czwartek, 27 lutego 2014

[14/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

Od autora: Wiem, że dostałam dwie nominacje do Liebster Award, notka na ten temat ukaże się niedługo :3
Oto przedostatnia część "... and the worst thing...".


14.

Nie obudziło mnie poranne słońce, które zazwyczaj z ogromnymi pokładami czystej złośliwości, świeciło mi prosto w oczy. Otworzyłem oczy sam z siebie, wybudzając organizm z przyjemnego stanu. Przed sobą zobaczyłem jego spokojną, jeszcze pogrążoną we śnie twarz. Widziałem, jak oddychał równomiernie. Nawet kiedy spał miał w sobie coś niesamowicie zadziornego i... nieziemsko kuszącego. Dopiero wtedy zorientowałem się, że moja dłoń mimowolnie spoczywa na jego biodrze. Pospiesznie ją zabrałem, modląc się w myślach, by go tym nie obudzić. Niewyobrażalnie się zdziwiłem,  poczuwszy jego palce zaciśnięte na moim nadgarstku. Spojrzałem na niego. Jego wzrok utkwiony był we mnie, brew nieznacznie podniesiona. Wcale nie wyglądał na zaspanego.
- Po co uciekasz? - zapytał, układając moją dłoń z powrotem na swoim biodrze. Poczułem pod palcami kość jego miednicy. Przez materiał oczywiście. Zachęcony kuszącym spojrzeniem, przysunąłem się bliżej i już miałem... Gdy zamykałem oczy, przybliżając swoje wargi do jego ust, zobaczyłem tylko rysujący się uśmiech.
- Musimy robić projekt, Amano - powiedział, odsuwając się i wstając. Moja dłoń samoistnie opuściła jego cudowne kościste biodro, a w sercu pozostał cholerny niedosyt. Już wtedy wiedziałem, że to będzie naprawdę ciężki dzień.
Poszedł do łazienki, z której po chwili usłyszałem dźwięk lejącej się z kranu wody. Odetchnąłem. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo pieką mnie policzki. Zamknąłem oczy i policzyłem w duchu do dziesięciu, starając się uspokoić. Chcąc odgonić myśli od warg Takashiego, zacząłem zastanawiać się nad tym, co zostało nam jeszcze do zrobienia. W końcu byłem tu tylko ze względu na projekt... Tylko... Ugh... Nigdy nie spodziewałbym się, że nawet mój nie-taki-mały przyjaciel będzie przeciwko mnie. I to akurat w tamtej chwili, gdy Sakamoto siedział w łazience. Myśli same gładko powiodły mnie do wniosku, który wydał mi się bardziej przerażający od rozmnażania płciowego pierścienic - skoro pociągał mnie on, to chyba byłem gejem. Kiedyś myślałem o tym, jak o czymś obrzydliwym, ale o dziwo... okazało się naturalne. A może po prostu Sakamoto nie był takim standardowym chłopakiem? Optymistyczna wersja zakładała biseksualizm i krótki pociąg, związany z burzą hormonów... choć w tamtej chwili w żadnym stopniu nie nazwałbym przyczyny moich uczuć wybuchem wewnętrznej fabryki testosteronu.
Słyszałem wodę, uderzającą nierównomiernie o brodzik. Kąpał się. Odetchnąłem. Naprawdę miałem chwilę dla siebie. Spojrzałem za okno. Niebo odznaczało się rozmaitymi odcieniami szarości. Może powinienem pójść, zanim zrobię coś głupiego? Choć pogoda wcale nie zachęcała do wyjścia. Chmury wyglądały wyjątkowo złowrogo. Najwidoczniej zanosiło się na obfity deszcz.
On był tuż obok. Właściwie dzieliły nas tylko drzwi. Kiedy to się stało? Kiedy zaczął mnie... pociągać?
Przecież był kompletnym idiotą, podrywaczem, interesownym dupkiem i... miał dziewczynę. Więc dlaczego mnie pocałował? Nawet nie zauważyłem, kiedy moja dłoń dotknęła warg, jakby chcąc przypomnieć sobie dotyk jego ust. Ten wieczór... jakbym zachłysnął się szczęściem... Zdecydowanie nie byłem w stanie robić projektu w tej sytuacji. Powinienem z nim porozmawiać... wyjaśnić. Zapytać, czy ma dziewczynę, czy... rzeczywiście coś do mnie czuje... A może lepiej...
Z rozmyślań wyrwało mnie uczucie jego ciepłej dłoni na moim ramieniu, które spowodowało dreszcz, przeszywający całe moje ciało.
- Żyjesz? - zapytał. Odwróciłem się w jego stronę i moje serce aż mocniej zabiło. Miał na sobie tylko ciasne spodnie, a na jego twarzy widniał trochę zawadiacki uśmiech... Miał w sobie coś idiotycznie idealnego. Wiedziałem, że nie da się zastąpić czasu, który spędzałem z nim... Zobaczywszy go, aż zachłysnąłem się powietrzem. Uśmiechnął się szerzej, w tym grymasie widniała jakaś drapieżność i pochylił się nade mną, stykając znów nasze wargi. Czułem, jakbym nie mógł oddychać. Prawie, jakby zabierał mi ostatnie cząsteczki tlenu, a ja panicznie próbował je zatrzymać. Kiedy rozdzielił nasze wargi, rozległo się głośne cmoknięcie. Roześmiał się, a ja zmieszałem. To była taka głupia sytuacja.
- Co nam zostało? - zapytałem, kiedy już siedzieliśmy w bezpiecznej odległości od siebie przy niewielkim stoliku, popijając poranną herbatę.
- Chyba bezkręgowce - odparł, a ja patrzyłem na jego grdykę. Znów przyłapałem się na myślach, że jest w nim coś czarującego. Odebrał mi ten widok bardzo szybko, kierując się do kuchennego okienka, w którym zapalił. Kiedy palił też był cudowny.
Żeby nie wpatrywać się w niego z cielęcym zachwytem, postanowiłem zajrzeć do wczorajszych notatek. Były praktycznie skończone. Rzeczywiście przed nami tylko bezkręgowce. Uśmiechnąłem się chyba nie tylko w duchu i zacząłem wertować jedną z wypożyczonych książek oraz pieczołowicie szukać informacji na temat rozmnażania gąbek, nicieni, parzydełkowców, szkarłupni, pierścienic, stawonogów, mięczaków i płazińców. Odetchnąłem ciężko. Czym właściwie były szkarłupnie?
W ciągu tych paru minut przeczytałem, że gąbki rozmnażają się płciowo lub bezpłciowo i... nie dotarło do mnie nic więcej. Później słyszałem cichy szelest jego kroków. Usiadł na miejscu obok i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Jak ci idzie? - zapytał, wpatrując się we mnie swoimi idealnie czekoladowymi tęczówkami.
- Nijak - odparłem niby od niechcenia.
- Jak to? Przestałeś już dbać o swoje świadectwo?
Zacisnąłem wargi. Oczywiście, że zależało mi na zdaniu roku. Choć w tamtym czasie byłem zbyt zajęty jego obecnością. To wszystko było jak jakiś czar, niesamowity czas, przeznaczony tylko dla nas... jakbyśmy oderwali się od świata, przenieśli do innego wymiaru i tak po prostu trwali.
Przerobiliśmy bezkręgowce czy raczej wyłuskaliśmy z nich potrzebne informacje, kończąc pracę o szesnastej. Wtedy też ze smutkiem stwierdziłem, że moja paczka po fajkach stała się wyjątkowo opustoszała.
- Wyjdę po fajki - powiedziałem, a Takashi spojrzał na mnie, jakbym właśnie powiedział coś niebywale głupiego.
- Weź z moich - powiedział, rzucając paczkę w moją stronę, która niefortunnie odbiła mi się od czoła. Parsknął, nieudolnie próbując powstrzymać uśmiech poprzez przygryzienie dolnej wargi. Złapał się przy tym za brzuch, co wcale w uzyskaniu oczekiwanego efektu nie pomogło.
- Nie śmiej się ze mnie - powiedziałem z wyrzutem. - Sam je źle rzuciłeś - powiedziałem, chwytając jedną z fajek i pospiesznie wychodząc na dwór.
Stałem w skarpetkach przed wejściem, pod daszkiem. Powietrze było wilgotne i orzeźwiające. Padał deszcz. Z moich ust wylatywała strużka białego dymu i leniwie płynęła do nieba, by zniknąć w połowie drogi, rozpływając się w powietrzu.
Co za ironia - pomyślałem. Czułem się niemal tak irracjonalnie, jak ten dym. Choć można powiedzieć, że zdarzyło się coś niesamowitego i kompletnie niespodziewanego, czego gdzieś w głębi już od dawna pragnąłem. Miałem wrażenie, że spłycenie tego do wymiaru "miłości" byłoby krzywdzące, więc postanowiłem nie nazywać tego wcale. Stałem i paliłem, oparty o ścianę boczną wykuszu do hotelowego wejścia. Wtedy poczułem na ramionach swój płaszcz i obejmujące mnie w talii ramiona Takashiego.
- Już mnie wyganiasz? - zapytałem z przekąsem.
- Ależ skąd, nie chcę tylko, żebyś leciał ze skargą do mamusi, że przeze mnie jesteś chory.
Prychnąłem.
- Zawsze musisz mieć ostatnie słowo, prawda?
Rzuciłem fajkę na ziemię i przydeptałem ją obcasem.
- Z tobą zawsze - odparł i puścił mnie. - Wracajmy - odparł i poszedł do pokoju. Ja za nim, nie mogąc powstrzymać się od spojrzenia na niego, gdy wchodził po schodach...
Kiedy doszliśmy do hotelowego pokoju i Takashi wstawiał wodę na herbatę, rozdzwonił się mój telefon., który cudem się włączył i mimo wcześniejszej pustej bateryjki na wyświetlaczu, teraz posiadał jedną kreskę.
- Shinji, co ty robisz?! Wracaj natychmiast do domu! - wydzierała się matka. - Nie mogłam się do ciebie dodzwonić przez całą noc, czy ty wiesz w ogóle, jak mnie...?! - poczułem, jak ktoś wysuwa mi telefon z dłoni. Takashi przyłożył urządzenie do swojego ucha.
- Dzień dobry. Nazywam się Sakamoto Takashi, jestem kolegą pani syna. Przyszedł do mnie wczoraj. Robiliśmy projekt i zasiedzieliśmy się, nie chciał wracać późno do domu, a ja zaoferowałem mu nocleg, więc został... Nie, moi rodzice nie mieli nic przeciwko... Ależ oczywiście... Proszę się nie martwić, syn niedługo wróci do domu. Do widzenia.
Patrzyłem na niego zaskoczony. Rozmawiając z rozwścieczoną kobietą, nagle stał się taki... dojrzały, elegancki, poważny... Zupełnie niepodobny do siebie.
Zagotowała się woda na herbatę, więc położył telefon na moim ramieniu i puścił go, pozwalając by spadł na łóżko między moimi nogami. Próbowałem chwycić urządzenie, ale jedynie musnąłem jego palce. Widziałem, jak odchodzi do kuchni. Był niesamowity.
Przyszedł z jednym kubkiem, postawił go na stoliczku i usiadł na łóżku obok mnie.
- A moja? - zapytałem.
- Ciebie wzywa mamusia - odparł sarkastycznie. Patrzyłem na niego przez chwilę z niedowierzaniem.
- Jesteś jak kameleon, Takashi.
- A ty jak tygrys. A raczej tygrysek - mały, naiwny i uroczy, ale z pazurkiem - zaśmiał się i sięgnął po kubek.
Westchnąłem.
- Denerwujesz mnie - stwierdziłem, patrząc na niego z udawaną niechęcią. Moje serce próbowało wyrwać się wtedy z piersi.
- Wiem - stwierdził, upijając łyk z kubka. - Mam z tobą iść do mamusi jako adwokat? - uniósł brew.
- Jeszcze czego... Nie potrzebuję adwokata, po prostu... zadziwiająco łatwo ją ugłaskałeś.
- To mój dar - spojrzał gdzieś w bok.
- Dar? - zapytałem, patrząc na niego uważniej, już bez niechęci.
- Dar od boga - uśmiechnął się. - Od nieistniejącego stwórcy, istoty najwyższej... - mówił, ale ja wiedziałem, że to przecież on jest moim bogiem.
- Kłamstwo? - zapytałem, a on skrzywił się, patrząc na mnie z zawodem... i rzeczywiście poczułem się samym sobą zawiedziony.
- To nie jest kłamstwo, Shinji - upił kolejny łyk herbaty. W tym geście było coś bardzo erotycznego. - To bardzo cenne dopasowanie się do sytuacji. - mówił, a ja obserwowałem jego grdykę.
- Dlaczego mnie kochasz? - wyrzuciłem z siebie na jednym oddechu, wtrącając się w jego wypowiedź.
Roześmiał się gromko, bardzo melodyjnie i wstał, wciąż dzierżąc w dłoniach kubek. Patrzyłem na niego skonsternowany. Musiałem wyglądać naprawdę idiotycznie.
- Powinieneś wracać - powiedział, kierując się do drzwi, a ja wbrew woli wstałem i jak po sznurku, szedłem za nim. Otworzył drzwi, a ja stanąłem w progu. Spojrzał prosto w moje oczy, coś w środku we mnie znów zaczęło wariować.
- Nie lubię pożegnań - powiedział, wciąż dzierżąc kubek w dłoni. Zostawił na moim policzku ślad swoich ust. Byłem zbyt oszołomiony, żeby powiedzieć cokolwiek sensownego, więc wydukałem "pa" i po prostu wyszedłem.
W drodze do domu myślałem. Coś we mnie, w środku wciąż było nieokrzesane. Nerwowo zerkałem na telefon, ale niedługo później znów się wyłączył.
Kiedy wróciłem do domu, w progu przywitała mnie zatroskana mama. Przytuliła mnie mocno i pocałowała w głowę, stwierdzając że bardzo się martwiła. Byłem niemal tak skonsternowany, jak żegnając się z Takashim.
- Nigdy nie przyprowadzałeś tu tego swojego kolegi. Zawsze tylko z Shiroyamą... cieszę się, że zmieniasz towarzystwo - odparła i poszła. Ugryzłem się w język, po czym zdezerterowałem do swojego pokoju. Odetchnąłem i położyłem się spać. Wbrew pozorom to był bardzo męczący dzień. A ja bardzo długo przewracałem się z boku na bok, myśląc tylko o Takashim i zerkając co chwilę na pusty wyświetlacz ładującego się telefonu.
 Nie lubię pożegnań...

wtorek, 11 lutego 2014

[One Shot] "Na wspak" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: "Na wspak"
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: ?
Od autora: brak

Szpital zawsze kojarzył mi się ze sterylną bielą i idealną ciszą, zakłócaną pojedynczymi popiskiwaniami respiratora. Z salami prosto z planów filmowych, do których można było zajrzeć przez szybę. Z dostojnymi lekarzami, którzy zaglądają do sal pacjentów, kontrolując stan ich zdrowia. W rzeczywistości szpital odznaczał się nieładnym zielonkawym kolorem, który bardziej przypominał glony, był strasznie głośny, wypełniony dźwiękami, wydobywanymi z ludzkich gardeł, rozmowami i krokami pielęgniarek z nadwagą. W rzeczywistości sale przypominały dwuosobowe klitki. Zupełnie jakby po zamknięciu białych drzwi czerwoną plastikową klamką, przenoszono się do innego wymiaru. W sali znajdowało się tylko to, co niezbędne - łóżko, półka na kółkach i stojak na kroplówkę. Klitka Tory była jednoosobowa, specjalna...
Na korytarzu co chwilę coś się działo. Jakaś dziewczyna szła przy pomocy jednej z pielęgniarek, inna piguła biegła do sali. Panował tam gwar, co jakiś czas rozlegały się odgłosy rozdzieranego opakowania, raz po raz jęki, czasem krzyki i szlochy. Kiedy szedłem, odziany w skórzaną kurtkę i dżinsy, bez makijażu, za to z białą maską na twarzy, wszyscy odwracali głowy, patrząc na mnie. Wszyscy, który nie mieli na sobie masowych białych fartuchów albo piżam. Głowę odwróciła dziewczynka o mokrych oczach, która siedziała samotnie przed jedną z sal. Odwrócił ją też mężczyzna, rozmawiający z kobietą w białym fartuchu. Odwracały ją pielęgniarki, stojące przy toaletach dla plebsu. Nawet dziadek, który stał na korytarzu przed dyżurką. Ludzie wyglądali przez szyby sal, byłem zdecydowanie w centrum uwagi. W końcu co ktoś taki jak ja - okropny, nie chodzący nawet na cudze przyjęcia urodzinowe - robi w takim miejscu, jak to? Obserwowałem wszystkich tych ludzi właściwie tylko po to, by myśli nie rozbiły mojej szklanej maski obojętności. Nie mogłem teraz płakać, musiałem być silny.
Położyłem dłoń na ostatniej czerwonej klamce. Klitka Tory znajdowała się na końcu korytarza. Zamknąłem za sobą przejście do innego wymiaru z należytą ostrożnością, by nie było słychać nawet szmeru przesuwanych drzwi. W momencie zamknięcia ich, w sali rozległa się idealna cisza. Wymiar rozświetlany był poprzez światło, wpadające przez duże okno. To była jedyna sala, do której nie można było zajrzeć przez szybę z korytarza. Jedyna klitka, izolatka dla VIPów.
Powoli podszedłem do łóżka. Starałem się, by nie było słychać moich kroków ani szelestu ubrań. Przy łóżku stało krzesło. Czekało na mnie, ale przede wszystkim czekał na mnie on. Na łóżku znajdował się kłębek pościeli, z którego wystawała burza kruczoczarnych włosów. Dopiero, gdy przykucnąłem przy jego twarzy, ujrzałem, że przykryty jest do samego nosa i patrzy na mnie. Jego oczy się uśmiechają. Kładę dłoń na jego włosach.
- Witaj, Shinji - mówię. Wiem, że lubi mój głos, inaczej milczałbym. Odpowiada mi uśmiechem, odznaczającym się zwałkowaną skórą w kącikach oczu i wydęciem policzków. Delikatnie chwytam pościel w dwa palce i odsuwam kołdrę z jego twarzy. Nie czuję oporu. Nie trzyma jej. Widzę jego uśmiech.
- Witaj, Takashi. Czekał...
- Wiem - odparłem, przyglądając mu się z napięciem. Nie chciałem zadawać tego pytania, liczyłem że sam na nie odpowie. Uśmiech stopniowo zszedł z jego twarzy.
- Przestań - powiedział łagodnie. - Wszyscy pytają o to samo. Chociaż przy tobie chciałbym poczuć się... inaczej.
- Ale nie jest inaczej - w moim głosie pobrzmiewał nacisk. Nie tak miało to zabrzmieć...
Patrzył na mnie z nutą pobłażania. Przecież wiedziałem. Wcale nie przychodziłem tam, żeby wybuchać...
- Chciałem cię o coś poprosić... - zaczął cicho. Miałem wrażenie, że choroba stłamsiła pewien temperament w nim... a może po prostu źle się czuł? Choć nie wyglądał na takiego. Cholera, miałem być dla niego wsparciem, nie na odwrót.
- O co? - patrzyłem na niego, a on wyciągnął chudą dłoń w moją stronę. Dotknął mojego uda i uśmiechnął się. Przykryłem jego dłoń swoją, po chwili ująłem ją i pocałowałem. Wiedział, jak mnie uspokoić. - O co mnie prosisz, księżniczko? - zapytałem, zaciskając mocniej jego dłoń w swojej. Wydawał mi się teraz tak kruchy, jak nigdy.
- Zbliż się.
Zgodnie z życzeniem przysunąłem krzesło do samego łóżka, siadając w rozkroku.
- Jeszcze - powiedział, uśmiechając się.
- Trzeba było od razu powiedzieć, że mam cię pocałować - powiedziałem i nie czekając na odpowiedź, złączyłem nasze wargi w ulotnym pocałunku. Uśmiechnął się, patrząc w moje oczy. W takich chwilach zastanawiałem się, dlaczego właściwie tu leży. Dlaczego nie możemy wrócić do domu, by kochać się tak dziko i namiętnie, jak jeszcze miesiąc temu, tylko musimy siedzieć tutaj. Wtedy przypominałem sobie o jego chudej rączce, zauważałem zapadnięte policzki i przypominałem sobie, że on wcale nie jest zdrowy... że nigdy nie będzie.
Przycisnąłem mocniej swoją dłoń na jego i przysunąłem ją do serca. Pochyliłem głowę w dół, zasłaniając twarz włosami. Odwróciłem ją w bok. Cholera, miałem nie płakać. Wtedy poczułem jego dłoń, delikatnie ocierającą łzy spod moich oczu.
- Nigdy przedtem... przed moją chorobą nigdy nie widziałem, żebyś płakał. I cieszę się... że wreszcie postanowiłeś być sobą.
Rozpłakałem się jak dziecko, tego było za wiele. Jedyny komfort... miałem pewność, że nikt nie wstąpi do naszego wymiaru nawet po otwarciu drzwi z czerwoną klamką.

Godzinę później zadzwonił mój telefon. Musiałem wyjść, dzwoniła mama. Pytała o to, jak mi się powodzi i czy wszystko dobrze. Odpowiadałem zdawkowo, korzystając z okazji i paląc na dworze. Mówiła przez dobre dwadzieścia minut, w trakcie których zdążyłem wypalić spokojnie z siedem fajek. Krzywiąc się nieznacznie, wyrzuciłem pustą paczkę do kosza na śmieci. Mówiła o jakimś wujku, który zmarł wczoraj na raka... wujek Kenji? Kinji? Cholera wie, nawet go nie widziałem. Jednak matka była tym faktem bardzo wstrząśnięta, a mnie zaczął ssać nikotynowy głód, więc ruszyłem do pobliskiego sklepu. Wprawdzie moje ukochane Pianissimo były tam prawie dwa razy droższe niż zwykle, ale tym razem naprawdę nie miało to znaczenia. Kiedy wracałem do szpitala, wypaliłem kolejnego papierosa i wsadziłem do ust dwie gumy. Dotarłszy do drzwi, przerwałem matce i pożegnałem się z nią. To było niegrzeczne, ale w tej sytuacji nie obchodziło mnie to. Straciłem już i tak zbyt wiele czasu. Wróciłem do sali tym samym korytarzem, odprowadzany tymi samymi spojrzeniami... Gdy przekroczyłem próg naszego nowego wymiaru, zamarłem. Nie przywitał mnie jego głos. Nie poruszył się. Przez krótką chwilę poczułem ogarniającą mnie panikę, więc podszedłem szybko do jego łóżka i... ujrzałem go słodko pogrążonego we śnie. Chciałem zapalić, ale nie mogłem go znów zostawić. Pieprzyć fajki - pomyślałem i ująłem jego chudziutką jak u dziecka dłoń. Patrzyłem, jak śpi, oddychając spokojnie.
Jesteś szczęśliwy?
Sam zasnąłem na okropnie twardym i niewygodnym krześle, a obudziłem się, kiedy Shinji stał za mną i przytulał mnie do siebie, wsadzając nos w moje włosy. Czułem jego uśmiech.
- Obudziłeś się - stwierdził.
- Nie powinieneś się przemęczać - wtrąciłem od razu.
- Nie martw się, czuję się dobrze.
- Ale zaraz znowu zasłabniesz...
- Uwierz we mnie. Po prostu uwierz.
Poczułem pocałunek na swojej szyi. Czułem, jakby wszystko przeciekało mi przez palce, ale tamta chwila mogła trwać wiecznie. Telefon zawibrował w mojej kieszeni, ale włożyłem do niej rękę i przytrzymałem jeden z klawiszy, aby go wyłączyć.
- Wierzę w ciebie - odwróciłem się na krześle przodem do niego. Uśmiechał się. Był ubrany w ten sam biały kaftan, ale wyglądał zupełnie inaczej od ludzi na korytarzu. Był w innym wymiarze, w innym stanie. Mógłbym powiedzieć, że jego aura miała zupełnie inny odcień. Odcień miłości.
Nie uprawialiśmy dzikiego seksu na szpitalnym łóżku tylko cieszyliśmy się sobą. Jego oczy były piękniejsze niż kiedykolwiek.
Wyszedłem kolejnego dnia rano, gdy zasnął zmęczony długą rozmową. Kiedy wyszedłem i delikatnie zamykałem drzwi czerwoną klamką - tak, by go nie zbudzić, spojrzała na mnie zdziwiona pielęgniarka. Odprowadzała mnie wzrokiem do samego końca korytarza.
Wróciłem do domu, odświeżyłem się i wypaliłem całą paczkę Pianissimo. Wypiłem poranną kawę i zdrzemnąłęm się przez dwie godziny, by wrócić do szpitala. Znów zostałem zamknięty w pułapce wścibskich spojrzeń, ale... nie przejąłem się nimi. Po prostu szedłem przed siebie. Do niego.
Znowu wszedłem bardzo cichutko. Pomyślałem, że może do tego wymiaru można się dostać jedynie w takiej delikatnej ciszy.
- Witaj, Takashi - na jego twarzy znów pojawił się uśmiech.
- Właściwie... - usiadłem na krześle i poczuwszy na udzie jego dłoń, chwyciłem ją, splatając nasze palce. Miałem wrażenie, że to przynosi mu pewien spokój. A może przynosiło jedynie mi? - Właściwie dlaczego nikt poza mną tu nie wchodzi?
- Wchodzi - odparł Tora. Ruchem głowy wskazał na stojak, na którym widniała kroplówka, prowadząca do zgięcia jego łokcia, z którego zsunął kołdrę. Dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej? - Po prostu kiedy ty jesteś, wiedzą że niczego nie potrzebuję.
Delikatnie pogłaskałem miejsce obok wenflonu i uśmiechnąłem się.
- To takie... - zacząłem, lecz nie mogłem znaleźć słowa.
- Ładne - dokończył za mnie i podarował mi kolejny uśmiech. - Tym razem przyjdą. Niedługo powinien być obchód.
- Co, jeśli nas zobaczą? - zapytałem.
- Co, jeśli nas nie zobaczą?
Uśmiechnąłem się.
- Chcesz stąd zwiać? - zapytałem, choć wiedziałem, że nie mówił poważnie. Nie odpowiedział, tylko przyglądał mi się znacząco. - Nie, Torashi, nie ma takiej opcji. Twoja kroplówka i...
- Nie, Takashi. Pomyśl o swoim sercu. Moim sercu. Naszym sercu.
Miałem ochotę się rozpłakać i wydrzeć rozwydrzony nastolatek, że przecież jego organizm umiera. Jednak nie byłem już nastolatkiem.
- Nie możemy, Shinji. Jeszcze nie. Później zabiorę cię stąd, dobrze? - zapytałem, przysuwając jego dłoń do ust.
- Dobrze.
Pocałowałem jego chudziutkie palce.
- Dziękuję.
Drzwi otworzyły się. Jeszcze nie słyszałem, by przecinały powietrze z takim impetem. Shinji był spokojny. Patrzył na mnie i uśmiechał się.
- A to jest pacjent, który przybył do nas w ciężkim stanie ze złośliwą odmianą nowotworu.
Lekarz podszedł do Tory i zerknął najpierw karcącym wzrokiem na mnie, a później na niego. Za doktorem stała grupka ciekawskich studentów, którzy pewnie przyszli na praktyki. To było takie ironiczne.
- Nie martw się - powiedział Tora, głaszcząc mnie po dłoni. - Nie martw, wszystko będzie dobrze.
- Trzeba będzie kogoś wezwać - odparł lekarz i szybko wyszedł z praktykantami, zatrzaskując za sobą drzwi. Zmarszczyłem czoło, wpatrując się w drzwi z wyrzutem.
Shinji zaśmiał się. Lubiłem jego śmiech. Tym bardziej w takich chwilach jak ta.
Rozmawialiśmy do północy, aż nie usnął. Wtedy wyszedłem na dwór. Pierwszym, co poczułem była fala chłodnego powietrza, które zadziałało orzeźwiająco. Zapaliłem w drodze powrotnej.
Kiedy wróciłem, Tora wciąż tam leżał spał spokojnie, a gdy wróciłem, obudził się. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Do sali weszła pielęgniarka. Zaczęła mówić coś o śmierci Tory. Zapytałem ją, czy da się świadomie lunatykować w stanie śmierci klinicznej, bo jeśli tak, to ja wszystko rozumiem. Usłyszałem jego melodyjny śmiech, a ona zdawała się zachłysnąć powietrzem. Naprawdę dziwna kobieta.
- Takashi... wyjedźmy.

niedziela, 9 lutego 2014

[13/15] "... and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

13.

Gdy szedłem do domu, w głowie wciąż pobrzmiewały ostatnie słowa Takashiego. „Tygrysie, widzimy się jutro” - powtarzał głos Sakamoto niczym mantrę w moich myślach. Jutro? Przecież kolejnego dnia była sobota. Nie umawialiśmy się na żadną godzinę. To oznaczało, że mamy się spotkać o normalnej godzinie zajęć pod szkołą? Bez sensu, placówka jest zamknięta. Pewnie przeoczył dzień tygodnia... Może się do mnie odezwie? W sumie jedno wiedziałem - mimo wymówki idealnej, nie miałem zamiaru w żaden sposób się z nim kontaktować. Na pewno nie w tamtej chwili... Chyba nie.
W każdym razie nie pisałem.
Wróciłem do domu i unikając rodziców, poszedłem się wykąpać i zasnąłem. Obudziwszy się rano, ujrzałem wiadomość od Sakamoto.
Widzimy się w sobotę u mnie o dziewiątej. Nie spóźnij się.
Kontemplowałem chwilę tę wiadomość, po czym zerknąłem na zegarek. Zaspanemu umysłowi chwilę zajęło dojście do faktu, iż była godzina ósma trzydzieści. Wyskoczyłem jak oparzony z łóżka i wpadłem do łazienki. Koniec końców nie zjadłszy śniadania, wyszedłem z domu około ósmej pięćdziesiąt, a na spotkanie z Sakamoto spóźniłem się zaledwie piętnaście minut. Czekał na mnie pod drzwiami i palił. Jak zawsze punktualny. Jak zawsze idealny... Zauważył mnie, przydeptawszy żarzący się na szarych płytach niedopałek.
- Wybacz, że się spó...
- Chodź za mną - przerwał mi, odwracając się tak, bym nie mógł dojrzeć wyrazu jego twarzy i po prostu ruszył do hotelu. Po krótkiej chwili konsternacji, poszedłem oczywiście za nim do wejścia i podążyłem za nim, nie zrównując kroku ani nie wyprzedzając go. Czułem, żeby tego nie robić. Emanował swoistym respektem... a może po prostu w głębi duszy błąkało się przeczucie, że naruszyłbym jego sferę osobistą i zezłościł? W każdym razie poczekałem grzecznie, odprowadziłem go do pokoju i... drzwi zatrzasnęły się tuż przed moim nosem.
- He... hej! Mieliśmy robić projekt! - krzyknąłem oniemiały. Usłyszałem szczęk klucza w zamku. Chyba nigdy w życiu nie czułem się tak skołowany. Wtedy odezwał się mój telefon. Odczytałem wiadomość.
Spóźniłeś się.
- Najmocniej przepraszam, zaspałem... naprawdę... - czułem się naprawdę głupio. W dodatku do tego nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że do moich policzków napływa nieznośne gorąco. Z braku pomysłu, jak się zachować, po prostu się jąkałem - Mieliśmy skończyć ten projekt i...
Drzwi zostały otworzone zamaszystym ruchem i gdybym w porę nie odskoczył, zostałbym nimi boleśnie potraktowany. Już miałem się oburzyć, gdy zobaczyłem rozbawioną minę Sakamoto i usłyszałem jego melodyjny śpiew. Czerwień, napływająca do moich policzków postanowiła skorzystać z trybu "auto", ponieważ czułem, jak nieznośne gorąco zaczęło mnie wręcz palić. To wcale nie było przyjemne.
On tak po prostu się śmiał, a ja tak po prostu stałem skołowany przed drzwiami. Po chwili mojej konsternacji uspokoił się i przepuścił mnie w drzwiach.
- No tak, musimy zrobić twój projekt...
- Nasz projekt - poprawiłem go. Dopiero idąc za nim, zauważyłem w jego osobie swoistą grację... Szedł miękko, sprężyście i jego spodnie uwydatniały zgrabne tyły...
Przygryzłem dolną wargę, wkładając całą siłę i tak słabej woli, by się nie gapić. Hotelowy pokój był dość obszerny i bardzo jasny. Po prawej stronie znajdowało się sporych rozmiarów dwuosobowe łóżko (a może raczej łoże?). Przez chwilę przeszło mi przez głowę, że pewnie sypia w nim ze swoją dziewczyną, ale szybko odgoniłem niezbyt przyjemną wizję. W pomieszczeniu stała także komoda i stolik z krzesłami. Po prawej stronie widniały drzwi łazienkowe, które uprzejmie mi pokazał, a za nimi znajdowało się przejście do kameralnej kuchni.
- Napijesz się czegoś? - zapytał z manierą dobrego gospodarza.
- Czegoś? - dopytałem sugestywnie, a na mojej twarzy pojawił się znaczący uśmiech. Takashi przewrócił oczami, opierając się o ścianę między łazienkowymi drzwiami a kuchnią.
- Dostaniesz herbatę, ale nawet nie waż się marudzić - powiedziawszy to, poszedł do kuchni wstawić wodę na herbatę. Później wrócił do mnie, kiedy już kontemplowałem pośladkami miękkość tutejszego hotelowego łóżka. Było naprawdę wygodne. Wróciła do mnie znów nieprzyjemna wizja, ale on szybko ją zniweczył swoją obecnością.
- Trzeba coś zacząć robić - chrząknął znacząco.
- Tak, to... jak w końcu brzmiał nasz temat?

Pracowaliśmy bardzo sumiennie do samego wieczora. Dowiedziałem się bardzo przydatnych rzeczy. Wśród nich znajdował się temat naszej prezentacji, termin jej oddania, a nawet sposób, w jaki rozmnażają się dżdżownice (o czym wolę nie wspominać... wizja dwóch robaków, zamkniętych w kokonie z „nie-wiadomo-czego” (czyli zapewne jakichś obrzydliwych wydzielin) i... robiących „różne dziwne rzeczy” była ponad moje ówczesne nerwy). Gdy sterczałem nad jedną z książek, które Takashi przezornie wypożyczył i przepisywałem potrzebne informacje, poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Postawił obok mojej ręki parujący kubek i na drugim barku położył kolejną dłoń, po czym zaczął mnie zręcznie masować. Czułem, jak pochyla się nad moim uchem i szepcze.
- Koniec, Tygrysie. Zrobiło się późno.
Zostawiłem długopis i usiadłem wygodniej na krześle, przymykając oczy. Powoli odpływałem, wiedziony jego zmysłowym głosem i zręcznie działającymi palcami. Oddychałem miarowo i spokojnie. Otworzyłem oczy, poczuwszy że dotyk ustał. Spojrzałem z wyrzutem na stojącego nade mną Takashiego.
- Wystygnie ci. Nie będę odgrzewał.
Przytaknąłem, wyprostowałem się i zacząłem pić, za kubkiem ukrywając niewinny młodzieńczy rumieniec.
- Która godzina? - zapytałem.
- Dwudziesta trzecia - odparł tak po prostu.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Po chwili skojarzyłem tę godzinę z zatroskaną matką i poczułem potrzebę poinformowania jej, ale gdy już wygrzebałem telefon, ujrzałem że był on całkowicie rozładowany. Przekląłem pod nosem.
- Chcesz gdzieś iść? - powiedział, unosząc do góry jedną brew, jakby uświadamiając mi, że tej nocy nigdzie nie pójdę, bo taka jest jego wola.
- Nie... chyba - powiedziałem, niepewnie zerkając na pusty wyświetlacz.
Westchnął ciężko, jakby tłumaczył ciągi niezwykle opornemu humaniście.
- Na pewno nie. Wiesz, jakie miałbym wyrzuty sumienia, gdybyś poszedł sam i coś by ci się stało? - powiedział, a mój żołądek wykonał zgrabny piruet i przeszedł w fazę „ścisku”. Martwił się o mnie, a tak mi się przynajmniej wydawało, bo nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił o moim bezpieczeństwie z takim przejęciem. Aż mi się ciepło na sercu zrobiło... jednak był mały szkopuł.
- Ale... przecież nie mam gdzie spać, a na jutro musimy być wyspani, żeby skończyć projekt... - odparłem.
- Będziesz spał w łóżku oczywiście, a gdzie indziej? Możesz wskoczyć pod prysznic albo do wanny. Na kaloryferze powinien wisieć czysty ręcznik i mogę ci pożyczyć jakąś koszulkę do spania.
Do całej reakcji, która zaszła w moim organizmie doszło jeszcze kołatające wściekle serce. Wydawało mi się, że śnię. Ten sen był bardzo głupi i nierealny... jeden z tych abstrakcyjnych, których końca się nie pragnie, choć ich abstrakcyjność przekracza wszelkie normy, przez co odczuwa się mały niepokój. Jednak euforia gdzieś w środku mnie przyćmiła wszelkie niepokoje, wątpliwości... nawet myśli o łapiącej się za głowę rodzicielce, szukającej mnie policji i wizję telefonu z wygaszonym wyświetlaczem. Skończyłem na bardzo relaksującej kąpieli pod prysznicem. Lubiłem stan, gdy moje ciało obmywała ciepła woda. Po chwili rozkoszy, nastąpiła kolejna. Znów pomyślałem, że to sen. Stałem przed lustrem. Byłem gruby jak zwykle, ale miałem wrażenie, że jego czysta, całkowicie przesiąknięta nim koszulka dodaje uroku nawet mi. Dałem sobie chwilę, by rozkoszować się tym zupełnie nowym doznaniem, a gdy emocje zmalały, wyszedłem z łazienki. Ubrany byłem w same bokserki i koszulkę. Spiąłem się, kiedy zlustrował mnie wzrokiem. W mojej głowie pojawiła się natrętna myśl, że zapewne... nie, na pewno zwrócił uwagę na to, jaki jestem gruby. Sięgnął swoje ubrania i sam ruszył do łazienki. Nogi powiodły mnie do kuchni w celu ochłonięcia. Otworzyłem okno i zapaliłem. Już po pierwszych kilku „tytoniowych oddechach” poczułem się o niebo lepiej. Zgasiłem fajkę w popielniczce, leżącej na parapecie i odwróciłem się z głębokim westchnieniem w stronę kuchennego aneksu. Wtedy na blacie zobaczyłem dwa kubki. Gdy się przybliżyłem, ujrzałem że jeden był pełny, a drugi w połowie pusty. Uśmiechnąłem się, a ciepło znów zaczęło się rozlewać od serca po moim wnętrzu. Zupełnie, jakby ktoś zrobił w nim dziurkę i zaczął wylewać tę okropną, cukierkową zawartość... bez bólu, za to z euforią (kto wie, może wraz z tym „czymś” wyzwalana była morfina?). Pomyślał o mnie.
Coraz bardziej przerażające wydawało mi się to, co się działo w moim wnętrzu. Mimo wszystko nie byłem w stanie nad tym zapanować... po prostu.
Sączyłem więc grzecznie herbatę, rozglądając się po jego kuchni i czekając aż wyjdzie z łazienki. Próbowałem w tym czasie odetchnąć i się uspokoić, ale w momencie zobaczenia pełnego kubka (cóż za absurd!) moje serce zaczęło bić jak oszalałe. Nie wspominając o myślach, które samowolnie odbiegały w stronę jego zapachu po wyjściu z łazienki czy kwestii, jak będzie ubrany, a najchętniej mój wzrok osuwał się na łóżko, podczas gdy rozpasane wizje udawały się w kierunkach co najmniej nieprzyzwoitych, o które wcześniej nigdy bym się nie posądzał... Chwila, przecież ja go nie cierpiałem.
Właśnie wtedy, kiedy moje myśli tak sobie niesfornie krążyły po całym jego aktualnym lokum, przeszedł obok mnie, otworzył okno i obrzuciwszy popielniczkę spojrzeniem, zapalił. Widziałem to wszystko kątem oka, wcale nie wpatrywałem się w niego z cielęcym zachwytem, kiedy wyrwał mnie z myśli, pytając:
- Chcesz zapalić?
W odpowiedzi jedynie pokręciłem przecząco głową.
- To idź się połóż - ruchem głowy wskazał łóżko i zaciągnął się, po czym wydmuchał z ust idealny paseczek dymu, który rozszerzał się, by w końcu zniknąć na tle granatowego nieba. Patrzyłem na niego oniemiały. To była kolejna z tych krótkich chwil, kiedy pomyślałem, że jest naprawdę piękny. Spalił do końca, a potem bez słowa poszliśmy się położyć.
 Spał bez koszulki. Do dziś pamiętam skrępowanie, gdy leżałem obok niego pod drugą kołdrą - tak blisko, bo jedynie na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie z pełną świadomością, że nigdy nie odważyłbym się tej ręki wyciągnąć. Miał już przymknięte oczy i oddychał miarowo, jakby pogrążony we śnie. Jakże ogromne było moje zdziwienie, gdy je tak po prostu otworzył i westchnął. Nie kryła się za tym nawet odrobina sentymentu czy rozczulenia, tylko zdenerwowanie.
- Nie mogę spać, gdy tak się we mnie wpatrujesz - stwierdził z udawaną złością.
Przewróciłem oczami.
- Nawet taką chwilę musisz zniszczyć, nie? - odparłem, niekontrolowanie się nadymając. Spojrzał na mnie z większym zainteresowaniem.
- Jaką? - zapytał wyraźnie zaciekawiony i rozbudzony. Szuja, wiedział dobrze, że nie będę wiedział, co odpowiedzieć!
- Robisz to specjalnie - stwierdziłem.
- Zachowujesz się jak dziecko - powiedział ze zrezygnowaniem. Znowu niemiłosiernie mnie denerwował. Był taki okropnie niezdecydowany - najpierw mnie tam zaciągnął, a potem... może tylko stroił sobie ze mnie żarty?
- A ty to... - zacząłem pretensjonalnym tonem, lecz przerwał mi, przysuwając się bliżej i zamykając moje usta swoimi wargami. Zapowietrzyłem się z zaskoczenia. Jego wargi były zaskakująco miękkie, w mojej głowie istniał zaskakujący chaos, a serce (już nie?)zaskakująco próbowało w tempie co najmniej dwa razy szybszym od oberka wybić się z mojej piersi. Gdy odsunął się ode mnie, rozległo się głośne cmoknięcie. To była chyba najbardziej irracjonalna chwila w moim życiu. Pocałował mnie. On. Pan idealny. Posiadający dziewczynę. Ideał... Pocałował mnie?
Widziałem uśmieszek na jego twarzy. Pomyślałem, że wszystkiego można się po nim spodziewać.
- Idź już spać - powiedział łagodnie. W półmroku wyraźnie odznaczał się blask jego czekoladowobrązowych oczu. Miałem okropną ochotę wykrzyczeć chwilo, trwaj!", ale milczałem jak zaklęty. - Jutro musimy skończyć pojekt, a do tego powinniśmy być wyspani. Dobranoc, tygrysie - powiedział. Nagle mój żołądek zapragnął skurczyć się do rozmiaru orzeszka laskowego, ponieważ poczułem nieprzyjemny ścisk w tamtym właśnie miejscu. Wtedy już wiedziałem, że to będzie długa noc. Ku memu ogromnemu zdziwieniu zasnąłem naprawdę błyskawicznie... Oczywiście przez cały czas czując jego zapach oraz wrażenie, jakie pozostawiły jego wargi na moich... Jakby były ścierpnięte - uczucie podobne do tego, jakby chodziły po nich jakieś małe stworzonka. Tak absurdalnie nie czułem się naprawdę nigdy. Wtedy też po raz pierwszy w mojej głowie pojawiło się pytanie: Czy ja go kocham?

Nie śniło mi się nic albo najzwyczajniej tego snu nie pamiętałem - ten stan nie był niczym nowym.

sobota, 8 lutego 2014

[One Shot] "Proces" [Reita/Ruki] (the GazettE)

Tytuł: Proces
Paring: Reita/Ruki (the GazettE)
Rating: ?
Gatunek: ?
Ostrzeżenia: Schiza.
Od autora: Muszę pamiętać, żeby już nigdy nie porywać się na pisanie w czasie teraźniejszym x x


Siedzę na wyjątkowo twardym krześle i czuję, jak bolą mnie od niego pośladki. Błądzę wzrokiem po chłodnej, utrzymanej w metalicznych barwach sali, lecz każdy, na kogo spojrzę, odwraca wzrok. Moje serce wali nerwowo, nierytmicznie obijając się o żebra, w które jest obite. Nigdy wcześniej nie czułem się tak spięty, jak w tej chwili. W mojej głowie krąży jedna myśl, obijając się o potylicę, kość czołową, ciemieniową, skroniową...
Co ja tu robię?
Spoglądam na Kai'a. Jako lider zawsze był najmniej stronniczy, miał w sobie coś ciepłego, a jednocześnie potrafił zmobilizować... On musi mnie zrozumieć! Lecz Kai odwraca wzrok. Nie rozumiem, co się dzieje.
Spoglądam na Uruhę. Zazwyczaj wesoły, przyjaźnili się z Reitą. Był błyskotliwy, potrafił w ciężkiej sytuacji zachować zimną krew i wyciągnąć racjonalne wnioski... Może chociaż on dostrzeże absurdalność tej sytuacji? Lecz i on odwraca wzrok.
Spoglądam na Aoi'ego. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy, on musi mi uwierzyć, w końcu jest moją ostatnią nadzieją! Lecz Aoi także odwraca wzrok.
Westchnąłem ciężko, rozglądając się za Akirą. Dlaczego wcześniej o nim nie pomyślałem? Nie widzę go nigdzie. Obok mnie siedzi ogromna kobieta, odziana w ciężki czarny materiał, wyglądający jak naprawdę nieudany płaszcz. Lustruje złowrogo pozostałych ludzi na sali. Naprzeciwko mnie, przy podobnym biurkowym stoliku do tego, widniejącego przede mną, siedzi mężczyzna w niemal identycznym płaszczu i o równie złowrogim spojrzeniu. On z kolei wpatruje się w znajdującą się obok mnie kobietę, choć mam przez to wrażenie, że patrzy również na mnie. Nie mogę wyraźnie dostrzec ich twarzy... Przechodzi mnie dreszcz, gdy czuję na sobie nieprzyjazne spojrzenie dyrektora Yamamoto*, lecz kiedy sam zwróciłem wzrok w jego kierunku, on wpatrywał się w mężczyznę w czarnym płaszczu. Spuszczam wzrok w dół, wbijając go w stolik przede mną. Opieram na nim łokcie i chowam twarz w dłonie.
Czy jest tu ktoś, kto mi uwierzy?
Nagle czuję, jak kobieta z niewyobrażalną wręcz siłą ciągnie mnie za łokieć w górę. Wstaję posłusznie, a moje krzesło upada z hukiem na ziemię. Dopiero teraz obejmuję wzrokiem całą salę. Na ścianie po mojej lewej w centrum znajdują się drzwi, a po ich bokach widnieją poustawiane w równych rzędach krzesła. Na krzesłach są ludzie. Niektórych z nich rozpoznaję, innych nie... Czuję, jak moje ciało drętwieje, gdy rozpoznaję swoich rodziców. Nie patrzą na mnie. Za pięcioma rzędami krzeseł widnieje poręcz, oddzielająca dwa sektory pomieszczenia - prawie niczym widownię i scenę. Czuję stres, ale nie ma on kompletnie nic wspólnego z dreszczykiem emocji, który towarzyszy mi tuż przed koncertem. Za barierką znajduje się kolejny rząd ławek. Te są puste. Wszyscy stoją. Nawet mężczyzna w czarnym płaszczu. Od drzwi aż do barierek prowadzi czerwony dywan. Następnie widnieją cichutko skrzypiące drzwiczki. Mężczyzna w białej peruce, przypominającej te, noszone przez osiemnastowiecznych kompozytorów, przechodzi przez całą salę aż do swojego stanowiska, a za nim podąża jego gwardia ochroniarzy. Oni stają obok niego w równiutkich rządkach. Wszyscy siadają, a kobieta ciągnie mnie w dół. Patrzę na nią gniewnie. Przecież moje krzesło jest przewrócone. Puszcza mnie, a ja podnoszę mebel i siadam na nim.
- Rozpoczynam rozprawę Takanoriego Matsumoto, oskarżonego o zabójstwo Akiry Suzukiego - mówi mężczyzna w białej peruce, a ja z każdym jego słowem coraz bardziej drętwieję. Przez chwilę nawet do oczu cisną mi się łzy.
Jak to Akira nie żyje?
- Proszę prokuratura o zaprezentowanie stanowiska oskarżyciela.
- Otóż - mówi mężczyzna groteskowo zwyczajnym głosem w porównaniu do swojej ogromnej postury. Wstaje tak gwałtownie, że wszyscy zwracają się w jego kierunku. - Pan Matsumoto dnia dwudziestego siódmego czerwca był w domu pana Suzukiego. Dochodzenie dowiodło, iż tego samego dnia - mam wrażenie, że mówi beznamiętnie, lecz mimo to słuchając go czuję się winny - oskarżony pokłócił się z ofiarą i w szale sięgnął po kuchenny nóż, po czym pchnął go prosto w serce - z czasem jego wypowiedź stawaje się skrajnie emocjonalna. Mam ochotę wstać, zerwać się, zaprzeczyć... przecież to wcale nie było tak! Jednak moje ciało jest zbyt zdrętwiałe, by reagować tak, jak podpowiada umysł. - Następnie pan Matsumoto spanikował i wybiegł z mieszkania, pozostawiając nóż w piersi ofiary. Nie wezwał pogotowia.
Przecież to nie było tak!
- Dodatkowo śledztwo dowiodło, iż oskarżony posiadał bliskie relacje z panem Suzukim - słysząc to z ust prokuratora, czuję się zupełnie nagi. Skoro potrafili dojść do tego, co tak skrzętnie ukrywaliśmy, że nawet zespół się nie domyślił... Czy naprawdę aż taką mieli kontrolę?
- Ale to... - próbuję coś powiedzieć, lecz ucisza mnie mężczyzna w peruce, uderzając drewnianym młotkiem w blat swojego stanowiska.
- Cisza! Udzieliłem głosu jedynie prokuratorowi! - wrzeszczy, więc milknę. Czuję się stłamszony.

- Dziękuję, panie sędzio - rzecze mężczyzna w płaszczu i kontynuuje. - Oskarżony był w bliskich relacjach z ofiarą, co tylko zwiększa związane z nim podejrzenia. Dziękuję - wypowiedziawszy swoją kwestię, siada na swoim stanowisku.
Sędzia odwraca się w moją stronę. W jego niebieskich oczach widzę coś z pogranicza obłędu, targa mną strach, dłonie pocą się, nogi zaczynają niespokojnie podrygiwać pod blatem, a serce niespokojnie bije, bije, bije o pierś...

- Proszę obronę o zaprezentowanie stanowiska - mówi sędzia, a na jego słowa kobieta wstaje. Robi to jeszcze bardziej reprezentacyjnie niż prokurator.
- Owszem, pan Matsumoto był w mieszkaniu pana Suzukiego. Prawdą jest też, że pokłócił się z pokrzywdzonym, lecz nie zabił pana Suzukiego. Pan Matsumoto zawsze w sytuacjach stresowych pali, więc także w tamtej chwili wyszedł zapalić, pozostawiając otwarte mieszkanie.
Spoglądam przychylniej na ogromną kobietę, która kontynuuje swój wywód:
- Wtedy do mieszkania pokrzywdzonego mógł wejść ktokolwiek i dokonać morderstwa.
- Jednak - wtrąca się prokurator - czy pan Matsumoto nie wrócił do mieszkania?
- Otóż nie. 
Trochę irytuje mnie fakt, iż dyskusja odbywa się beze mnie. Poza tym, skąd ta kobieta o wszystkim wiedziała i dlaczego nie pamiętam wydarzeń z ostatnich kilku godzin? Wiem, że poszedłem spać... czyżbym był tak oszołomiony, że zapomniałem, co robiłem po przebudzeniu? A może właśnie wtedy... Może to rzeczywiście ja go zabiłem?
- Pan Matsumoto wrócił do swojego mieszkania i położył się spać.
- Pan Suzuki został zamordowany cztery minuty po godzinie trzynastej.
- A pan Matsumoto wyszedł z jego mieszkania o godzinie dwunastej pięćdziesiąt trzy, zaś o trzynastej trzydzieści był już w swoim lokum.
- Uważa pani, że to niewystarczający czas, by pchnąć człowieka nożem w serce?
Kobieta poczerwieniała na twarzy, choć wciąż nie mogłem dokładnie ujrzeć jego wyrazu. Może byłem zbyt oszołomiony?
- Wzywam na świadka Uke Yutakę - odzywa się.
Kai wstaje z widowni, wkracza na czerwony dywan i pewnym krokiem podąża do stanowiska, umieszczonego na środku "sceny". Dlaczego wcześniej go nie zauważyłem? Kai na mnie nie patrzy, nie spogląda... zachowuje się tak, jakby mnie nie było. Czuję się zawiedziony...
- Jak się nazywasz? - w sali rozlega się głos sędziego. Brzmi teraz jak Bóg, kiedy jego słowa rezonują, dochodząc w każdy zakamarek sali.
- Uke Yutaka - odpowiada. Nie uśmiecha się, jest poważny.
- Proszę o podanie swojego dowodu tożsamości - na te słowa Kai wygrzebuje ze spodni plastikową kartę. Wygląda bardziej jak karta kredytowa albo bon do wykorzystania w drogerii. To takie groteskowe. Do Uke podchodzi ochroniarz i bierze od niego dowód. Następnie wraca na swoje miejsce i podaje kartę sędziemu. Człowiek w peruce ogląda dowód z przodu i z tyłu, coś zapisuje na kartce, którą ma przed nosem. Wszyscy przyglądają mu się z napięciem aż do czasu, gdy głębokim skinieniem przekazuje głos kobiecie.
- Panie Yutaka - kobieta wstaje ze swojego stanowiska i podchodzi do Kaia. - Jak określiłby pan relacje pana Matsumoto z panem Suzukim.
- Oni... - zaczyna Kai robiąc krótką pauzę, jakby na zebranie myśli - ... zawsze byli dość blisko. Często się śmiali, czasem robili sobie na złość, ale to były takie przyjacielskie kąśliwości, które zawsze kończyły się śmiechem.
- A jednak - wtrąca się prokurator - Takanori Matsumoto jest dość wybuchową osobą, nieprawdaż?
- No... - Kai zaczyna się jąkać, mówi mniej pewnie. Nie patrzy na mnie, ale ja widząc go mam wrażenie, iż on wie... zna koniec tej rozprawy. - Tak... Takanori jest wybuchowy, ale nie do tego stopnia, żeby kogoś zabić.
- Wybuchowy i impulsywny, prawda? - prokurator mówi bardzo sugestywnie i ostro. Jest pewny siebie, surowy... bezosobowy.
- Tak... - odparł cicho stłamszony Kai, spuszczając głowę w dół.
- Ale nie wierzy pan w jego winę, prawda? - odzywa się kobieta.
- Oczywiście, że nie! Ruki ko... naprawdę lubił Akirę. Nie mógłby go zabić, musiał to zrobić ktoś inny.
- Dziękuję - mówi pani mecenas. W samym jej głosie słychać, że się uśmiecha, zerkając na prokuratora. Mam okropne wrażenie, że rywalizują ze sobą... nie tylko o wygraną sprawę, ale także o dominację. Pasują do siebie. Są ogromni i emanują czymś... chyba są razem na zasadzie konkurencji.
Kai odchodzi.
- Wzywam na świadka Taro Yamamoto.
Dyrektor wstaje, wszystko się powtarza.
Jego wzrok jest poważny. On zerka na mnie nerwowo, choć ja nie mam odwagi, by spojrzeć na niego.
- Jak ocenia pan oskarżonego jako pracownika?
- Był dobrym i sumiennym... choć bardzo narwanym...
- Narwany! - prokurator zerka na panią mecenas, przerywając dyrektorowi wypowiedź. - Więc byłby w stanie pod wpływem silnych emocji zabić?
- Nie wiem, czy akurat zabić, ale...
- To wszystko wyjaśnia, dziękuję.
To było dziwne. Nigdy nie widziałem dyrektora tak spłoszonego. Zawsze należał do ludzi pewnych siebie, postawnych i takich "z klasą". Teraz bardziej przypominał spłoszoną surykatkę niż dyrektora ogromnej wytwórni muzycznej, która zdobyła światową sławę.
- Wzywam na świadka Shinsaku Abe - mówi prokurator, coraz bardziej pewny siebie, a kobieta obok mnie zagryza wargi. Przegrywamy? Nie możemy przegrać, przecież tu chodzi o moje życie! Ale czuję się niezdolny do wykasłania choćby jednego słowa. Zerkam ukradkiem na sędziego. Wygląda srogo, choć wyraz jego twarzy staje się przyjaźniejszy, gdy tylko zerka w stronę prokuratora. Kumoterstwo?
Wszystko powtarza się. Człowiek wstaje, podaje dowód, następnie sędzia oddaje głos prokuratorowi. Jedyne, co uległo zmianie, to fakt, że nie znam człowieka, stojącego przy stanowisku. Wygląda zwyczajnie.
- Był pan świadkiem morderstwa, prawda? - zaczyna prokurator.
- Tak, byłem - odpowiada pewnie świadek.
- Co pan widział?
- Widziałem oskarżonego, jak wyszedł z budynku i zapalił papierosa. Był bardzo zdenerwowany, co chwilę klął pod nosem. Później wrócił do mieszkania, a po chwili z niego wybiegł.
- Co pan robił w pobliżu mieszkania pana Suzukiego? - odzywa się pani mecenas do świadka. Jestem jej naprawdę wdzięczny, choć wiem, że robi to tylko dla zarobku... ale mam poczucie, że jest jedyną osobą, która zdecydowanie stoi po mojej stronie.
- Czekałem na kolegę, który miał się właśnie tam pojawić.
- A czy kolega jest w stanie to potwierdzić? Może to pan zabił ofiarę?
Dlaczego oni mówią o Akirze jak o ofierze? Przecież on nie mógł zginąć! To jest jakiś kompletny absurd... Jednak w dalszym ciągu nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Czuję, jakby blokował mnie ten burak w peruce.
- Ja? Jeszcze tego brakowało. Widziałem jego - zwykły człowiek wskazuje na mnie. - On był bardzo zdenerwowany, później dowiedziałem się o całym morderstwie. To nie mógł być ktoś inny.
- A może ktoś przebywał w tamtym budynku i to on zabił Akirę po moim wyjściu? - stoję. Moje nogi drżą, a z oczu płyną łzy. Czyżbym uwierzył, że Akira nie żyje? Mówię... muszę się wybronić. Przecież nie mogę skończyć w więzieniu. Najpierw się stąd wydostanę, a potem znajdę Rei-chana. Tak, to jest najlepsze wyjście.
Czuję na sobie palące spojrzenia osób, znajdujących się w całej sali. Dziesiątki par oczu, utkwionych we mnie i grobowa cisza. Atmosfera niemal nie do rozładowania, jednak przerywa ją sędzia, uderzający drewnianym młotem w blat.
- Czy są jeszcze jakieś pytania do świadka?
Osuwam się na krzesło. Moje nogi wciąż są miękkie. Co właściwie się stało? Co, jeśli mnie oskarżą? Co będzie ze mną, co z Koronem? I dlaczego nic nie pamiętam?

Świadek siada na miejscu, a ja czuję na sobie jego spojrzenie. Uśmiecha się z satysfakcją. Może to on zabił Akirę? I teraz chce mnie wrobić? Tak, to na pewno to!
Nagle widzę, jak mój ojciec podchodzi do barierki, stanowiska... Nie spojrzał na mnie ani razu, a jego srogi wyraz twarzy wcale nie wróży nic dobrego.

- Panie Matsumoto... - zaczyna prokurator, krążąc wokół mojego ojca niczym hiena. - ... jest pan jedną z dwóch osób, które spośród tu zebranych znają oskarżonego najdłużej. Jak oceniłby pan jego dotychczasowe poczynania, charakter, zdolności, predyspozycje do pewnych zachowań...? 
- Takanori był... dość nieznośny jako młody człowiek. Już raz nadszarpnął nasze zaufanie, nie pozwolę jednak, by zdarzyło się to po raz drugi. Przez ten splot wydarzeń, nie chcę widzieć go więcej w domu. Tu panują pewne zasady.
Do moich oczu napływają łzy... ale nie, nie pozwolę im wypłynąć. Będę walczył. A ojciec może mnie wydziedziczyć, jestem dorosły. Już przeszedłem okres, kiedy urwanie kontaktu naprawdę mocno mnie zabolało. Drugi raz nie popełnię tego błędu.
- Czyli uważa pan, że oskarżony byłby w stanie dopuścić się zarzucanego mu czynu?
- Skoro siedzi na miejscu oskarżonego, to znaczy, że jakąś winę musiał ponieść. Nie ma oskarżenia bez niczego.
Kobieta zaciska dłonie w pięści.
- Dziękuję, nie mam nic do dodania - mówi prokurator z szaleńczą wręcz satysfakcją.
Ojciec siada. Kobieta w czarnym płaszczu zgrzyta zębami. Czuję się zbędny. Może to wcale nie mój proces? Może to wszystko jest wielką parodią, głupim żarem, zaraz zza tych drzwi wyskoczy Akira ze swoim głupim uśmieszkiem, wykrzykując te słowa, których nigdy nie mogę zapamiętać, a jakie mówi się w Europie w ramach jakiegoś święta, gdy uda się kogoś nabrać... Wtedy ja przewrócę oczami i przytulę go trochę mocniej niż powinienem...
Wzdycham.
- Czy to wszystko? - pyta sędzia.
- Nie mam nic do dodania, świadkowie jednoznacznie określili, iż oskarżony Takanori Matsumoto nie tylko był w stanie dokonać zarzucanego mu czynu, on zabił ofiarę, co jasno wynika z zeznań świadków. Jeśli tego byłoby mało, policja zabezpieczyła też nóż... - wtedy mecenas wygrzebał coś spod swojego biurka i z nożem, zapakowanym w worek oraz kartką papieru podszedł powoli do ochroniarza tuż przy mężczyźnie w peruce. - Jest to nóż, którym oskarżony zabił pana Suzukiego. Znajdują się na nim tylko odciski palców pana Matsumoto.
Przecież robiłem jedzenie... to takie idiotyczne, znów nie mogę niczego powiedzieć. Po prostu mnie zamurowało. Czuję się zupełnie bezbronny.
- Dowody są wystarczające i jednoznaczne. Wnoszę o ukaranie oskarżonego zgodnie z kodeksem Hammurabiego.
Kiedy prokurator skończył, był już z powrotem przy swoim stanowisku. Siedział i patrzył na kobietę z satysfakcją.
Kodeks Hammurabiego? Przecież...
- Ja nie zabiłem Akiry! - gwałtownie podnoszę się z miejsca, a moje krzesło ląduje tuż przy ścianie za moimi plecami. - Nie zabiłem go, on żyje! Akira musi żyć. A nóż... Robiłem przecież kanapki... Chciałem zrobić nam kolację, ale zorientowałem się, że nie ma niczego. Później się pokłóciliśmy i wyszedłem. Jego - wskazałem na nieznajomego świadka - widzę po raz pierwszy na oczy. I to nie ja go zabiłem! Po papierosie wróciłem do domu. A Akira musi żyć, po prostu musi! Nie wiem, dlaczego wszyscy się tak na mnie uwzięli i dlaczego nikt nie chce uwierzyć w to, co było naprawdę! Ja nie mogłem go zabić, bo ja go kocham! On nie mógł zginąć, udowodnię wam, zadzwonię do niego, a on odbierze - w moich oczach pojawia się coraz więcej łez, które w końcu nie wytrzymują i w akompaniamencie drżącego głosu, spływają strumyczkami po moich policzkach. - odbierze i przywita mnie tym swoim zwyczajowym głupim żartem... - zaczynam wydobywać telefon z kieszeni, lecz wtedy podbiegają do mnie ochroniarze i łapią, zakleszczając w uścisku, bym nie mógł się ruszyć.
- On jest niebezpieczny! - wykrzykuje ktoś.
- Jak pan sędzia widzi, mój klient jest niepoczytalny, rządzą nim silne emocje, więc wnoszę o uniewinnienie pod pretekstem niedyspozycji psychicznej.
- Nie jestem świrem! Jestem normalny! To z wami jest coś nie tak! - wykrzykuję, ale wszyscy zdają się mnie nie słyszeć.
Sędzia uderza swoim młotem o blat, czym mnie skutecznie ucisza.
- Sędzia nie potrzebuje zwyczajowej przerwy na obradę. Decyzja jest oczywista. Takanori Matsumoto uznany zostaje za winnego i objęty karą śmierci za zabójstwo Akiry Suzukiego. Z uwagi na wyjątkową nieprzewidywalność oskarżonego, wyrok zostanie wykonany od razu w sali wyrokowej. Proszę zaprowadzić oskarżonego Matsumoto.

Zaczynam się szarpać. Chcę żyć, ale ochroniarze trzymają mnie mocno w uścisku i wloką na korytarz oraz do sali. Wszyscy na mnie patrzą, ale to nie jest ważne. Chcę żyć!
- Lepiej będzie dla ciebie - słyszę za sobą cichy głos. - Lepiej, jak umrzesz niż gdybyś miał żyć ze świadomością zabicia ukochanej osoby.

Chcę się odwrócić, wyjaśnić i ujrzeć osobę, która znajduje się za mną, lecz ochroniarze są nieugięci. Sala obok jest pusta. Znajduje się w niej tylko krzesło i sznur. Ochroniarze stawiają mnie na krześle.
A może rzeczywiście nie ma sensu się szarpać? Może trzeba się poddać... Przecież i tak nie potrafiłbym żyć ze świadomością, że Akira...
Mokre ślady na moich policzkach zaznaczają świeże łzy. Moja głowa przechodzi przez obręcz.
Więc to już koniec? Miło było... Dziękuję ci, Akira... Mam nadzieję, że Kai zajmie się Koronem i że wszystko wróci do domu... Właśnie uświadamiam sobie, że głos za moimi plecami należał do mamy. Więc jednak mi wybaczają? Chyba nie ma sensu już się szarpać... To nieuniknione.
Grunt znika spod moich stóp. Czuję, jak przez krótką chwilę spadam... Trochę jakbym latał. Teraz sznur zaciska się na mojej szyi... coraz mocniej... Brakuje mi oddechu. To moja pokuta.

Zrywam się ze snu, odgarniając pościel. Jestem zlany potem i dyszę ciężko.
- Mmm? - mruczy ktoś obok. Zamieram, spoglądając na postać, przysłoniętą kołdrą, która obejmuje mnie ręką w pasie. Kiedy zrzuca kołdrę z głowy, zauważam Akirę i mam ochotę rozpłakać się ze szczęścia.
- Rei! - rzucam się na niego, przytulając bardzo mocno. Obejmuje mnie trochę zdziwiony i rozbawiony całą sytuacją.
- Co ci? Miałeś zły sen?
Wzdycham cicho, milcząc przez chwilę.
- "Złym snem" możesz nazwać masowy mord jednorożców, to było... - urywam, próbując znaleźć odpowiednie słowo. Aż mnie pogania, odsuwając od siebie nieznacznie, by na mnie spojrzeć. - ... nieważne. Po prostu chodźmy dziś do restauracji na śniadanie. Nie chcę widzieć twojego noża kuchennego ani razu do końca życia.
Patrzy na mnie z niezrozumieniem, wypisanym na twarzy, więc przewracam oczami.
- I jeśli jeszcze kiedykolwiek będę miał ochotę czytać Kafkę, to zabroń mi choćby siłą.
- Chyba rzeczywiście brakuje ci porządnego śniadania - całuje mnie w głowę i idziemy z łóżka pod prysznic. Zapowiada się naprawdę przyjemny dzień w barwach wschodzącego słońca.


Od aut.: Dziękuję wytrwałym (przepraszam?) i proszę o wyrażenie swoich odczuć/opinii w komentarzach (ja naprawdę nie gryzę~ ^^).

czwartek, 6 lutego 2014

[One Shot] "Biel czy kolory nieba?" (ToraxSaga)

Tytuł: "Biel czy kolory nieba?"
Paring: ToraxSaga (Alice Nine)
Gatunek: ?
Rating: PG-12
Ostrzeżenia: Jedno przekleństwo.
Od autora: Taki sobie mały przerywnik, wręcz bardziej miniatura niż one shot. Można powiedzieć, że trochę odstawiłam "and the worst thing...", może straciłam wenę...? W każdym razie może jeśli wzrośnie zainteresowanie, szybciej (w ogóle?) skończę serię. Wracając...  Ostrzegam potencjalnych czytelników, że nie zostało zbetowane i zapraszam na miniaturkę (nie gryzę za komentarze ;).

*
Akurat zmagałem się z górą naczyń w zlewie, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Nie spodziewałem się nikogo, więc nie spieszyłem się z otworzeniem. W domu dało się jeszcze czuć niesforną woń farby po zmianie koloru wszystkich ścian na biały.
- To pewnie facet z pocztą, który jest gejem i się do mnie ślini albo sąsiadka po cukier, choć jeszcze jej się to nie zdarzyło - tłumaczyłem sobie, tłumiąc resztki nadziei na "niespodziewanego gościa". Trochę bardziej nerwowo chwyciłem klucz, leżący na dębowej szafce na buty i próbowałem go włożyć do zamka, ale wypadł mi z rąk.
- To na pewno nie jest Takashi - tłumaczyłem niesfornym myślom i mocniej bijącemu sercu. - A nawet jeśli, każę mu spierdalać. Tak. Sam to skończył.
Schyliłem się po klucz, podniosłem i włożyłem go do zamka. Moje dłonie drżały, gdy otwierałem drzwi. Mechanizm chodził zadziwiająco ciężko. Otworzywszy drzwi, ujrzałem Takashiego. Stał tam tak po prostu i sprawił, że czułem, jakbym wrastał w ziemię. Przewrócił oczami i wyminął mnie. Nie wyglądał, jakby chciał przepraszać i błagać o przebaczenie. Ale też nie wydawało mi się, by w delikatnie ściągniętych brwiach ukrywał się uraz. Właściwie nie wiedziałem, co wtedy czuł, bo całego siebie ukrył pod porcelanową maską, a ja dodatkowo zasłoniłem go wyjątkowo grubym tiulem uczuć. Mogłem bez wątpienia nazwać się wyjątkowym ślepcem.
Jego cień, emanujący czymś nieokreślonym, ruszył korytarzem przed siebie. Ku mojemu zdziwieniu minął drzwi, prowadzące do sypialni, nawet do niej nie zajrzawszy i podążył do salonu. Usiadł na kanapie i spojrzał na mnie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że obserwowałem go z nieznacznie rozchylonymi wargami. Zmitygowałem się - otwarte usta i śledzenie go wzrokiem na pewno nie wyrażały tego, co jeszcze niedawno krążyło po mojej głowie. Westchnąwszy najciszej, jak tylko potrafiłem, podążyłem w jego stronę. Rozsiadł się wygodnie w rogu kanapy. Ubrany był w wyjątkowo opinające jego szczupłe nogi jeansy. Jedną nogę miał założoną na drugą, a ręka spoczywała na oparciu mebla. Siedział odwrócony do mnie. Czułem, jak jego wzrok pali moje ciało. Wciągnąłem do płuc ogromny haust powietrza, jakby zaraz ktoś miał mi je odebrać i wypuściłem je z głośnym westchnięciem. Przez chwilę przyrzekłbym, że w kącikach jego ust zarysował się uśmiech.
- Usiądź, nie przyszedłem cię zjeść, tylko pogadać - odezwał się wreszcie, eliminując gęstą ciszę.
- Już - odmruknąłem i zamknąłem drzwi. Klucz wciąż widniał w zamku, a reszta pęczku kołysała się rytmicznie. Przełknąłem nerwowo ślinę, odwracając się znów do Takashiego. Nie patrzył na mnie, tylko kontemplował pokój, przesuwając się wzrokiem po każdym elemencie.
Podszedłem do niego i usiadłem na drugim końcu kanapy, opierając się o nią sztywno plecami. Zerkałem na niego nerwowo. Zbyt nerwowo. Odetchnąłem jeszcze raz, rozluźniając się. Patrzył na mnie. Zwróciłem się w jego kierunku i powiedziałem:
- Chcesz wrócić?
Uśmiechnął się w ten swój specyficzny sposób, przez który w jednej chwili pragnie się schować w najciaśniejszym kącie. Przecież wcale się tym nie przejmowałem. On sam niewiele mnie już obchodził. Zapytałem tylko po to, żeby nie miał złudzeń.
- Czy ja cokolwiek mówiłem o powrocie? Chciałem tylko porozmawiać - zakuło.
- O czym? Myślałem, że po prostu wychodząc, uznałeś że nie mamy sobie już nic do powiedzenia.
Otworzył usta, żeby coś odrzec, ale wszedłem mu w słowo:
- Jeśli przyjechałeś po rzeczy, to jest za późno, bo wylądowały na śmietniku jakieś dwa miesiące temu. I nie udzielę ci żadnego wsparcia finansowego, panie Sakamoto - powiedziałem i dopiero wtedy poczułem, że moje brwi są ściągnięte. I że odległość pomiędzy nami zmalała co najmniej o połowę.
- Chcemy reaktywować Alice Nine.
Zamarłem.
- Wiem, że to przeze mnie zmuszeni byliście przerwać działalność... - kontynuował, a jego wzrok wciąż był utkwiony we mnie.
- Zakończyć - sprostowałem.
- Shinji - jego dłoń spoczęła na moim ramieniu. - Byłem już u Nao, Hiroto i Shou... oni też chcą kontynuować to, co udało nam się stworzyć wspólnymi siłami.
Czułem, jak moje ciało niekontrolowanie drży. To był moment, w którym wydawało mi się, jakbym wrócił do czasów dojrzewania. Emocje kumulowały się we mnie, plątały, gniotły, biły, dusiły... to było jak odwieczna walka mnie ze mną.
- Dlaczego? - zapytałem. Mój głos wcale nie drżał, w moich oczach nie zbierały się łzy ani nie przypominało to krzyku. Mój ton był najzwyczajniej stanowczy, choć mam wrażenie, że odrobinę opuściłem gardę, co on od razu wykorzystał.
- Wiesz, Shinji... to było jak bajka. Książę ożeni się z księżniczką i wszystko kończy się prostym i żyli długo i szczęśliwie. Ale w życiu tak nie jest, tygrysie - jego dłoń znalazła się na moim policzku. Byliśmy gdzieś w środku odległości, która dzieliła nas na początku tej absurdalnej rozmowy. - W prawdziwym życiu to dopiero początek wzlotów i upadków. Początek bajki tylko dla dorosłych, przyprawionej pikanterią erotyki, odpowiedzialności i rutyny.
- Zostawiłeś mnie przez rutynę i teraz chcesz wrócić?
- Nie kocie, nie wysłuchałeś mnie do końca. Ja po prostu przestałem czuć szaleństwo miłości. Zacząłeś mnie dusić, dusić nas... Dlatego musiałem odejść, żeby nie zmarnować tego, co budowaliśmy przez tyle lat.
Czułem jego miarowy oddech na swojej twarzy, jedną dłonią mieszał w moich włosach, druga znajdowała się tuż przy mojej... spoczywającej na jego udzie.
- Przecież wiem, że dasz mi wrócić... i przemalujemy sypialnię z powrotem na kolory nieba. Bo ty nie możesz żyć beze mnie tak samo, jak ja bez ciebie.
Później nie zostało mi już tylko nic poza uleganiem jego chętnym wargom i nęcącemu ciału... 
Kilka dni później  zmieniliśmy kolor ścian w całym mieszkaniu z chłodnej bieli na stłumione kolory nieba. Później odbył się pierwszy koncert... Alice Nine powstało na nowo, co było tak naturalne, jak nasza przynależność do siebie. Nie wyobrażałem sobie, jak mogłem wcześniej myśleć, że uda mi się funkcjonować bez niego... był dla mnie naturalny i potrzebny jak powietrze.
- Takashi?
- Hmm?
- Spróbuj tego numeru jeszcze raz, a nie będziesz miał dokąd wracać.
Zaczął się śmiać. Jak cudowny i melodyjny był jego śmiech...
- Wiesz, ty po pros...
Zamknąłem mu usta pocałunkiem.
- Mocny argument.
Zaśmialiśmy się obaj.