4.
Następnego dnia zarówno Tsurugi, jak i ja, musieliśmy udać
się na próby naszych zespołów. Nasza w gruncie rzeczy minęła tak, jak zawsze –
trochę pajacowania Daisuke, zamknięty w swoim świecie Shinya, który co jakiś
czas pytał mnie o ewentualne korekty, Toshiya, który znalazł uciechę w
towarzyszeniu Die’owi i Kyo, który miał jeden ze swoich „cichych dni”.
Przedłużyłem próbę tylko o pół godziny, zmęczony zachowaniem drugiego
gitarzysty i basisty – zresztą z tego, co widziałem - podobnie, jak Shinya.
Po skończonej próbie z wyobrażeniem nadchodzącej nocy i - co za tym idzie -
nastrojem zadowolonego samca, wspinałem się po schodach na swoje piętro. Nie
miałem najmniejszej ochoty czekać na windę. Idąc długim korytarzem, już z
daleka ujrzałem postać, skuloną przy drzwiach do mieszkania. Zmarszczyłem brwi,
stając przed osobnikiem, który podniósł na mnie swoje zmęczone płaczem oczy.
Podałem mu dłoń, a on po niedługiej chwili konsternacji, chwycił ją i wstał.
Otworzyłem drzwi mieszkania, zdjąłem buty, po czym ruszyłem za nim do sypialni.
Usiadł na łóżku, a ja stanąłem w progu i oparłem się o framugę. Spojrzał na
mnie smutno, a gdy z jego oczu zaczęły się lać strumienie łez, podszedłem do
niego pospiesznie, usiadłem obok i przytuliłem do siebie jego wątłe ciało.
- On mnie nie chce – mówił przez łzy. – Powiedział, że to
była tylko zabawa. Jestem beznadziejny, prawda?
- Cśśś… – uspokajałem go, głaszcząc po plecach. – Nie
jesteś.
Jego dalsze słowa za bardzo zmieszały się z płaczem, bym je
zrozumiał.
Godzinę później siedziałem na kanapie, a on leżał z głową na
moich udach. Głaskałem każdy kosmyk jego włosów, próbując uspokoić. Było tak
czy siak lepiej. Spojrzał na mnie z dołu.
- Wiesz… w gruncie rzeczy… Jeśli jemu na mnie nie zależało,
to mi na nim też! Nie będę się przecież przejmował kimś, kto mnie po prostu… -
jego głos się załamał. - …nie…kocha…
Znów się rozpłakał, siadając na mnie i wtulając się mocno.
Objąłem go. Wiedziałem, że to będzie ciężki czas, ale z drugiej strony…to była
moja szansa.
Kolejne pół godziny później, siedział na mnie jeszcze z
mokrymi od łez oczami, wciąż kurczowo przytulając się do mojego torsu.
- Kaoru-kun…? – zapytał cicho, wręcz nieśmiało.
- Tak?
- Właściwie…co nas łączy? Dlaczego mi pomagasz, skoro jestem
dla ciebie tylko…pocieszycielem?
Tym pytaniem zupełnie zbił mnie z tropu.
- Wzajemność – skłamałem. – Ty mnie pocieszasz, więc ja ciebie też,
Tsurugi-chan – odrzekłem z nutką rozbawienia w głosie. Poczułem, jak rozluźnia
się w moich ramionach.
Nastał wieczór. Słońce zaszło już jakiś czas temu, więc w salonie panował
przyjemny półmrok, rozproszony tylko ciepłym światłem lampki przy kanapie oraz migającymi
kolorowymi obrazami, wydobywającymi się z telewizora. Siedziałem na kanapie,
obejmując Tsurugiego, a on wtulał się we mnie. Zapach mężczyzny, ulokowanego w
moich ramionach, drażnił delikatnie nozdrza i mamił zmysły w ten przyjemnie
błogi sposób, którego nie dało się uraczyć w trakcie chaotycznego stosunku. Wtuliłem
nos w jego włosy i zaciągnąłem się. Mógłbym to robić wiecznie. Nie jeść, nie
pić, nie spać, nawet ten cholerny tlen bym oddał, byle mieć go już na zawsze.
Choć teraz pojawiła się ku temu okazja. Przybliżyłem usta do jego ucha i
chciałem coś do niego wyszeptać, ale nagle usłyszałem wibracje telefonu,
leżącego na stoliku przy kanapie. Zerknąłem nieufnie na telefon Tsurugiego, po
czym zarejestrowałem, że młodszy gitarzysta zasnął.
Wiadomość tekstowa od:
Mao <3
Hej Kocie. Wybacz,
popełniłem błąd. Okropny błąd…Właściwie dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak
bardzo Cię kocham i potrzebuję…proszę, wróć do mnie…jeśli nie chcesz być już ze
mną, nie widzę sensu, by żyć. Kocham Cię…zawsze kochałem…Bez Ciebie całe moje
życie jest strasznie ciemne…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz