piątek, 29 listopada 2013

[5/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

05.

To było po prostu świetne. Oczywiście matka Yuu skontaktowała się z moją, a przez jej stres, pałeczkę przejął ojciec (który, o dziwo, zdążył w tym czasie wrócić do domu). Dowiedział się o paleniu i piciu, od tamtej pory mam "kategoryczny zakaz widzenia się z Yuu" i muszę wracać do domu od razu po zajęciach. Bardzo śmieszne.
Noc spędziłem niespokojnie. Nie mogłem spać, ciągle skręcało mnie w brzuchu z niewiadomych przyczyn.
Pomyślałem, że muszę schudnąć. Myślałem też o wielu innych głupotach. O muzyce, rodzajach strun, o ojcu, bracie, zestresowanej matce, śmierci babci, snach, o Sakamoto...i jego idiotycznym wyrazie twarzy. Wyobraziłem sobie, że go zaginam. W mojej półsennej wizji byłem szczupły, przystojny i podrywałem dziewczyny, a on patrzył z zazdrością na lepiące się do mnie azjatyckie piękności. Nie, on mnie pożerał wzrokiem, pochłaniał, zabijał w myślach. W moim wyobrażeniu Takashi Sakamoto był autentycznie chory z zazdrości. Uśmiechnąłem się do siebie. Pomyślałem, że to bardzo głupie, ale... przecież to moje myśli, nikt nie ma do nich dostępu. Są moje, dlatego nie można nazwać ich głupimi. Noc mijała wolno, a ja nawet nie spostrzegłem się, kiedy wizje na jawie płynnie przemieniły się w sen.
Kolejny dzień był znów tak samo szary. Jedynym, co odróżniało go od całej rzeszy pozostałych dni było dziwne uczucie w brzuchu - takie samo, które poprzedniej nocy nie pozwoliło mi spać. Westchnąłem, ogarnąłem się, wyszedłem. Mój cudowny telefon uparcie milczał.
Do szkoły dojechałem - oczywiście - spóźniony. Już dawno byliśmy po wystawieniu ocen, niektórzy nauczyciele robili materiał w przód, ale ja (jak się dowiedziałem dopiero po dotarciu do przybytku japońskiej edukacji) zostałem z zajęć zwolniony, aby robić projekt z Sakamoto. To był pierwszy raz, kiedy pomyślałem, że chyba nie powinienem tego dnia przychodzić do szkoły. Kolejny nastąpił, kiedy widziałem go, rozmawiającego o czymś z żywo gestykulującą i wyraźnie zaangażowaną w rozmowę Haruki - najładniejszą dziewczyną w szkole. Co gorsza - po drugiej jego stronie szedł Aoi i z zainteresowaniem słuchał tego, co Haruki mówiła. Później Sakamoto rzucił coś i wszyscy się roześmiali. Zdrajca.
Pożegnał się z nimi, gdy zobaczył, że stoję przed budynkiem szkoły. Rozeszli się, Aoi zerknął na mnie, jakby chciał powiedzieć "przepraszam", a Takashi podszedł do mnie i przywitał się raźnie:
- Witaj, Shinji.
- Od kiedy mówimy sobie po imieniu?
Spojrzał na mnie z uśmiechem, który wcale nie miał z radością nic wspólnego. Prędzej był grymasem, mówiącym "to ja ustalam granice naszej znajomości". Robił to tak przekonująco, że może nawet bym się temu poddał, gdyby nie fakt, że znowu zraziło mnie jego "patrzenie z góry".
- Od czego zaczniemy? - zapytałem, chcąc szybko przejść do rzeczy i przywołać oficjalny ton naszego spotkania.
- Przypomnij mi temat - nie poprosił, rozkazał. Ton ukryty był w głosie, ale wyrażał go także grymas, przyozdabiający szpetną twarz tego idioty.
- Fauna w wiosennej odsłonie - przytoczyłem, nie komentując. Postanowiłem być ponad to. Zrobię z nim ten projekt i będę miał spokój.
- Chodź tygrysie, usiądziemy gdzieś, trzeba będzie zrobić notatki.
Poszliśmy wgłąb parku, stanowiącego otoczenie szkoły. Znaleźliśmy zaciszny kąt w pobliżu kilku ogromnych drzew, mniejszych krzaków i ze sporych rozmiarów kamieniem. Tygrysa zignorowałem. Byłem ponad to. Sakamoto usiadł na kamieniu i pokazał mi gestem, bym usiadł obok. Mechanicznie usiadłem, nawet się nad tym nie zastanawiając. Wyjął kartkę i długopis, po czym zaczął sporządzać szkic.
- Zaczniemy od kilku zdań o wiośnie - zanotował coś na kartce.
- Mhm - mruknąłem tylko i słuchałem go dalej.
- Później możemy przejść do kilku wybranych gromad i podać po przykładzie gatunku, tam opiszemy zmiany, jakie w nich zachodzą. To będzie nudne.
- Mhm. Co z zakończeniem?
- Podsumowanie - stwierdził, nawet nie zapytał. Co się dzieje? Przecież miałem być "ponad tym".
Wręczył mi kartkę.
- Przydałyby się jeszcze jakieś zdjęcia i notatki z obserwacji. Powinniśmy się wybrać do lasu, mam aparat. Co ty na to?
- Musielibyśmy... - mruknąłem cicho. Byłem zaskoczony jego zaangażowaniem...
Roześmiał się.
- Speszyłem cię?
- Nie - westchnąłem. - Po prostu wolałbym iść na piwo.
- Wczoraj odmówiłeś - zmrużył nieznacznie oczy.
- Nie mogłem... - dlaczego ja się tłumaczyłem?
- Chcesz to dzisiaj odkuć? - szybko podchwycił temat.
- Ty stawiasz - uśmiechnąłem się nieznacznie.
- Yuu! - zawołał, machając do mojego przechodzącego nieopodal i rozmawiającego z Haruki zdradzieckiego przyjaciela (po imieniu!). Nawet go nie zauważyłem. On natychmiastowo przerwał rozmowę i obydwie głowy odwróciły się momentalnie w naszym kierunku. - Postaw nam dzisiaj piwo - Takashi uśmiechnął się do niego tak przekonująco, że aż za bardzo. Dlaczego on się do niego tak uśmiechał? A może to wcale nie do Aoiego, tylko chciał zaimponować Haruki? Yuu do nas podszedł.
- Mmm...niech wam będzie. Gdzie i kiedy?
- Dzisiaj, w Białym - odparł czarująco jak zawsze Sakamoto. Naprawdę miałem dosyć tych jego gierek. Biały był pobliskim klubem...tylko skąd on o tym wiedział? Był tu zaledwie jeden dzień i już owinął sobie cały mój świat wokół palca...no prawie cały. Denerwował mnie całym sobą, a jeszcze musiałem coś z nim robić. Coś, to znaczy projekt...nic więcej.
- Jasne - uśmiechnął się Aoi - To może za jakieś dwie godziny pod Białym?
- Do zobaczenia - Takashi mrugnął do niego na znak, że już może się zająć dziewczyną (co za spoufalanie się!). Ona się pochyliła i powiedziała mu coś, on odpowiedział. Odeszli.
- Shinji - zwrócił się do mnie (po imieniu!), a ja wbrew woli od razu na niego spojrzałem. Sam nie wiem dlaczego, po prostu miał w sobie coś, przez co chciało się go słuchać i był to kolejny powód mojej niechęci. Jego twarz wciąż wykręcał ten idiotyczny uniwersalny uśmieszek - zupełnie jakby mówił "cześć, jestem Sakamoto Takashi i na każdą okazję przyklejam sobie do twarzy ten sam uśmiech, bo jestem gwiazdą". Myślałem, że moja gorycz sięga zenitu, bo nie dość, że Sakamoto sam się za pieprzoną gwiazdę uważał, to jeszcze wszyscy dookoła zdawali się to potwierdzać.
- Wiem, musimy coś zrobić - odparłem, przewracając oczami.
- Nie przynudzaj - wstał. - Chodźmy coś zjeść.
Mruknąłem coś pod nosem i wstałem. Na dobrą sprawę i tak nie miałem nic lepszego do roboty, a zdecydowanie nie chciałem wracać do domu. Chyba wziął to za potwierdzenie.
Przez całą drogę wydawał się być nieobecny. Patrzył gdzieś w dal albo do góry. Koniec końców poszliśmy na pizzę do jednego z wielu popularnych lokali.
- Mam ochotę na capriciosę, a ty? - zapytał mnie o zdanie - co w jego przypadku było osiągnięciem godnym niezerwania przeze mnie żadnej struny podczas koncertu.
- Mam jeść sam, tygrysie? - patrzył na mnie, unosząc jedną brew. Speszyłem się. Musiałem odpłynąć.
A... O co pytałeś? - zająkałem się oczywiście wbrew swoim wszelakim zamysłom.
Takashi przewrócił oczami. Poczułem złość dopiero usłyszawszy za sobą pisk dziewczyn. Przez myśl mi przeleciało,czy z nim zawsze tak to wygląda. Chwilę później dopadła mnie kolejna jakże optymistyczna myśl, czy Haruki tak naprawdę jest zainteresowana Aoim. Myśl była jak przeczucie - jakiś szósty zmysł, choć podejrzenie wydawało się logiczne. Skoro wszystkie nie mają gustu, a raczej są po prostu próżne i nie doceniają naszych wartości poza "ładną" twarzą,to... Właściwie co ja pieprzę?
Sakamoto wstał i poszedł do baru złożyć zamówienie. Najwidoczniej zdenerwowała go moja ignorancja. Problem jedynie tkwił w tym, że wracając wcale nie wydawał się ani odrobinę podenerwowany. Za to wyszczerzył się trochę zawadiacko do siedzącej z grupką piszczących dziewczyn Haruki. Zmarszczyłem brwi i westchnąłem. Była już siedemnasta.
Zanim skończyliśmy jeść, minęło kolejne pół godziny. Pizza była zwykła - smakowała tak samo, jak we wszystkich tego pokroju miejscach. Dostałem - oczywiście - capriciosę. Gdy wychodziliśmy, Haruki odprowadzała Sakamoto wzrokiem. Wiedziałem już, że czeka mnie poważna rozmowa z Yuu. Dodatkowo "czasowy uczeń" wydawał mi się coraz bardziej nieszczery.
- Dokąd idziesz? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Takashiego. Wyrwany z zamyślenia, zatrzymałem się, zorientowałem, że nie ma go obok i odwróciłem się za siebie. Widziałem go przy otwartych drzwiach. Patrzył na mnie. Uśmiechał się, puścił mi oczko i wszedł. Poszedłem za nim. Wybiła osiemnasta. Drzwi zamknęły się za mną.
W środku było głośno, duszno i panował półmrok. Z moją krótkowzrocznością miałem problem z rozpoznaniem sylwetek, tym bardziej, że dym szczypał mnie w oczy i zacząłem je przecierać. Wtedy poczułem, jak ktoś niby ukradkiem chwyta mnie za dłoń i ciągnie za sobą. Zupełnie tym gestem zaskoczony, dałem się prowadzić. Nie znałem tego rodzaju dotyku ani tej dłoni. Muśnięcie było zbyt delikatne, bym mógł rozpoznać płeć tej osoby. To nie mógł być Aoi. Czułem się dziwnie. Klub wydawał mi się tego dnia klaustrofobiczny, a ja byłem dodatkowo oślepiony. Oczy piekły mnie i szczypały na przemian, a w uszach huczała muzyka - o ile rąbankę bynajmniej KISS nieprzypominającą nazwać można tym terminem o zdewaluowanym już znaczeniu. Nagle poczułem, że zmieniło się podłoże, dźwięki ucichły, a uderzył mnie chłód i oczy przestały się buntować. Na pewno zmniejszyło się stężenie dymu w powietrzu, poczułem nawet rześki chłód wiosennego wieczora, dochodzący zapewne z otwartego okna. Łazienka.
- Shinji!
Otworzyłem oczy, a świat lekko zawirował. Ocknąłem się parę sekund później na chłodnych kafelkach. Odetchnąłem. Nie miałem pojęcia, co się ze mną stało. Nade mną stał Sakamoto i - mógłbym przyrzec! - przez chwilę w jego oczach widziałem troskę.
- Wstawaj, opóźniasz zabawę, Amano - uśmiechnął się w ten swój wstrętny i okropnie nieszczery sposób. Patrzyłem na niego. Podał mi dłoń, chwyciłem ją.
- Yuu już jest? - zapytałem. Spojrzałem w lustro.
- Tak, czeka na nas.
Nas...
Przyjrzałem się swojemu odbiciu. Obmyłem twarz wodą.
- Sak...Takashi?
- Hm?
- Dlaczego nazywasz mnie tygrysem? - zapytałem, spoglądając na niego ukradkiem w ogromnym łazienkowym lustrze.
- Bo masz w sobie coś z tygrysa - patrzył na mnie z boku. - Chodź, nie chciałbym zmarnować okazji na dobrą zabawę.
Przewróciłem oczami. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że Sakamoto może jednak posiadać szczątki "organu uczuć".

czwartek, 28 listopada 2013

[4/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

04.

Pierwszy sygnał.
Czułem się dziwnie zestresowany. Miałem wątpliwości, może to wcale nie był numer Sakamoto?
Drugi sygnał.
Może karteczkę podrzucił mi ktoś inny i teraz przez to wpadnę w tarapaty?
Trzeci sygnał.
A może po prostu ten idiota wsadził mi do spodni karteczkę z przypadkowym numerem?
Zirytowałem się.
- Halo? - rozległo się ze słuchawki, a ja zamarłem na chwilę. Moje serce przez chwilę biło szybciej. Odetchnąłem najciszej, jak tylko potrafiłem. To był on. Na pewno on. Na dodatek do tego, jego głos przez słuchawkę brzmiał mniej idiotycznie niż w rzeczywistości, ale tylko odrobinę. Sakamoto nie powtórzył oklepanego "halo", tylko nie słysząc żadnego odzewu z drugiej strony, po prostu się rozłączył. Czułem,  jak czerwienieję - nie byłem tylko pewny, czy to że złości czy wstydu, że nie miałem odwagi się odezwać. Otrząsnąłem się z tych myśli i postanowiłem spotkać z Aoim. Zadzwoniłem do niego i umówiliśmy się, że do niego przyjdę, bo państwo Shiroyama tego dnia dłużej zostali w pracy. Aoi wyglądał bardzo dojrzale. Czasem mu zazdrościłem. Właściwie nazywał się Yuu i był moim przyjacielem od roku. Razem jakoś było nam raźniej w szarej szkolnej rzeczywistości. Nie mieszkał daleko ode mnie, bo wystarczyło dwadzieścia minut drogi, bym tam dotarł. Zadzwoniłem do drzwi i nie musiałem długo czekać, bo po chwili w progu pojawił się Aoi.
- Hej, stary - przywitał mnie z uśmiechem.
- Zacząłeś pić beze mnie? - spojrzałem na niego z wyrzutem i roześmiałem się ze swojego żartu.
- Nie, no co ty. W ogóle co cię naszło? -zapytał, odsuwając się, bym mógł wejść do domu.
- Ciężki dzień. Zaraz ci opowiem - rzekłem sucho, wszedłem, zdjąłem buty i poszedłem za nim wgłąb domu. Poszliśmy, jak zwykle, do jego pokoju. Na biurku stały puszki z piwem. Chwyciłem jedną z nich i brzydko mówiąc uwaliłem się na łóżku, po czym otworzyłem piwo i wychyliłem połowę jej zawartości duszkiem.
- Nie tak szybko! Poczekałbyś - Aoi się roześmiał.
- Za wolno, senpai - odpowiedziałem, uśmiechając się złośliwie. Aoi za to podszedł i korzystając z mojej chwili nieuwagi, odebrał mi puszkę. - Ej, tak się nie bawimy! - wbiłem palec w jego bok. On zgiął się w pół, więc wykorzystałem okazję i zabrałem swój łup z powrotem. Aoi z uśmiechem podszedł do biurka po drugą. Czasami musieliśmy zachowywać się niedojrzale. Tak po prostu.
- Pamiętasz te dzieciaki z Fukushimy?
- Mm... Co z nimi? - mruknął, siadając obok mnie.
- Mam projekt z jednym z nich.
- Też robiłem w zeszłym roku - zabrzmiał dziwnie, jakby smutno, więc spojrzałem na niego. Wydawało mi się, że przez ułamek sekundy na jego twarzy pojawił się żal. Pomyślałem, że lepiej nie drążyć tematu, więc wróciłem do swojego:
- Jest tak irytujący... - przygryzłem dolną wargę - rządzi się, jest bezczelny, niegrzeczny, choć udaje niewiniątko i patrzy na wszystkich z góry.
Yuu uśmiechnął się pod nosem.
- Wiem, co masz na myśli.
- Chyba jeszcze nikt nie doprowadzał mnie tak szybko do złości. Nawet brat jest bardziej do zniesienia od NIEGO - wtedy przypomniałem sobie moment, gdy zapytał o moje relacje z płcią przeciwną i dodałem - To idiota. Skończony idiota - wyciągnąłem z kieszeni paczkę fajek i podałem mu jedną. Poczęstował się. Zapaliliśmy. Zaciągnąłem się mocno.
- Naprawdę wiem, o co ci chodzi. Też kiedyś... - urwał, bo usłyszeliśmy hałas na korytarzu. Yuu zmarszczył brwi, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, drzwi do jego pokoju otworzyły się i do środka weszła pani Shiroyama.

poniedziałek, 25 listopada 2013

[3/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

03.

Kiedy szliśmy niedaleko jednej z dość ruchliwych ulic, miałem ochotę wepchnąć go pod samochód i na samą myśl o czymś tak pozytywnym, od razu wróciły mi siły witalne. Uśmiechnąłem się, co on oczywiście od razu musiał wyłapać. Na moje szczęście zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, rozwrzeszczał się mój jakże archaiczny wtedy telefon.
Mama
- Shin-chan, wracaj już do domu, musisz mi pomóc - powiedział damski głos przez słuchawkę, po czym uraczył mnie przerywany sygnał. Westchnąłem z nutką irytacji. Nie lubiłem, kiedy tak po prostu się rozłączała, nie dając mi możliwości dyskusji. Może wiedziała, że zawsze znajdę jakiś argument, który przemówi w obronie mojego stanowiska? Tak czy siak, nasze "spotkanie integracyjne" trzeba było zakończyć.
- Muszę iść, potrzebują mnie - powiedziałem, przystając i patrząc na niego. Taki okropny...
- Miło było cię poznać. Czy będziesz w stanie odprowadzić mnie do hotelu Ibuki? - zapytał. Co za burżuazja. Hotel Ibuki nie był zwykłą placówką godną miana schroniska, tylko całkiem drogim lokalem. Jego rodzice musieli być nadziani.
- Nie ma sprawy, to niedaleko - powiedziałem z wymuszoną grzecznością i ruszyłem w jedną z bocznych uliczek. Kiedy poszedł za mną, przez chwilę miałem wrażenie, że czuję jego wzrok na swoich plecach. Przez idealnie odmierzone dwie sekundy. To wcale nie było przyjemne. Na szczęście szybko wyrównał krok i w drodze do hotelu ustaliliśmy godzinę kolejnego spotkania. Kolejnego dnia znowu miałem się z nim widzieć. To było takie denerwujące.
Kiedy doszliśmy do hotelu, staliśmy przez chwilę, ilustrując się wzrokiem. To było dziwne. Potem się pożegnaliśmy.
W drodze do domu uświadomiłem sobie, że zupełnie straciłem rachubę w liczeniu czasu. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiła się dwunasta trzydzieści. Przystanąłem o wyjąłem z plecaka paczkę papierosów. Wyjąłem jednego i wsadziłem do ust. Zapaliłem i zaciągnąłem się tak mocno, że aż poczułem gryzący dym w płucach. Wypuściłem z ust białą chmurkę dymu, zarzuciłem plecak na ramię i poszedłem przed siebie. Było mi zdecydowanie lepiej. Jeszcze trochę i wszystkie moje problemy ustaną na całe dwa miesiące - właśnie tak wtedy myślałem. Później rozważałem, czego może ode mnie chcieć rodzicielka. Może problemy z bratem? Nieczęsto zwoływała mnie do domu. Z drugiej strony przecież wiedziała, że nie potrafię do niego dotrzeć. Był młodszy, ale zupełnie mnie nie respektował. Specjalnie mnie to nie raziło, miałem swoje życie i nigdy nie miałem siebie za przykładnego "starszego brata".
Wszedłem do domu i zamknąłem za sobą drzwi. Zdjąłem buty i wiedziony hałasem, ruszyłem w stronę kuchni.
- Shin-chan?
- Tak, mamo? - wszedłem do kuchni, rozświetlanej przez wiosenne słońce. Mama siedziała przy stoliku i dopijała poranną kawę.
- Babcia znowu jest w szpitalu - powiedziała z westchnieniem. Wiedziała, że staruszka dogorywa.
- Taka jest kolej rzeczy - stwierdziłem chłodno.
- Odwiedzimy ją, szykuj się. Ubierz coś ładnego - kontynuowała zupełnie, jakby nie słyszała moich poprzednich słów. Przewróciłem tylko oczami i poszedłem do siebie. To było bez sensu.
Wyciągnąłem starego Ibaneza z kąta i usiadłem na łóżku, opierając sprzęt na jednej nodze. Początkowo chciałem grać na basie, ale nie miałem pieniędzy na instrument. Pewnie ten cały Sakamoto nie miałby z tym problemu, jego rodzice na pewno należeli do "lepiej zarabiających".
Kiedy sięgnąłem do kieszeni spodni, by wyciągnąć z niej kostkę, o dziwo wydobyłem małą białą karteczkę w kratkę - taką z zeszytu. Była idealnie równo przycięta i spoczywały na niej równe znaki. Dokładnie dziewięć cyfr. Zmarszczyłem brwi. Nie brałem od nikogo żadnej kartki. Położyłem ją gdzieś obok i zacząłem stroić gitarę. Nie mogłem się skupić i dostroić A. Ciągle była jak nie za nisko,to za wysoko... a może wciąż za nisko? Zdenerwowałem się i odłożyłem Ibaneza na łóżko. Sięgnąłem po karteczkę z numerem. Wtedy coś mi zaświtało w głowie. Przecież mógł ją włożyć Sakamoto... Właściwie to mógł być tylko on. Zawsze mogłem wykorzystać swoją innowacyjną Motorolę StarTAC, posiadającą klapkę, czarno-biały wyświetlacz i opcję wibracji przy okazji każdego połączenia. Chwyciłem moje małe osiemdziesiąt osiem gram szczęścia i wystukałem numer, który widniał na kartce. Przyłożyłem słuchawkę do ucha i czekałem przez chwilę, po czym... usłyszałem komunikat o braku środków na koncie. Przygryzłem wargę i wydostałem oszczędności na komplet strun, po czym wyszedłem z domu, mijając mamę, siedzącą wciąż w tej samej pozycji, przy tym samym kuchennym stole. Pewnie nawet nie zauważyła, jak opuściłem próg domu.
Pędem puściłem się w stronę pobliskiego sklepu, w którym (o dziwo) można było dokupić doładowanie do telefonu. Kupiłem (dziewczyna w sklepie jak zwykle lustrowała mnie wzrokiem), wybiegłem i ruszyłem do domu. Zmachałem się tym szaleńczym tempem tak, że przed domem musiałem przystanąć i uspokoić oddech. Wdech - wydech. Wdech - wydech. Wszedłem.
- Shinji? - usłyszałem głos mamy.
- Tak? - zacisnąłem doładowanie w ręce i schowałem je do kieszeni, idąc w stronę kuchni.
- Opuściłeś dziś zajęcia klubu?
- Przecież kazałaś mi przyjść - zmarszczyłem brwi.
- Faktycznie - westchnęła.
Wróciłem do siebie. Z mamą nie było najlepiej, ale wiedziałem, że niczego nie zrobię. Intrygował mnie numer, zapisany równymi znakami na karteczce. Czy chłopak potrafił tak równo pisać? Przyłożyłem słuchawkę do ucha. Niedługo później znów nastąpiła chwila, kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo go nie cierpię.

niedziela, 24 listopada 2013

[2/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)


02.decay

W trakcie próby usłyszałem dzwonek telefonu, świadczący o dojściu wiadomości i zarządziłem przerwę. Tego dnia byłem z siebie wyjątkowo zadowolony – planowałem wziąć Akiego na kolację. Miałem już zarezerwowany stolik w restauracji, a nawet pokój hotelowy, żebyśmy mogli ze spokojem się napić i należycie spędzić noc. Uśmiechnąłem się na samą myśl…
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Wiadomość od Akiego…
Wybacz, nie umiem kochać. Nie możemy być razem, ja nie potrafię… Jestem zbyt niedojrzały na Twoje uczucie, to kompletnie inny poziom…wybacz mi. Może jeszcze kiedyś nauczę się kochać… Żegnaj,Hazuki”
Zamrugałem ze zdziwienia i jeszcze raz uważnie przeczytałem wiadomość. Zmroziło mnie. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. Chwilę mi zajęło, zanim byłem w stanie coś zrobić poza wpatrywaniem się w ekran telefonu. Poczułem ścisk w żołądku. Nie mogłem dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Wybrałem numer Akiego. Myślałem, że może to żart, ktoś mu ukradł telefon, albo w najgorszym wypadku pomylił numery, choć nie przypominałem sobie, by znał innego Hazukiego. Nie odebrał. Mimo to we mnie tliła się jeszcze krzta idiotycznej nadziei. Poczułem dłoń na ramieniu. Gdy się odwróciłem, za mną stał Yusuke. Reo z Akinorim śmiali się z czegoś, pokazując sobie bliżej nieokreślone znaki na migi.
- Hazuki? Wszystko dobrze? – zapytał Yusuke, zdejmując dłoń z mojego ramienia.
Przytaknąłem niemrawo.
- Możemy zaczynać?
- Wiesz… Coś mi wypadło, przećwiczcie resztę beze mnie – powiedziałem, pospiesznie wychodząc.
Na dworze uśmiechnęło się do mnie jakże ironiczne słońce. Byłem skołowany. Wpatrywałem się w chodnik. Serce próbowało za wszelką cenę wyrwać się z mojej piersi. Co to miało znaczyć? Wygrzebałem z kieszeni paczkę fajek i odpaliłem jednego. Aki nie lubił tytoniu na mnie, więc będąc z nim bardzo się ograniczałem, ale w tamtej chwili o niczym innym nie marzyłem tak bardzo, jak o zbawiennej dawce trucizny, która wpuszczana do organizmu, przyciągała do siebie cząsteczki stresu, bym mógł wypuścić go wraz z dymem. Wypaliłem jednego. Serce waliło wciąż tak samo. Żołądek wciąż był niemiłosiernie ściśnięty. Do oczu cisnęły się suche łzy, a na domiar złego zaczęły drżeć moje dłonie. Panikowałem. Zapaliłem więc drugiego.
Potrzebowałem wyjaśnienia. „Nie potrafię kochać”? Przecież już przez to przeszliśmy…razem. Zagryzłem wargę. Wtedy postanowiłem do niego pojechać. Podróż dłużyła mi się niemiłosiernie i byłem wyraźnie spięty. Gdy już dotarłem, nikt mi nie otwierał. Czekałem do nocy. Później wróciłem do siebie. Wskoczyłem pod prysznic, ale on też nie był w stanie zmyć ze mnie goryczy. Później wszedłem do łóżka. Nie spałem. Leżałem tępo wpatrzony w sufit. Myślami znajdowałem się kilka miesięcy wcześniej, co dodawało mojej goryczy znamię tortury.
Całą wieczność później niebo zaczęło się rozjaśniać. Słońce powoli pojawiało się za horyzontem. Zwykle wschód po zarwanej nocy mijał mi o wiele szybciej. Powinienem wtedy napisać do Yusuke, że mnie nie będzie… Ostatecznie postanowiłem, że zrobię to później.
Wraz z odejściem Akiego wszystko w jakiś nieprawdopodobny sposób straciło swoją dotychczasową wartość. Gdy w nocy chwyciłem bas, każda melodia falami wypływająca spod moich palców, zdawała się być pusta. Tak, jak ja sam. Odłożyłem go stosunkowo szybko jak na mnie. Lubiłem to, ale w tamtej chwili… Wszystko stało się niczym. Opanowała mnie pustka.
Kilka dni później odwiedzili mnie pozostali członkowie zespołu. Dostali się do mojego domu zupełnym przypadkiem, kiedy wychodziłem po niezbędny do funkcjonowania tytoń (jeśli nie ta, to może następna wreszcie da mi ukojenie…). Równie przypadkowo dowiedziałem się, że Aki spod moich skrzydeł wskoczył prosto w ramiona Mizukiego.

<< Poprzedni rozdział                                                                                                 Następny rozdział >>

sobota, 23 listopada 2013

[2/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

02.

- Resztę dnia wykorzystajcie proszę na zapoznanie się ze swoimi partnerami i ustalenie wspólnej wizji odnośnie przedstawienia projektów. Możecie się rozejść, nasi goście czekają w auli – powiedział nauczyciel, po czym jak oparzony wyszedłem z sali. Nie byłem oczywiście jedynym, robiącym projekt. Okazało się, że padło akurat na nasz rocznik. W tym roku, dotrzymując jakiejś absurdalnej tradycji, to my mieliśmy szykować coś akurat w ostatnim tygodniu szkoły. Co gorsza – oddanie projektu było czynnikiem, warunkującym przejście do kolejnej klasy. To było bez sensu. Miałem zawalić cały rok ze względu na idiotyczną „wiosenną faunę”? Co w ogóle oznaczał ten temat? I dlaczego akurat ja? Brali dwie osoby od nas na jedną ze szkoły w Koriyamie, ale akurat ja, mimo nazwiska na samym początku dziennika, zostałem sam z jednym z tych zarozumialców. To będzie naprawdę długi tydzień.
Poszedłem do auli, gdzie miało odbyć się pierwsze spotkanie w cztery oczy z moim „partnerem”. Miałem cichą nadzieję, że on też czuje się już zmęczony szkołą, odbębnimy to i wreszcie wyciągnę gitarę z futerału, usiądę gdzieś w plenerze i pogram.
Rozejrzałem się po sali. W oczy rzucił mi się od razu zarozumiały chłopak, którego dyrektor przedstawiał jako…Sama…nie, to był chyba Sakamoto. Zmarszczyłem brwi na sam jego widok, a spochmurniałem jeszcze bardziej, gdy zaczął się do mnie zbliżać z idiotycznym uśmieszkiem. Już mnie denerwował.
- Jestem Sakamoto Takashi, będziemy razem robili projekt, miło mi cię poznać – wypowiedział grzecznie oklepaną formułkę i się ukłonił. Też mi coś.
- Ja jestem Amano Shinji, mi również miło cię poznać – powiedziałem, odwzajemniając grzeczny gest. Oczywiście było to w pełni wymuszone.
- Mamy już wolne, prawda? Może wybralibyśmy się na kawę? – powiedział wciąż z tym swoim głupim uśmieszkiem i już miałem wymówić się w jakiś idiotyczny sposób, jak podlaniem kwiatków w pokoju – choć takowych nie posiadałem, ale skąd on mógł o tym wiedzieć? – Z tego, co słyszałem, mamy się „zintegrować”, a myślę, że w szkolnych murach, pod ciągłym nadzorem nauczycieli, będziemy się czuli nieswojo – kontynuował i wtedy, przysiągłbym, że widziałem błysk w jego oku. Nie podobał mi się coraz bardziej. Był zbyt grzeczny i za dobrze czytał w moich myślach. Tylko skąd mógł wiedzieć, że chciałem się stamtąd wynieść i to jak najprędzej?
- Dobrze, chodźmy – odpowiedziałem dość sztywno, trzymając należyty dystans. Tak będzie najlepiej – myślałem – utrzymam go na dystans i nie będzie mógł patrzeć na mnie z góry, jak na wszystkich. Był taki denerwujący! Tak samo jego krok, subtelne kołysanie bioder, nieznacznie ściągnięte brwi, charakterystyczne usta i przeszywające spojrzenie – wszystko to doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
Szliśmy w milczeniu, ale on wydawał się być tym wszystkim zupełnie nieskrępowany. Czym on był? Zatrzymał się pod szyldem Starbucks i wszedł do środka bez ostrzeżenia. Wpakowałem się za nim do lokalu i stanąłem przy barze. Wpatrywał się w menu. Z niebywałą satysfakcją stwierdziłem, że z profilu był tak samo szpetny i miał ogromny nos. To zdecydowanie była nienawiść od pierwszego wejrzenia.
Ja zamówiłem Cafe Mocha, a on waniliową Latte. Usiedliśmy przy małym, dwuosobowym stoliku, a zanim jeszcze zdążyłem wymyślić epitet pasujący do jego irytującej osoby i tej irracjonalnej sytuacji, zawołano nas po kawy. Wstałem chyba trochę zbyt gwałtownie, pod wpływem intensywnie czekoladowego spojrzenia i ruszyłem po nasze zamówienie (jakie nasze?). Wciąż czułem na sobie jego wzrok i aż przeszły mnie ciarki. Kiedy się odwróciłem, by pełen wściekłości z powodu tego nietaktownego peszenia, zrugać go samym spojrzeniem (a może zabić wzrokiem?), on patrzył w kompletnie innym kierunku. Przyglądał się jakimś dziewczątkom, które śmiały się, pijąc kawę i zerkając raz po raz w jego kierunku. Wtedy moja wściekłość sięgnęła zenitu. Cudem nie rozlewając naszego zamówienia ani nie kończąc na stole, który musiałem minąć po drodze, popędziłem do naszego stolika i postawiłem przed nim kawę, po czym usiadłem, z premedytacją zasłaniając mu widok na jego „obiekty”. Pewnie chciał je wykorzystać w jakiś niegodziwy sposób, więc poczułem się trochę niczym bohater. Pełen dumy zerknąłem na niego. Zainteresował się zawartością swojego kubka, więc i ja chwyciłem pojemnik za ucho i upiłem spory łyk. Sakamoto spojrzał na mnie i - co za niegodziwość - zaczął się bezczelnie śmiać.
- Powinieneś ustanawiać nowe krzyki mody – skomentował, najwidoczniej rozbawiony. Miałem ochotę chlusnąć mu tą kawą w tę jego „piękną” twarzyczkę, kiedy wycierałem spod nosa wąsy z bitej śmietany.
On pił kawę, początkowo wybierając piankę łyżeczką. Robił to w jakiś idiotycznie erotyczny sposób. On cały był erotyczny. I idiotyczny oczywiście. Usiadł wygodniej, wyraźnie się rozluźniając, rozpiął guziki przy rękawach śnieżnobiałej koszuli, by podciągnąć je do łokci. Wtedy dopiero zaczęliśmy rozmawiać.
- Ten temat jest bezsensowny – zacząłem, nie mogąc już wytrzymać tej krępującej ciszy, która stała się nie do wytrzymania po jego wybuchu śmiechu. Na początku zrobił wrażenie ułożonego, ale wtedy już widziałem, że w rzeczywistości jest ordynarny. Wyszło szydło z worka.
- Kompletnie bezsensowny - ciągnąłem dalej swój wywód, chcąc go sprowokować do refleksji.
- Nieważne jak bezsensowny by nie był, bez niego nie zdasz roku - powiedział chłodno. Wtedy pomyślałem, że może jednak był sztywniakiem?
- Chyba chciałeś powiedzieć "nie zdamy".
- Nie poprawiaj mnie, dobrze wiem, co chciałem powiedzieć - dokładnie widzialem, jak nieznacznie mrużył oczy. Widziałem to bardzo wyraźnie. Lekceważył mnie. Znowu! Jaki on był denerwujący. Przybrałem wyrazu twarzy człowieka znudzonego, zniechęconego i wręcz zażenowanego, ale on zdawał się tego nie zauważać.
- O co w tym w ogóle chodzi? - zapytałem spoglądając na niego i w tej jednej chwili wydał mi się tak cudowny, że aż zrobiło mi się przez chwilę głupio. Szybko zabiłem to irracjonalne, uczucie goryczy standardowym "jesteś tylko głupim snobem i poza formułkami z podręczników masz w głowie niewiele więcej niż laski powiększające sobie biust".
Ostentacyjnie przewrócił oczami (zupełnie tak, jakby chciał przez to powiedzieć "jesteś idiotą", a - co gorsza - właśnie tak się poczułem) i powiedział:
- Mamy przedstawić zwierzęta wiosną, więc zapewne trzeba przedstawić jakie zmiany zachodzą u przedstawicieli różnych gatunków...choć masz rację, to będzie nudne - okrążył wzrokiem wnętrze kawiarni i puścił oczko do dziewczyn za moimi plecami, po czym uśmiechnął się do nich po idealnie odmierzonych dwóch sekundach odwracając wzrok. Tym razem utkwił to okropne spojrzenie we mnie. Usłyszałem pisk za plecami i szepty podnieconych nastolatek. Wykrzywiłem twarz, wyrażając niezadowolenie ogłuszaniem mnie. To wszystko było jego winą!
- Masz dziewczynę, Amano? - zapytał bezczelnie. Wtedy wiedziałem, że zdecydowanie do grzecznych nie należy. To było nietaktowne. Czułem, jak na moje policzki wypływa nieznośne gorąco. Co go to obchodziło? Ja z nim miałem tylko robić jakiś idiotyczny projekt. Jednak nie mogłem dać się tak łatwo sprowokować.
- Nie za gorąco ci? - zapytał z tym swoim ohydnym, pobłażliwym uśmieszkiem, którym potrafił zdegradować rozmówcę do roli śmiecia. Właśnie dlatego nie mogłem wytrzymać przebywania z nim.
- Pewnie to ty na mnie negatywnie wpływasz - odburknąłem. Na jego twarzy przez chwilę zaigrało zaskoczenie. Wyczułem ciszę przed burzą i już miałem ochotę skulić się w sobie. Oczywiście nie mogłem, bo któż inny miałby się wykazać męskością w tym duecie, jak nie ja?
Uniósł do góry jedną brew przyglądając mi się uważnie.
- Jeśli rumienisz się przy kimś, kto wpływa na ciebie rzekomo "negatywnie", to jesteś naprawdę dziwny, tygrysie.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wypił swoją kawę, ale wiedziałem, że ja w całej swej wściekłości i frustracji, w tej właśnie chwili wyżłopałem całą do samego dna.
- Chodźmy lepiej na piwo - odezwał się - rozluźnisz się - rzucił ze znikomym uśmiechem, zostawiając banknot na stole i zbierając się do wyjścia. Wtedy coś się stało po raz pierwszy. Nie, żebym nie cierpiał go w mniejszym stopniu, ale po prostu nie byłem w stanie za nim nie iść. Oczywiście wstając uderzyłem się o stolik w kolano, jednocześnie powodując hałas i prawie zwalając brudne kubki ze stolika. Modliłem się w myślach, żeby jakimś cudem tego nie usłyszał. Oczywiście odwrócił się i spojrzał na mnie karcąco, jakby chciał powiedzieć "Ty jeszcze nie jesteś przy mnie?". Nie cierpiałem go coraz bardziej.

wtorek, 19 listopada 2013

[1/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

01.

Wstałem jak zwykle znudzony. Tryskając równie szarą radością, wstałem z miękkiego łóżka tylko po to, żeby przeżyć ostatni tydzień roku szkolnego. Zjadłem takie samo śniadanie, jak co dzień, umyłem zęby w identyczny sposób, w jaki robię to od lat i tradycyjnie spóźniłem się na ostatni autobus, który dowiózłby mnie do szkoły przed rozpoczęciem zajęć. Gdy czekałem na kolejny, nagle w mojej głowie coś zaświtało. Można to porównać z uczuciem doznania objawienia czy cudu. Dokładnie tak. Złączyły się dwa elementy puzzli i jakże pozytywna wiadomość, iż właśnie dziś mają przyjechać zarozumiałe dzieciaki z Fukushimy objawiła mi się niczym Archanioł Gabriel. Poczułem się wspaniały, mimo że Matki Boskiej nie przypominałem w żadnym stopniu. Westchnąłem tylko. Spóźnienie wydawało się niezłym rozwiązaniem, choć wiedziałem, że przeciąganie tego, niczego nie rozwiąże. Właściwie nawet nie byłem pewny, dlaczego mają przyjeżdżać, jednak wysłuchiwanie „oto cudowna szkoła, powinniście uczyć się tak, jak oni. Spójrzcie, jacy są nieziemsko snobistyczni” było ponad moje siły. Przetarłem oczy, a przede mną pojawił się autobus. Westchnąłem po raz kolejny i zarzucając torbę na ramię, wsiadłem do środka.
Do szkoły dojechałem dopiero piętnaście minut po ósmej czyli dokładnie kwadrans po rozpoczęciu zajęć integracyjnych. Niespecjalnie się spiesząc, skierowałem się od razu w stronę auli. Wszedłem po cichu i usiadłem na najbliższym krześle przy drzwiach. Właśnie dyrektor wygłaszał przemówienie, dokładnie takie, jakie wyobrażałem sobie czekając, aż tu dotrę. Brakowało tylko słowa „snobistyczni”. Chwilę później zaprosił tych z Fukushimy na scenę i przedstawił każdego po kolei. Zmarszczyłem brwi, gdy doszedł do „Takashiego Sakamoto”. Nie spodobał mi się od samego początku. Wyglądał, jakby na wszystkich patrzył z góry. Przewróciłem oczami i spojrzałem na Yuu, który złapał ze mną kontakt wzrokowy. Skinąłem w jego stronę, a on uśmiechnął się do mnie. Jego obecność była zawsze jakimś pozytywem. Dyrektor gadał i gadał…skończył dopiero o dziewiątej i wtedy też rozeszliśmy się do klas. Tam czekało nas kolejne przemówienie – tym razem ze strony wychowawcy. Wyłączyłem się, patrząc za okno. Wiśnia już przekwitła i za szklaną powierzchnią rozpościerała się tętniąca żywą zielenią przestrzeń. Miałem ochotę wyrwać się i poprzebywać trochę na słońcu. Jeszcze lepsza byłaby wizja przycupnięcia pod drzewem i pogrania na akustyku. Szkoła momentami była naprawdę problematyczna. Nawet Aoi zginął mi gdzieś w tłumie, więc nie zdążyłem zamienić z nim ani słowa. To mój przyjaciel, jest rok starszy. Spotkaliśmy się po raz pierwszy, kiedy ja dołączyłem do pierwszej klasy. On już tu chodził i dobrze się uczył, choć nie miał przyjaciół. Poznaliśmy się właściwie na kółku muzycznym. On też grał na gitarze, więc nie było nam trudno znaleźć wspólny język. Pomyślałem, że dawno razem nie graliśmy i wypadałoby to zmienić.
Z rozmyślań wyrwał mnie głos wychowawcy:
- Amano Shinji zrobi zaś projekt z Takashim Sakamoto.
- Jaki projekt? – spojrzałem spłoszony na nauczyciela fizyki…a może raczej zniesmaczony. Robienie czegokolwiek z którymkolwiek z tych snobów napełniało mnie obrzydzeniem.
- Projekt edukacyjny. Zapraszam Amano, wylosuj swój temat – powiedział, wskazując na pudełko, wypełnione zapewne karteczkami. Świetnie. Tylko tego mi brakowało, żebym musiał coś jeszcze robić tuż przed końcem roku szkolnego. Wstałem i wyjąłem karteczkę, rozwinąłem ją…czułem na sobie wzrok dwudziestu dwóch par ciekawskich oczu i wcale nie było to komfortowe, więc wróciłem na miejsce i przeczytałem zawartość kartki.
„Biologia – fauna w wiosennej odsłonie”
To był jakiś żart. Niestety, jak się później okazało, projekt sam w sobie był moim najmniejszym zmartwieniem.

poniedziałek, 18 listopada 2013

[0/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine) - prolog

Przed Wami twór dość świeży, ponieważ rozpoczęłam go wczoraj. Jak na razie nie zdradzam paringu. Oto prolog, życzę miłej lektury ^^


Siedemnastego listopada miał nastąpić kolejny (już osiemset osiemdziesiąty trzeci) szary dzień. Była to niedziela – dzień, w którym szykowałem się do wyprowadzki. Co za tym szło, musiałem robić porządki w moim małym gniazdku i przy okazji przekopywałem się przez emanujące sentymentem relikty przeszłości. Postanowiłem zacząć od bardzo niepozornej półki z szufladami przy biurku jednak po ataku tony kartek, rysunków, ołówków, opakowań strun, kartek urodzinowych i innych najpotrzebniejszych śmieci na świecie, przeniosłem swój wzrok na półkę przy łóżku. Wydawała się lepszą alternatywą. Gdy ją otworzyłem, ukazała mi się teczka ze starymi rysunkami. Na jej widok uśmiechnąłem się pod nosem, ale odłożyłem ją na bok, zaś moim oczom ukazał się zeszyt. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Wziąłem stary brulion o brązowej okładce do ręki i przyjrzałem mu się. Wcale nie miałem ochoty do niego zaglądać. Nawet odłożyłem go grzecznie na wysłużoną, granatową teczkę. To naprawdę nie była moja wina, że już po chwili wodziłem wzrokiem po tekście z zachłannością co najmniej taką, z jaką osiemset osiemdziesiąt trzy dni temu…