteś przy mnie?". Nie cierpiałem go coraz bardziej.

wtorek, 19 listopada 2013

[1/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

01.

Wstałem jak zwykle znudzony. Tryskając równie szarą radością, wstałem z miękkiego łóżka tylko po to, żeby przeżyć ostatni tydzień roku szkolnego. Zjadłem takie samo śniadanie, jak co dzień, umyłem zęby w identyczny sposób, w jaki robię to od lat i tradycyjnie spóźniłem się na ostatni autobus, który dowiózłby mnie do szkoły przed rozpoczęciem zajęć. Gdy czekałem na kolejny, nagle w mojej głowie coś zaświtało. Można to porównać z uczuciem doznania objawienia czy cudu. Dokładnie tak. Złączyły się dwa elementy puzzli i jakże pozytywna wiadomość, iż właśnie dziś mają przyjechać zarozumiałe dzieciaki z Fukushimy objawiła mi się niczym Archanioł Gabriel. Poczułem się wspaniały, mimo że Matki Boskiej nie przypominałem w żadnym stopniu. Westchnąłem tylko. Spóźnienie wydawało się niezłym rozwiązaniem, choć wiedziałem, że przeciąganie tego, niczego nie rozwiąże. Właściwie nawet nie byłem pewny, dlaczego mają przyjeżdżać, jednak wysłuchiwanie „oto cudowna szkoła, powinniście uczyć się tak, jak oni. Spójrzcie, jacy są nieziemsko snobistyczni” było ponad moje siły. Przetarłem oczy, a przede mną pojawił się autobus. Westchnąłem po raz kolejny i zarzucając torbę na ramię, wsiadłem do środka.
Do szkoły dojechałem dopiero piętnaście minut po ósmej czyli dokładnie kwadrans po rozpoczęciu zajęć integracyjnych. Niespecjalnie się spiesząc, skierowałem się od razu w stronę auli. Wszedłem po cichu i usiadłem na najbliższym krześle przy drzwiach. Właśnie dyrektor wygłaszał przemówienie, dokładnie takie, jakie wyobrażałem sobie czekając, aż tu dotrę. Brakowało tylko słowa „snobistyczni”. Chwilę później zaprosił tych z Fukushimy na scenę i przedstawił każdego po kolei. Zmarszczyłem brwi, gdy doszedł do „Takashiego Sakamoto”. Nie spodobał mi się od samego początku. Wyglądał, jakby na wszystkich patrzył z góry. Przewróciłem oczami i spojrzałem na Yuu, który złapał ze mną kontakt wzrokowy. Skinąłem w jego stronę, a on uśmiechnął się do mnie. Jego obecność była zawsze jakimś pozytywem. Dyrektor gadał i gadał…skończył dopiero o dziewiątej i wtedy też rozeszliśmy się do klas. Tam czekało nas kolejne przemówienie – tym razem ze strony wychowawcy. Wyłączyłem się, patrząc za okno. Wiśnia już przekwitła i za szklaną powierzchnią rozpościerała się tętniąca żywą zielenią przestrzeń. Miałem ochotę wyrwać się i poprzebywać trochę na słońcu. Jeszcze lepsza byłaby wizja przycupnięcia pod drzewem i pogrania na akustyku. Szkoła momentami była naprawdę problematyczna. Nawet Aoi zginął mi gdzieś w tłumie, więc nie zdążyłem zamienić z nim ani słowa. To mój przyjaciel, jest rok starszy. Spotkaliśmy się po raz pierwszy, kiedy ja dołączyłem do pierwszej klasy. On już tu chodził i dobrze się uczył, choć nie miał przyjaciół. Poznaliśmy się właściwie na kółku muzycznym. On też grał na gitarze, więc nie było nam trudno znaleźć wspólny język. Pomyślałem, że dawno razem nie graliśmy i wypadałoby to zmienić.
Z rozmyślań wyrwał mnie głos wychowawcy:
- Amano Shinji zrobi zaś projekt z Takashim Sakamoto.
- Jaki projekt? – spojrzałem spłoszony na nauczyciela fizyki…a może raczej zniesmaczony. Robienie czegokolwiek z którymkolwiek z tych snobów napełniało mnie obrzydzeniem.
- Projekt edukacyjny. Zapraszam Amano, wylosuj swój temat – powiedział, wskazując na pudełko, wypełnione zapewne karteczkami. Świetnie. Tylko tego mi brakowało, żebym musiał coś jeszcze robić tuż przed końcem roku szkolnego. Wstałem i wyjąłem karteczkę, rozwinąłem ją…czułem na sobie wzrok dwudziestu dwóch par ciekawskich oczu i wcale nie było to komfortowe, więc wróciłem na miejsce i przeczytałem zawartość kartki.
„Biologia – fauna w wiosennej odsłonie”
To był jakiś żart. Niestety, jak się później okazało, projekt sam w sobie był moim najmniejszym zmartwieniem.

poniedziałek, 18 listopada 2013

[0/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine) - prolog

Przed Wami twór dość świeży, ponieważ rozpoczęłam go wczoraj. Jak na razie nie zdradzam paringu. Oto prolog, życzę miłej lektury ^^


Siedemnastego listopada miał nastąpić kolejny (już osiemset osiemdziesiąty trzeci) szary dzień. Była to niedziela – dzień, w którym szykowałem się do wyprowadzki. Co za tym szło, musiałem robić porządki w moim małym gniazdku i przy okazji przekopywałem się przez emanujące sentymentem relikty przeszłości. Postanowiłem zacząć od bardzo niepozornej półki z szufladami przy biurku jednak po ataku tony kartek, rysunków, ołówków, opakowań strun, kartek urodzinowych i innych najpotrzebniejszych śmieci na świecie, przeniosłem swój wzrok na półkę przy łóżku. Wydawała się lepszą alternatywą. Gdy ją otworzyłem, ukazała mi się teczka ze starymi rysunkami. Na jej widok uśmiechnąłem się pod nosem, ale odłożyłem ją na bok, zaś moim oczom ukazał się zeszyt. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Wziąłem stary brulion o brązowej okładce do ręki i przyjrzałem mu się. Wcale nie miałem ochoty do niego zaglądać. Nawet odłożyłem go grzecznie na wysłużoną, granatową teczkę. To naprawdę nie była moja wina, że już po chwili wodziłem wzrokiem po tekście z zachłannością co najmniej taką, z jaką osiemset osiemdziesiąt trzy dni temu…

niedziela, 13 października 2013

[9/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

Bardzo dziękuję, Amidamaru. Wielokropki postaram się poprawić i bardzo Ci dziękuję za tę uwagę oraz za cały komentarz, aż się wzruszyłam ; ;
W gruncie rzeczy ostatni rozdział miałam już wcześniej napisany i gdyby nie Twój komentarz, pewnie by tu nie zagościł.
Ostatni rozdział nie jest absolutnie niczym odkrywczy, ale przecież całe opowiadanie miało być "lekkie, łatwe i przyjemne". Zapraszam na końcówkę:



Patrzyłem oniemiały na sylwetkę Tsurugiego. Przyszedł po resztę rzeczy? Milczał, patrząc na mnie. Bynajmniej nie wyglądał, jakby przyszedł po resztę rzeczy z uwagi na dwie wielkie wypchane torby, które miał ze sobą. W jego oczach ujrzałem smutek. Mimowolnie wstałem, podszedłem do niego i przygarnąłem, by przytulić. Nawet nie myślałem, co robię. Nawet nie wiedziałem, czy to mój skołatany umysł płata takie figle, lecz ciepło ciasno wtulonego we mnie ciała mówiło coś zupełnie innego. 
- Kao… - zaczął, a ja milczałem, czekając cierpliwie, aż kontynuuje. – Gdy byłem z Mao… gdy zaczął mnie całować, rozbierać i… - przerwał, a we mnie zaczęło wrzeć. - … uprawialiśmy seks… - westchnąłem głośno, lecz Tsurugi kontynuował po kolejnej chwili milczenia - … ja zrozumiałem, że nie kocham jego, tylko ciebie, Kaoru. 
Zamarłem. W głowie miałem kompletny mętlik, choć wszystko sprowadzało się do jednej optymistycznej myśli - kocha mnie. Przez chwilę stałem jak wryty, by spojrzeć w jego oczy i pocałować prosto w usta. Oddał pocałunek, a ja go pogłębiłem. Gest ten wyrażał tęsknotę ostatnich chwil. Nie zwracając już uwagi na nic, daliśmy się pochłonąć. Trafiliśmy do krainy zmysłów, niczym nabuzowane hormonami dzieciaki. Nawet mi to nie przeszkadzało. On sam pociągnął mnie do sypialni, położył się, wciągnął mnie na siebie i zaczął pospiesznie rozbierać. Chaotyczne ruchy miały w sobie jednak jakiś element czułości. Nigdy wcześniej nie kochaliśmy się tak świadomie, bez ukłucia żalu, wynikającego z efemeryczności każdego gestu, chwili bliskości. Od teraz wiedzieliśmy, że nietrwała „wieczność” stoi przed nami otworem. Wiedziałem to przede wszystkim ja. Kochaliśmy się, jak nigdy dotąd. 

Leżałem, obejmując go w pasie z głową wspartą na torsie. Słyszałem jego jeszcze trochę za szybko bijące serce. Uśmiechnąłem się, czując smukłe palce, błądzące w kosmykach moich włosów. 
- Tsu – wymruczałem. 
- Taak? – zapytał z nutką radości w głosie. Nie musiałem na niego patrzeć, by wiedzieć, że się uśmiecha. 
- Wyrzucił cię? 
Usłyszałem jego ciche westchnięcie. 
- Właściwie po tym, jak my… z Mao… przyszedł Mizuki… 
Spojrzałem na niego, opierając się brodą o jego mostek. Uniosłem do góry jedną brew. 
- I? 
- Wtedy się kłócili… aż mnie wyrzucili... 
Zbił mnie z tropu. 
- I przy… 
- Nie – przerwał mi – to nie tak. Uświadomiłem sobie to już wcześniej, zanim jeszcze Mizuki wszedł… zresztą… n​ie mówmy już o tym… bo ja kocham tylko Ciebie, Kaoru. 
Uśmiech zakochanego idioty wrócił na moją twarz. Pomimo świadomości, że zaraz zniknie, bo jest równie efemeryczny jak my, pozwoliłem głupiej radości mną zawładnąć.

środa, 18 września 2013

[One Shot] Słodka przeszłość (ReitaxUruha)

Data napisania: 04.06.2010r.
Tytuł: Słodka przeszłość
Pairing: ReitaxUruha
Gatunek: Flashback i Fluff
Rating: chyba G
Ostrzeżenia: ?
Notka od autora: Coś bardzo starego (co widać po dacie), znowu Gazettowy paring i chyba nawet mój pierwszy fick o tej parze. Zapraszam ^^

Najpierw był piękny początek. Działo się to jeszcze w liceum, a ja pamiętam tak, jakby zdarzyło się wczoraj.
Poznaliśmy się zwyczajnie, wiele osób nawiązuje w ten sposób znajomości. Po prostu mieliśmy przerwę między lekcjami, a żadnego z naszych znajomych nie było tego dnia w szkole z powodu epidemii grypy. Siedziałeś na parapecie, a ja podszedłem do ciebie i zacząłem rozmowę. Bardzo szybko się rozwinęła i okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Chodziliśmy i rozmawialiśmy razem przez cały dzień. Następnego dnia było podobnie, ale tym razem to ty podszedłeś do mnie i zagadałeś. Do dzisiaj uśmiecham się, wspominając, gdy tak się zagadaliśmy, że zapomnieliśmy o bożym świecie i zostaliśmy sami na korytarzu. W połowie lekcji zauważył nas dyrektor. Ale miałem wtedy szlaban.
Wciąż zbliżaliśmy się do siebie, z każdym dniem. Nawet po powrocie naszych przyjaciół, nie szczędziliśmy czasu na rozmowy i wygłupy. Oczywiście zdarzały się kłótnie i nieporozumienia. Jedno takie trwało nawet dwa tygodnie. Do dzisiaj wydaje mi się, że to ja je spowodowałem i zawsze, gdy o tym myślę, czuję drobne ukłucie w sercu. Widząc tylko czubek własnego nosa nie potrafiłem zauważyć, gdy twoje poczucie własnej wartości spadło niemalże do zera. Zobaczyłem to niestety za późno, bo zacząłem dociekać dopiero w chwili, gdy dojrzałem kreskę na twoim nadgarstku. Dzisiaj już nie ma po niej śladu, bo rana nie została. Wyleczyliśmy ją razem i nie musiała się nawet zabliźniać. Po prostu zniknęła. Wtedy przyrzekłem, że już nigdy cię nie zostawię.
Z czasem zacząłem lubić cię coraz bardziej, a w drugiej klasie poczułem tę „iskierkę”. Zacząłem za tobą szaleć. Byliśmy wtedy najlepszymi przyjaciółmi. Stało się to zwyczajnie, jakby automatycznie. Nagle dostrzegłem, że potrafisz rozchmurzyć każdy mój zły dzień, przegonić każdą burzę w moim życiu. Przebywanie z tobą przestało być dla mnie samą radością, doszła do niej fascynacja twoją osobą i chęć spędzania z tobą każdej chwili, mimo, że byliśmy wtedy niemal nierozłączni.
Minęło wiele dni, które spędziliśmy razem, ale najwyraźniej pamiętam ten jeden niezwykły…
Była dyskoteka szkolna dla całego liceum. Na początku krępowaliśmy się cokolwiek robić, ale po paru piosenkach zaczęliśmy tańczyć i się wygłupiać. Wyginaliśmy się w rytm muzyki, śmiejąc się z siebie nawzajem. Raz nawet wpadłem na ciebie. Byłeś tak zdezorientowany, że runąłeś na ziemię, a ja za tobą. Na początku cały poczerwieniałeś, tym bardziej, że widziała to dziewczyna, która ci się podobała. Nie była brzydka, ani głupia, ale ja nigdy nie potrafiłem jej polubić. Ona mnie też. Ale mimo to zwierzałeś mi się, a ja – jak przystało na dobrego przyjaciela – doradzałem ci i pomagałem zdobyć jej serce. W trakcie dyskoteki spojrzała na mnie zawistnie, gdy leżałem na roześmianym Shimie, czyli tobie. Lubiłem cię wtedy tak nazywać. Mimo wszystko postarałem się dość szybko pozbierać i pomóc wstać też tobie. Dalej wszystko odbyło się bez rewelacji – dziewczyna unikała cię i udawała obrażoną, przez co byłeś trochę smutny, ale ja potrafiłem cię pocieszyć. Coś zdarzyło się dopiero po całej imprezie. Byliśmy spoceni, ale zadowoleni, bo wyszaleliśmy się do woli. Właśnie ścierałem z czoła pot, a do łazienki wszedłeś ty. Powiedziałeś tylko, że dziewczyna dowiedziała się o twoich uczuciach i oznajmiła, iż cię nienawidzi i nigdy nie będzie w stanie pokochać. W myślach nadałem jej niecenzuralną nazwę i zacząłem cię pocieszać. Usiadłeś w kącie na ziemi, a ja obok ciebie. Nie chciałeś płakać, to łzy same popłynęły z twoich oczu, a ja…to było instynktowne…przytuliłem cię i mówiłem, że nie jest ciebie warta. Ani ciebie, ani twoich łez. Spojrzałeś na mnie i…nigdy nie zapomnę tego wzroku, twoich oczu, ust, całej twarzy wtedy i słów:
- Akira...wiesz…jest jedna sprawa… - nie mówiłem nic, czekając, aż rozbudujesz zdanie – …ja…kocham cię…
Byłem zaskoczony i w pierwszej chwili nie potrafiłem nic zrobić, ani powiedzieć. W mojej głowie plątało się mnóstwo myśli. Nigdy nie zapomnę tego uczucia. Było jak mieszanka wszystkiego – podniecenia, radości, strachu, niepokoju - która zaraz miała wybuchnąć, a ja obudzić się i z żalem stwierdzić, że to sen. Ale nie, to wszystko było prawdziwe. Wtedy powiedziałem, że odwzajemniam twoje uczucie i zasmakowałem twoich ust. Powiedziałbym, że były słodkie, choć tak naprawdę nie dało się określić ich smaku. Z każdą chwilą narastała w nas namiętność i podniecenie. Łzy zdążyły szybko wyschnąć z twoich policzków. Osuszyłem je ja swoimi ustami. Nie doszło między nami do niczego więcej. Z jednej strony żałowałem, ale z drugiej nie chciałem tłumić rozsądku namiętnością. To było piękne i nie zapomnę tej chwili do końca mojego życia. Mimo, że była tak ulotna.
Potem trochę krępowaliśmy się przed okazywaniem swoich uczuć w szkole. Inaczej było, gdy zostawaliśmy sami – wtedy pochłaniały nas uczucia, jakie do siebie żywiliśmy pomieszane z namiętnością. Bolało mnie, gdy dzień po dyskotece, próbowałem objąć cię w pasie. Chciałem poczuć twój zapach, ale ty odepchnąłeś mnie. Usłyszałem śmiechy i wiedziałem, że twoje policzki pokrywa rumieniec wstydu. Miałem ochotę wtedy skulić się jak dziecko i zacząć płakać, ale ukryłem się pod maską twardziela bez uczuć, bo tak było łatwiej. Do końca dnia unikaliśmy siebie nawzajem. Ja miałem cię dość, byłem wściekły i zdruzgotany, a tobie było wstyd i bałeś się do mnie podejść. Pamiętam, że gdy wróciłem tego dnia do domu, zamknąłem się w łazience i zacząłem płakać. Wtedy pochlipywania zza drzwi usłyszała siostra i zaczęła ze mną rozmawiać. Była starsza i zawsze pomagała mi w najcięższych chwilach. Po półgodzinnym namawianiu, wreszcie otworzyłem drzwi, a ona przytuliła mnie i zaprowadziła do swojego pokoju. Nagle zburzył się mur wokół mojego serca i zacząłem opowiadać bez opamiętania o wszystkim, co mnie dręczyło. Trwało to godzinę. Siostra łatwo zaakceptowała moje preferencje seksualne i doradziła mi, bym się nie zniechęcał, tylko z tobą porozmawiał, bo pewnie cię to wszystko po prostu przeraziło. W takich chwilach cieszyłem się, że mam taką wyrozumiałą siostrę.
Następnego dnia problem sam się rozwiązał. W chwili, gdy pojawiłem się w drzwiach szkoły, ty już na mnie skoczyłeś, przytulając się i wciąż powtarzając słowo „przepraszam”. Wybaczyłem ci i wtedy drugi raz zasmakowałem twoich ust. Wydawały się być spragnione mojego pocałunku. Potem nie było łatwo, tym bardziej, że nie wszyscy akceptowali nasz związek, ale wystarczyło, że my go zaakceptowaliśmy i mogliśmy już razem dążyć do szczęścia.
Trwało to rok. W trzeciej klasie przeżyliśmy swój pierwszy raz. Nie da się tego opisać, choć do dziś pamiętam ten ból i nasze mocno zaciśnięte dłonie. Byliśmy wtedy razem i czuliśmy to razem, tak, jak zawsze. Pamiętam nasze przyspieszone oddechy, mieszające się ze sobą, nasze ciała, które splecione razem mogły tworzyć jeden organizm i ból, przerażający ból, który czuliśmy obydwoje, tłumiony przyjemnością, którą czerpaliśmy zarówno ze stosunku, jak i ciepła swoich ciał.
Założyliśmy pierwszy zespół. Był on kompletnym niewypałem. Dopiero z drugiego „coś” wyszło. I wtedy, kiedy „coś” wyszło, nasze uczucie zaczęło blaknąć, zanikać. A przynajmniej tak nam się wydawało. Teraz myślę, że po prostu potrafiliśmy pokochać mocniej kogoś innego, niż siebie nawzajem. Czasami wracam myślami tam, w odległą przeszłość i myślę o niej z małym żalem i utęsknieniem, ale wiem, że nikt inny nie potrafiłby zastąpić Rukiego. On jest jedyny, niezastąpiony i właśnie przysypia na kanapie w moim salonie. Wygląda bardzo słodko. Ty też znalazłeś sobie kogoś. Podchody z Yuu nareszcie się skończyły i jesteście razem. A ty i ja od czasu rozpadu „nas” znowu zostaliśmy przyjaciółmi i jesteśmy nimi do teraz. Piękny początek i nie gorszy koniec.