Przed Wami twór dość świeży, ponieważ rozpoczęłam go wczoraj. Jak na razie nie zdradzam paringu. Oto prolog, życzę miłej lektury ^^
Siedemnastego listopada miał
nastąpić kolejny (już osiemset osiemdziesiąty trzeci) szary dzień. Była
to niedziela – dzień, w którym szykowałem się do wyprowadzki. Co za tym
szło, musiałem robić porządki w moim małym gniazdku i przy okazji
przekopywałem się przez emanujące sentymentem relikty przeszłości.
Postanowiłem zacząć od bardzo niepozornej półki z szufladami przy biurku
jednak po ataku tony kartek, rysunków, ołówków, opakowań strun, kartek
urodzinowych i innych najpotrzebniejszych śmieci na świecie, przeniosłem
swój wzrok na półkę przy łóżku. Wydawała się lepszą alternatywą. Gdy ją
otworzyłem, ukazała mi się teczka ze starymi rysunkami. Na jej widok
uśmiechnąłem się pod nosem, ale odłożyłem ją na bok, zaś moim oczom
ukazał się zeszyt. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Wziąłem stary
brulion o brązowej okładce do ręki i przyjrzałem mu się. Wcale nie
miałem ochoty do niego zaglądać. Nawet odłożyłem go grzecznie na
wysłużoną, granatową teczkę. To naprawdę nie była moja wina, że już po
chwili wodziłem wzrokiem po tekście z zachłannością co najmniej taką, z
jaką osiemset osiemdziesiąt trzy dni temu…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz