sobota, 16 lutego 2013

[6/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

06.


Wróciłem do swojego lokum. Siedziałem na kanapie przed włączonym telewizorem, którego nawet nie oglądałem, mordując wzrokiem leżący na stoliku naprzeciw mnie telefon. Czekałem na jakikolwiek sygnał. Właściwie dostałem ich już kilka w postaci wiadomości. Pierwsza była od jakiejś porno-wróżki, druga od Kyo, trzecia oferowała wygranie jakiejś bajońskiej ilości pieniędzy, a czwarta była jakąś cholerną pomyłką. Siedziałem jak zahipnotyzowany, nawet nie słysząc grającego w tle pudła. Czułem się potwornie źle. Właściwie nawet nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Nigdy nie przejmowałem się w takim stopniu nikim, nie odczuwałem takiego stresu. W końcu przypomniałem sobie o pierwszej i ostatniej słodyczy mojego życia – gitarze. Wstałem i poszedłem po nią, zacząłem brzdąkać coś przypadkowego. Nie lubiłem takiego niepraktycznego ćwiczenia - jak już grać, to coś konkretnego, ale tego dnia wybitnie nie miałem ochoty klepać starego repertuaru. Nawet się nie zorientowałem, kiedy przypadkowe brzdąkanie przeszło płynnie w pierwsze dźwięki do The Pledge w wersji unplugged. Uśmiechnąłem się pod nosem. Przymknąłem oczy, wsłuchując się w gitarę, lecz w pewnym momencie zaczął mi przeszkadzać krzykliwy prezenter w telewizji i piskliwy głos jakiejś gościnnie występującej Japonki. Wyłączyłem go i zacząłem znów grać. W głowie zaczęła pobrzmiewać dialogująca z moją druga gitara. Zacząłem się powoli rozluźniać. Jakby świat dookoła mimo mojego istnienia w nim, przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Wyjątkowe chwile, gdy gitara nie łączyła się z rutynową pracą i mobilizacją reszty. W końcu zawsze, gdy zacząłem grać, reszta zbierała się nawet, jeśli zdecydowanie nie mieli na to ochoty. Telefon zaczął wibrować. Przestałem grać i położyłem prawą dłoń na strunach, by przestały brzmieć. Spojrzałem na wyświetlacz i przyglądałem mu się jeszcze przez chwilę, po czym powoli wyciągnąłem do niego rękę i chwyciłem niespiesznie. Odblokowałem klawiaturę. Nowa wiadomość od Tsurugiego.


Cześć Kaokao, czekam na Ciebie pod wytwórnią :*

Kamień spadł mi z serca.

Odłożyłem gitarę na kanapę, wziąłem tylko kluczyki i telefon, zmieniłem obuwie, po czym wyszedłem. Niecałe pół godziny później parkowałem pod wytwórnią, z której wyszedł uśmiechnięty Tsurugi. Podchodził do mnie, gdy ujrzałem w drzwiach Mao, piorunującego mnie wściekłym spojrzeniem. Nie zwróciłem na niego większej uwagi, witając się z Ken’em. Pocałowałem go krótko na przywitanie, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do domu. Mówił przez całą drogę.
- No i wtedy Mizuki oblał Akiego wodą, a Aki kazał mu się wynosić…to tak śmiesznie brzmiało, bo powiedział to ze stoickim spokojem, jak zwykle – opowiadał radośnie, gestykulując. Nieważne, jak bardzo niepoważny by wtedy nie był, lubiłem go w takim stanie, wydawał się być naprawdę szczęśliwy. – Mizuki udał obrażone dziecko i poszedł – kontynuował. - Potem Mao chciał, żebyśmy też wyszli… - wytężyłem słuch.
- Tak? Po co?
- Pytał mnie, co z nami… - Tsurugi widocznie posmutniał.
Odchrząknąłem głośno.
- I co mu odpowiedziałeś?
- Ja… - jego głos się załamał - …nie chciałem, żeby odchodził…ale sam to zrobił… Zaczął opowiadać, że z Mizukim to był tylko jednorazowy wyskok, ale nie wiem, czy jestem w stanie mu wybaczyć.
Dojechaliśmy. Zatrzymałem samochód i spojrzałem na niego.
- Tsurugi… - spojrzałem na niego uważnie. Nie czułem łez, nawet nie chciało mi się płakać, tylko dziwne skręcanie w żołądku. Gdy ujrzałem, że się rozpłakał, cała moja pewność siebie i liderowa niezłomność gdzieś uleciały. Wyjąłem kluczyki, wysiadłem i otworzyłem drzwi od strony pasażera. Pochyliłem się nad nim, by wyciągnąć z samochodu. Przytuliłem go mocno. – Możesz u mnie zostać, jak tylko długo zechcesz.
- Ale…Kaoru…
- To żaden problem. Wejdźmy do środka.
Weszliśmy. Posadziłem go na krześle w kuchni i zacząłem robić kolację. Żaden z nas już nic nie mówił.
Postawiłem przed nim kanapki i herbatę. Spojrzał na mnie lekko podpuchniętymi od płaczu oczami i uśmiechnął się smutno. To zdecydowanie nie był ten sam figlarny wyraz twarzy, z którym podawał mi tego ranka śniadanie.
Wtedy doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie uda mi się sprecyzować naszych relacji, ale dopóki on przy mnie trwa, nie może być źle.
 Zjadł i wypił, po czym wziąłem go na ręce i zaniosłem do łóżka. Sam położyłem się obok, objąłem go ciasno i zasnęliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz