06.
Wróciłem do swojego lokum. Siedziałem na kanapie przed
włączonym telewizorem, którego nawet nie oglądałem, mordując wzrokiem leżący na
stoliku naprzeciw mnie telefon. Czekałem na jakikolwiek sygnał. Właściwie
dostałem ich już kilka w postaci wiadomości. Pierwsza była od jakiejś
porno-wróżki, druga od Kyo, trzecia oferowała wygranie jakiejś bajońskiej
ilości pieniędzy, a czwarta była jakąś cholerną pomyłką. Siedziałem jak
zahipnotyzowany, nawet nie słysząc grającego w tle pudła. Czułem się potwornie
źle. Właściwie nawet nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Nigdy nie
przejmowałem się w takim stopniu nikim, nie odczuwałem takiego stresu. W końcu
przypomniałem sobie o pierwszej i ostatniej słodyczy mojego życia – gitarze.
Wstałem i poszedłem po nią, zacząłem brzdąkać coś przypadkowego. Nie lubiłem
takiego niepraktycznego ćwiczenia - jak już grać, to coś konkretnego, ale tego
dnia wybitnie nie miałem ochoty klepać starego repertuaru. Nawet się nie
zorientowałem, kiedy przypadkowe brzdąkanie przeszło płynnie w pierwsze dźwięki
do The Pledge w wersji unplugged.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Przymknąłem oczy, wsłuchując się w gitarę, lecz w
pewnym momencie zaczął mi przeszkadzać krzykliwy prezenter w telewizji i
piskliwy głos jakiejś gościnnie występującej Japonki. Wyłączyłem go i zacząłem
znów grać. W głowie zaczęła pobrzmiewać dialogująca z moją druga gitara.
Zacząłem się powoli rozluźniać. Jakby świat dookoła mimo mojego istnienia w
nim, przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Wyjątkowe chwile, gdy gitara nie
łączyła się z rutynową pracą i mobilizacją reszty. W końcu zawsze, gdy zacząłem
grać, reszta zbierała się nawet, jeśli zdecydowanie nie mieli na to ochoty.
Telefon zaczął wibrować. Przestałem grać i położyłem prawą dłoń na strunach, by
przestały brzmieć. Spojrzałem na wyświetlacz i przyglądałem mu się jeszcze
przez chwilę, po czym powoli wyciągnąłem do niego rękę i chwyciłem
niespiesznie. Odblokowałem klawiaturę. Nowa wiadomość od Tsurugiego.
Cześć Kaokao, czekam
na Ciebie pod wytwórnią :*
Kamień spadł mi z serca.
Odłożyłem gitarę na kanapę, wziąłem tylko kluczyki i telefon, zmieniłem obuwie,
po czym wyszedłem. Niecałe pół godziny później parkowałem pod wytwórnią, z
której wyszedł uśmiechnięty Tsurugi. Podchodził do mnie, gdy ujrzałem w drzwiach
Mao, piorunującego mnie wściekłym spojrzeniem. Nie zwróciłem na niego większej
uwagi, witając się z Ken’em. Pocałowałem go krótko na przywitanie, wsiedliśmy
do samochodu i pojechaliśmy do domu. Mówił przez całą drogę.
- No i wtedy Mizuki oblał Akiego wodą, a Aki kazał mu się
wynosić…to tak śmiesznie brzmiało, bo powiedział to ze stoickim spokojem, jak
zwykle – opowiadał radośnie, gestykulując. Nieważne, jak bardzo niepoważny by
wtedy nie był, lubiłem go w takim stanie, wydawał się być naprawdę szczęśliwy.
– Mizuki udał obrażone dziecko i poszedł – kontynuował. - Potem Mao chciał,
żebyśmy też wyszli… - wytężyłem słuch.
- Tak? Po co?
- Pytał mnie, co z nami… - Tsurugi widocznie posmutniał.
Odchrząknąłem głośno.
- I co mu odpowiedziałeś?
- Ja… - jego głos się załamał - …nie chciałem, żeby
odchodził…ale sam to zrobił… Zaczął opowiadać, że z Mizukim to był tylko
jednorazowy wyskok, ale nie wiem, czy jestem w stanie mu wybaczyć.
Dojechaliśmy. Zatrzymałem samochód i spojrzałem na niego.
- Tsurugi… - spojrzałem na niego uważnie. Nie czułem łez,
nawet nie chciało mi się płakać, tylko dziwne skręcanie w żołądku. Gdy
ujrzałem, że się rozpłakał, cała moja pewność siebie i liderowa niezłomność
gdzieś uleciały. Wyjąłem kluczyki, wysiadłem i otworzyłem drzwi od strony pasażera.
Pochyliłem się nad nim, by wyciągnąć z samochodu. Przytuliłem go mocno. –
Możesz u mnie zostać, jak tylko długo zechcesz.
- Ale…Kaoru…
- To żaden problem. Wejdźmy do środka.
Weszliśmy. Posadziłem go na krześle w kuchni i zacząłem
robić kolację. Żaden z nas już nic nie mówił.
Postawiłem przed nim kanapki i herbatę. Spojrzał na mnie lekko podpuchniętymi
od płaczu oczami i uśmiechnął się smutno. To zdecydowanie nie był ten sam
figlarny wyraz twarzy, z którym podawał mi tego ranka śniadanie.
Wtedy doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie uda mi się sprecyzować naszych
relacji, ale dopóki on przy mnie trwa, nie może być źle.
Zjadł i wypił, po czym wziąłem go na
ręce i zaniosłem do łóżka. Sam położyłem się obok, objąłem go ciasno i
zasnęliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz