niedziela, 29 grudnia 2013

[10/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

10.

Obudziłem się dość wcześnie, bo o szóstej, ale doszedłem do wniosku, że spałem aż osiem godzin. Poczułem wręcz wyrzuty sumienia, że tak długo pozostałem bezczynny, więc szybko wstałem i poszedłem do łazienki, po drodze zostając znokautowanym karcącym wzrokiem rodzicielki i bratem, patrzącym na mnie z wyższością.
- Shinji, sprężaj się - powiedziała oschle matka.
Zniknąłem za drzwiami łazienki i odetchnąłem. Po raz pierwszy pożałowałem, że nie wygadałem się Sakamoto. To takie irracjonalne - mówić o sobie obcym. Tak samo, jak nienawidzić i podziwiać. Ambiwalentnie...
Patrzyłem przez chwilę w lustro. Byłem gruby i musiałem coś z tym zrobić. Sakamoto był chudy. Nawet bardzo. Może wręcz za... albo właśnie idealny.
Wyszedłem ubrany byłem na czarno.
- Ty na pogrzeb idziesz czy do ojca? Przebierz się w coś normalnego - wybąkała matka. - Spójrz na brata i bierz z niego przykład.
- Klimakterium jeszcze nie minęło? - odpyskowałem i natychmiastowo zniknąłem za drzwiami swojego pokoju. Zamknąłem je na klucz. Powoli puszczały mi nerwy. Sakamoto. Matka. Ojciec. Brat. Oni. Takashi... pewnie na moim miejscu starałby się trzymać fason. Po co właściwie o tym mówiłem? Musiałem przez to przebrnąć jak zawsze - jakoś przetrwać, a później w samotni rozładować skrywaną frustrację. To samo w sobie zdawało się frustrujące, ale nie chciałem o tym myśleć. Pół godziny później w eleganckiej białej koszuli, zapiętej pod samą szyję, jechałem do szpitala, w którym leżał ojciec. Siedziałem jak zwykle na tylnym siedzeniu samochodu, a miejsce obok mnie zajmował denerwujący samą swoją obecnością braciszek. Zawsze miałem wrażenie, że próbuje się wywyższyć, pokazać w lepszym świetle przed rodzicami - zresztą tak też istotnie było. Czym ja się oszukiwałem? Byłem beznadziejny...
Chcąc przerwać pesymistyczne myśli, które skończyć się mogły tylko chęcią otworzenia drzwi i wyskoczenia wprost na ruchliwą ulicę, postanowiłem obserwować widoki za oknem. Przemijały budynki, drzewa i inne samochody. W sumie nic fascynującego. Niebo, jak zwykle szare. Zagłębiając się w ten melancholijny nastrój, odbiegałem myślami jeszcze dalej. Przed oczami sama z siebie pojawiła się sylwetka Takashiego. Idiotyczne. On naprawdę miał w sobie coś cholernie idealnego. Coś, przez co było mi do niego okropnie daleko, a jednak mimo to (a może właśnie dlatego) czułem do niego pewną pogardę. Reasumując - przyszedł z innej szkoły. Lepszej szkoły, takiej w Fukushimie. Jego rodzice na pewno mieli więcej pieniędzy. Umiał się ładnie ubrać i uczesać. Onieśmielał dziewczyny (nazwałbym go wręcz męską wersją femme fatale). Nawet z moim przyjacielem zakumplował się tak, jakby był jego znajomym od zawsze. Ludzie do niego lgnęli. Był idealny - zupełnie irracjonalnie i irytująco perfekcyjny. Nawet ta jego głupia próżność i wywyższanie się były idealne. Właściwie dziwiło mnie, dlaczego spędzał ze mną tyle czasu...no tak, projekt. Czułem, że go nie skończę, chociaż pewnie pan perfekcyjny coś wymyśli. Westchnąłem ciężko, zupełnie niekontrolowanie, bo nagle poczułem na sobie skonfundowane spojrzenie brata. Zerknąłem na niego.
- Co jest brat? Zakochałeś się? - zapytał, wyraźnie ożywiony.
Przewróciłem oczami. Tak, na pewno.
- Nie mam tylko dziewczyn w głowie - odparłem tak obojętnie, jak tylko potrafiłem do tego demonstracyjnie przewracając oczami.
- Niee? Ostatnio ponoć byłeś w barze z Hiroko-chan i Shiroyamą.
Zmarszczyłem brwi. Mama najwidoczniej zainteresowała się rozmową. Tylko tego mi brakowało.
- Nie mów tak na nią, nie jest twoją koleżanką - pouczyłem brata.
- Miałeś się z nim nie spotykać. I w jakim barze? Mało mam z tobą problemów? - mówiła matka, patrząc na drogę. Odwrócona do mnie plecami - w sumie to trochę tak, jakby jej nie było. Całkiem podobał mi się taki obrót spraw. Brata też dało się jakoś ignorować. Choć gdy wracałem do okna, pojawiał się Takashi. Sam już nie wiedziałem, co było gorsze.
Dotarliśmy, wysiedliśmy. Nigdy nie lubiłem zapachu szpitala. Bandaże, leki, woda utleniona i choroba snuły się w powietrzu. Zawsze kojarzyło mi się to ze starością. Nie gardziłem ludźmi w podeszłym wieku, po prostu wydawało się to zawsze etapem tak odległym, że wręcz nierealnym.
Ojciec leżał na łóżku, ale nie wyglądał, jakby był w złym stanie. Opowiadał nam, że na razie czeka na wyniki badań i nie wysyłają go do domu, bo lekarz postanowił zostawić go na obserwacji. Później rozmawiał z mamą, brat w tym czasie próbował mu przytykać, a matka rozpłakała się mówiąc o moim karygodnym zachowaniu. Wcale nie chciałem być uczestnikiem tej szopki, więc uciekłem do łazienki. Oczywiście, że czułem się źle uciekając, ale co innego miałem zrobić? Z lubością przysłuchiwać się temu, jak po mnie delikatnie mówiąc "jadą" czy wziąć przykład z matki i wyryczeć się Aoiemu do słuchawki? Albo lepiej, powiedzieć im, że mam chłopaka, takiego nowego, postawnego, który się świetnie uczy i jest rewelacyjny w łóżku, żeby tylko wyrzucili mnie wreszcie z tego pokręconego domu. Choć w domu pani Shiroyama miałem się nie pokazywać od tego incydentu z piwem... Westchnąłem i ochlapałem twarz chłodną wodą. O czym ja myślałem? Wszystko stawało się coraz dziwniejsze. Ja i Sakamoto? To wprawdzie nie był pierwszy raz, kiedy przyłapałem się na myśleniu o czymś nader niedorzecznym, ale nigdy nie było to coś... stop. Trzeba wracać - stwierdziłem w myślach i spojrzałem tylko na oblicze trupa, dumnie odbijające swoją mierność w lustrze naprzeciw. Byłem gruby. Za gruby. Gdy jakaś irracjonalna część mojego umysłu, zaczęła wracać do idealnego ciała Takashiego, po prostu wyszedłem.
Na korytarzu zobaczyłem się z mamą i bratem. Rodzicielka była spokojniejsza, a brat patrzył na mnie, jak zwykle - z góry. Oznajmili mi, że ojciec musi wypoczywać i za chwilę ma mieć kolejne badanie, więc zostali wyproszeni z sali. Czas wracać... już?
Właśnie wtedy, gdy zawiłymi korytarzami szliśmy do wyjścia - na przedzie matka z bratem, ja utrzymując minimalny dystans - dokładnie wtedy po drugiej stronie korytarza przeszedł ktoś, wyglądający zupełnie jak Takashi... jego nie dało się pomylić. Czułem, jak nogi grzęzną mi w podłożu. Przez chwilę miałem wrażenie, że pode mną pojawiły się ruchome piaski i ciągną mnie w dół. Jednak szedłem. Sakamoto nawet mnie nie zauważył. Co on robił w szpitalu?
Co najmniej dziwnym by było, gdybym nagle zaczął za nim biec, więc postanowiłem zachować zimną krew i ze stoickim spokojem, szedłem za krewnymi. Mimo, że moje serce waliło jak oszalałe. Mimo, że w głębi duszy od środka paliła mnie ochota, by po prostu za nim pobiec.
Właściwie... po co on tam był? Może jakiś jego krewny też leży w szpitalu? Ale dlaczego akurat w tym, na oddziale onkologii? W Fukushimie na pewno ich nie brakowało... po co jego krewni mieliby się fatygować aż tu?
A może mnie śledził? Choć to chyba zbyt wydumane i irracjonalne.
Więc po co by tu przychodził?
A może jakiś jego krewny tu pracuje? Chociaż posiadając rodzinę w tych stronach, po co zatrzymywałby się w hotelu - skoro przyszedł do nich, nie mogą być w złych relacjach.
Właśnie wtedy, dochodząc do końca korytarza, spojrzałem w stronę, w którą pobiegł Takashi. Zamarłem. Tym razem moje stopy rzeczywiście wrosły w podłoże, a usta nieestetycznie się rozdziawiły. Byłem taki nieładny - na pewno zbyt nieładny dla niego.

sobota, 21 grudnia 2013

[9/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

09.

Byłem pewny, że zauważył. Próbowałem przezwyciężyć ciepło, napływające do moich policzków - niestety nieskutecznie.
Dzień minął, szybko nastał wieczór. Nagle odprowadzałem Takashiego pod hotel (nawet nie wiedziałem dlaczego). Znów nastała krępująca cisza. Tym razem jednak zupełnie nie miałem pomysłu na zabicie jej. Wszystkie optymalne pytania zdawały się zbyt głupie, a nogi coraz bardziej miękły w kolanach. W żołądku panował ścisk. Wiedziałem, że niedługo się rozejdziemy i miałem cichą nadzieję, że to dziwne uczucie przejdzie. Gorączkowo na niego spoglądałem, wręcz wbrew własnej woli. Było już ciemno, więc jego sylwetkę mogłem obserwować jedynie dzięki światłu, jakie dawały przydrożne lampy.
- Lubię takie wieczory jak ten - odezwał się. Ta chwila miała w sobie coś niezwykłego. Zwykle to ja zabijałem krępującą ciszę między nami.
- Takie? - dopytałem, chcąc utrzymać rozmowę. On obrzucił mnie krytycznym spojrzeniem za głupie pytanie i spojrzał w górę.
- Gwieździste. Mają w sobie coś z dawno zapomnianego romantyzmu, nie sądzisz?
Przez chwilę jakby coś się w nim zmieniło. Brzmiał inaczej niż zawsze. Ton jego głosu, wyraz twarzy. Przez ten moment bez maski wydał mi się piękny. Raz, dwa, trzy sekundy wpatrywania się w niego z oślim zachwytem. Nasze spojrzenia się spotkały. Tak, to zdecydowanie było cholernie romantyczne. A może on tylko żartował?
- Może trochę... - odparłem wymijająco. Wolałem obrać bezpieczną pozycję.
- Dlaczego się mnie boi...
- Nie boję się... - przerwałem mu. Nastała chwila niewygodnego milczenia, w której gdzieś w atmosferze wisiało coś wzbudzającego irracjonalną panikę. Moją oczywiście. On był opanowaną ofiarą mojego bezczelnego wychylenia. Nikt mu nie przerywał w końcu to Sakamoto - jak to dumnie brzmi - zakpiłem w duchu, by nie ulec nagle zgęstniałej atmosferze.
- Dobranoc - usłyszałem tylko zdawkowe pożegnanie i trzask zamykanych drzwi. Wtedy poczułem wyrzuty sumienia. Może jednak nie powinienem mu przerywać? - do dziś się dziwię, jak absurdalne były te myśli. Właśnie tak działał Takashi. Skrajnie sugestywny i przy tym zupełnie bezkompromisowy oraz nieugięty. Jego stalowa maska sama prosiła się o zdarcie jej z twarzy.
Odwróciłem się na pięcie i wróciłem do domu, w którym czekała na mnie kolejna niesamowita niespodzianka...
- Gdzie ty się szlajasz?! - wydarła się od progu znerwicowana matka.
- Robiłem projekt z kolegą, mamo - odparłem zgodnie z prawdą.
- Mógłbyś być czasem w domu wtedy, kiedy jesteś potrzebny! Ojciec trafił do szpitala, podejrzewają raka szpiku, a ty się szlajasz!
Zamurowało mnie. Ojciec nigdy nie był personą, pełniącą jakieś ważniejsze funkcje w moim życiu, ale nie wyobrażałem sobie, że za kilka tygodni, może miesięcy, zostanie kompletnie wykluczony z mojego codziennego trybu życia. To było dziwne i złe.
- Jutro idziemy go odwiedzić, zwolnij się. - powiedziała jeszcze sucho.
- Nie wiedziałem - mruknąłem pod nosem, ignorując jej ostatnie słowa i zniknąłem za drzwiami pokoju.
Wyjąłem telefon. Musiałem napisać do Sakamoto, że mnie nie będzie, bo oj... Przypomniałem sobie, że Takashi wcale nie podawał mi swojego numeru - została mi tylko tajemnicza karteczka, która gdzieś zniknęła. Rozejrzałem się podejrzliwie po pokoju. Szukałem na biurku, na łóżku, pod łóżkiem, pod biurkiem, w szafie, w szufladach, na podłodze, parapecie - przeszukałem niemal wszystko. Już przymierzałem się do wyjścia z pokoju prosto do jaskini lwa w celu dalszych poszukiwań, gdy wyjąłem telefon, by sprawdzić godzinę. Wtedy też z mojej kieszeni wypadł stary bilet. Schyliłem się po niego i gdy spojrzałem przed siebie, na parapecie przy oknie leżała mała, biała karteczka. Od razu ją poznałem. Wpisałem numer i zacząłem się zastanawiać, czy nie byłoby lepiej po prostu do niego zadzwonić. O ostatnim "nieodebraniu" i tym, że właściwie nie mam pewności, czy to jego numer przypomniałem sobie dopiero po usłyszeniu drugiego sygnału oczekiwania. Właściwie już dzwoniłem, więc dziwnym by było, gdybym po prostu się rozłączył. Odebrał po trzecim sygnale. W tle słyszałem milknące głosy, więc na pewno nie był sam. No tak, ktoś taki jak on nigdy nie narzekał na brak towarzystwa, w końcu ludzie do niego lgnęli. Zazdrościłem mu?
- Halo?
- Witaj, tygrysie.
Wcale mu nie zazdrościłem.
W tle zabrzmiały jakieś dziewczęce chichoty.
Wcale.
- Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że nie będzie mnie jutro w szkole, więc musimy odłożyć dalsze robienie projektu na pojutrze.
- Dobrze tygrysie, jednak pamiętaj o swojej ocenie.
Zawrzało we mnie. Oczywiście, że pamiętałem. Zasrany Takashi nie musiał być taki troskliwy.
- Nie martw się o to, dam radę.
- Skoro już odmawiasz, to może chociaż dowiem się z jakiej przyczyny cię nie będzie?
Poczułem się zmieszany. Z jednej strony miałem ochotę opowiedzieć mu o wiecznie znerwicowanej matce i chorym ojcu, nawet dorzuciłbym jakże dramatyczny wątek z lepszym traktowaniem młodszego brata, ale uznałem, że to bez sensu. Zwyciężyła "druga strona".
- To sprawy prywatne - odparłem.
- Rozumiem. To do zobaczenia pojutrze, Shinji - rozłączył się.
Nawet nie zdążyłem pożegnać się bardziej zdawkowo od niego. Był zawiedziony? Nie, to nie mogło być to.
Poszedłem spać. Miałem dość tego dnia i sądząc po optymistycznym wieczorze, zerwałbym wszystkie struny w gitarze, albo co gorsza nie mógłbym jej nastroić, co doprowadziłoby mnie do szewskiej pasji i zrobiłbym to samo - tym razem celowo. Tak naprawdę wcale nie byłem nerwowy. Gdy kładłem się spać i odkładałem telefon, przed oczami mignęła mi data. Była środa. Trzy dni z siedmiu. Czwarty mi wypadnie. Zostaną tylko trzy na skończenie projektu i... w piątek mieli wracać oni.

środa, 18 grudnia 2013

[8/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

08.

- Ślicznie razem wyglądacie.
Odskoczyliśmy od siebie z Yuu, po czym próbując się odwrócić, zrobiłem piruet tak widowiskowy, że prawie wylądowałem na szanownych czterech literach, jakimś niejasnym cudem tylko utrzymując równowagę. Musiało to wyglądać bardzo komicznie. Na twarzy Sakamoto jednak nie pojawił się uśmiech rozbawienia, tylko ten, który przykleił sobie do twarzy także wtedy, gdy widziałem go za pierwszym razem - uśmiech cynika.
- To nie... - zająkał się Aoi.
- Świergoczcie dalej, gołąbeczki - powiedział, wkładając fajkę do ust, po czym zapalił ją. W jego ruchach ukryta była jakaś gracja, coś niesamowitego. Wszystko robił z niebywałym wyczuciem. - Udam, że tego nie widzę - powiedział rzeczywiście zwracając wzrok w innym kierunku. Choć dałbym sobie tłuszcz zabrać, że jego wzrok przesunął się na moją sylwetkę i właśnie przez ten jeden moment błysnęło w jego oczach coś krytycznego.
Nogi nie miękły mi już w kolanach, choć osy wciąż wykazywały się typową złośliwością. Cudownie.
- Nie mamy się ku so... - zaczął się tłumaczyć Yuu. Zdenerwowałem się (w końcu po co mamy mu się z czegokolwiek tłumaczyć?) i mu przerwałem:
- Co cię obchodzi, co i z kim robimy?!
Spojrzał na mnie momentalnie samym wzrokiem wgniatając w ziemię. Poczułem się jak mrówka. Uśmiechnął się.
- Powinieneś oficjalnie zostać tygrysem - powiedział, idąc do śmietnika, by zgasić fajkę. Odetchnąłem.
Spojrzałem na Yuu.
- Gwoli ścisłości - odezwał się jeszcze Takashi - mnie nic, ale Haruki z całą pewnością.
Yuu momentalnie stał się czerwony jak piwonia i otworzył usta, ale zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, Takashi wszedł z powrotem do klubu.
- Haruki tam jest? - spojrzał na mnie i zapytał widocznie poruszony. Wciąż był czerwony. Zacząłem się zastanawiać, czy wyglądałem tak samo idiotycznie, gdy uciekałem od Takashiego.
- Nie wiem, wracam do domu - powiedziałem, odwróciłem się i poszedłem. Aoi przez chwilę się wahał, po czym wrócił do klubu.
W domu czekała na mnie rodzicielka z kolejną porcją pozytywnych wiadomości, które zaczynały się od "Dlaczego tak późno...?!", przez "... papierosami i alkoholem...", aż do "Idź już do siebie, twoja babcia nigdy nie chciałaby zobaczyć cię takim."
Potem zamknąłem się w pokoju i położyłem spać. Nie pozwalał mi na to jedynie uporczywy ścisk w brzuchu.Właściwie nie wiedziałem, czym był spowodowany - położyłem się spać tak, jak zawsze. Tak samo też wyłączyłem swoje myśli, gdy nagle poczułem to...
Byłem zmęczony i chciało mi się spać, ale nie mogłem. Przeleżałem całą noc w łóżku i zasnąłem dopiero po czwartej. Po trzech godzinach wparowała mama ze swoim typowym komunikatem.
To był czas otworzenia ciężkich jak głazy powiek i zebrania resztek zwiotczałego ciała o masie chyba dwukrotnie większej niż normalnie z łóżka. Z dumą mogę przyznać, że udało mi się to już pół godziny później. Niestety mama na przepełniona dumą nie wyglądała.
Gdy dotarłem już do szkoły, Sakamoto stał przed szkołą i wyraźnie mnie oczekiwał. Był jak zwykle schludny, idealny i pachnący. Nie było po nim widać żadnego skutku poprzedniego wieczora. Podszedłem do niego i przywitałem się, on odpowiedział tym samym.
- Dzisiaj idziemy w plener, tygrysie - powiedział, przybierając znów typowy uśmieszek. Coś w jego oczach błysnęło niezdrowo. Zadrżałem niekontrolowanie, co on, sądząc po wyrazie twarzy, niewątpliwie zauważył.
To był zdecydowanie jeden z tych dni, kiedy kompletnie nie miałem humoru, a jego osoba, wobec której byłem bardzo niezdecydowany, tylko wprawiała mnie w gorszy stan.
- Masz zamiar fotografować ptaszki i żuczki czy poderwać dziewczynę i miziać się na łonie natury? - wypaliłem, dobrze widząc jego wcześniejsze zapędy.
Uniósł brew, jak zawsze.
- Głodnemu chleb na myśli, może jednak powinieneś się zobaczyć dziś z Yuu? - odpowiedział, wyjmując z prostej czarnej torby na ramię aparat. - Chodź już tygrysie, niestety zostaję ci tylko ja - powiedział z udawanym żalem, zanim jeszcze zdążyłem wymyślić ripostę i ruszył od razu w stronę lasu. Poszedłem za nim po prostu milcząc. Zapanowała nieznośna, krępująca cisza. Postanowiłem ją przerwać pierwszym pytaniem, jakie przyszło mi do głowy:
- Co się wczoraj działo?
Sakamoto szedł dalej, zupełnie nieporuszony. Rejestrowałem każdy jego ruch. Miałem wrażenie, że wszystkie z nich, co do jednego, są idealnie odegrane.
- Wczoraj... gdy poszedłeś, to właściwie nic szczególnego. Macie ładne kelnerki w tym klubie... - na jego twarzy pojawiał się znikomy uśmiech, podczas gdy ja coraz bardziej pochmurniałem. Kątem oka obserwowałem, jak pracuje jego wydatna grdyka. Zawsze mi się to podobało. Takashi po prostu kontynuował - Kto by pomyślał, że w takiej wiosce...
- Kto by pomyślał, że można być takim cholernie seksownym idiotą. - powiedziałem to na głos?
Na szczęście Sakamoto podszedł do krzaków przy lesie i wyjrzał znad nich. Przyłożył dyskretnie aparat do oka. Chyba mnie nie słyszał. Odetchnąłem z ulgą i podszedłem do niego. Spod moich stóp rozległ się trzask łamanej gałęzi - wtedy też usłyszałem, jak coś zwinnie ucieka po ściółce leśnej. Sakamoto spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Masz - podał mi aparat. Spojrzałem na niego. Miałem małe wyrzuty sumienia. Nawet nie wiedziałem, czy mówił poważnie. - No bierz - powtórzył, a ja niepewnie wziąłem aparat. - Teraz patrz: tutaj - teatralnym gestem wskazał las - mamy znaleźć przynajmniej przykład ssaka i ptaka, dobrze by było jeszcze gada. Pamiętaj, że jak nie zdobędziesz tych fotografii, nie zdasz roku - uśmiechnął się z całą masą sympatii. Odpowiedziałem wyrazem twarzy niewspółmiernie mniej sympatycznym.
Westchnąłem.
- Właściwie mógłbym sobie stąd iść, więc doceń, że dotrzymuję ci towarzystwa i do dzieła - poklepał mnie po ramieniu, jakby chciał zagrzać mnie pocieszyć. Poczułem się przez to tylko gorzej - co zapewne było zamierzone. Wcale mi się to nie podobało.
Buszowaliśmy w leśnym gąszczu. Przez chwilę poczułem się, jakbyśmy zostali cofnięci w czasie i rozwoju. Sakamoto coś nucił. Po chwili rozpoznałem "The first time" U2. Przez głowę mi przeszło, że jeszcze nigdy nie słyszałem tak cudownie łamanej angielszczyzny.
- U2 - spojrzałem na niego.
- Tak - odpowiedział, również zerkając w moją stronę.
- Wolę cięższe brzmienia, ale grają nieźle - odparłem. - Mają świetnego wokalistę.
- Tak - przez chwilę wydawało mi się, że patrzy na mnie jakoś przychylniej.
Wtedy gdzieś w oddali przebiegł jeleń.
- Wracajmy - odparł Takashi - to zaczyna być nudne.
- Ale... - spojrzałem na niego, a przez moją twarz przeszło chyba istne przerażenie, gdyż Sakamoto zaczął się gromko śmiać.
- Mam plan B - powiedział i poczułem, jak wyciąga mnie za rękę w stronę wyjścia z lasu, przy okazji odbierając mi aparat.

- Czego jeszcze słuchasz? - zapytałem w drodze do szkoły.
- Różnie. Lubię porządnego rocka.
- To tak jak ja - westchnąłem i zamilkłem na chwilę. Czułem się dziwnie spięty i nie chciałem dopuścić do gęstej atmosfery. - Grasz na czymś?
- Na basie.
Spojrzałem na niego z pełną świadomością niezdrowo świecących oczu. Uniósł brew, zerkając na mnie.
- Zawsze chciałem grać na basie - wyjaśniłem - tylko nigdy nie było mnie stać, więc jestem skazany na starego Ibaneza po ojcu.
- Zagrajmy kiedyś razem - odparł tak po prostu. "Razem" w jego ustach brzmiało nadnaturalnie. Jako słowo traciło swoje "zwyczajne" znaczenie, a zdobywało coś rangi świętości. Czułem, jak coś w moim wnętrzu znów niebezpiecznie się przewraca. W głowie zaczęły się kumulować irracjonalne podejrzenia - nie chciałem się przecież skompromitować... ale przecież miało to nastąpić "kiedyś" - uspokoiłem się w myślach.
- Dobrze - odpowiedziałem niepewnie. Zaśmiał się. - Właściwie gdzie idziemy?
- Do biblioteki.
- Hę? Po co?
Przewrócił oczami.
- W każdej szkolnej bibliotece są albumy ze zdjęciami poszczególnych gatunków, geniuszu.
Pod wpływem palącego spojrzenia poczułem się naprawdę głupi. Nagle coś się rozjaśniło.
- Ale... w takim razie po co w ogóle szliśmy do lasu?
- Tygrysy czasem muszą zasmakować trochę dzikich terenów - zaśmiał się, gdy przechodziliśmy przez bramę.
Zaprowadziłem go do biblioteki. Jak zwykle w powietrzu unosiła się woń staroci i kurzu. Kobieta, która obsługiwała okazała się nie być tą, którą widziałem rok wcześniej (czyli kiedy ostatnio tu byłem) - dość starą, spracowaną i zmęczoną. Zastąpiono ją "nowym modelem" czyli uroczą brunetką w wystarczająco długiej szarej spódnicy i koszuli. W jej stroju nie było nic wyzywającego, a mimo to przykuwała uwagę swoją wymiarowością. Najwidoczniej spostrzegł to także Takashi, gdyż bardzo szybko zapomniał o moim istnieniu, by zapytać ją o regał z poszukiwaną lekturą. Ona wskazała mu tylko regał, przepraszając i mówiąc, że ma sporo pozycji do wprowadzenia, a chciała wyjść tego dnia wcześniej. Miałem ochotę rzucić zgryźliwy komentarz, że "kolega chętnie panią odprowadzi", ale bałem się, że rzeczywiście to zrobi i zostanę sam.
Kluczyliśmy wśród regałów, zapełnionych kolorowymi okładkami - szara, szara, niebieska, dla odmiany szara, zielona...
- Tutaj - Takashi zatrzymał się i zaczął przeglądać tytuły na okładkach. Stałem kawałek za nim. Z braku laku, patrzyłem właśnie na niego. Był chudy, choć gdzieś pod ubraniem rysowały się zalążki mięśni...
Wspiął się na palce po jedną z książek.
... do tego dochodził jeszcze bardzo zgrabny tyłek.
Na samą myśl krew zaczęła odpływać mi do głowy. Właśnie ten moment Sakamoto wybrał, by się odwrócić. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się - Czy uważasz, że powinniśmy wspomnieć o okresie godowym, tygrysie?

poniedziałek, 9 grudnia 2013

[7/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

07.

Paliłem. Moje dłonie drżały. Myśli wiły się w ekstazie, plątały w niezdecydowaniu i dusiły. Po pierwszym papierosie zapragnąłem drugiego... nie, ja go potrzebowałem bardziej niż powietrza (a przynajmniej tak mi się w tamtej chwili zdawało).
Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Czułem powiew chłodnego letniego powietrza na twarzy. Było już ciemno, choć nie kontrolowałem godziny - wiedziałem tylko, że już dawno zaszło słońce. Nie znałem dnia, miesiąca, roku, przez chwilę nawet zapomniałem, jak się nazywam. Trząsłem się - drżały moje palce, dłonie, ręce, nogi, (dziwnie miękkie) kolana, tułów, głowa, nawet cholerne wnętrzności mi drżały. Coś, co ludzie nazywają sercem, bardziej przypominało stado rozwścieczonych os, które próbowały za wszelką cenę wydostać się z mojego wnętrza. Jeszcze nigdy nie czułem tak nieprzyjemnego ścisku w żołądku i... o nie.
Po pierwszej paczce, uznałem że niezbędne do życia jest mi kolejne dwadzieścia sztuk tytoniowych ruloników, więc poszedłem przed siebie w poszukiwaniu sklepu. Przeszedłem może kilkanaście metrów, gdy poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Wzdrygnąłem się przestraszony i odwróciłem gwałtownie do tyłu. Odetchnąłęm z ulgą. Aoi.
- Co ty tu robisz? - zapytał, marszcząc brwi. - Nie powinieneś być w środku?
- Wyszedłem po fajki, skończyły mi się - oznajmiłem. Starałem się opanować drżenie i udawało mi się to coraz lepiej, choć przy tak miękkich kolanach powinienem już dawno się przewrócić. Dziwiłem się samemu sobie. Najwidoczniej Aoi nie zauważył żadnej większej zmiany w sposobie mojego chodu, co tylko mnie trochę uspokoiło. Westchnąłem głęboko i tak niekontrolowanie, że wręcz wbrew swojej woli. Czułem na sobie wzrok Yuu, którym próbował wwiercić się w moją czaszkę i znaleźć w zwojach tego, co dawniej nazywano mózgiem - informację o tym,co mnie trapi.
- Chodźmy już - odrzekłem skrępowany tym stanem rzeczy. Aoi na szczęście odwrócił wzrok, więc odetchnąłem cicho z ulgą. O dziwo byłem w stanie już prawie normalnie chodzić. Spacerowaliśmy obok siebie w ciszy. Dookoła nas też nie było zbyt żywo, raz na jakiś czas drogą obok przejeżdżał pojazd - zazwyczaj samochód osobowy, poza tym ulica była raczej opustoszała. Miałem chwilę, żeby ochłonąć. Wtedy wyjątkowo dobrze poczułem chłodne powietrze na twarzy.
- Coś się między wami stało? - wypalił Yuu prosto z mostu. Skrzywiłem się i spojrzałem na niego, otwierając oczy najszerzej jak mogłem.
- Co się miało stać? Chyba cię coś...
- Sakamoto mówił, że rozlałeś piwo i wyleciałeś...
- Ciągle Sakamoto i Sakamoto... nie, Takashi - przerwałem mu. - O co wam chodzi? Jeśli chcesz, to sobie idź do tego pieprzonego Takashiego, a mnie zostaw w spokoju. Tylko się nie zdziw, jak poleci do niego Haruki - zacząłem iść szybciej. Z nieba siąpił drobny deszczyk. Wsadziłem ręce do kieszeni marynarki i szedłem sprawnie, mając nadzieję, że Aoi odpuści.
- Hej, Shinji - oczywiście nie odpuścił i poleciał za mną. Chwycił mnie za ramię, zatrzymując i odwracając do siebie. - O co ci chodzi?
- O to, żebyś sobie poszedł do tego pieprzonego Takashiego, cholernego ideału, pierdolonej perfekcji. Proszę, na pewno jest lepszym przyjacielem, kochankiem, uczniem, nawet człowiekiem na pewno jest lepszym! Więc nie wiem, czego TY ode mnie chcesz, skoro tuż przed tobą jest taki pieprzony ideał w ludzkiej postaci? - byłem zły, oddychałem ciężko, mój głos załamał się pod koniec i odwróciłem wzrok. - Puść mnie już, chcę wracać.
- Ale Shinji, ty jesteś o niego po prostu zazdrosny.
Fakt, byłem...
- I co z tego? I tak jest ode mnie lepszy.
Yuu uśmiechnął się, kręcąc głową.
- Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak na ciebie wpływał.
- Co? - uniosłem wzrok na niego. Uśmiechał się, patrząc na mnie. To był szczery uśmieszek kogoś nieznacznie (trochę tylko) poruszonego.
- Dawno nie byłeś taki szczery i pełen życia - w jego oczach błyszała prawdziwa radość. Czułem jak robię się czerwony na policzkach (a może już wcześniej byłem?). Gdy zacząłem coś burczeć pod nosem, Aoi dźgnął mnie palcem w mój okropny brzuch.
- Ej, co ty robisz? - odtrąciłem jego dłoń, ale on zaczął mnie łaskotać. Ciszę wypełnił mój śmiech, przeplatany prośbami, by przestał. Zawtórował mi rozbawiony Aoi. Nagle usłyszałem znajomy głos za plecami:


- Ślicznie razem wyglądacie.

niedziela, 1 grudnia 2013

[6/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

06.

Weszliśmy z powrotem do klubowej sali. O dziwo okazała się nie być tak zadymiona, jak mi się zdawała za pierwszym razem. Było wręcz całkiem znośnie - tym bardziej, że zmianie uległ podkład muzyczny na kawałek z nutką jazzu, który z dwojga złego był o wiele lepszy od komercyjnej "łupanki".
Rozejrzałem się po sali. Było sporo osób, w środku platforma do tańczenia, dookoła kanapy i stoliki. Lampy na suficie rozpraszały neonowe światło w odcieniu fioletu. Na stołach dodatkowo były lampki, dające zwykłe, białe światło. Szukałem wzrokiem Aoiego, ale zanim jeszcze zdołałem objąć całą salę wzrokiem, poczułem znów ten subtelny dotyk, którym muśnięto wnętrze mojej dłoni. Przeszedł mnie dreszcz, a moje ciało instynktownie podążyło za dotykiem, jakby chcąc go złapać, by doświadczyć jeszcze choć przez chwilę... Zobaczyłem Takashiego i speszyłem się. Nie wiedziałem, o co chodziło, ale nie podobało mi się to. Wlasciwie o czym ja myślałem? Miałem tylko przyjść na piwo, żeby jak najpóźniej wrócić do domu - do znerwicowanej matki, wiecznie nieobecnego ojca i brata-lizusa. Rodzinka idealna. Jak z marzeń...niestety musiały być to marzenia ściętej głowy lub osobowości o bardzo czarnych myślach, gdyż swoją rodzinną miłością przypominaliśmy raczej Addamsów.
Sakamoto szedł gdzieś, był odwrócony do mnie plecami. Mimo trochę przyjemniejszych brzmień, muzyka wciąż próbowała zagłuszyć wszystko, co tylko się dało, więc nie mogłem go w żaden sposób zawołać. Z kolei zgubienie go byłoby w tej sytuacji jedną z najgorszych opcji. Poszedłem więc za jego szczupłą sylwetką. Wtedy pomyślałem, że jest tak chudy, iż obejmując mógłbym go zgnieść...a może po prostu u mnie występował nadmiar "ciała"? Nieważne...
Zaprowadził mnie do Aoiego.
- Ile można było czekać? - uśmiechnął się przyjaźnie i dopił piwo z kufla. Sakamoto od razu usiadł na miejscu naprzeciw, ja usiadłem przed nim, a obok Yuu.
- Ty zdrajc...
- Nie spieszyliście się, aż mi zaschło w gardle - wyjaśnił, przerywając mi. Przy Sakamoto wydawał się inny. Wcale mi się to nie podobało.
- Shinji tygrysie, upoluj nam piwo - wtrącił się Takashi, lustrując mnie swoim głębokim spojrzeniem. To wcale nie było przyjemne, powodowało wręcz, że miałem ochotę jak najszybciej iść. Jak można być tak sugestywnym? Wstałem bez słowa i poszedłem. Nawet nie wysiliłem się na komentarz. Gdy się odwróciłem, widziałem jak Saga nachyla się nad Aoim i mówi mu coś do ucha. Wcale mi się do nie podobało.
Gdy poszedłem po piwo, barman zlustrował mnie wzrokiem. Było w tym coś karcącego. Kolejna osoba patrzyła na mnie z góry. Podszedłem do niego chłodno, po prostu złożyłem zamówienie. On zaczął nalewać do jednego kufla, później ktoś go zawołał z zaplecza. Nawet nie przeprosił, tylko po prostu bez słowa sobie poszedł. Wtedy oparłem się plecami o bar i spojrzałem na roztańczony tłum. Gdzieś za nim siedzieli Sakamoto i Yuu, ale nie mogłem ich dojrzeć. Nawet, gdyby nie przeszkadzała mi w tym masa ludzi, ze swoją krótkowzrocznością dojrzałbym tylko kilka rozmazanych plam. Westchnąłem i spojrzałem znów w kierunku baru. Nikt za nim nie stał. Przygryzłem wargę. Niecierpliwiłem się. Nie przepadałem za "samotnością w tłumie", a im dłużej tam stałem, tym większe ogarniało mnie wrażenie, że stanie się coś co najmniej niepożądanego. Wtedy pomyślałem o godzinie. Była dziewiętnasta. O czym ja myślę? To przecież bez znaczenia.
Kiedy odwróciłem się po raz drugi w stronę baru, piwa znów były nalewane.
- Wszystko w porządku? Jesteś strasznie blady - powiedział barman. Początkowo wydawał się nieuprzejmy i wręcz arogancki...może sobie ze mnie żartował?
- Wszystko dobrze, dziękuję - odpowiedziałem bez ceregieli i wziąłem od niego kufle. Ominąłem roztańczony tłum szerokim łukiem i doszedłem do naszego stolika. Siedział tam tylko Yuu. Co za dziwny dzień. Postawiłem piwa na stole.
- Gdzie Sakamoto? - zapytałem, stawiając jego trunek naprzeciw swojego.
- Mówił, że zaraz wróci.
Przytaknąłem i zająłem się kontemplacją piwa. Milczałem.
- Shin - odezwał się Yuu.
- Hm?
- Co sądzisz o Takashim?
Zakrztusiłem się. Zacząłem kaszleć, Yuu zaczął mnie klepać po plecach.
- Co mam sądzić? - powiedziałem po chwili. - Jest denerwujący, patrzy na wszystkich z góry.
I ma wyjątkowo delikatne dłonie...
- ...jest arogancki i nie zwraca uwagi na innych...
Przez chwilę miałem głupie wrażenie, że to będzie jedna z tych idiotycznych scen rodem z filmów - Yuu mnie podpuścił, a Takashi stał za mną i wszystkiemu się przysłuchiwał. Aż odwróciłem się niespokojnie do tyłu, ale za mną nikt nie stał.
- Nie o to... - Yuu westchnął. - Chodzi o Haruki - zaczął cicho. Wtedy uświadomiłem sobie, że muzyka nie była tak głośna, jak na początku. Dało się rozmawiać. - Jest zakochana w Sakamoto...
Patrzyłem na niego.
- Odpuść sobie - zawyrokowałem. - On nie jest typem, z którym można się mierzyć. Trzeba go po prostu ignorować.
- Wiesz... w sumie... Słyszałem to tylko od osoby postronnej... czy mógłbyś z nią porozmawiać?
Widziałem jej wzrok w pizzerii. Spojrzenie Sakamoto też.
- Sakamoto to dupek, nie zawracaj sobie nią głowy, jeśli jest zainteresowana nim - powiedziałem z przekonaniem, choć wcale przekonany nie byłem.
- Chyba masz rację - odparł Yuu. - Idę po kolejne - uniósł do góry kufel na znak, że potrzebuje dolewki. Skinąłem tylko głową i rozsiadłem się wygodniej na kanapie.
Spojrzałem na sufit. Był oklejony nierównomierną tapetą. Westchnąłem i zamknąłem oczy. Chyba naprawdę nie czułem się najlepiej. Nagle poczułem czyjeś chłodne, przesiąknięte zapachem tytoniu dłonie, zasłaniające moje oczy. W głowie już miałem standardową formułkę "zgadnij kto to". Nie usłyszałem niczego. Czułem tylko delikatne dłonie. Zniknęły one równie szybko, jak się pojawiły. Za to usłyszałem przed sobą głos.
- Może wolisz wrócić już do domu? - sarknął, zerkając na mój pełny kufel, po czym pociągnął ze swojego spory łyk.
Zrobił to w szaleńczo efektownie. Nie wiem, co było w tych gestach i całej jego pieprzonej osobie, ale moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Widziałem w głowie obraz przystawiającej się do niego Haruki. To było z lekka ponad moje siły. Poprawiłem się i uśmiechnąłem trochę nerwowo.
- Jasne, że nie. Czekałem na was - powiedziałem, uciekając wzrokiem przed jego intensywnym spojrzeniem, jako pretekst uznając rozejrzenie się w poszukiwaniu Aoiego. Właściwie dlaczego ja się przed nim tłumaczyłem?
Nie chciałem wcale na niego patrzeć, ale mój wzrok sam podążył w jego kierunku, gdy zamaszystym gestem chwytał kufel. Prychnął i w okropny, wręcz obrzydliwie seksowny (o tak, to słowo samo nasuwało mi się na język - i tylko to) sposób pociągnął kilka łyków ze swojego kufla, opróżniając go do końca. Siedziałem przed nim z niefrasobliwie rozdziawionymi ustami. Po chwilę dopiero uświadomiłem sobie, że mój wzrok jest zbyt natarczywy, że on to spojrzenie odwzajemnia, że zdaje się czytać ze mnie jak z książki, patrząc tylko swoimi czekoladowymi oczami prosto w moje. O tak, jego oczy można porównać do gęstej, półpłynnej czekolady - wirującej, niczym ruchome piaski. Można było w nich ugrzęznąć na dobre, ale niczego się w konsekwencji w nich nie dojrzało. Pozostawało tylko utonąć.
Kiedy wyrwany ze stanu otumanienia (co się ze mną działo?), wstałem gwałtownie i do dziś nie wiem jak przewróciłem kufel tak, że jego zawartość rozlała się po stole. Takashi siedział. Przesunął się tylko zręcznie od strumyczka piwa, powoli spływającego w jego stronę.
- Muszę iść zapalić - burknąłem pod nosem i wyszedłem pospiesznie, uderzając się jeszcze w kolano o kant stołu. Słyszałem tylko zalążek kompletnie sztucznego i jakby szyderczego śmiechu. Uciekłem w najżałośniejszy z możliwych sposobów.