poniedziałek, 30 czerwca 2014

[One Shot] "Arrivals and Departures" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: Arrivals and Departures (ang. przyloty i odloty)
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Ostrzeżenia: ewentualne przekleństwa, odpowiednio dawkowane w dialogach
Od autora: Jak zwykle miało być zupełnie inaczej. Mam wrażenie, że nie wyczerpałam tego, co chciałam napisać, ale z drugiej strony tutaj nie chce się upychać niczego więcej. Jak zwykle Tora i Saga, opowiadanie o relacjach. Zapraszam.

*
Shinji już miał kłaść się spać, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Uśmiechnął się pod nosem. Tej nocy nigdzie nie wychodził, wypił tylko wieczorne piwo przy dobrym filmie, wykąpał się i jak na przykładnego obywatela przystało, miał kłaść się spać, żeby wyspać się i być wydajnym w pracy.
Dobrze wiedział, kto przyszedł do jego domu. Przychodził regularnie - co tydzień, dwa... czasem co pięć dni a czasem co dwadzieścia. Był pod tym względem dość kapryśny, ale przychodził zawsze. Poznał go przypadkiem.
Kiedy Shinji otworzył drzwi, do jego mieszkania wtoczył się trochę niższy mężczyzna drobnej postury. Miał na sobie dopasowaną koszulkę z siateczkowym wzorem, zawadiacko zsunięty z jednego ramienia sweter i obcisłe skórzane spodnie. Wpadł w ramiona ciemnowłosego gospodarza i wymamrotał pijacko prosto do jego ucha:
- Pociesz mnie, Shinji.
I jak ten biedny, znienacka napadnięty, przykładny pracowity Japończyk miał go nie posłuchać?
Jak ktokolwiek mógł nie słuchać Takashiego?
Shinji wziął to zapijaczone źródło własnego szczęścia i zaprowadził do sypialni. Wcale nie spodziewał się, że cudowna dłoń o długich smukłych palcach spocznie pod jego koszulką i delikatnie gładząc skórę, sparaliżuje jego ruchy. Przez kręgosłup Amano przeszedł dreszcz podniecenia. Jak mógł w tej chwili po prostu go zostawić? Jego serce waliło, a umysł krzyczał. Mimo to nie był w stanie zmobilizować bezwładnych kończyn do ruchu, więc po prostu pozostał w bezruchu, przyglądając się czekoladowym tęczówkom i pozwalając sercu tańczyć.

Kiedy Takashi obudził się rano, pierwszym co poczuł był ból głowy, który wydawał się obciążać jego głowę o co najmniej dwadzieścia kilo. Próbował przewrócić się na drugi bok, ale przeszkodziły mu mdłości i ból w dolnej partii ciała. Tym sposobem skończył, leżąc na plecach i wpatrując się w biały sufit. W ustach miał nieprzyjemny smak kaca, a cała jego osoba tryskała niechęcią dalszej egzystencji. Znowu to zrobił.
Gdy wreszcie podniósł się z łóżka, przeklinając bolące miejsce, do którego światło nie dochodzi, poszedł do łazienki i nawet sobie nieznanym cudem, nie skończył z głową pomiędzy obręczą muszli klozetowej. W zamian za to w lustrze powitał go obraz nieszczęścia w potarganych włosach, z ogromnymi sińcami dookoła oczu, tak bardzo przypominającymi pandę, choć tak wyglądając prędzej przypominał bezdomnego pana z zagranicznych śmietników niż puchate zwierzątko. Odlał się i ochlapał twarz zimną wodą, pozwalając sobie na chwilę kontemplacji i przypomnienie czegokolwiek z zeszłej nocy. Był Byou. Wywalił go na zbity pysk i jak zwykle skończył u Shinjiego. Pewnie przyszedł kompletnie nietrzeźwy, w nocy zaczął się dobierać do Amano i skończyli pieprząc się jak króliki. To wyjaśniało ból głowy, problemy z chodzeniem i miejsce, w jakim się znajdował. Westchnął.
Kiedy Takashi wyszedł z łazienki, do jego nozdrzy doleciał przyjemny zapach świeżo parzonej kawy. Uśmiechnął się i wiedziony miłością najinteresowniejszą, ale i najszczerszą, skierował się do kuchni. Usiadł, a właściwie opadł na krzesło naprzeciw Shinjiego. Na stole przed nim stał jego ulubiony fioletowy kubek, z ulubioną mocną, czarną kawą. Ironicznie fioletowy.
- Nienawidzę go - powiedział z zaciętością Sakamoto, upijając łyk napoju i razem z nim przełykając wymiociny, które miał ochotę z siebie wyrzucić od pierwszego porannego kontaktu ze światem. Dopiero wtedy zauważył, że na dworze było pochmurno - szare chmury spowiły całe niebo i zbierało się na deszcz.
- Co się znowu stało? - zapytał Shinji, niemal bezszelestnie odstawiając swój kubek na blat stołu. Mówił ze stoickim spokojem, jakby wcale nie był zazdrosny o Byou. Nie przeszkadzało mu, że zamiast zachwycać się jego obecnością, Sakamoto woli mówić o swoich nieudanych związkach. A tym bardziej o związku z Byou, który ciągnął się od roku i był chyba najbardziej burzliwym z dotychczasowych.
Takashi, przychodząc do Amano, nie zdradzał Byou. Ich relacje były samoistne, pozbawione moralności. Uprawiali seks, ale łączyła ich przyjaźń, zrodzona gdzieś pomiędzy padającymi przez lata słowami, drobnymi gestami, ukryta we wspólnie spędzonych sekundach, godzinach, latach... Razem znajdowali się w innym wymiarze, w którym nie istniało prawo zdrady.
- Wyrzucił mnie. Po prostu mnie wywalił. Jestem pewny, że ukrywał gdzieś w szafie albo pod łóżkiem tego cholernego Jina - prychnął i upił kolejny łyk życiodajnej kawy. Odstawił kubek z głośnym puknięciem, który sam odczuł w pulsującej głowie.
- Myślisz, że cię zdradza? - zainteresował się Shinji, wciąż z idiotycznym uśmiechem, którego nie był w stanie zedrzeć od ostatniej nocy. Właściwie od dźwięku dzwonka przy drzwiach, który wlał się do jego uszu.
- Na pewno mnie zdradza. Chuj - skwitował treściwie Sakamoto, urywając temat. - A co z tobą, Shinji? - podniósł wzrok na przyjaciela.
- Ze mną? - Amano objął swój kubek dłońmi i zaczął stukać palcami o jego gładką fakturę.
- Tak, z tobą - Takashi patrzył na niego ponaglająco.
- Nic ze mną - odparł Shinji, próbując ukryć zdenerwowanie. - Jestem dyspozycyjny dla ciebie przez cały czas...
Sakamoto roześmiał się. Twarde krzesło było boleśniejsze niż zwykle, a głowa wciąż rytmicznie pulsowała. Tylko mdłości zdawały się trochę mniejsze, ale mimo to Takashi się uśmiechał. W końcu tuż obok na wyciągnięcie ręki siedział jego tygrys.
- Takashi? - zapytał z powątpiewaniem Amano, kiedy poczuł na swojej dłoni delikatne muśnięcie opuszków palców.
- Byou mnie wyrzucił - stwierdził.
- Nie martw się, pewnie jutro zacznie wydzwaniać, że masz wra...
- Kto powiedział, że będę chciał wrócić? - przerwał przyjacielowi Sakamoto.
- Możesz zostać tak długo, jak chcesz - odparł Shinji z westchnieniem
- Wiem - powiedział Takashi. - Mam ochotę na warzywa.
Zostawił po sobie pusty kubek po kawie i poszedł się wykąpać.
To było dla Shinjiego naprawdę trudne. Zależało mu na Takashim. Zależało bardziej niż na kimkolwiek innym. Ambiwalentnie cieszył się, że przyjaciel zawsze do niego wracał i jednocześnie cierpiał, kiedy odchodził. Gdy wracał też cierpiał. Nawet, jeśli otumanienie radością wynikającą z obecności kochanej osoby na chwilę przyćmiło ten ból, jeśli był w stanie zakopać go w śladach paznokci na swoich plecach i dzikim seksie, on wciąż był. Tępo wwiercał się w jego serce, coraz bardziej je rozgrzebując.
Shinji wstał, wziął kubki i umył je w zlewie. Leżał tam także nóż. Kiedy go chwycił, przez nieuwagę wypadł mu z rozedrganej dłoni i próbując go chwycić, zaciął się w palec. Krew obficie spływała do zlewu, mieszając się z wodą i wpadając do dziury. Amano sam się czuł, jakby wlatywał do bardzo czarnej, niekończącej się dziury. Chciał zatrzymać Sakamoto na zawsze, ale wiedział, że on odejdzie. Jedyną nadzieją był fakt, że wróci. Takashi zawsze wracał, nieważne ile wypił i z kim uprawiał seks. Na koniec trafiał do niego - do Shinjiego i czy chciał się kochać, czy tylko wypłakać, Amano zawsze posiadał dla niego miejsce w łóżku, dodatkowy kubek i nawet zapasową szczoteczkę do zębów. Shinji zakleił swój palec, a z łazienki wyszedł Sakamoto. Miał na sobie spodnie i jego (Shinjiego) koszulkę, a z brązowych włosów kapały kropelki przezroczystej wody. Amano uśmiechnął się, widząc go. Po prostu nie potrafił się nie uśmiechać. Nie potrafił go nie kochać ani nie pozwolić mu wrócić. Każdy chciał stałości, choć ich wieczność wykluczała stabilizację.
- Halo? - Shinji nawet nie ujrzał, kiedy Takashi odebrał telefon. - Tak... Będę za godzinę, pa.
Spojrzał na Amano i uśmiechnął się. Jego oczy rozbłysły szczęściem. Shinji nie mógł nie pozwolić mu porwać kawałka chleba z masłem i uciec bez pożegnania. Ono nie było im potrzebne. Takashi zawsze wracał. A Shinji zawsze był przykładnym robotnikiem w japońskiej korporacji, dopóki w jego drzwiach nie pojawił się pijany mężczyzna z zawadiacko odsłoniętym ramieniem.


*
Kilka wskazówek: Byou (oczywiście ze Screw) nie cierpi deszczu i warzyw, a jego ulubionym kolorem jest fioletowy i uwielbia kawę.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

[One Shot] "dies irae dies amore dies desperatione" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: dies irae dies amore dies desperatione (łac. dzień gniewu dzień miłości dzień rozpaczy)
Paring: Shou/Saga, Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: myślę, że bez ograniczeń [G]
Ostrzeżenia: -
Od autora: ... bo naprawdę nie lubię paringu Shou/Saga, ale z Sagą nigdy łatwo nie jest.
Tekst miał potoczyć się zupełnie inaczej, ale w pewnym momencie po prostu nie mógł skończyć się inaczej.
Nie krępujcie się z wytykaniem mi błędów, nie mam bety.
I choruję na chroniczny niedobór Tory i Sagi.
Zapraszam...

*
Sala prób nie była niczym specjalnym. Wytwórnia udostępniała ją zespołowi w ustalonych godzinach. Była jak zwykła sala. Jedną jej ścianę pokrywało ogromne lustro, zawsze idealnie czyste - przecież Peace and Smile Company musiało dbać o swoje gwiazdki. Kolejne ściany stanowiły drewnopodobne płyty, pod którymi była jeszcze dodatkowa warstwa wygłuszająca. W identycznych salach próby mieli Born, the GazettE i kilka innych... Nie było w niej okien, ale wytwórnia gwarantowała zawsze czynną klimatyzację, a na wszelki wypadek w rogu stał ogromny wiatrak. Po podłodze walały się kable znaczące niekończący się labirynt czarnych szlaków. Gdzieś przy drzwiach stał wieszak na ubrania, lecz było na tyle ciepło, że tego dnia nikt z niego nie korzystał. Samotnie stał też niewielki kosz na śmieci i jakaś półka z nutami oraz pięć ustawionych w równiutkim rządku pulpitów. Na sali rozstawione było pięć krzeseł - jedno za perkusją, a pozostałe cztery w przypadkowych miejscach. Przy ścianach znajdowały się pokrowce od basu, gitary Hiroto oraz torby.
Tora siedział na jednym z głośników i właśnie zapinał zamek błyskawiczny swojego futerału. Obok niego na plastikowym krześle załamywał ręce Nao. Naprzeciwko głośnika stała jeszcze zapomniana kanapa, niekoniecznie wygodna, ale całkiem użyteczna na chwilę wytchnienia po próbie. Tam z kolei utożsamiał się z zombie Shou, który właśnie ocierał oczy z łez. Obok niego siedział widocznie zmartwiony stanem przyjaciela Hiroto, z gitarą wspartą na udzie i kostką między palcami. Przygryzał wargę i brzdąkał coś niestrudzenie, zerkając jednak na wokalistę. Atmosfera gęstniała coraz bardziej wraz z mijającymi chwilami milczenia. Przerwał je dźwięk otwieranych z impetem drzwi. W progu pojawił się Saga - akurat wtedy, gdy Tora dopiął swój pokrowiec.
- Idziemy - powiedział Saga chłodno, nawet nie zaszczycając Shou spojrzeniem, tylko zerkając ponaglająco na Torę.
- Ale nie... - odezwał się Nao, zrywając z krzesła, lecz zamilkł, kiedy Saga spiorunował go spojrzeniem. Jeszcze nigdy nie widział, by wzrok przyjaciela aż tak mroził krew w żyłach. Odpuścił. Znał go wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy odpuścić.
Kiedy zatrzasnęły się drzwi za nimi, Nao westchnął smutno i opadł z powrotem na krzesło. Po Sadze pozostała tylko strużka tytoniowego smrodu.
- Shou... - Hiroto przestał grać i odłożył gitarę, kiedy zauważył, że plecy przyjaciela drżą arytmicznie. Odłożył gitarę i oparłszy ją o bok kanapy, położył dłoń na plecach przyjaciela. - Shou, to... - zaczął mówić, ale urwał. Bo co miał powiedzieć? "To nie koniec świata?" Dobrze wiedział, że Saga był dla niego całym światem. Tylko on tak potrafi... Kohara wstał i zakrywając twarz przed przyjaciółmi, zamknął się w łazience. Hiroto westchnął, spoglądając na Nao.
Gdzie ich dorosłość i profesjonalizm? Zniknęły gdzieś pochłonięte przez miłość.

- A kiedyś był taki nieśmiały - pomyślał Tora. Przypominał sobie, kiedy jeszcze Saga na głowie reprezentował przykładny blond, a na sesjach jego brzuch był odkryty. Kiedy niosąc bas na plecach, po prostu bezszelestnie znikał. Jak to było z tą ich miłością?
Wsiedli do samochodu, Tora odpalił silnik.
- Jest ci go żal - stwierdził Takashi ostro, wręcz z wyrzutem.
- Trochę jest... - odparł Shinji, choć nie był w stanie powstrzymać pełnego satysfakcji uśmiechu. Ułożył dłoń na skrzyni biegów.
- Więc niech przestanie -  Saga położył dłoń na jego i utkwił w nim swój intensywny, wywołujący przyjemne dreszcze wzrok. - Takie jest życie, Shinji - powiedział to tak, jakby nie mówił o swoim byłym kochanku i przyjacielu, tylko o wypisanym długopisie, który da się wymienić na nowy, lepszy, użytecznejszy.
Tora nie wiedział, dlaczego to wszystko potoczyło się właśnie w ten sposób. Nigdy nie czuł się lepszy od Shou, choć nie brakowało mu pewności siebie. Więc co? Shinji zrzucał to na karb miłości. Przecież ona taka jest. Zawsze była. Przybierała kształt kuzynki pani z kosą i odwiedzała tego, kto tylko wpadł jej w oko. Jedyną jej wadą był fakt, że kochała cały świat i nikt się przed nią nie uchronił.
Tora wierzył. Patrząc na dłoń Takashiego, na niego, czuł przyjemny ucisk w brzuchu, gardle, mrowienie w mózgu i serce obijające się bezlitośnie o żebra. Czuł się jak zwycięzca. Jakby wygrał życie. Prawie jak wtedy, kiedy schudł trzydzieści kilo, ale powiedziałby, że euforia dosięgała stopnia trzydzieści razy większego, gdyż wszystko należało do teraźniejszości.
- Oczywiście - stwierdził, wrzucając jedynkę i odjeżdżając. Opuścili studio i pojechali do domu Sagi, by spakować jego rzeczy i zawieźć je do Tory. Shinji już wiedział, że nigdy wcześniej nie czuł się tak irracjonalnie szczęśliwy.
Kiedy przekroczyli próg mieszkania, Saga wyraźnie się rozluźnił. Pozwolił się przytulić, pocałować w szyję, a później z powagą dwunastolatki, która podkrada szpilki mamie, urządzili sobie grę "kto trafi większością ubrań do walizki, ten jest dziś na górze". Wygrał Tora. Oczywiście tylko dlatego, że Saga pozwolił mu wygrać. To miał być początek sielanki.
Shinji parzył im zasłużoną kawę, a Takashi pakował pozostałości do higieny wszelakiej w łazience, gdy rozdzwonił się jego telefon. Basista westchnął teatralnie i wyjął aparat z ciasnej tylnej kieszeni dżinsów. Dzwonił Nao. Czyżby Shou wiedział, że nie odbierze i postanowił załatwić to po najmniejszej linii oporu? Choć Takashi ich znał i prędzej stwierdziłby, że Naoyuki sam zaproponował zatelefonowanie i załatwienie tego z nim. Murai znał go najlepiej, jednak Saga był pewien, że ten ruch z jego strony pozostał niezrozumiały nawet dla najbliższego przyjaciela.
Kim był Tora w tym wszystkim?
- Zrobione - Saga usłyszał ciche mruknięcie przy swoim uchu i poczuł oplatające go w talii ręce. Jego serce zabiło mocniej, kiedy ciało ukochanego przyległo do jego pleców. - Możemy już jechać? Ten dom jest pełen dziwnych wyobrażeń.
Saga wcisnął przycisk blokowania klawiatury, który momentalnie uciszył wibrujące urządzenie, po czym obrócił się przodem do Shinjiego i odgarnął włosy z jego twarzy za ucho.
- Jeszcze chwila, tygrysie - odparł z uśmiechem.
Tora był przystojny. Miał swoje mankamenty, Saga też je zauważał, ale mimo to... posiadał w sobie coś. Po prostu coś, co potrafiło wzruszyć nawet wiecznie chłodnego, cynicznego i niewzruszonego Sagę.
- Jeszcze kawa, kocie - odparł na to Shinji i wrócił do pokoju. Saga schował co trzeba do kosmetyczki i włączył tryb samolotowy w telefonie, po czym wsadził go z powrotem do kieszeni spodni.
Poszedł do pokoju i usiadł przy stole na przeciwko Tory. Przed nim stał kubek z jeszcze ciepłą kawą.
Wypili w milczeniu, później Saga umył naczynia, a Shinji spakował jego rzeczy do samochodu i pojechali, zostawiając mieszkanie sterylnie wymiecione z uczuć.

- Cholera, wyłączył telefon - westchnął podenerwowany Nao, który od godziny chodząc tam i z powrotem prawie wydeptał ścieżkę w podłodze.
- Nao, to bez sensu... - odparł Hiroto, podając Shou kolejną paczkę chusteczek pod drzwiami. - Nic z tym nie zrobimy, trzeba wspierać Shou.
- Ale próba. Koncerty. Niedługo kontynuujemy trasę. Jak ty to sobie wyobrażasz?! - Murai opadł teatralnie na plastikowe krzesło czy raczej się na nie osunął. - Nie mam siły na was...
Hiroto jako jedyny zachował względną trzeźwość umysłu. W końcu wstał i zaczął się pakować. Zza drzwi do łazienki słychać było tylko ciche łkanie.
- Co robisz? - zapytał zrezygnowany Naoyuki.
- Wychodzę - powiedział Hiroto, zapinając futerał.
Nawet Shou wyściubił nos z łazienki i spojrzał na przyjaciela przez szczelinę w drzwiach.
- Dokąd? - zapytał perkusista. - Powinniśmy ćwi...
- Porozmawiam z Sagą.
Perkusista i wokalista tylko patrzyli, jak Hiroto pakuje wodę do torby i wychodzi, pewnym ruchem zamykając za sobą drzwi.

Tora postawił ostatnią walizkę w sypialni i otarł pot z czoła. Spojrzał z uśmiechem na Sagę, który przekręcił za nim klucz w drzwiach. Takashi przybrał ten zawadiacki wyraz twarzy, który cholernie Torę pociągał.
- Tygrysie - odparł, przysuwając się do niego i wsuwając dłonie pod koszulkę, by delikatnymi ruchami rozdygotanych chłodnych palców, gładzić jego brzuch. Wargi kochanków złączyły się w pocałunku, a domowa przestrzeń stała się ich nasyconym erotyzmem małym światem.

- Dlaczego wybrałeś mnie? - zapytał Shinji, kiedy nadzy palili przy osłoniętych kolorową matą balkonowych kratach.
- Ostatnio mamy tendencje do zachowywania się jakbyśmy z powrotem mieli szesnaście lat, nie uważasz, Torashi? - odrzekł cicho Takashi, opierając głowę na ramieniu kochanka. Tora dyskretnie objął go ręką w pasie. Był taki chudy i drobny. Momentami Amano wydawało się, że Saga jest kruchy i kiedy go obejmuje, ukochany zaraz posypie się niczym pustynny piasek, zamieniając w kupkę żółtego pyłu. - Chciałbyś wrócić do tego czasu?
- Nie. Wtedy nie miałem jeszcze ciebie.
Saga uśmiechnął się, a gdzieś na dnie tego grymasu czaił się smutek. Przytulił się do torsu kochanka i tak stali, patrząc na malutkie niczym zabawki samochody i ludziki.
Wieżowiec, w którym mieszkał Tora był bardzo wysoki, zupełnie jakby próbował dosięgnąć chmur. Najsmutniejszy wieżowiec na świecie.

Kiedy Saga poszedł pod prysznic, rozdzwonił się telefon Tory.
- Halo?
- Muszę z wami porozmawiać, będę u ciebie za pół godziny - do uszu Shinjiego wlał się głos Hiroto.
- Ale... - zaczął Tora, lecz po drugiej stronie słuchawki rozległ się przerywany ciszą sygnał.
Takashi wyszedł z łazienki.
- Hiroto zaraz u nas będzie - powiedział Amano, kiedy palce Sagi dotykały jego włosów. Siedzący na łóżku Tora objął go w pasie, przytulając się do płaskiego brzucha. Nie przeszkadzała mu nawet wyraźnie wyczuwalna miednica, kiedy Takashi obejmował go, przeczesując włosy między palcami.
- Kocham cię, Torashi - wyszeptał. - Oto odpowiedź na twoje pytanie - powiedziawszy to, puścił go i pozwolił mu iść do łazienki.

Hiroto przyjechał, gdy za drzwiami łazienki ustał dźwięk spadającej ciężko na płytki wody. Zadzwonił i kulturalnie czekał aż otworzy mu gospodarz. Do drzwi poszedł Saga i przekręcił klucz w zamku, ale żaden z nich ich nie otworzył. Saga usiadł na łóżku i wpatrywał się w łazienkowe drzwi. Tora wyszedł ubrany, schludny, z mokrymi strąkami włosów, z których kapały kropelki wody.
- Hiroto czeka aż mu otworzysz - Saga wstał i poszedł do kuchni, by wstawić wodę. - Zapytaj go, czego się napije - powiedział jeszcze.
Tora niewiele myśląc szybkim krokiem podszedł do drzwi i je otworzył. Gitarzysta był przemoczony. Nawet nie zauważyli, kiedy na dworze tak się rozpadało.
- Wejdź, przyniosę ci ręcznik - powiedział, przepuszczając go w drzwiach i kierując się w stronę ogromnej szafy. Hiroto wszedł i zdjął buty. Nie mówił nic, tylko obejmował wielkimi orzechowymi oczami pomieszczenie. Saga wyszedł z dwoma parującymi kubkami ich ulubionej herbaty i postawił je na czteroosobowym stole.
- Co wypijesz? - zapytał z uśmiechem.
- Nic... Przyszedłem po-roz... - jego głos załamał się i psiknął. - ... porozmawiać - dokończył. Saga zniknął na chwilę w kuchni, by wrócić z kolejnym kubkiem i paczką chusteczek. Położył je na jednym z miejsc. Tora wygrzebał z szafy ręcznik i podał go przyjacielowi.
- Jak chcesz, to się wykąp - zaoferował Amano. - Nie byłoby dobrze, gdybyś się teraz rozchorował. Mogę ci coś...
- Dość - przerwał mu drugi gitarzysta. - Czy wy tego nie widzicie? Wszystko się sypie. Co was obchodzi moje zdrowie, skoro zupełnie nie przejmujecie się Shou?
- Przestań zachowywać się jak dziecko, Ogata. To nie twoja sprawa - powiedział chłodno Saga, utkwiwszy w nim swoje najmroźniejsze spojrzenie.
- To jest moja sprawa. Nie widzicie, że Alice Nine się rozpada? Chcecie odejść? Jesteśmy w środku trasy, poza tym my, fani, nasze marzenia...
Tora podszedł do Sagi i stanął obok niego.
- Priorytety się zmieniają, Hiroto. Nie mamy już dwudziestu lat, nie jesteśmy głupimi nastolatkami ani rządnymi sławy młodzikami - powiedział Takashi.
- Czy to znaczy, że...? - zaczął Ogata.
- Chcemy odejść - powiedział Tora, ukradkiem odnajdując dłoń Sagi i splatając jego palce ze swoimi.
- Nie bądźcie pochopni - odparł już spokojniej Hiroto, spuszczając głowę. - To wy... zachowujecie się jak dzieci. Co się stało?
Tora spojrzał na Sagę, którego beznamiętny wzrok utkwiony był w sylwetce odchodzącego Hiroto. Zostawił po sobie tylko mokre ślady i ręcznik na oparciu krzesła.
Był zawiedziony.
Saga przytulił się do Tory, a Tora objął go najciaśniej, jak tylko potrafił. Saga dobrze wiedział, jak działa na Torę. Tora dobrze wiedział, że Saga uwielbia prowokować go do różnych zachowań.
Trwali w tym wzajemnie, kochając się, jakby był to ich pierwszy raz.
- Shinji, jestem zmęczony - westchnął Saga.
- Więc zostańmy, najwyżej wyjdziemy innym razem.
Takashi uśmiechnął się i pocałował go w usta, zupełnie jakby ofiarował mu nagrodę za prawidłową odpowiedź. A Tora uśmiechał się najszerzej jak potrafił, szczęśliwy w jakiś idiotyczny sposób.
Przebrali się i położyli spać, choć i tak nie musiało minąć dużo czasu, by Saga uznał, że nie może spać.
Kochali się. Jak dotychczas wydawało im się, że nie będą mogli żyć bez pracy, ale wszystko diametralnie się zmieniło. Tora żył dla Sagi, a Saga... dla idei.
Kolejnego dnia przeszli się na koncert jednego z nowszych zespołów o nazwie ClownxCrown. Byli nieźli.
Takashi i Shinji stali z tyłu, obydwoje mieli na nosach przeciwsłoneczne okulary, a Saga założył też starą czapkę z daszkiem. Zdjął ją, kiedy oparł głowę na ramieniu ukochanego. Cieszył się wspólnymi chwilami.
Tora również cieszył się nimi do samego końca i zanim jeszcze wszystko zaczęło nabierać jednolitego koloru, stawać się miałkie i rutynowe, zanim jeszcze ich wyjątkowość zaczęła ginąć w codzienności, Saga zniknął.
Powiedział, że idzie się przejść. Zostawił wszystko, wraz z telefonem, dokumentami, ubraniami na zmianę, piżamą pod poduszką i szczoteczką do zębów w kubeczku na umywalce.
Tora uważał, że zaginął. W jego głowie rozgrywały się najgorsze scenariusze o morderstwie, wypadku albo porwaniu. Oczywiście zgłosił zaginięcie na policję, ale nie znaleziono nic. Saga zniknął. Po prostu. Zabierając ze sobą jedynie paczkę Pianissimo Peche i zapalniczkę. Tora za sprzymierzeńca w żałobie uznał Shou. Spotykali się, kiedy było im gorzej. Tora wyniósł się do Shou, ponieważ nie mógł wytrzymać obecnej w każdym kącie namiastki ducha Sagi.
Dwa tygodnie później Tora wrócił do mieszkania. Uważał, że to odpowiednia pora, żeby się podnieść i zacząć od nowa, ale kiedy poczuł duszny zapach mieszkania, pierwszym, co pojawiło się w jego głowie była twarz Takashiego. Jego piękna, roześmiana twarz. W oczach Shinjiego pojawiły się łzy, kiedy zobaczył mrugające czerwone światełko na łóżku. Mała diodka w telefonie Sagi migała jak ostatnia iskierka nadziei.
Tora nawet nie wiedział jak znalazł się przy łóżku i drżącymi dłońmi odblokował telefon. Wiadomość od nieznanego numeru.
Wybacz mi, Torashi. Kocham Cię.
Wysłał ją dzień wcześniej. Tora miał ochotę się rozpłakać. Zadzwonił pod numer, z którego wysłany był sms, ale nikt nie odbierał. Czas pomiędzy sygnałami zdawał się trwać wieczność. Shinji oczekiwał, aż jego mękę przerwie ukochany głos...
Zadzwonił sześć razy. Szóstka była ich ulubioną liczbą.
Niedługo później Shinji dowiedział się o tym, że Saga się oddalał. Powoli odsuwał od siebie wszystkich - członków zespołu, rodziców, przyjaciół, a nawet Nao. Zostawił przy sobie tylko jego, Shinjiego i pozwolił mu być ze sobą i cierpieć najbardziej. Saga wiedział, że musi mieć kogoś, nie może zostać sam. Chciał jak najlepiej spędzić ostatnie chwile, ale jednocześnie był świadom, że innego końca po prostu nie ma.
Tora z oczami czerwonymi od płaczu i ściśniętym gardłem, marastycznie przechadzał się po ich mieszkaniu. Widział brudny kubek po jasnej kawie, wybrakowaną paczkę swoich papierosów i brudną chusteczkę pozostawioną w bezładzie po wytarciu rozlanego mleka. Widział też skołtunioną pościel, ręcznik rzucony na podłogę i jego kapcie. W łazience w kubeczku wciąż widniała ta sama przeklęta szczoteczka, a na stojaku wisiał znajomy ciemny szlafrok. Wszystko ironicznie pozostało na swoim miejscu. Zniknęło tylko ich wspólne zdjęcie z czerwonej ramki na stole.

sobota, 21 czerwca 2014

Organizacyjne małe co nieco


Jak wiadomo z poprzednią ankietą były pewne problemy (z tego, co czytałam blogger po prostu takowe miewa), choć pamiętam, że najwięcej głosów było na Reituki (i parę na "And the worst thing...", z czego jestem strasznie dumna <3).
Tym razem postanowiłam wrzucić ankietę ponownie, z innymi pozycjami ze względu na to, że mam sporo pozaczynanych prac i nie wiem, za co się zabrać. Poza tym, chcę poznać Waszą opinię ^^. Wiem, że zapewne znów najwięcej głosów dostanie Reituki (ponieważ fandom the GazettE, a w szczególności tego paringu stanowi większość czytelników tego typu blogów), acz jestem ciekawa. 
Mam nadzieję, że tym razem ankieta wypali, tym bardziej, że ustawiłam ją na tydzień i zapewne codziennie będę zerkała na wyniki, żeby mieć jakiś obraz całości w razie wypadku podobnego do poprzedniego ze zniknięciem wyników.
Oczywiście jeśli macie jakieś propozycje czy sugestie, nie krępujcie się, tylko piszcie śmiało w komentarzach.
Jeśli dobrze pójdzie, to jeszcze dziś na blogu pojawi się one shot albo kolejna część "Rei" ^^

niedziela, 8 czerwca 2014

[1/x] "Zapach lata" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: Zapach lata
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: komedia? fluff? - coś w ten deseń
Rating: ?
Ostrzeżenia: może być ewentualnie trochę przekleństw
Od autora: Wybaczcie, że to nie jest kolejny rozdział "Rei" (który nomen omen mam już napisany) i że niczego ostatnio nie mogę doprowadzić do końca, ale naszła mnie potrzeba na stworzenie i wrzucenie właśnie czegoś takiego...
Moja mała osobista tęsknota za szczeniackimi wynurzeniami.
Bez bety, więc wyrzucajcie mi śmiało wszystkie znalezione błędy.

*
Zapach lata był odurzający. Przywoływał na myśl oddalone o miliony lat świetlnych wspomnienia zeszłych wakacji, które wtedy wydawały się odleglejsze od wojny trojańskiej. Powodował nieznośny skurcz żołądka, suchość w gardle, w ustach i drżenie dłoni, wsuwającej między wargi kolejnego z kolei papierosa. Strużka dymu ulatywała w nieskończoną przestrzeń, a z wraz z nią odlatywały kolejne kosmyki niezdarnej nadziei. Zamknąłem oczy z filtrem między dwoma palcami i odchyliłem głowę do tyłu, biorąc głęboki wdech - tak głęboki, jakbym chciał wypełnić całe czterysta pięćdziesiąt mililitrów sześciennych moich płuc. Tego lata nic nie smakowało lepiej od gorzkiego tytoniu w ustach. Nic poza jego ustami.
Poznałem go przypadkowo. Tak samo przypadkowo, jak wpada się na Ozziego Osbourne'a, który mówi "Hej, poznaję cię! To ty stałeś w piątym rzędzie i uśmiechałeś się, jakbyś był moim największym fanem!" - choć i tak gdybym miał wybierać, wolałbym spotkać jego zamiast wokalisty Black Sabbath. Choć wtedy jeszcze wierzyłem w przypadki, tak samo jak w przeznaczenie i kilka innych bzdur.

- Hej, uważaj jak idziesz - usłyszałem gdzieś nieco pod swoim uchem tuż po potrąceniu mojego ramienia, lecz nim się obróciłem, postać zniknęła już gdzieś w tłumie. Westchnąłem.
Co ja właściwie tu robiłem?
Matka postawiła sobie za życiowy cel przywrócić mnie do życia - socjalnego, rodzinnego czy jakiegokolwiek innego. W tymże celu pomyślała, że musi wysłać mnie do ciotki w Tokio, bo w dużym mieście na pewno kogoś poznam. Oczywiście początkowo taktyka "wyrzucimy cię z domu, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że nic z tobą nie robimy" działała wręcz przeciwnie od oficjalnego założenia - duże miasto przytłaczało mnie jeszcze bardziej. Do czasu, aż ciotka (zapewne za namową matki) nie sprowadziła swojej przyjaciółki z synem. Spojrzałem na zegarek na ręce. Była czternasta trzydzieści. Krewna mówiła, że mam wrócić przed trzecią, więc wypadało już się zbierać. Westchnąłem i wyciągnąłem ostatniego papierosa z paczki. Powoli kończyły mi się zapasy.

Kiedy wróciłem, ciotka obrzuciła mnie niezadowolonym spojrzeniem. Spóźniłem się. W małym mieszkanku na kanapie siedziała już kobieta z jakimś grubym, ściętym na pałkę szarym dzieckiem. To ze mną było coś nie tak? Wyglądał jak encyklopedyczny przypadek hikikomori.
- To mój siostrzeniec, Shinji - powiedziała ciotka, stawiając mnie przed tą dwójką. Właściwie, co mnie obchodziło, jak wyglądają? Miałem tylko przeżyć, wrócić do domu i zamknąć się z powrotem w swoich czterech ścianach.
- Och, tak mi miło! - rozanieliła się kobieta (tak a propos była równie gruba, jak dzieciak siedzący obok).
- Miło mi was poznać - powiedziałem i pchnięty sugestywnie przez ciotkę, ukłoniłem się, po czym usiadłem na pufie przy stoliku. Ciotka była pasjonatką europejskiego stylu, choć nigdy nie wiedziałem, co jest w nim porywającego. Jej ściany zdobiła tapeta w jednakowe wzorki - o ile się nie mylę, popularne były w baroku. Miejscami pozłacane, tak jak wszystkie meble. Bynajmniej nie było miejsca na minimalizm, co wcale mi się nie podobało. Tak, jak obfite beżowe fotele, poroże widniejące na jednej ze ścian i dywany ze sztucznej skóry w salonie. Całe szczęście, że spałem w pokoju wolnym od tego typu wątpliwych ozdób.
Kobiety gadały, a ja utkwiwszy wzrok w widoku błękitnego nieba za oknem, czułem na sobie wzrok tego młodego, choć kiedy spojrzałem w jego stronę, zdawał się patrzeć w jakiś obiekt za mną. Westchnąłem, starając się przy tym nie wyglądać na rozczarowanego.
- Hej, Shinji. Może pójdziecie z Takumim na spacer? Oprowadzi cię i pokaże miasto - wtrąciła się ciotka.
- Tak, to rewelacyjny pomysł! Idźcie, chłopcy - dołączyła się druga kobieta, popychając chłopaka, by wstał.
- N-no dobrze - zająkał się i poszedł do drzwi, a ja podążyłem za nim. Wyszliśmy z bloku. Odetchnąłem świeżym powietrzem. Pozwalałem zostawić między nami dwa kroki dystansu - choć nawet na tę odległość byłem w stanie wyczuć jego skrępowanie całą tą sytuacją.
- To... może chcesz iść do karaoke? - zapytał cicho, nawet się do mnie nie odwracając.
- Nie śpiewam - powiedziałem niemniej skrępowany.
- Aha... to... - zaczął Takumi, ale urwał, kiedy podniósł głowę.
- Cześć, Takumi! - usłyszałem czyiś głos i zobaczyłem, jak wita się z chłopakiem, a on momentalnie przestaje być tak spięty. Odwrócił się, a na jego twarzy dojrzałem nawet cień uśmiechu... błagalnego uśmiechu.
- To jest... - zaczął, wskazując na mnie.
- Shinji - przerwałem mu i skłoniłem się nieznacznie.
- Miło cię poznać, Shinji - odparł chłopak. Za nim stało jeszcze dwóch. Wyglądali zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nawet niepotrzebny jest ich opis, ponieważ nie ma słowa adekwatniejszego od "typowości". - Macie czas? Chcieliśmy iść do karaoke?
Wyraz twarzy wciąż zwróconego do mnie Takumiego stał się przepełniony niepokojem.
- Jasne, chodźmy - uśmiechnąłem się nieszczerze i podszedłem bliżej do nich.
Na twarzy Takumiego zarysowała się wdzięczność.
Rozmawiali, a ja się wyłączyłem. Kiedy już dotarliśmy do baru karaoke nawet poczęstowali mnie szlugiem, za co ładnie podziękowałem i oczywiście skorzystałem. Byłem grzeczny, taktowny, cichy, śmiałem się z tych żartów, z których wszyscy, choć wcale mnie tam z nimi nie było. Myślałem o powrocie - do domu, pod kołdrę, do pokoju wypełnionego mocnymi drganiami powietrza... muzyką.
- Hej, Shinji - usłyszałem głos obok siebie. Obróciłem się w tamtą stronę. To był przyjaciel Takumiego, z którym witałem się na ulicy.
- Tak?
- Pytałem, czy idziesz z nami na fajkę.
- Tak, jasne - odparłem, uśmiechając się. Wyszliśmy poza lokal. Powietrze było chłodne i orzeźwiające prawie tak, jak kawał dobrego rocka w wykonaniu KoRna. Prawie tak, jak dawka tytoniu.
Ludzie krążyli. Wchodzili do lokalu i wychodzili z niego, niektórzy szli ulicą w tylko sobie znanym kierunku. Wszystko było w normie. Wtedy zobaczyłem, jak z lokalu wyszli dwaj chłopacy, mniej więcej w moim wieku. Jeden z nich miał rude włosy i ubrany był na czarno, drugi - ten, który bardziej przykuł moją uwagę - należał do blondynów, a jego bluzka odkrywała chudy brzuch. Stanęli naprzeciwko nas - mnie i dwóch chłopaków, którzy rozmawiali w najlepsze, nie zwracając na mnie uwagi. Odszedłem kilka kroków do tyłu i próbowałem za wszelką cenę nie gapić się na blondyna ani nie sprawiać wrażenia obłąkanego. Najlepiej było w ogóle nie rzucać się w oczy. Śmiał się, rozmawiając z kolegą. Miał naprawdę ładny uśmiech. Pech chciał, że postępując drugi krok do tyłu, nadepnąłem na coś, co zapewne było leżącą butelką i runąłem jak długi na ziemię, powodując przy tym niemiłosierny hałas, ponieważ przewróciłem stojący obok kosz na śmieci, który wziął się nie wiadomo skąd. Śmiech ustał, a dwa skonsternowane spojrzenia spoczęły na mnie. Poczułem się, jakby gapili się na mnie wszyscy. Próbowałem sprawnie podnieść się do siadu, ale moja ręka poślizgnęła się na czymś i znów upadłem, tym razem demonstracyjnie uderzając potylicą w ścianę.
Przekląłem w myślach i ukradkiem zerknąłem na blondyna. Stał tyłem do mnie i odchodził. Westchnąłem. Nawet nie wiedziałem, kiedy znajomi Takumiego zwinęli się z powrotem do lokalu.
To zdecydowanie nie był mój szczęśliwy dzień.

Kiedy wypaliłem do końca papierosa, który cudem ostał się w moich ustach w trakcie spektakularnego upadku prosto w otchłań odpadków, wróciłem do lokalu i wszedłem do pokoju. Po otworzeniu drzwi, ujrzałem cztery skonsternowane spojrzenia, a wśród nich rudzielca, pięknyego blondyna, jakąś płaską dziewczynę w krótkich włosach i kogoś, kto ze swoim zgryzem i lekko rozdziawionymi ustami wyglądał, jak całkiem urodziwa wiewiórka. Stałem przez chwilę oniemiały, wpatrując się w towarzystwo.
- Znamy si...? - zaczęła dziewczyna wyjątkowo męskim głosem.
- Wejdziesz czy będziesz tak stał? - zapytał od niechcenia blondyn, a na jego twarzy wymalował się kapryśny grymas. Serce niemal podskoczyło mi do gardła.
- T-tak - odpowiedziałem idiotycznie. Bo co tak? Tak, wejdę czy tak, będę stał? Miałem ochotę wejść pod lodowaty prysznic lub zrobić cokolwiek, żeby przywrócić trzeźwość skołatanego umysłu, ale zamiast tego po prostu przestąpiłem próg pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Kiedy się obróciłem, blondyn siedział z nogą założoną na drugą, obok niego był rudzielec, a dalej kolejna ekstrawagancka para.
Usiadłem na skraju, obok blondyna.
- T-to... - próbowałem coś z siebie wydukać, ale oni wymieniali między sobą tylko znaczące spojrzenia, a blondyn sięgał szklankę z końca stołu i nieotwartą butelkę z napisem asahi. Podstawił ją mi pod nos.
- Obsłuż się - stwierdził, więc i tak zrobiłem.
Momentalnie obok mnie pojawił się ten przypominający wiewiórkę chłopak i z uśmiechem godnym Toshiyi z Dir en grey'a, ukłonił się, przedstawiając jako Hiroto.
- Jestem Shinji - oznajmiłem, skinąwszy głową w jego stronę. Od razu przychylniej spojrzał na mnie także ten, którego początkowo wziąłem za dziewczynę, przedstawiając jako Shou, a ten rudy, który (jak się później okazało) mimo czarnego makijażu przypominał Kubusia Puchatka zwał się Nao. Ostatni z nich czyli pociągający blondyn, którego wargę zdobił srebrny kolczyk, przedstawił się jako Saga, uśmiechając przy tym i w uroczy sposób marszcząc nos. Jako pierwszy, sprzętem do karaoke zajął się Hiroto, a moja szklanka była wtedy już w połowie opróżniona. Dowiedziałem się wtedy, że wszyscy z nich słuchają dobrego rocka, rozmawialiśmy o muzyce godzinami, aż w końcu stężenie alkoholu we krwi i namowy słodkiego blondyna sprawiły, że stanąłem przed sprzętem do karaoke z mikrofonem w ręce i miałem zmierzyć się z dzierżącym w dłoni drugi Hiroto, który czerwony jak burak i jeszcze bardziej pijany, spoglądał na mnie z zaciętością.
Rozbrzmiały pierwsze dźwięki Heaven Ayumi Hamasaki i zaczęliśmy wyć. Wygrał oczywiście on.
Kiedy usiadłem na kanapie, Saga odwrócił się do mnie i pogratulował uśmiechem, który zdawał się mówić, że teraz to ja jestem w centrum jego uwagi.
Ta sytuacja była tak irracjonalna, że wydawało mi się, iż zaraz obudzę się w białej pościeli za sprawą tego strasznego tykania jedynego "stylowego" elementu wystroju tymczasowo mojego pokoju - ogromnego zegara, zapewne tak archaicznego, że wydawał się żywcem wyjęty z jakiegoś kiczowatego horroru. Jednak nic takiego się nie działo. Blondyn wciąż częstował mnie swoim uśmiechem, reszta rozmawiała ze sobą. To było prawdziwe.
- Visual kei? - zapytałem łamaną zjaponizowaną angielszczyzną, powtarzając wcześniej przytoczony przez blondyna zwrot.
- Tak - odparł miękko, odgarniając kosmyk spadających mi na twarz włosów za ucho - co niemal skończyło się wyskoczeniem mojego serca prosto w jego dłonie.
- Nie, siedzę tylko w rocku i typowych ciężkich brzmieniach.
- Visual kei to coś trochę innego. Może ci się spodobać, posłuchaj... - zaczął. A ja słuchałem. Słuchałem uważnie, próbując zapamiętać dokładnie każde słowo, choć po kolejnym piwie skończyłem z głową na jego chudziutkich udach, przypatrując mu się z dołu. Jego ładnie zarysowanej szczęce, kolczykowi i wargom. Jego nosowi, mimice i ukrytym za niebieskimi soczewkami oczom zwróconym tylko na mnie. Nawet złapałem się na tym, iż kompletnie straciłem świadomość, co do mnie mówił. W mojej głowie utkwił tylko jego cudowny uśmiech i chłód letniej nocy.
Wróciłem do domu nad ranem, a w progu przywitała mnie rozedrgana ciotka. Chyba była zbyt zmartwiona, żeby się złościć. Przytuliła mnie mocno, rozpłakała się, a ja wybełkotałem "Chce mi się rzygać", czego chyba nie zrozumiała, ponieważ wciąż nie poluźniała objęcia. Złapałem się za usta, wyszarpałem i pobiegłem do łazienki.
Rzygając, myślałem tylko o czekającym na mnie łóżku, zawzięcie opadających powiekach i drapiącym gardle.
Umyłem zęby, rozebrałem się i poszedłem spać. Przez cały czas w moich nozdrzach istniały jeszcze resztki tytoniowego zapachu lata.

sobota, 7 czerwca 2014

[One Shot] "Wiadomość" TenTen/Zill (KuRt/Moran)

Tytuł: Wiadomość
Paring: TenTen/Zill [Saburo] (KuRt/Moran)
Gatunek: ?
Rating: G
Ostrzeżenia: Nic, nie lubię spoilerów
Od autora: Napisane już sporo czasu temu. Następnie wrzucę pewnie kolejną część "Rei". Zapraszam.

Obudziły mnie słoneczne promienie, które wąskimi smugami wpadały do niewielkiej klitki, służącej za sypialnię. Zatrzymywały się na moich powiekach. Ściągnąłem brwi, czując wścibskie słońce, które złośliwie za cel obrało sobie podrażnienie moich biednych oczu! Gdy już się z nimi uporałem żmudnym pocieraniem, tchnięty euforycznym dreszczem, chwyciłem za telefon. Uśmiechnąłem się pod nosem, wybierając numer Saburo. Czułem się jak idiotycznie bezgranicznie zakochany nastolatek, ale nie przeszkadzało mi to, dopóki czerpałem z tego szczęście. Rozradowany oczekiwałem aż usłyszę jego cudownie pobrzmiewający poranną chrypką głos. Przez tę pierwszą chwilę, kiedy słyszę „dzień dobry” w słuchawce, zawsze mam wrażenie, że jest tuż obok i całuje mnie w czoło. Zupełnie niekontrolowanie na mojej twarzy zarysował się szeroki uśmiech.
Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość.
Zdziwiłem się. Uśmiech momentalnie zszedł z mojej twarzy, ustępując miejsca zaskoczeniu. Wybrałem numer Saburo jeszcze raz. Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Wzruszyłem ramionami, wzdychając głęboko. Pomyślałem, że pewnie spał. Nie chciałem go obudzić, więc się rozłączyłem. Później ziewnąłem i przeciągnąłem się. Myśląc o perspektywie ówczesnego dnia, na mojej twarzy znów pojawił się uśmiech. Przecież skoro on spał, ja mogłem wybrać się do lokum miłości mojego życia i obudzić ją w jakiś szaleńczo zabawny sposób. Próbując wydostać się z sypialni, ze zdziwieniem odkryłem zamknięte drzwi – zwykle tego nie robiłem. Przekręciłem klucz. Widocznie musiałem być bardzo zmęczony – pomyślałem. Niestety zanim na dobre wydostałem się z pokoju, czekała mnie kolejna niespodzianka w postaci Soana, który przysypiał wsparty plecami o wystającą framugę drzwi. Obok niego leżała paczka Pianissimo. Trąciłem go stopą.
- Co ty tu robisz? Dałbyś chociaż fajkę – stwierdziłem z rozbawieniem, przyglądając się grymasowi, który pojawił się na jego zmęczonej twarzy. Spojrzał na mnie rozczochrany, z podkrążonymi oczami.
- Taira… - był najwidoczniej zaspany, ale całe szczęście mnie rozpoznał.
- Coś się stało? Daj fajkę – uśmiechnąłem się, wyciągając rękę, ale on tylko spojrzał na mnie dziwnie i uśmiechnął się smutno. To zaczęło mnie niepokoić.
- Nie, nic – wstał, a ja minąłem go zaspanego, drapiącego się po głowie i skierowałem do łazienki. Już nawet fajki nie chciałem, bo coś tu było wyraźnie nie tak.

Po ogarnięciu się, z powrotem wyszedłem na korytarz, na którym czekał na mnie Soan.
- Taira? – zaczepił mnie.
- Tak? – spojrzałem na niego.
- Wszystko dobrze?
- Jasne, jadę do Saburo – rozpromieniłem się i zostawiłem go samego. Zamknąłem się w sypialni w celu ubrania czegoś stosowniejszego od  piżamy do wyjścia na światło dzienne. Gdy misternie wybrany strój specjalnie na spotkanie z epicentrum mojego jestestwa znalazł się na moim ciele, już miałem wychodzić. Położyłem dłoń na klamce, gdy usłyszałem głos Soana, dobiegający z korytarza. Był czymś wyraźnie podenerwowany.
- No normalnie, nie wie! …skąd mam…? I co mam teraz z nim zrobić? Tak, na pewno nie żartuje! …wiem, wszyscy jesteśmy zestresowani - mówił, a ja oczami wyobraźni widziałem napięcie na jego twarzy - Postaram się, pa.
Nacisnąłem klamkę i wyszedłem, przywdziewając na twarz beztroski uśmiech.
- Jesteś głodny? – zapytałem w celu uniknięcia idiotycznych pytań pokroju „słyszałeś moją rozmowę?”. Zresztą w tamtej chwili nawet jego dziwne zachowanie nie było ważne. Liczył się fakt, że tego dnia odbywała się rocznica. – Trochę się spieszę do Saburo, ale to nic, mogę zrobić coś na szybko.
- Nie jestem. Zawiozę cię – powiedział beznamiętnie. To stawało się coraz dziwniejsze. Powietrze gęstniało.
- Nie musisz, dam sobie radę – dodałem jeszcze z wymuszonym uśmiechem, chcąc jak najszybciej wyjść.
- To nie jest propozycja – odparł. Chyba nie miałem wyboru. Posiadałem złe przeczucia i jedynie w ten sposób mogłem dowiedzieć się, co jest grane.

- Jedziemy do Saburo, prawda? – spytałem, kiedy już siedzieliśmy w samochodzie, chcąc się upewnić. W połączeniu z gęstą atmosferą, dziwną sytuacją i poczuciem, że stało się coś złego, sam nie wiedziałem, czy lepsza byłaby odpowiedź twierdząca czy przecząca.
Na nosie perkusisty opierała się para ciemnych okularów. Spod jednego ze szkiełek wypłynęła przezroczysta łza. Zmroziło mnie. Wtedy wiedziałem, że coś było nie tak i chciałem jak najszybciej zobaczyć się z Saburo.

Soan skłamał. Wcale nie pojechaliśmy do Saburo. Wylądowaliśmy za to w mieszkaniu wokalisty Moran, Hitomiego. Wysiadłem jeszcze przed perkusistą i pędem pobiegłem do drzwi mieszkania muzyka. Bywałem tam wcześniej. Z Saburo. Wokalista otworzył drzwi i poczęstował mnie swoim zupełnie niewesołym uśmiechem.
- Gdzie jest Saburo? Co z nim? – zacząłem wypytywać, przestraszony nie na żarty.
- Nie żyje – odpowiedział Hitomi bez najmniejszych skrupułów. Moje serce zaczęło walić jak szalone. Przewróciłem oczyma, spoglądając w górę. Przestąpiłem z nogi na nogę i westchnąłem ciężko.
- To jakiś żart, prawda? – zapytałem lekko drżącym głosem z wymuszonym uśmiechem na ustach.
- Zmarł tydzień temu – kontynuował. Te słowa wlewały się do moich uszu, ale zdawały się być kompletnie obce. Jakby wyrwane z innego wymiaru, nie posiadające prawa istnienia. – Rozchorował się i zmarł. Ty z kolei zamknąłeś się u siebie na tydzień i nikogo nie wpuszczałeś. Nie pamiętasz?
- Ale…dziś jest rocznica – pomyślałem.
Nie wierzyłem. To nie mogła być prawda, przecież pamiętałbym, gdyby tydzień temu wydarzyło się coś tak znaczącego. Atmosfera coraz bardziej gęstniała. Hitomi przyglądał mi się wciąż z tym samym wypracowanym wyrazem obojętności na twarzy. Soan znalazł się za mną, nawet nie wiedziałem kiedy, ale w tamtej chwili czułem jego wzrok na swoich plecach. Odwróciłem się i wybiegłem na dwór. Musiałem zapalić. Drżącą dłonią wyjąłem paczkę fajek z kieszeni, wyciągnąłem jedną, lecz wypuściłem rulonik tytoniu na ziemię, zanim jeszcze przytknąłem go do ust. Wziąłem więc drugi i zapaliłem, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Bez niego nagle wszystko wydawało się puste i duszące. Zaciągnąłem się mocno. Drżałem – moje serce, płuca, żołądek, wątroba…czułem, jak niemiarowo dygocą wszystkie moje narządy. Tak samo z moimi dłońmi, miękkimi w kolanach nogami…całym ciałem. Czułem, jakbym zaraz miał się przewrócić. Paliłem.

Na jego grobie nie pozostawiłem kwiatów. W zamian za to mimo dzielącego nas grubego kamienia, oddałem mu ostatni pocałunek.