sobota, 21 grudnia 2013

[9/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

09.

Byłem pewny, że zauważył. Próbowałem przezwyciężyć ciepło, napływające do moich policzków - niestety nieskutecznie.
Dzień minął, szybko nastał wieczór. Nagle odprowadzałem Takashiego pod hotel (nawet nie wiedziałem dlaczego). Znów nastała krępująca cisza. Tym razem jednak zupełnie nie miałem pomysłu na zabicie jej. Wszystkie optymalne pytania zdawały się zbyt głupie, a nogi coraz bardziej miękły w kolanach. W żołądku panował ścisk. Wiedziałem, że niedługo się rozejdziemy i miałem cichą nadzieję, że to dziwne uczucie przejdzie. Gorączkowo na niego spoglądałem, wręcz wbrew własnej woli. Było już ciemno, więc jego sylwetkę mogłem obserwować jedynie dzięki światłu, jakie dawały przydrożne lampy.
- Lubię takie wieczory jak ten - odezwał się. Ta chwila miała w sobie coś niezwykłego. Zwykle to ja zabijałem krępującą ciszę między nami.
- Takie? - dopytałem, chcąc utrzymać rozmowę. On obrzucił mnie krytycznym spojrzeniem za głupie pytanie i spojrzał w górę.
- Gwieździste. Mają w sobie coś z dawno zapomnianego romantyzmu, nie sądzisz?
Przez chwilę jakby coś się w nim zmieniło. Brzmiał inaczej niż zawsze. Ton jego głosu, wyraz twarzy. Przez ten moment bez maski wydał mi się piękny. Raz, dwa, trzy sekundy wpatrywania się w niego z oślim zachwytem. Nasze spojrzenia się spotkały. Tak, to zdecydowanie było cholernie romantyczne. A może on tylko żartował?
- Może trochę... - odparłem wymijająco. Wolałem obrać bezpieczną pozycję.
- Dlaczego się mnie boi...
- Nie boję się... - przerwałem mu. Nastała chwila niewygodnego milczenia, w której gdzieś w atmosferze wisiało coś wzbudzającego irracjonalną panikę. Moją oczywiście. On był opanowaną ofiarą mojego bezczelnego wychylenia. Nikt mu nie przerywał w końcu to Sakamoto - jak to dumnie brzmi - zakpiłem w duchu, by nie ulec nagle zgęstniałej atmosferze.
- Dobranoc - usłyszałem tylko zdawkowe pożegnanie i trzask zamykanych drzwi. Wtedy poczułem wyrzuty sumienia. Może jednak nie powinienem mu przerywać? - do dziś się dziwię, jak absurdalne były te myśli. Właśnie tak działał Takashi. Skrajnie sugestywny i przy tym zupełnie bezkompromisowy oraz nieugięty. Jego stalowa maska sama prosiła się o zdarcie jej z twarzy.
Odwróciłem się na pięcie i wróciłem do domu, w którym czekała na mnie kolejna niesamowita niespodzianka...
- Gdzie ty się szlajasz?! - wydarła się od progu znerwicowana matka.
- Robiłem projekt z kolegą, mamo - odparłem zgodnie z prawdą.
- Mógłbyś być czasem w domu wtedy, kiedy jesteś potrzebny! Ojciec trafił do szpitala, podejrzewają raka szpiku, a ty się szlajasz!
Zamurowało mnie. Ojciec nigdy nie był personą, pełniącą jakieś ważniejsze funkcje w moim życiu, ale nie wyobrażałem sobie, że za kilka tygodni, może miesięcy, zostanie kompletnie wykluczony z mojego codziennego trybu życia. To było dziwne i złe.
- Jutro idziemy go odwiedzić, zwolnij się. - powiedziała jeszcze sucho.
- Nie wiedziałem - mruknąłem pod nosem, ignorując jej ostatnie słowa i zniknąłem za drzwiami pokoju.
Wyjąłem telefon. Musiałem napisać do Sakamoto, że mnie nie będzie, bo oj... Przypomniałem sobie, że Takashi wcale nie podawał mi swojego numeru - została mi tylko tajemnicza karteczka, która gdzieś zniknęła. Rozejrzałem się podejrzliwie po pokoju. Szukałem na biurku, na łóżku, pod łóżkiem, pod biurkiem, w szafie, w szufladach, na podłodze, parapecie - przeszukałem niemal wszystko. Już przymierzałem się do wyjścia z pokoju prosto do jaskini lwa w celu dalszych poszukiwań, gdy wyjąłem telefon, by sprawdzić godzinę. Wtedy też z mojej kieszeni wypadł stary bilet. Schyliłem się po niego i gdy spojrzałem przed siebie, na parapecie przy oknie leżała mała, biała karteczka. Od razu ją poznałem. Wpisałem numer i zacząłem się zastanawiać, czy nie byłoby lepiej po prostu do niego zadzwonić. O ostatnim "nieodebraniu" i tym, że właściwie nie mam pewności, czy to jego numer przypomniałem sobie dopiero po usłyszeniu drugiego sygnału oczekiwania. Właściwie już dzwoniłem, więc dziwnym by było, gdybym po prostu się rozłączył. Odebrał po trzecim sygnale. W tle słyszałem milknące głosy, więc na pewno nie był sam. No tak, ktoś taki jak on nigdy nie narzekał na brak towarzystwa, w końcu ludzie do niego lgnęli. Zazdrościłem mu?
- Halo?
- Witaj, tygrysie.
Wcale mu nie zazdrościłem.
W tle zabrzmiały jakieś dziewczęce chichoty.
Wcale.
- Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że nie będzie mnie jutro w szkole, więc musimy odłożyć dalsze robienie projektu na pojutrze.
- Dobrze tygrysie, jednak pamiętaj o swojej ocenie.
Zawrzało we mnie. Oczywiście, że pamiętałem. Zasrany Takashi nie musiał być taki troskliwy.
- Nie martw się o to, dam radę.
- Skoro już odmawiasz, to może chociaż dowiem się z jakiej przyczyny cię nie będzie?
Poczułem się zmieszany. Z jednej strony miałem ochotę opowiedzieć mu o wiecznie znerwicowanej matce i chorym ojcu, nawet dorzuciłbym jakże dramatyczny wątek z lepszym traktowaniem młodszego brata, ale uznałem, że to bez sensu. Zwyciężyła "druga strona".
- To sprawy prywatne - odparłem.
- Rozumiem. To do zobaczenia pojutrze, Shinji - rozłączył się.
Nawet nie zdążyłem pożegnać się bardziej zdawkowo od niego. Był zawiedziony? Nie, to nie mogło być to.
Poszedłem spać. Miałem dość tego dnia i sądząc po optymistycznym wieczorze, zerwałbym wszystkie struny w gitarze, albo co gorsza nie mógłbym jej nastroić, co doprowadziłoby mnie do szewskiej pasji i zrobiłbym to samo - tym razem celowo. Tak naprawdę wcale nie byłem nerwowy. Gdy kładłem się spać i odkładałem telefon, przed oczami mignęła mi data. Była środa. Trzy dni z siedmiu. Czwarty mi wypadnie. Zostaną tylko trzy na skończenie projektu i... w piątek mieli wracać oni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz