Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sadie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sadie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2014

[3/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)

03.quietus

Tup tup tup. Szedłem przed siebie.
Bu-bum bu-bum. Serce biło tak boleśnie.
Lewo prawo. Rozejrzałem się niespokojnie. Nikt czasem za mną nie idzie? Nie…towarzyszy mi tylko ciemność. Zbliżałem się do domu, spowitego światłem. Tam miałem ujrzeć coś, czego widzieć nie chciałem. Musiałem zniszczyć brud z mojego życia, albo sam umrzeć. Czułem bolesną pustkę. Moja egzystencja miała wartość zerową.
Tup tup tup. Drzwi. A co, jeśli będą zamknięte? Rozejrzałem się. Wyważę je. Pustka przeplata się z nienawiścią, tworząc otchłań. One dadzą mi siłę.
Moje ciało przeszył dreszcz, a na twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. W końcu moje nieszczęście miało zostać zakończone. Jednym ruchem wszystko miało rozpłynąć się. Moje niebo miało powrócić. Kwiat miał zakwitnąć się na nowo. Otchłań miała zamienić się w bezpieczny grunt. A gdyby ziemia nie powróciła, niebo wciąż byłoby niewidzialne, a kwiat zgniły, jak teraz? Wtedy…to bez znaczenia. Liczy się tylko tu i teraz. Byle dać upust emocjom. Byle zasmakować trującej krwi. Jej smaku, faktury dłońmi, koloru oczami…posmakować kolor. Wyczuję, czy jest szkarłatna, brunatna, a może ma jaskrawy odcień?
A moja krew? Nadgarstek…nie, później jej zasmakuję. Porównam ich smaki. Może to on? Może to smak mojej krwi, który wyczuwałeś przez skórę, był nieodpowiedni?
Razem z nim…znikną wszystkie moje zmartwienia, prawda? A przede wszystkim jedno. Dławiący żal. Już nigdy nie będę gorszy. Spojrzę na niego, na mojej twarzy zaigra szyderczy uśmiech. Zapytam, czy chce żyć. Zobaczę panikę w jego oczach… To będzie takie…cudowne! To musi być cudowne! Satysfakcja, że wreszcie…nareszcie! To ja będę górą. Patrząc, jak skomlesz, błagając o litość, uśmiechnę się pogardliwie i wypowiem ostatnie kłamstwo…och nie! Nie tak szybko…spełnienie jest tuż obok. Za tymi drzwiami, w głębi tego domu. Klamka. Otwarte! Jak nieostrożnie. A może się mnie spodziewa? Może tak naprawdę pragnie śmierci przez to, co sam mi zrobił? Niemożliwe…ludzie nie są altruistami. Zrobił to z premedytacją, cholernie egoistycznie.
Czwarta szuflada…chochla i wreszcie upragniony…tasak. Chwytam go. Jest całkiem ciężki i pokaźny. Czuję się niczym dziewczynka z Higurashi no naku koro ni. To takie ekscytujące, choć nigdy nie byłem zapalonym otaku.
Spojrzałem. Obciąłem mu łeb. Poleciał w bok, na ziemię. Postawiłem na nim nogę. Zobaczyłem…krew

Aki…kocham cię tak mocno…wciąż…nieważne, co się stało. Te wszystkie chwile, które przeżyliśmy razem zostały tak okrutnie przekreślone w jednej chwili. Przekreślone przez niego! On jest temu winien! Ale nie martw się, Aki…już niedługo nasz problem zostanie rozwiązany. Znów dosięgniemy szczęścia!
Przed wejściem leży brązowa wycieraczka. Okaerinasai. To takie urocze! Ale Aki nie poleciał na gówno do wycierania podeszwy buta, którym zmiażdżę jego głowę…jego…tego, który zabrał mi cały świat…dla kaprysu? Nie obchodzi mnie to.
Buty. Czyli jednak tu jest. Zostawiam swoje. Chyba nawet z przyzwyczajenia.
Mój ukochany, będziesz ze mnie dumny, gdy udowodnię ci, że zrobię wszystko dla szczęścia Twojego, mojego…naszego. Chłód przeszywa moje ciało, mimo że czuję, jak ciepło jest w pomieszczeniu. To na pewno jego wina. Kiedy on zniknie…powróci ciepło. Na pewno. On…Aki, on jest temu winien. Dlaczego tego nie widzisz? Nie chcesz? A może widzisz, ale nie chcesz odwrotu? Przyszedłem tu, by…
Korytarz. Rozglądam się. Komoda, lustro…można by je rozbić o jego głowę, czyż to nie urocze? Albo jego głowę o nie. Ach, gdyby miał dwie głowy, mógłbym sprawdzić, w którym przypadku wykrwawi się szybciej. Kwiatki. Doniczka z kwiatami na komodzie. Przeszedł mnie dreszcz, a uśmiech zszedł z mojej twarzy. Wiedział? Aki, powiedziałeś mu? Szydzi ze mnie!
Kuchnia… szuflada pierwsza – przyprawy. Można by go otruć, ale nie mam czym. Cyjanek potasu. Szkoda, że nie trzyma go w domu, choć może…? Kto może wiedzieć?
Druga szuflada – słodycze. Niedługo poczuję słodycz lepszą od każdego wyrobu z dodatkiem cukru na świecie!
Trzecia szuflada – sztućce. Łyżeczki, widelczyki, widelce, noże…a gdyby mu wydłubać oczy? Można to zrobić na tyle sposobów! Zrobię Ci z nich biżuterię, co Ty na to, Aki?
Noże…ale małe…za małe…
Wyszedłem z kuchni. Znowu komoda. Kwiaty. Ironicznie fioletowe. Ironicznie kwitnące. Ironiczne w samej swojej obecności. Nawet ich główki zdają się uśmiechać, szydzić…wcale nie jestem od niego gorszy! Nie będę…to on zacznie skomleć, jak pies!
Kwiaty...Wziąłem je. Podszedłem do okna i wyrzuciłem, lecz na tyle cicho, by nie zostać usłyszanym.
Tup tup tup. Schody. Pierwszy stopień. Całym moim ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy usłyszałem jęk. Moje serce znów zaczęło walić, jak oszalałe, a ciało niekontrolowanie drżeć. W jednej dłoni trzymałem nóż. Drżała. Druga była zaciśnięta w pięść. Również drżała. Co się ze mną dzieje? Drugi stopień. Trzeci. Czwarty. Coraz mocniejsze drżenie. Coraz głośniejsze, intensywniejsze jęki. Drzwi. Tuż przede mną. Tylko one dzieliły mnie od szczęścia. Miałem ochotę rozpłakać się z radości, że już zaraz… jeszcze tylko chwila i wszystko zostanie naprawione! Uczynię to własnymi rękami. Położyłem dłoń na klamce i nacisnąłem ją. Jęki nie ustawały. Otworzyłem drzwi. Łóżko. Przewrócona butelka. Dwie pary kapci tuż przy posłaniu. Ciało. Mój Aki cały nagi. Taki, jakiego tylko ja mogłem oglądać! Widziałem tylko jego nogi, wystające spomiędzy brudnych ud tego…
Wiedziałem, że to on. Rozpoznałbym go wszędzie. Bezszelestny krok. Pierwszy, drugi…
On nad nim. Ta bestia! Ten obrzydliwiec! Całował mój świat, spoczywający pod nim, jakby był nic niewart. Chciał wyładować na moim ukochanym swoje żądze? Dlatego mi go odebrał?
Podszedłem do nich. Wtedy Aki otworzył oczy. Poczułem, że uśmiech schodzi z mojej twarzy. Jedna dłoń dołączyła do drugiej, zaciskając się na rękojeści tasaka, zamachnąłem się i…chlusnęła krew. Zarżnąłem go, jak świnię. Wtedy do moich oczu napłynęły łzy szczęścia…
…Aki…dużo krwi…był ranny…za dużo krwi!...był martwy…zabiłem nie jego, a ich. Przeciąłem go…Akiego…mojego ukochanego…dlatego…to samo musi stać się ze mną…ale on…Mizuki…nie żyje…teraz pójdę do Ciebie, mój ukochany. Spotkajmy się w niebie.
Chłód ostrza przy gardle.
Zamachnięcie.
BÓL.

Ciemność…

niedziela, 24 listopada 2013

[2/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)


02.decay

W trakcie próby usłyszałem dzwonek telefonu, świadczący o dojściu wiadomości i zarządziłem przerwę. Tego dnia byłem z siebie wyjątkowo zadowolony – planowałem wziąć Akiego na kolację. Miałem już zarezerwowany stolik w restauracji, a nawet pokój hotelowy, żebyśmy mogli ze spokojem się napić i należycie spędzić noc. Uśmiechnąłem się na samą myśl…
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Wiadomość od Akiego…
Wybacz, nie umiem kochać. Nie możemy być razem, ja nie potrafię… Jestem zbyt niedojrzały na Twoje uczucie, to kompletnie inny poziom…wybacz mi. Może jeszcze kiedyś nauczę się kochać… Żegnaj,Hazuki”
Zamrugałem ze zdziwienia i jeszcze raz uważnie przeczytałem wiadomość. Zmroziło mnie. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. Chwilę mi zajęło, zanim byłem w stanie coś zrobić poza wpatrywaniem się w ekran telefonu. Poczułem ścisk w żołądku. Nie mogłem dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Wybrałem numer Akiego. Myślałem, że może to żart, ktoś mu ukradł telefon, albo w najgorszym wypadku pomylił numery, choć nie przypominałem sobie, by znał innego Hazukiego. Nie odebrał. Mimo to we mnie tliła się jeszcze krzta idiotycznej nadziei. Poczułem dłoń na ramieniu. Gdy się odwróciłem, za mną stał Yusuke. Reo z Akinorim śmiali się z czegoś, pokazując sobie bliżej nieokreślone znaki na migi.
- Hazuki? Wszystko dobrze? – zapytał Yusuke, zdejmując dłoń z mojego ramienia.
Przytaknąłem niemrawo.
- Możemy zaczynać?
- Wiesz… Coś mi wypadło, przećwiczcie resztę beze mnie – powiedziałem, pospiesznie wychodząc.
Na dworze uśmiechnęło się do mnie jakże ironiczne słońce. Byłem skołowany. Wpatrywałem się w chodnik. Serce próbowało za wszelką cenę wyrwać się z mojej piersi. Co to miało znaczyć? Wygrzebałem z kieszeni paczkę fajek i odpaliłem jednego. Aki nie lubił tytoniu na mnie, więc będąc z nim bardzo się ograniczałem, ale w tamtej chwili o niczym innym nie marzyłem tak bardzo, jak o zbawiennej dawce trucizny, która wpuszczana do organizmu, przyciągała do siebie cząsteczki stresu, bym mógł wypuścić go wraz z dymem. Wypaliłem jednego. Serce waliło wciąż tak samo. Żołądek wciąż był niemiłosiernie ściśnięty. Do oczu cisnęły się suche łzy, a na domiar złego zaczęły drżeć moje dłonie. Panikowałem. Zapaliłem więc drugiego.
Potrzebowałem wyjaśnienia. „Nie potrafię kochać”? Przecież już przez to przeszliśmy…razem. Zagryzłem wargę. Wtedy postanowiłem do niego pojechać. Podróż dłużyła mi się niemiłosiernie i byłem wyraźnie spięty. Gdy już dotarłem, nikt mi nie otwierał. Czekałem do nocy. Później wróciłem do siebie. Wskoczyłem pod prysznic, ale on też nie był w stanie zmyć ze mnie goryczy. Później wszedłem do łóżka. Nie spałem. Leżałem tępo wpatrzony w sufit. Myślami znajdowałem się kilka miesięcy wcześniej, co dodawało mojej goryczy znamię tortury.
Całą wieczność później niebo zaczęło się rozjaśniać. Słońce powoli pojawiało się za horyzontem. Zwykle wschód po zarwanej nocy mijał mi o wiele szybciej. Powinienem wtedy napisać do Yusuke, że mnie nie będzie… Ostatecznie postanowiłem, że zrobię to później.
Wraz z odejściem Akiego wszystko w jakiś nieprawdopodobny sposób straciło swoją dotychczasową wartość. Gdy w nocy chwyciłem bas, każda melodia falami wypływająca spod moich palców, zdawała się być pusta. Tak, jak ja sam. Odłożyłem go stosunkowo szybko jak na mnie. Lubiłem to, ale w tamtej chwili… Wszystko stało się niczym. Opanowała mnie pustka.
Kilka dni później odwiedzili mnie pozostali członkowie zespołu. Dostali się do mojego domu zupełnym przypadkiem, kiedy wychodziłem po niezbędny do funkcjonowania tytoń (jeśli nie ta, to może następna wreszcie da mi ukojenie…). Równie przypadkowo dowiedziałem się, że Aki spod moich skrzydeł wskoczył prosto w ramiona Mizukiego.

<< Poprzedni rozdział                                                                                                 Następny rozdział >>

niedziela, 13 października 2013

[9/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

Bardzo dziękuję, Amidamaru. Wielokropki postaram się poprawić i bardzo Ci dziękuję za tę uwagę oraz za cały komentarz, aż się wzruszyłam ; ;
W gruncie rzeczy ostatni rozdział miałam już wcześniej napisany i gdyby nie Twój komentarz, pewnie by tu nie zagościł.
Ostatni rozdział nie jest absolutnie niczym odkrywczy, ale przecież całe opowiadanie miało być "lekkie, łatwe i przyjemne". Zapraszam na końcówkę:



Patrzyłem oniemiały na sylwetkę Tsurugiego. Przyszedł po resztę rzeczy? Milczał, patrząc na mnie. Bynajmniej nie wyglądał, jakby przyszedł po resztę rzeczy z uwagi na dwie wielkie wypchane torby, które miał ze sobą. W jego oczach ujrzałem smutek. Mimowolnie wstałem, podszedłem do niego i przygarnąłem, by przytulić. Nawet nie myślałem, co robię. Nawet nie wiedziałem, czy to mój skołatany umysł płata takie figle, lecz ciepło ciasno wtulonego we mnie ciała mówiło coś zupełnie innego. 
- Kao… - zaczął, a ja milczałem, czekając cierpliwie, aż kontynuuje. – Gdy byłem z Mao… gdy zaczął mnie całować, rozbierać i… - przerwał, a we mnie zaczęło wrzeć. - … uprawialiśmy seks… - westchnąłem głośno, lecz Tsurugi kontynuował po kolejnej chwili milczenia - … ja zrozumiałem, że nie kocham jego, tylko ciebie, Kaoru. 
Zamarłem. W głowie miałem kompletny mętlik, choć wszystko sprowadzało się do jednej optymistycznej myśli - kocha mnie. Przez chwilę stałem jak wryty, by spojrzeć w jego oczy i pocałować prosto w usta. Oddał pocałunek, a ja go pogłębiłem. Gest ten wyrażał tęsknotę ostatnich chwil. Nie zwracając już uwagi na nic, daliśmy się pochłonąć. Trafiliśmy do krainy zmysłów, niczym nabuzowane hormonami dzieciaki. Nawet mi to nie przeszkadzało. On sam pociągnął mnie do sypialni, położył się, wciągnął mnie na siebie i zaczął pospiesznie rozbierać. Chaotyczne ruchy miały w sobie jednak jakiś element czułości. Nigdy wcześniej nie kochaliśmy się tak świadomie, bez ukłucia żalu, wynikającego z efemeryczności każdego gestu, chwili bliskości. Od teraz wiedzieliśmy, że nietrwała „wieczność” stoi przed nami otworem. Wiedziałem to przede wszystkim ja. Kochaliśmy się, jak nigdy dotąd. 

Leżałem, obejmując go w pasie z głową wspartą na torsie. Słyszałem jego jeszcze trochę za szybko bijące serce. Uśmiechnąłem się, czując smukłe palce, błądzące w kosmykach moich włosów. 
- Tsu – wymruczałem. 
- Taak? – zapytał z nutką radości w głosie. Nie musiałem na niego patrzeć, by wiedzieć, że się uśmiecha. 
- Wyrzucił cię? 
Usłyszałem jego ciche westchnięcie. 
- Właściwie po tym, jak my… z Mao… przyszedł Mizuki… 
Spojrzałem na niego, opierając się brodą o jego mostek. Uniosłem do góry jedną brew. 
- I? 
- Wtedy się kłócili… aż mnie wyrzucili... 
Zbił mnie z tropu. 
- I przy… 
- Nie – przerwał mi – to nie tak. Uświadomiłem sobie to już wcześniej, zanim jeszcze Mizuki wszedł… zresztą… n​ie mówmy już o tym… bo ja kocham tylko Ciebie, Kaoru. 
Uśmiech zakochanego idioty wrócił na moją twarz. Pomimo świadomości, że zaraz zniknie, bo jest równie efemeryczny jak my, pozwoliłem głupiej radości mną zawładnąć.

piątek, 2 sierpnia 2013

[1/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)

Od autora: Bo wszystko ma swój koniec.

01. Nascency
Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno. Wpadał przez okno sypialni, rzucając srebrzysto-białe światło na ogromną dębową szafę. Widziałem smugę światła tylko kątem oka, gdyż cała moja uwaga skupiona była na leniwym, acz miarowym przeczesywaniu włosów ukochanego, który leżał z głową wspartą na moim torsie. Jedną ręką obejmował mnie w pasie.
Nie mogłem spać. Patrzyłem na jego pogrążoną w śnie twarz. Miał zamknięte powieki, pełne usta, trochę przesuszone. Był taki, jak zwykle, a mimo wszystko coś wzbudzało mój niepokój.
- To absurdalne – pomyślałem – boję się niczego. Przecież nic nie ma prawa się stać.
Dopiero wtedy, stłumiwszy duszące serce uczucie, udało mi się usnąć.
Dziwne.

Obudziłem się. Otworzyłem powoli oczy, rozglądając dookoła, ale czułem tylko ciepło, bijące jeszcze z miejsca obok na łóżku, natomiast Akiego ujrzałem dopiero w drzwiach. Stanął, patrząc na mnie niepewnie. Uśmiechnąłem się do niego, usiadłem i skinąłem głową, by podszedł. Zachwiał się i zaczął zbliżać w moją stronę. Gdy tylko znalazł się w zasięgu moich rąk, złapałem jego dłoń, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem łapczywie. Poczuwszy lekkie drżenie jego ciała, zacisnąłem mocniej palce na jego dłoni. Zaczął się rozluźniać, a ja przybliżyłem się do niego, całując pełne wargi. Wsunąłem między nie język i zacząłem penetrować ich wnętrze. Cudowna chwila. Jedna z tych, które lubiłem najbardziej, gdy mogłem znajdować się zupełnie blisko, nie czując bijącego od niego strachu. Widziałem to już na samym początku, gdy tylko go poznałem. Pierwszy raz zdarzyło się, żebym odczuwał aż tak ogromną potrzebę pomocy komuś. Jemu. Czułem się, jak dziecko, pobudzony hormonami nastolatek, poddając przyjemnemu ciepłu i endorfiną, która rozlewała się po całym moim organizmie. Było pięknie.
Położyłem się na nim, nie przestając całować. Splotłem palce naszych dłoni tuż przy jego twarzy. Byliśmy nadzy. Oderwałem się od jego ust i zacząłem wargami pieścić resztę ciała. Słyszałem ciche jęki. Ja i on byliśmy szczęśliwi, więc nie było w tym nic złego.
Dyszałem, wychodząc z niego i kładąc się obok. Przytulił się do mnie niemal od razu. Właśnie wtedy czułem się panem całego świata.
- Hazuki? – usłyszałem cichy głos.
- Tak? – mruknąłem zadowolony.
- Kocham cię – powiedział ledwo słyszalnie.
Uśmiechnąłem się niekontrolowanie szeroko.
- Zdecydowanie nie pasujesz na zakonnicę, kocie.
Zamilkł.
- Chodź pod prysznic.
- Uhm.
Poszliśmy. Najpierw ja, potem on. Otworzyłem drzwi do kabiny i wpuściłem go, po czym sam dołączyłem. Odkręciłem wodę i przywarłem do jego warg. Woda, spływająca po naszych ciałach tylko wzmagała wrażenia. Kochaliśmy się po raz drugi.
Umyłem dokładnie jego ciało, potem on zrobił to samo z moim. Na jego twarzy prawie w ogóle nie pojawiał się uśmiech.
Gdy go wycierałem, spojrzał na mnie nieśmiało. Pierwszym słowem, który cisnęło się na moje usta było uroczy.
Właściwie to on nauczył mnie szczęścia. Wcześniej żyłem dla siebie, ze sobą…wydawało mi się, że dobrze radzę sobie w życiu, a właśnie ta zwyczajna egzystencja jest szczęściem. Nic bardziej mylnego. Prawdziwą radość z istnienia odnalazłem właśnie w nim.
- Czy… czy ty, Hazuki, na pewno chcesz być ze mną? Ja… nie potrafię kochać.
- Jasne, że chcę. Przecież widzę, że na mnie lecisz, zakonnico – zaśmiałem się, on też. – Miałeś bardzo zgrabny tyłek w tym habicie – uśmiechnąłem się i pocałowałem go namiętnie. Lubiłem zatracać się w uczuciu bliskości jego ust, ciała czy nawet swoistej synchronizacji naszych organizmów. To wszystko było tak przepiękne, słodkie i mdłe, że aż można było tym rzygać, lecz ja zachłysnąłem się ślepym szczęściem miłości, które nie przepada za wymiocinami.
Kochaliśmy się – nie, nie uprawialiśmy seksu. Nigdy tego nie robiliśmy. Zawsze się kochaliśmy. Nieważne, czy to ja jego, czy w późniejszym okresie on mnie…nigdy nie było to mechaniczne, gdyż każdy ruch wypełnialiśmy uczuciami.
Konflikty żegnaliśmy dość szybko. Zdarzyło się, że zbił lustro, by się pociąć. Już nawet nie pamiętam o co poszło, lecz od tamtej pory nie spuszczałem go z oczu.
Było cudownie. Idealnie. Niczym słodycz…ale nieporównywalna do ciastek czy bzów. Słodycz, której smakuje podniebienie serca. Słodycz, która jednocześnie jest…trucizną.

                                                                                                                                  Następny rozdział >>

poniedziałek, 25 marca 2013

[one shot] "Różana chwila" Hazuki(lynch.)xAki(Sadie)

Od autora: Pisane z punktu widzenia Hazukiego.

Kolejny rok.
Stoję w pustym pokoju, spowitym mrokiem. Żaluzje w oknach są zasłonięte. Siedzę na kanapie, obok mnie jest mały stoliczek, a przede mną telewizor. Pomieszczenie nie jest zbyt wielkie, zaś dalej łączy się z kuchnią, acz…czy to ważne?
Sięgam na oślep w kierunku stolika. Pod moimi palcami pojawia się śliski materiał, zaciskam na nim dłoń i zabieram. Dotykam go też drugą dłonią. Badam fakturę. Przed oczami mam karmazynowy kolor…
Zaledwie dwanaście miesięcy temu wszedł do tego pokoju trochę za wcześnie. Wciąż pamiętam iskierkę rozbawienia, która rozbłysła w jego oczach, odbijając się na poruszonych lekko kącikach ust, gdy zobaczył mnie zupełnie nagiego, zaplątanego w czerwoną wstążkę. Wpadłem na genialny pomysł, żeby na urodziny podarować mu siebie.
Na mojej twarzy pojawia się gorzki uśmiech.
Nie ma go. Zniknął. Nieważne, ile razy otwierałbym oczy i przecierał je, chcąc zbudzić się z najgorszego koszmaru, jaki mógł mi się przytrafić, przede mną zawsze widniałaby pustka.
Puszczam śliski materiał karmazynowej wstążki, która osuwa się w dół i spada w nicość.
Moje palce znów wyciągają się w kierunku stolika. Tym razem muszą podążyć dalej, by poczuć ukłucie bólu. Odruchowo odsuwam rękę, by po chwili znów ostrożnie chwycić nią gładką gałązkę pomiędzy kolcami. Przysuwam kwiat do swojej twarzy i topię nos w płatkach, przez chwilę otumaniony zapachem. Nie jestem w stanie opisać go słowami, jest zbyt niezwykły. Mógłbym go jedynie porównać do niego i miejsca w moim życiu, które zajął.
Czuję nieprzyjemne ukłucie żalu gdzieś w duchowym wnętrzu. Tchnięty nagłym kaprysem, odrywam jeden z palców, spoczywających na bezpiecznej łodydze i dotykam kolca stwardniałym opuszkiem. Początkowo delikatnie, później coraz mocniej, aż kolec przebija się przez warstwę naskórka, zostawiając w palcu niewielką dziurkę.
Właściwie po co?
Chwytam znów łagodną część kwiatu i upuszczam go, a on spada w nicość.
Wyciągam znów dłoń, jeszcze dalej, niż poprzednio. Zaciskam palce na metalowej rączce. Przyciągam go do siebie. Czuję chłód metalu na skroni…
Żegnaj.
…i pogrążam się w nicości.

poniedziałek, 25 lutego 2013

[8/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

Słyszałem upuszczane kluczyki na ziemię. Nie musiałem na niego patrzeć, by widzieć kumulujące się w oczach łzy. Odepchnąłem od siebie Mizukiego.
- Co ty robisz, idioto? – warknąłem i zarejestrowałem tylko jego idiotyczny uśmieszek, bo już zrywałem się z kanapy, by biec za Tsurugim. Wypadłem z mieszkania i widziałem jego sylwetkę. Poziom adrenaliny w organizmie zwiększył się wprost proporcjonalnie z siłą moich mięśni. Biegłem za nim, gdy zobaczyłem, że wpada zapłakany w czyjeś ramiona. Po chwili zarejestrowałem, że był to Mao. Spojrzał na mnie znad ramienia Tsurugiego. W jego oczach widziałem chorą satysfakcję i wtedy się we mnie zagotowało. Podbiegłem bliżej. Zdyszany, rozłączyłem ich jednym ruchem ciągnąc Masao za ramię. Nawet się nie zorientowałem, kiedy moja pięść dotknęła jego twarzy. Przewrócił się, a ja mordowałem go wzrokiem. W jego oczach ujrzałem strach, który jeszcze bardziej mnie nakręcał.
 - Kao… - Tsurugi kierował się w naszą stronę.
 - Nie będziesz go krzywdził. Nie będziesz się bawił nim, ani jego uczuciami. Już nigdy więcej!
Masao wstał i nim się zorientował, znów mu przyłożyłem. Wtedy podbiegł do mnie Tsurugi.
 - Co ty robisz?! - mówił, odpychając mnie i pomagając wokaliście wstać. Uśmiechnąłem się smutno.
- Czyli to już koniec - pomyślałem. - Cóż…przykro mi, że tak to się skończyło - powiedziałem, odchodząc. Zarejestrowałem jeszcze, jak Tsurugi pomaga Masao wstać. Wróciłem do siebie, zamknąłem drzwi i uderzyłem w nie pięścią. Pozwoliłem mu odejść, ale przecież tego chciał. Położyłem się do łóżka. Chciałem jak najszybciej zasnąć. W przypływie skrajnej desperacji doszedłem do wniosku, że mogę nawet nigdy się nie budzić. Nie potrafiłem się nawet rozpłakać, a złość stopniowo zastępowana była przerażającą pustką. W mojej głowie krążyło wiele myśli, ale każda z nich zdawała się być emocjonalnie bezwartościowa. Nie spałem do rana. W mieszkaniu panowała cisza. Leniwie wstawało ironiczne słońce, a na zewnątrz słychać było pierwsze samochody, pospieszne kroki przechodniów i inne miejskie odgłosy. Przełknąłem ślinę. Jedynym, co było w stanie zapełnić moje serce stała się myśl, że może Tsurugi za chwilę pojawi się w progu mojego mieszkania, lecz napawała je tylko bólem, więc wolałem tego typu niedorzecznych przypuszczeń nawet nie dopuszczać do myśli. Zrobiły to same bez mojej zgody. Kłujący ból wyrzutów, kierowanych do samego siebie, Mao, Mizukiego i całego świata, a nawet do woli Tsurugiego. Mój żołądek był niemiłosiernie ściśnięty, przez co miałem wrażenie, że nawet po wypiciu porannej kawy, zostałaby ona w tempie natychmiastowym zwrócona. Czułem się obrzydzony samym sobą i wszystkimi wydarzeniami poprzedniego dnia. Potrzebowałem czasu. Najchętniej nie wpuszczałbym do mojego małego, jeszcze przesiąkniętego zapachem kochanka światka nikogo. Tkwiłbym tu przez kolejne dziesiątki lat i zdechł, jak zwierzę. Zawsze krytykowałem użalanie się nad sobą, lecz dopiero wtedy zrozumiałem jego faktyczną istotę, uświadomiłem sobie, że mimo braku sensu, po prostu przychodziło i nie dało się odgonić. Wtedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Raz. Drugi. Trzeci. Spojrzałem na nie i usłyszałem szczęk klucza w zamku. Nie ruszałem się z miejsca, wpatrując tępo w drzwi, gdy otwierały się powoli, ukazując sylwetkę gościa.




C.D.N

sobota, 16 lutego 2013

[7/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

07.


- Kaoru…Mao…Kaoru…Mao… – słyszałem czyjś przytłumiony głos. Niewyraźne słowa dochodziły do mnie. Barwa zdecydowanie była znajoma. Tsurugi? Każde słowo zdawało się być wypowiedziane przez kogoś, kto znajdował się coraz bliżej i bliżej… Moje imię jako ostatnie zostało wyszeptane wprost do mojego ucha, gdy obudziłem się, otwierając szeroko oczy i biorąc głęboki haust powietrza do płuc. Ken siedział na brzegu łóżka, w dłoni miał telefon i coś na nim najwidoczniej pisał.
- Tsu?
Odwrócił się przodem do mnie i uśmiechnął dość nikle.
- Tak? – zapytał.
- I jak?
- Napisał – powiedział już ciszej, a jakikolwiek cień uśmiechu zniknął z jego twarzy. Odłożył telefon i przysunął się do mnie. – Nie wiem, co mam robić, Kaoru.
Najlepiej daj mi wrzucić go do studni za wszystkie wypłakane przez ciebie łzy z powodu jego iście dupnych zachcianek.

Westchnąłem, gryząc się w język, by nie wypowiedzieć żadnej ze zgryźliwych myśli.
- Co czujesz? – zapytałem za to bezpiecznie.
- Nie wiem – odparł cicho.
Wtedy poczułem, że nagle coś we mnie pękło.

- A czujesz coś do mnie? Po co ja w ogóle się na cokolwiek silę, skoro nigdy nie usłyszałem od ciebie, że chcesz ze mną być, tylko ciągle o Mao! Zasrany Masao niech się pieprzy z kim chce! Zdradził cię po raz kolejny, znowu chcesz mu zaufać?!
Spojrzał na mnie zaskoczony. Nie dziwię mu się, rzadko kiedy puszczają mi nerwy na tyle, bym mówił, co mi ślina na język przyniesie. Żeby przerwać krępującą ciszę, przyciągnąłem go do siebie i pocałowałem. Na początku zdawał się być niepewny, lecz później się ośmielił.
Kochaliśmy się.
Zdyszany z uśmiechem na ustach, wsparty na moim torsie przeczesywał kosmyki włosów, należących do mnie.

- Wiesz Kaokao… - zaczął jakby od niechcenia, wciąż bawiąc się zniszczonym owłosieniem na mojej głowie.
- Słucham cię.
- Kocham cię – wyszeptał. – Tak naprawdę zakochałem się w tobie od naszego pierwszego spotkania, wiesz?
Zamurowało mnie.

- Mao…dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę kochałem ciebie. Dziękuję, że byłeś i jesteś przez cały ten czas.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc tylko przytuliłem go do siebie pewnie. W tamtej chwili czułem się, jak pan wszechświata. Uśmiech sam z siebie zagościł na mojej twarzy.
- Mamy dziś próbę – zaczął – więc powiem mu, jak to wygląda i wrócę do ciebie wieczorem, dobrze?
To wszystko było tak piękne, że aż wydawało mi się zupełnie nierealne, niczym sen.
- Dobrze – przytaknąłem. Pocałował mnie jeszcze przelotnie w usta i poszedł się szykować. Zrobił to dość sprawnie i wyszedł z domu. Chciałem go podwieźć, ale mówił, że sam chętnie się przejedzie.
Siedziałem więc sam w domu. Zdążyłem pójść po zakupy i wziąć się za sprzątanie, gdy otrzymałem wiadomość od Kyo:
Wciąż jestem kurwa w szpitalu, mówią, że mnie nie wypuszczą przynajmniej przez następne jebane dwa tygodnie.

Westchnąłem lekko podirytowany, ale po chwili w mojej głowie pojawiła się wizja kolejnych dwóch tygodni spędzonych z Tsurugim. Zapowiadało się naprawdę ciekawie. Tym bardziej, że z tego, co mówił za kilka dni mają tygodniowe wolne.
Roześmiałem się. Jeszcze rok temu w życiu coś takiego nie przyszłoby mi do głowy, że przerwa w pracy może być pozytywna, oczywiście poza ewentualnymi wakacjami czy wieczornym piwem, którego również dawno nie piłem. Zmieniłem się.

Zrobiłem sobie przerwę w sprzątaniu, żeby wypić kawę, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Zerknąwszy na zegarek, uznałem, że Ken musiał wcześniej skończyć próbę. Otworzyłem drzwi. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie stał w nich Tsurugi.
Zmarszczyłem brwi. Czego chciał ode mnie Mizuki?
- Coś się stało? – zapytałem.

- Nie, chciałem tylko wejść i powiedzieć ci o czymś – mówił niby zwyczajnie, ale coś było zdecydowanie nie tak.
Mimo to, jak na gospodarza przystało wpuściłem go do środka i wskazałem drogę do salonu, w którym stała kanapa. Usadowił się na jednym jej końcu, a ja na drugim.
- Zatem o czym chciałeś mi powiedzieć?
- O czymś baardzo ważnym – uśmiechnął się do mnie po swojemu, przybliżył i położył dłoń na moim kolanie, którą próbowałem strącić i odsunąć się od niego, lecz on zbliżał się coraz bardziej, nachalniej, nieprzerwanie próbując umiejscowić rękę w tym samym miejscu. Nagle mnie pocałował, nawet nie zauważyłem, kiedy zdołał na tyle zmniejszyć dzielący nas dystans. Wtedy usłyszałem aż za dobrze znany sobie głos.
- Kao… - Tsurugi urwał w połowie słowa.

[6/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

06.


Wróciłem do swojego lokum. Siedziałem na kanapie przed włączonym telewizorem, którego nawet nie oglądałem, mordując wzrokiem leżący na stoliku naprzeciw mnie telefon. Czekałem na jakikolwiek sygnał. Właściwie dostałem ich już kilka w postaci wiadomości. Pierwsza była od jakiejś porno-wróżki, druga od Kyo, trzecia oferowała wygranie jakiejś bajońskiej ilości pieniędzy, a czwarta była jakąś cholerną pomyłką. Siedziałem jak zahipnotyzowany, nawet nie słysząc grającego w tle pudła. Czułem się potwornie źle. Właściwie nawet nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Nigdy nie przejmowałem się w takim stopniu nikim, nie odczuwałem takiego stresu. W końcu przypomniałem sobie o pierwszej i ostatniej słodyczy mojego życia – gitarze. Wstałem i poszedłem po nią, zacząłem brzdąkać coś przypadkowego. Nie lubiłem takiego niepraktycznego ćwiczenia - jak już grać, to coś konkretnego, ale tego dnia wybitnie nie miałem ochoty klepać starego repertuaru. Nawet się nie zorientowałem, kiedy przypadkowe brzdąkanie przeszło płynnie w pierwsze dźwięki do The Pledge w wersji unplugged. Uśmiechnąłem się pod nosem. Przymknąłem oczy, wsłuchując się w gitarę, lecz w pewnym momencie zaczął mi przeszkadzać krzykliwy prezenter w telewizji i piskliwy głos jakiejś gościnnie występującej Japonki. Wyłączyłem go i zacząłem znów grać. W głowie zaczęła pobrzmiewać dialogująca z moją druga gitara. Zacząłem się powoli rozluźniać. Jakby świat dookoła mimo mojego istnienia w nim, przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Wyjątkowe chwile, gdy gitara nie łączyła się z rutynową pracą i mobilizacją reszty. W końcu zawsze, gdy zacząłem grać, reszta zbierała się nawet, jeśli zdecydowanie nie mieli na to ochoty. Telefon zaczął wibrować. Przestałem grać i położyłem prawą dłoń na strunach, by przestały brzmieć. Spojrzałem na wyświetlacz i przyglądałem mu się jeszcze przez chwilę, po czym powoli wyciągnąłem do niego rękę i chwyciłem niespiesznie. Odblokowałem klawiaturę. Nowa wiadomość od Tsurugiego.


Cześć Kaokao, czekam na Ciebie pod wytwórnią :*

Kamień spadł mi z serca.

Odłożyłem gitarę na kanapę, wziąłem tylko kluczyki i telefon, zmieniłem obuwie, po czym wyszedłem. Niecałe pół godziny później parkowałem pod wytwórnią, z której wyszedł uśmiechnięty Tsurugi. Podchodził do mnie, gdy ujrzałem w drzwiach Mao, piorunującego mnie wściekłym spojrzeniem. Nie zwróciłem na niego większej uwagi, witając się z Ken’em. Pocałowałem go krótko na przywitanie, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do domu. Mówił przez całą drogę.
- No i wtedy Mizuki oblał Akiego wodą, a Aki kazał mu się wynosić…to tak śmiesznie brzmiało, bo powiedział to ze stoickim spokojem, jak zwykle – opowiadał radośnie, gestykulując. Nieważne, jak bardzo niepoważny by wtedy nie był, lubiłem go w takim stanie, wydawał się być naprawdę szczęśliwy. – Mizuki udał obrażone dziecko i poszedł – kontynuował. - Potem Mao chciał, żebyśmy też wyszli… - wytężyłem słuch.
- Tak? Po co?
- Pytał mnie, co z nami… - Tsurugi widocznie posmutniał.
Odchrząknąłem głośno.
- I co mu odpowiedziałeś?
- Ja… - jego głos się załamał - …nie chciałem, żeby odchodził…ale sam to zrobił… Zaczął opowiadać, że z Mizukim to był tylko jednorazowy wyskok, ale nie wiem, czy jestem w stanie mu wybaczyć.
Dojechaliśmy. Zatrzymałem samochód i spojrzałem na niego.
- Tsurugi… - spojrzałem na niego uważnie. Nie czułem łez, nawet nie chciało mi się płakać, tylko dziwne skręcanie w żołądku. Gdy ujrzałem, że się rozpłakał, cała moja pewność siebie i liderowa niezłomność gdzieś uleciały. Wyjąłem kluczyki, wysiadłem i otworzyłem drzwi od strony pasażera. Pochyliłem się nad nim, by wyciągnąć z samochodu. Przytuliłem go mocno. – Możesz u mnie zostać, jak tylko długo zechcesz.
- Ale…Kaoru…
- To żaden problem. Wejdźmy do środka.
Weszliśmy. Posadziłem go na krześle w kuchni i zacząłem robić kolację. Żaden z nas już nic nie mówił.
Postawiłem przed nim kanapki i herbatę. Spojrzał na mnie lekko podpuchniętymi od płaczu oczami i uśmiechnął się smutno. To zdecydowanie nie był ten sam figlarny wyraz twarzy, z którym podawał mi tego ranka śniadanie.
Wtedy doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie uda mi się sprecyzować naszych relacji, ale dopóki on przy mnie trwa, nie może być źle.
 Zjadł i wypił, po czym wziąłem go na ręce i zaniosłem do łóżka. Sam położyłem się obok, objąłem go ciasno i zasnęliśmy.

[5/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

05.


Zdębiałem. Przez chwilę siedziałem po prostu wpatrując się w wyświetlacz telefonu. Gdy się otrząsnąłem, zawładnęła mną złość.

Opcje > usuń wiadomość



Czy na pewno chcesz usunąć wiadomość od: Mao <3?
Tak

Nie wiedziałem, czy robię dobrze, ale nawet nie chciałem tego wiedzieć. Nie mogłem też dopuścić, by Tsurugi znów cierpiał. Z drugiej strony czułem, że właśnie wtedy zacząłem się sam wplątywać w coś ciężkiego. Zresztą wiedziałem o tym, gdy po raz pierwszy kochaliśmy się z Ken’em…i wtedy, gdy usunąłem pierwszego sms’a od Masao.
Odłożyłem jego telefon i przytuliłem ciało ukochanego mocniej do swojego. Pogłaskałem go po głowie.
- Tsuu…chodź, idziemy się położyć.
Wymamrotał coś, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Był uroczy. Zsunąłem go na miejsce obok, on się zwinął, by spać dalej. Wstałem, po czym wziąłem go na ręce i zaniosłem do sypialni. Wtedy dopiero zauważyłem, że schudł jeszcze bardziej. Martwiło mnie to. Położyłem ukochanego na łóżku, po czym sam ulokowałem się obok niego i przytuliłem go. Wymamrotał coś, układając się na moim torsie. Zasnął.
Ja w pierwszej chwili nie mogłem, bijąc się z myślami, ale po chwili doszedłem do wniosku, że to idiotyczne, po czym również pogrążyłem się w krainie Morfeusza.

Gdy się obudziłem, Tsurugi już nie spał. Spojrzałem na niego. Był widocznie zamyślony, a z jego oczu bił wyraźny smutek. Przez krótką chwilę poczułem się zupełnie bezradny. Westchnąłem cicho i przytuliłem go do siebie. Wyrwany z zamyślenia, zwrócił wzrok w moją stronę, a w jego oczach ujrzałem coś jakby przebłysk radości. Uśmiechnął się lekko.
- Dziękuję, Kaoru.
- To nowe przywitanie? Jak ci się spało? – wolałem zmienić temat, bo znów poczułem kłujące wyrzuty sumienia. Wcale nie miał wyrzutów sumienia, a wręcz przeciwnie.
- Nie… Śnił mi się króliczek, wiesz? – uśmiechnął się.
Uniosłem brew.
- Króliczek?
- Tak. Próbował chwycić w zęby swój malutki ogon i kręcił się w kółko, aż upadł. – zaśmiał się.
- Lepiej wstańmy i zróbmy śniadanie, króliczku. – stwierdziłem, kręcąc głową z rozbawieniem – mimo że coś w środku mówiło, iż wcale nie powinno mi być do śmiechu.
Poszliśmy do kuchni. Tsurugi stwierdził, że sam zrobi śniadanie, więc tylko go obserwowałem. Gdy wypiął się, sięgając patelnię. Gdy całkiem przypadkowo ochlapał sobie koszulkę wodą, myjąc talerze. I Gdy zdecydowanie zbyt sugestywnie zerkał w moją stronę, mieszając coś na patelni. Już ani trochę nie przypominał strapionego porannymi smutkami Ken’a. Za to zdecydowanie przypominał Ken’a, który chciał za wszelką cenę wyprowadzić mnie z równowagi. Wierciłem się okropnie, powstrzymując, by nie wstać, wziąć go na ręce i zanieść do sypialni. Tupałem stopą z prędkością ósemek w tempie 180. W końcu Tsurugi odwrócił się w moją stronę z pogodnym pełnym niewinności uśmiechem na ustach oraz dwoma talerzami w rękach. Postawił je na stoliku w kuchni, przy którym siedziałem. Gdy spojrzałem na niego, roześmiał się.
- Kaokao – powiedział, a ja wstałem i przyciągnąłem go do namiętnego pocałunku.
W ten sposób zrobiłem coś, na co miałem ochotę, od kiedy robił śniadanie, w skutku czego śniadanie wystygło, a my wylądowaliśmy w sypialni.
Ubraliśmy się i bez słowa zjedliśmy zimne śniadanie, popijając pospiesznie gorącą kawą. Było późno.
- Kaoru…mamy dzisiaj próbę – odezwał się w końcu.
Po moim ciele przeszedł lodowaty dreszcz. Co, jeśli się dowie o sms’ie?
- Mógłbyś mnie podwieźć? – kontynuował.
- Oczywiście.
W ten sposób zebraliśmy się z mojego lokum w około dziesięć minut.
Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, atmosfera zaczęła gęstnieć, a cisza stawała się coraz bardziej krępująca. Czy on też to odczuwał? Milczałem, dopóki nie dowiozłem go pod sam budynek wytwórni. Zaparkowałem.
- Odprowadzisz mnie? – zapytał Tsurugi z lekkim uśmiechem na ustach. Skinąłem tylko głową ze stoickim spokojem, mimo że w środku czułem się, jakbym z powrotem miał szesnaście lat. Gdy doszliśmy pod drzwi, akurat niedaleko stali Mao z Miaukim i palili, rozmawiając o czymś. Ken zatrzymał się, spojrzał na mnie i pocałował krótko. Uśmiechnąłem się i patrzyłem, jak znika za drzwiami budynku wytwórni z gitarą na plecach. Stałem tam jeszcze chwilę zamyślony, z czego wyrwał mnie mijający moją postać Mao i patrzący na mnie ze ściągniętymi brwiami. Moja twarz przybrała wyrazu „lidera nie do złamania” i wokalista Sadie zniknął. Wracając wciąż miałem w głowie jedno pytanie – co dalej?

[4/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

4.


Następnego dnia zarówno Tsurugi, jak i ja, musieliśmy udać się na próby naszych zespołów. Nasza w gruncie rzeczy minęła tak, jak zawsze – trochę pajacowania Daisuke, zamknięty w swoim świecie Shinya, który co jakiś czas pytał mnie o ewentualne korekty, Toshiya, który znalazł uciechę w towarzyszeniu Die’owi i Kyo, który miał jeden ze swoich „cichych dni”. Przedłużyłem próbę tylko o pół godziny, zmęczony zachowaniem drugiego gitarzysty i basisty – zresztą z tego, co widziałem - podobnie, jak Shinya.
Po skończonej próbie z wyobrażeniem nadchodzącej nocy i - co za tym idzie - nastrojem zadowolonego samca, wspinałem się po schodach na swoje piętro. Nie miałem najmniejszej ochoty czekać na windę. Idąc długim korytarzem, już z daleka ujrzałem postać, skuloną przy drzwiach do mieszkania. Zmarszczyłem brwi, stając przed osobnikiem, który podniósł na mnie swoje zmęczone płaczem oczy. Podałem mu dłoń, a on po niedługiej chwili konsternacji, chwycił ją i wstał. Otworzyłem drzwi mieszkania, zdjąłem buty, po czym ruszyłem za nim do sypialni. Usiadł na łóżku, a ja stanąłem w progu i oparłem się o framugę. Spojrzał na mnie smutno, a gdy z jego oczu zaczęły się lać strumienie łez, podszedłem do niego pospiesznie, usiadłem obok i przytuliłem do siebie jego wątłe ciało.
- On mnie nie chce – mówił przez łzy. – Powiedział, że to była tylko zabawa. Jestem beznadziejny, prawda?
- Cśśś… – uspokajałem go, głaszcząc po plecach. – Nie jesteś.
Jego dalsze słowa za bardzo zmieszały się z płaczem, bym je zrozumiał.

Godzinę później siedziałem na kanapie, a on leżał z głową na moich udach. Głaskałem każdy kosmyk jego włosów, próbując uspokoić. Było tak czy siak lepiej. Spojrzał na mnie z dołu.
- Wiesz… w gruncie rzeczy… Jeśli jemu na mnie nie zależało, to mi na nim też! Nie będę się przecież przejmował kimś, kto mnie po prostu… - jego głos się załamał. - …nie…kocha…
Znów się rozpłakał, siadając na mnie i wtulając się mocno. Objąłem go. Wiedziałem, że to będzie ciężki czas, ale z drugiej strony…to była moja szansa.

Kolejne pół godziny później, siedział na mnie jeszcze z mokrymi od łez oczami, wciąż kurczowo przytulając się do mojego torsu.
- Kaoru-kun…? – zapytał cicho, wręcz nieśmiało.
- Tak?
- Właściwie…co nas łączy? Dlaczego mi pomagasz, skoro jestem dla ciebie tylko…pocieszycielem?
Tym pytaniem zupełnie zbił mnie z tropu.
- Wzajemność – skłamałem. – Ty mnie pocieszasz, więc ja ciebie też, Tsurugi-chan – odrzekłem z nutką rozbawienia w głosie. Poczułem, jak rozluźnia się w moich ramionach.


Nastał wieczór. Słońce zaszło już jakiś czas temu, więc w salonie panował przyjemny półmrok, rozproszony tylko ciepłym światłem lampki przy kanapie oraz migającymi kolorowymi obrazami, wydobywającymi się z telewizora. Siedziałem na kanapie, obejmując Tsurugiego, a on wtulał się we mnie. Zapach mężczyzny, ulokowanego w moich ramionach, drażnił delikatnie nozdrza i mamił zmysły w ten przyjemnie błogi sposób, którego nie dało się uraczyć w trakcie chaotycznego stosunku. Wtuliłem nos w jego włosy i zaciągnąłem się. Mógłbym to robić wiecznie. Nie jeść, nie pić, nie spać, nawet ten cholerny tlen bym oddał, byle mieć go już na zawsze. Choć teraz pojawiła się ku temu okazja. Przybliżyłem usta do jego ucha i chciałem coś do niego wyszeptać, ale nagle usłyszałem wibracje telefonu, leżącego na stoliku przy kanapie. Zerknąłem nieufnie na telefon Tsurugiego, po czym zarejestrowałem, że młodszy gitarzysta zasnął.

Wiadomość tekstowa od: Mao <3
Hej Kocie. Wybacz, popełniłem błąd. Okropny błąd…Właściwie dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak bardzo Cię kocham i potrzebuję…proszę, wróć do mnie…jeśli nie chcesz być już ze mną, nie widzę sensu, by żyć. Kocham Cię…zawsze kochałem…Bez Ciebie całe moje życie jest strasznie ciemne…

[3/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

3.


Kolejny dzień zapowiadał się cudownie - wstaliśmy, wykąpaliśmy się i poszliśmy zrobić sobie śniadanie. Wtedy myślałem, że tak mogłoby być już zawsze. Otworzył lodówkę, ale niestety świeciła ona pustkami. Niezrażony, przeszedł pod moją ręką, gdy opierałem się nią przodem do blatu. Będąc przede mną próbował sięgnąć jajka z górnej półki, ocierając się przy tym swoimi zgrabnymi pośladkami o mnie. Przeszedł mnie dreszcz. Obrócił głowę w moją stronę i uśmiechnął się. Wspominałem już, jak wielbię jego uśmiech?
- Kaoru-kuun, pomożesz? - zerknął na jajka i znów na mnie.
Otworzyłem usta, by coś wydukać, ale nie byłem w stanie wydać z siebie ani jednego dźwięku, więc zamknąłem je. Sięgnąłem tylko pojemnik z jajkami i podałem mu, w zamian za co pocałował mnie przelotnie w nos, po czym przesunął się w bok. Wyjął patelnię z szafki obok kuchenki i sięgnął sól. Obserwując jego specyficzne ruchy, które miały w sobie trochę gracji, z każdą chwilą uświadamiałem sobie jak bardzo brakowało mi każdego szczegółu, naznaczającego właśnie jego obecność.
Podszedłem do niego od tyłu i przytuliłem go, całując w szyję. Oczywiście trochę mnie poniosło i zrobiłem to mocniej, niż zamierzałem, co poskutkowało tym, że Tsurugi wypuścił patelnię z ręki. Niefortunnie spadła ona akurat na moją stopę, ale tylko mocniej przycisnąłem go do siebie. Gitarzysta odwrócił się do mnie przodem. Był smutny. Objął moją szyję i przytulił się, a ja wtuliłem jego wątłe ciało w swoje. Pytania nie były potrzebne. Wiedziałem, co jest grane. Wiedziałem, co z nim. Za dobrze go znałem, by nie wiedzieć.
Momentami sam zastanawiałem się, dlaczego on kochał jego? Z jakiego powodu nie mógł obdarzyć tym uczuciem mnie? Mogłem dać mu wszystko, czego pragnął i potrzebował, ale…byłem tylko pocieszeniem. Tylko i aż. W sumie cieszyłem się, że chociaż to. Te upojne nocy, piękne poranki, wspólnie z nim spędzone i narastająca nadzieja, że może w końcu coś się zmieni, Tsurugi przejrzy na oczy. Mao go nie kochał. Widziałem to. Nie cierpiałem go, tak samo, jak i Mizukiego. Mao bawił się jego kosztem. Czy on w takim razie bawił się moim? Może on był tak samo nieszczęśliwie zakochany, jak ja? Mimo to, teoretycznie Mao i Tsurugi byli parą. Gitarzysta przyjeżdżał do mnie za każdym razem, gdy coś się między nimi działo. Zazwyczaj, gdy…
- Znalazłem… - powiedział cicho, chowając swoją twarz za gąszczem blond czupryny. - …znalazłem koszulkę Mizukiego…była przesączona zapachem Mao. – poczułem, jak drobne ciało w moich ramionach, zaczyna się trząść. – Potem jego spodnie…jakieś nieznane bokserki…Mao był nagi…po chwili Mizuki wyszedł spod prysznica…zaczął się śmiać… - mówił cicho, a ja przytulałem go do siebie coraz mocniej, aż w końcu zacząłem składać czułe pocałunki na jego czole. Doszedłem ustami do skroni. Potem policzka. I w końcu do ust. Zacząłem całować go namiętnie, jakby chcąc spić gorycz z jego ust. Odwzajemniał rozpaczliwie pocałunki. Miałem wrażenie, że próbował utopić w nich swój smutek. A może o nim zapomnieć?

Jego dłonie szybko zaczęły gładzić mój tors. Przyjemność pod wpływem jego dotyku, przeszywała cały mój organizm, wypełniając go unikatową endorfiną.

Niedługo później zniknęliśmy za drzwiami sypialni.



***

Uspokajaliśmy oddechy, gdy znad milczenia, wypełnionego tylko jękami, stęknięciami, wzdychaniami i dyszeniem, odezwał się Tsurugi:

- Kaoru-chan… - powiedział czule, choć w jego głosie dało się słyszeć smutek. – Dlaczego tyle dla mnie robisz? Te wszystkie chwile, które spędziliśmy razem…są dla ciebie tylko chwilami? Czy jesteś jedyną osobą, dla której naprawdę coś znaczę?

Zamilkłem. Nie odpowiedziałem.

- Kaoru…chan? – ponowił cicho. Przytulił się do mnie mocniej, a ja pogłaskałem go po plecach. Chciałem, by mógł być przy mnie już zawsze, ale nie mogłem powiedzieć mu, co naprawdę czułem. Nie mówiłem więc nic i pozwoliłem mu się rozpłakać i bić w mój tors pięścią, jedną dłonią głaszcząc jego włosy, a drugą trzymając go stabilnie częściowo na sobie. Uwielbiałem czuć to wątłe ciało tuż przy swoim. Uwielbiałem smak jego warg, nawet łzy miały w sobie coś cudownego tylko dzięki temu, że były jego.

Cierpiałem w ciszy, której nie zamierzałem zmieniać. Żyłem chwilami, właściwie to dla tych drobnych spotkań. Tsurugi, jakby nie spojrzeć, musiał coś do mnie czuć…chyba, że byłem tylko jego pocieszeniem. Nawet, jeśli miałem nim być, nie było to ważne, w końcu żyłem tymi chwilami.
Uspokajał się w moich ramionach. W końcu zasnął.

Parę godzin później, gdy Tsurugi spał jeszcze na moim torsie, przyszedł do niego sms. Wiedziony ciekawością zerknąłem na wyświetlacz jego telefonu.



Wiadomość tekstowa od: Mao <3
Sory, ciziu…fajnie było, igraszki i te sprawy, ale wszystko się kiedyś kończy. Ciao <3

Przeszył mnie lodowaty dreszcz. Miałem ochotę zerwać się, pójść do niego i mu wpier…niczyć. Potraktował go, jak jakąś cholerną sefu! (aut. sex-friend – zazwyczaj określano tak fanki, które umawiały się ze swoimi idolami na spotkania w wiadomych celach)
Spojrzałem na jego drobne ciało, pogrążoną w śnie twarz, lekko zmarszczone brwi. Westchnąłem. Wiedziałem, że otrzymanie teraz tej wiadomości byłoby dla niego zbyt bolesne.

Opcje > usuń wiadomość



Czy na pewno chcesz usunąć wiadomość od: Mao <3?
Tak

Z pełnym przekonaniem, że tak będzie lepiej, odłożyłem telefon z powrotem na jego miejsce obok łóżka i znów przyjrzałem się blondynowi, smacznie śpiącemu na moim torsie. Widok ten był wystarczająco rozczulający. Nawet nie wiedziałem, kiedy moja dłoń zaczęła gładzić jego włosy. Miał lekko rozchylone wargi i oddychał spokojnie przez sen.
Niedługo później moja „śpiąca królewna” przebudziła się i zerknęła na mnie zdziwiona.
- Miałem dziwny sen – powiedział, rozcierając oczy.
- Jaki? – mruknąłem, przyciągając go do siebie.
- Nie pamiętam – odrzekł cicho, po czym wyciągnął rękę po telefon. Błądził nią chwilę, by chwycić urządzenie i zajrzał na wyświetlacz. Słyszałem, jak wzdycha cicho, odkładając komórkę na jej miejsce i obrócił się na brzuch, kładąc na mnie.
- Kao-chaan… - uśmiechnął się do mnie, opierając brodę na dłoniach.
- Hmm? – mruknąłem.
Tsurugi uśmiechnął się szerzej.
- Mam do ciebie sprawę.
Spojrzałem na niego uważniej, również lekko się uśmiechając. Już wiedziałem, co ma na myśli, lecz mimo to zapytałem:
- Jaką?
Jego twarz nabrała trochę innego wyrazu. Wziął ręce spod brody i objął mnie nogami w biodrach, a ręce ułożył przy mojej głowie, głaszcząc po niej. Gdy jego twarz znalazła się tuż przy mojej, złączyłem nasze wargi. Rozpoczął się taniec języków, wywołujący niebezpiecznie otumaniający szum w głowie i nadprodukcję endorfiny.



Nie żałowałem usunięcia wiadomości Tsurugiego. Wiedziałem, że gdyby ją odebrał, rozkleiłby się. Oczywiście, kiedyś będzie musiał ją przeczytać, ale to dopiero kiedyś.

- Co ty na to, żebyśmy poszli pod prysznic? – wymruczałem wprost do jego ucha.
- Chętnie – blondyn uśmiechnął się i przewrócił ze mnie na plecy, usiadł i wstał, podając mi dłoń z uroczym uśmiechem na ustach. Uniosłem brew i wstałem o własnych siłach, chwyciłem go szybko obejmując w kolanach i na wysokości pleców oraz prowadząc do łazienki. Krzyknął i zaczął się śmiać, obejmując moją szyję. Moje nogi stawały się miękkie w kolanach, gdy przyssał swoje ciepłe wargi do mojej szyi. Na szczęście dochodziłem już do łazienki. Cudem otworzyłem drzwi i postawiłem go na płytkach akurat wtedy, gdy postanowił się odessać. Mój koi przyjrzał się z uśmiechem swojemu dziełu, a ja zobaczyłem w lustrze naprzeciwko pokaźnych rozmiarów malinkę.
- Oddam ci! – powiedziałem, zbliżając się do niego. Postąpił krok do tyłu w stronę prysznica, patrzył wprost w moje oczy, uśmiechając się zadziornie. Zerknął do tyłu, czy jest już dostatecznie blisko i wszedł do kabiny prysznicowej. Dołączyłem do niego, zamykając za sobą drzwi, po czym nie przerywając z nim kontaktu wzrokowego, włączyłem natrysk. Spojrzałem na jego piękną, ozdobioną uśmiechem twarz. Było cudownie. Zdecydowanie nie żałowałem usunięcia tej wiadomości.

[2/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

2.
Przez chwilę wpatrywałem się w drzwi, oniemiały, by wstać, pozbierać rzeczy, wrzucić je do prania i podążyć do łazienki. Łóżko zostawiłem w „porannym nieładzie”, by móc jeszcze raz spojrzeć na miejsce, w którym spoczywała jego sylwetka.

Wszedłem pod prysznic i umyłem się, dokonując codziennego rytuału. Ubrałem bokserki i podszedłem do lodówki. Ujrzałem parę plasterków sera, szynki, jakiś ser topiony, ketchup, kiełbasę i ogórka, ale doszedłem do wniosku, że nawet nie czuję głodu, a wręcz przeciwnie, więc zamknąłem ją i poszedłem ubrać się do końca.
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu.
Godzina: 10:52
Ilość nieodebranych połączeń: 14
Znowu?

- „Przecież próba miała być o…o cholera ósmej.”
Nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że powiedziałem Kyo, iż jak tym razem się spóźni, to mu nogi z du…nieważne. Chwyciłem telefon, pospiesznie spakowałem gitarę i wyszedłem z domu. Gdy zszedłem po schodach z dziewiątego piętra, przypomniałem sobie, że nie zamknąłem drzwi na klucz.
Gdy spojrzałem na zegarek w samochodzie, ukazała mi się godzina 11:28. Natomiast połączenia nieodebrane w jakiś magiczny sposób zwiększyły się do 32.

Gdy w końcu dotarłem na próbę, omal nie rozjeżdżając jakiegoś kota, musiałem zapalić. Paliłem. Pierwszy. Drugi. Trzeci. Myśl, błąkająca się po moim umyśle, że wypadałoby tam w końcu pójść. Czwarty i...okazało się, że opróżniłem z ostatków swoją jedyną paczkę. Ten moment los wybrał na przywoływanie w mojej głowie twarzy, której wcale nie miałem ochoty widzieć i głosu. Później tylko wspomnienia ostatniej nocy. W tamtej chwili drzwi się otworzyły, a z pomieszczenia wyszedł Kyo z fajką w ustach. Zmierzył mnie groźnym spojrzeniem i odpalił, trzymany w ustach zwitek tytoniu. Odwrócił wzrok i palił w ciszy. Był dziwny. Jak nie on.
Wszedłem do budynku, rzucając tylko:
- Za dwie minuty widzę cię w środku.
Prychnął.
- A lider-sama może się kurwa spóźniać?
Zatrzymałem się wpół kroku i odwróciłem w jego stronę.
- Kyo...
- Nie kurwa Kyo! Po chuja się z nim bzykałeś?! Wiedziałeś jak to się skończy!
Wciągnąłem powietrze z głośnym świstem. Nie wiedziałem, że rozniesie się tak szybko. Nawet nie odpowiedziałem,  po prostu wszedłem do sali prób. Shinya pogrążony był we własnym świecie, Die w widoku za oknem, a Toshiya spojrzał na mnie współczująco, gdy tylko wszedłem. Die odwrócił wzrok chwilę później, a zaraz po tym padło pytanie:
- Jesteśmy już wolni lider-sama?
Nie cierpiałem, gdy był taki. Wiedziałem, że wciąż miał do mnie żal.
- Nie. Mam nowe nuty, przegramy zaraz a vista.
Otworzyłem kieszeń w pokrowcu od gitary, ale okazało się, że jest pusta. Westchnąłem głośno.
- Gdzie te nuty? - zapytał Toshiya.
- Idźcie już.
Wtedy wszedł Kyo i zaczął zbierać swoje rzeczy, a Die podszedł do Shinyi, powiedział coś i po chwili wybuchnął śmiechem, widząc jego zdezorientowaną minę.

Do krainy fantazji przedostałem się dopiero po powrocie do domu, gdy w mojej dłoni pojawiło się płynne zbawienie o złotawym zabarwieniu w przezroczystym kuflu. Odetchnąłem głęboko i pociągnąłem pierwszy łyk, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Odłożyłem kufel na podłodze obok fotela i wstałem. Z gracją niedźwiedzia, wstającego po zimowym śnie, podszedłem do drzwi i szarpnąłem nimi.
- Czego? - warknąłem, gdy... Moim oczom ukazała się dobrze znana mi sylwetka, a osobnik rzucił się na moją szyję i przyssał do ust. Objąłem go ciasno w pasie i wciągnąłem do pomieszczenia. Do dziś nie wiem, jakim cudem doszliśmy do kanapy, po drodze przewracając tylko kufel z piwem. Dopiero, gdy byliśmy tuż przy niej, oderwaliśmy się od siebie. Zabrakło nam tchu, bo dyszeliśmy cicho, wciąż z ustami blisko drugich - w gotowości, by znów je złapać.
- To co wczoraj? - mruknąłem, a on tylko uśmiechnął się i popchnął mnie na kanapę, po czym zawisł nad moimi wargami. Objąłem go ciasno ramionami.

- Wypijesz coś?
- Chętnie, Kaoru-kun. - uśmiechnął się.
Nagi poszedłem do kuchni.
- Martini... Resztka sake... Piwo! - ucieszyłem się, idąc w stronę kanapy i przy okazji wdeptując w jakąś ciecz... Przekląłem pod nosem, zły kopiąc szklankę, która doleciała do najbliższej ściany i uderzyła w nią, zatrzymując się. Tsurugi uśmiechnął się do mnie, gdy wręczałem mu jedną z butelek, przy okazji kontemplując wzrokiem jego piękne, nagie ciało. Usiadłem obok, obejmując go jedną ręką.
- To faktycznie działa, Kaoru-kun... - posmutniał.
Objąłem go pewniej, a on wtulił się. Po chwili siedział na moich udach, wtulony w moje ciało. Milczeliśmy zgodnie, gdy on zaczął dłonią drażnić najwrażliwszą część mojego ciała.
- Zróbmy to jeszcze raz, Kaoru-kun - wyszeptał wprost do mojego ucha, a ja czułem jego gorący oddech, owiewający moją szyję. Kątem oka dojrzałem też niebezpieczny uśmieszek, czający się w kącikach jego ust, ale byłem już stracony. Moje dłonie same rozbierały go i błądziły po bladym ciele. Unikatowy zapach jego skóry doprowadzał moje zmysły do szaleństwa, a muskanie jej ustami – krew do wrzenia.

niedziela, 30 grudnia 2012

[1/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

Fick powstał już w jakiejś części...jest mocno "mój"...na razie rozdział pierwszy:



Chodził po mieszkaniu, kręcąc tym swoim zgrabnym…miejscem, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, a mnie  przez to niemiłosiernie świerzbiły dłonie. Siedziałem na krześle obrotowym, przyglądając się jego niecierpliwym ruchom, a moje ręce grzecznie spoczywały na plastikowych poręczach. Widziałem, jak nerwowo przygryzał dolną wargę, przykładając do niej kciuk. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. W końcu zwolnił krok, aż w końcu stanął tuż przede mną. W luźnej koszulce oraz krótkich spodenkach, z roztrzepanymi włosami i bez makijażu wyglądał tak niewinnie, że miałem ochotę się na niego rzucić.
- No…no i co ja mam zrobić, Kaoru-kun?
- „Pójść ze mną do łóżka! O tam, tuż za tobą jest takie miękkie…na pewno nie będziesz żałował!” – moje myśli przerażały mnie samego.
Miałem ochotę sam przygryźć wargę i zrobić niewinną minkę.
- Nie wiem… - westchnąłem. Naprawdę chciałem mu pomóc…najlepiej fizycznie!
Znów przygryzł wargę, lekko marszcząc swoje seksownie cienkie brwi.
- No bo… - zbliżył się do mnie i usiadł mi na kolanie, przytulając się, a ja go przygarnąłem - …jak on mógł? – wyszeptał, kryjąc twarz w zagłębieniu mojej szyi. Pogładziłem go jedną dłonią po plecach, drugą odgarnąłem włosy za ucho.
- „Dokładnie tak - jak mógł odrzucić kogoś…takiego.”
- Nie wiem…też mu się dziwię, Tsurugi-kun.
- Kaoru-kun? – powiedział. Poczułem jego oddech na swoim torsie. Zrobiło mi się potwornie gorąco.
- Tak? – wymamrotałem, starając się stłumić wschodzący…bardzo kłopotliwy do opanowania problem.
- Czy kiedy dowiedziałeś się, że Kisaki był z tobą tylko dla zabawy, też czułeś się tak okropnie?

Czułem, jak robiłem się czerwony na twarzy. Naprawdę nie wiedziałem, że to aż tak się rozniosło…cholerny Totchi.
Chwilę zajmowało mi uspokojenie się i ułożenie w głowie racjonalnej odpowiedzi.
- Tak…Czułem się paskudnie.
- I co wtedy zrobiłeś?
Czułem na sobie jego wzrok i gorąco, wpływające na moje policzki.
- „Jak mu powiedzieć, że zostałem „pocieszony”…? O! Dobre słowo!”
- Ktoś pomógł mi się pozbierać…
- Kto? – spojrzałem na niego. Jego wzrok, pełen rozpaczy i ten głos…coraz bardziej wyprowadzał mnie z równowagi.
- T-Toshiya…
- Ale jak?
Objąłem go mocniej i westchnąłem głęboko.

- „Ciebie mogę pocieszyć tak samo, jeśli tylko chcesz.”
Zerknąłem na niego. Wiedziałem, że muszę się opanować, ale…
Wpatrywał się w moje usta, a jedna jego dłoń nawet nie wiedziałem kiedy, spoczęła na moim torsie.
- Kaoru-kun…? – spojrzał mi w oczy. – Pociesz mnie w ten sam sposób…

Czułem, jak coś próbuje się ze mnie wydostać. Jakiś potwór wywracał wszystko w moim podbrzuszu. 
- „Jak ja mam tu niby trzeźwo myśleć?!”
Zsunąłem dłoń niżej, by podwinąć nią lekko koszulkę gitarzysty.
- Na pewno tego chcesz? – zapytałem, wciąż patrząc mu w oczy (wcale nie zerkałem na jego dekolt!).
- Tak – wyszeptał już zupełnie innym tonem głosu, wplatając swoje palce między kosmyki moich włosów i odchylając moją głowę do tyłu. Wcałował się w moje usta z taką namiętnością, jakiej jeszcze nie było dane mi poczuć. Mimowolnie mruknąłem leniwie w jego usta i objąłem go mocniej w pasie. Obrócił się tak, by być naprzeciw mnie. Nim się spostrzegłem moje obydwie dłonie znajdowały się pod jego koszulką, a niedługo później wspomniana koszulka przestała być użyteczna i wylądowała na podłodze.



***


Obudził mnie dzwonek telefonu.
„Koe” – jak ja nie cierpię tej piosenki.
Mruknął coś, wtulony we mnie, by sięgnąć na oślep po telefon.

- Halo?
Spojrzałem na niego. Początkowo zaspany wyraz, stawał się coraz bardziej zaskoczony, a po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- N-naprawdę, Mao-chan?! Och! Ja ciebie też!
Wyskoczył z łóżka i zaczął pospiesznie zbierać swoje rzeczy z podłogi, ubierać się. Nawet na mnie nie spojrzał i wyszedł.