Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the GazettE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the GazettE. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2014

[One Shot] "Proces" [Reita/Ruki] (the GazettE)

Tytuł: Proces
Paring: Reita/Ruki (the GazettE)
Rating: ?
Gatunek: ?
Ostrzeżenia: Schiza.
Od autora: Muszę pamiętać, żeby już nigdy nie porywać się na pisanie w czasie teraźniejszym x x


Siedzę na wyjątkowo twardym krześle i czuję, jak bolą mnie od niego pośladki. Błądzę wzrokiem po chłodnej, utrzymanej w metalicznych barwach sali, lecz każdy, na kogo spojrzę, odwraca wzrok. Moje serce wali nerwowo, nierytmicznie obijając się o żebra, w które jest obite. Nigdy wcześniej nie czułem się tak spięty, jak w tej chwili. W mojej głowie krąży jedna myśl, obijając się o potylicę, kość czołową, ciemieniową, skroniową...
Co ja tu robię?
Spoglądam na Kai'a. Jako lider zawsze był najmniej stronniczy, miał w sobie coś ciepłego, a jednocześnie potrafił zmobilizować... On musi mnie zrozumieć! Lecz Kai odwraca wzrok. Nie rozumiem, co się dzieje.
Spoglądam na Uruhę. Zazwyczaj wesoły, przyjaźnili się z Reitą. Był błyskotliwy, potrafił w ciężkiej sytuacji zachować zimną krew i wyciągnąć racjonalne wnioski... Może chociaż on dostrzeże absurdalność tej sytuacji? Lecz i on odwraca wzrok.
Spoglądam na Aoi'ego. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy, on musi mi uwierzyć, w końcu jest moją ostatnią nadzieją! Lecz Aoi także odwraca wzrok.
Westchnąłem ciężko, rozglądając się za Akirą. Dlaczego wcześniej o nim nie pomyślałem? Nie widzę go nigdzie. Obok mnie siedzi ogromna kobieta, odziana w ciężki czarny materiał, wyglądający jak naprawdę nieudany płaszcz. Lustruje złowrogo pozostałych ludzi na sali. Naprzeciwko mnie, przy podobnym biurkowym stoliku do tego, widniejącego przede mną, siedzi mężczyzna w niemal identycznym płaszczu i o równie złowrogim spojrzeniu. On z kolei wpatruje się w znajdującą się obok mnie kobietę, choć mam przez to wrażenie, że patrzy również na mnie. Nie mogę wyraźnie dostrzec ich twarzy... Przechodzi mnie dreszcz, gdy czuję na sobie nieprzyjazne spojrzenie dyrektora Yamamoto*, lecz kiedy sam zwróciłem wzrok w jego kierunku, on wpatrywał się w mężczyznę w czarnym płaszczu. Spuszczam wzrok w dół, wbijając go w stolik przede mną. Opieram na nim łokcie i chowam twarz w dłonie.
Czy jest tu ktoś, kto mi uwierzy?
Nagle czuję, jak kobieta z niewyobrażalną wręcz siłą ciągnie mnie za łokieć w górę. Wstaję posłusznie, a moje krzesło upada z hukiem na ziemię. Dopiero teraz obejmuję wzrokiem całą salę. Na ścianie po mojej lewej w centrum znajdują się drzwi, a po ich bokach widnieją poustawiane w równych rzędach krzesła. Na krzesłach są ludzie. Niektórych z nich rozpoznaję, innych nie... Czuję, jak moje ciało drętwieje, gdy rozpoznaję swoich rodziców. Nie patrzą na mnie. Za pięcioma rzędami krzeseł widnieje poręcz, oddzielająca dwa sektory pomieszczenia - prawie niczym widownię i scenę. Czuję stres, ale nie ma on kompletnie nic wspólnego z dreszczykiem emocji, który towarzyszy mi tuż przed koncertem. Za barierką znajduje się kolejny rząd ławek. Te są puste. Wszyscy stoją. Nawet mężczyzna w czarnym płaszczu. Od drzwi aż do barierek prowadzi czerwony dywan. Następnie widnieją cichutko skrzypiące drzwiczki. Mężczyzna w białej peruce, przypominającej te, noszone przez osiemnastowiecznych kompozytorów, przechodzi przez całą salę aż do swojego stanowiska, a za nim podąża jego gwardia ochroniarzy. Oni stają obok niego w równiutkich rządkach. Wszyscy siadają, a kobieta ciągnie mnie w dół. Patrzę na nią gniewnie. Przecież moje krzesło jest przewrócone. Puszcza mnie, a ja podnoszę mebel i siadam na nim.
- Rozpoczynam rozprawę Takanoriego Matsumoto, oskarżonego o zabójstwo Akiry Suzukiego - mówi mężczyzna w białej peruce, a ja z każdym jego słowem coraz bardziej drętwieję. Przez chwilę nawet do oczu cisną mi się łzy.
Jak to Akira nie żyje?
- Proszę prokuratura o zaprezentowanie stanowiska oskarżyciela.
- Otóż - mówi mężczyzna groteskowo zwyczajnym głosem w porównaniu do swojej ogromnej postury. Wstaje tak gwałtownie, że wszyscy zwracają się w jego kierunku. - Pan Matsumoto dnia dwudziestego siódmego czerwca był w domu pana Suzukiego. Dochodzenie dowiodło, iż tego samego dnia - mam wrażenie, że mówi beznamiętnie, lecz mimo to słuchając go czuję się winny - oskarżony pokłócił się z ofiarą i w szale sięgnął po kuchenny nóż, po czym pchnął go prosto w serce - z czasem jego wypowiedź stawaje się skrajnie emocjonalna. Mam ochotę wstać, zerwać się, zaprzeczyć... przecież to wcale nie było tak! Jednak moje ciało jest zbyt zdrętwiałe, by reagować tak, jak podpowiada umysł. - Następnie pan Matsumoto spanikował i wybiegł z mieszkania, pozostawiając nóż w piersi ofiary. Nie wezwał pogotowia.
Przecież to nie było tak!
- Dodatkowo śledztwo dowiodło, iż oskarżony posiadał bliskie relacje z panem Suzukim - słysząc to z ust prokuratora, czuję się zupełnie nagi. Skoro potrafili dojść do tego, co tak skrzętnie ukrywaliśmy, że nawet zespół się nie domyślił... Czy naprawdę aż taką mieli kontrolę?
- Ale to... - próbuję coś powiedzieć, lecz ucisza mnie mężczyzna w peruce, uderzając drewnianym młotkiem w blat swojego stanowiska.
- Cisza! Udzieliłem głosu jedynie prokuratorowi! - wrzeszczy, więc milknę. Czuję się stłamszony.

- Dziękuję, panie sędzio - rzecze mężczyzna w płaszczu i kontynuuje. - Oskarżony był w bliskich relacjach z ofiarą, co tylko zwiększa związane z nim podejrzenia. Dziękuję - wypowiedziawszy swoją kwestię, siada na swoim stanowisku.
Sędzia odwraca się w moją stronę. W jego niebieskich oczach widzę coś z pogranicza obłędu, targa mną strach, dłonie pocą się, nogi zaczynają niespokojnie podrygiwać pod blatem, a serce niespokojnie bije, bije, bije o pierś...

- Proszę obronę o zaprezentowanie stanowiska - mówi sędzia, a na jego słowa kobieta wstaje. Robi to jeszcze bardziej reprezentacyjnie niż prokurator.
- Owszem, pan Matsumoto był w mieszkaniu pana Suzukiego. Prawdą jest też, że pokłócił się z pokrzywdzonym, lecz nie zabił pana Suzukiego. Pan Matsumoto zawsze w sytuacjach stresowych pali, więc także w tamtej chwili wyszedł zapalić, pozostawiając otwarte mieszkanie.
Spoglądam przychylniej na ogromną kobietę, która kontynuuje swój wywód:
- Wtedy do mieszkania pokrzywdzonego mógł wejść ktokolwiek i dokonać morderstwa.
- Jednak - wtrąca się prokurator - czy pan Matsumoto nie wrócił do mieszkania?
- Otóż nie. 
Trochę irytuje mnie fakt, iż dyskusja odbywa się beze mnie. Poza tym, skąd ta kobieta o wszystkim wiedziała i dlaczego nie pamiętam wydarzeń z ostatnich kilku godzin? Wiem, że poszedłem spać... czyżbym był tak oszołomiony, że zapomniałem, co robiłem po przebudzeniu? A może właśnie wtedy... Może to rzeczywiście ja go zabiłem?
- Pan Matsumoto wrócił do swojego mieszkania i położył się spać.
- Pan Suzuki został zamordowany cztery minuty po godzinie trzynastej.
- A pan Matsumoto wyszedł z jego mieszkania o godzinie dwunastej pięćdziesiąt trzy, zaś o trzynastej trzydzieści był już w swoim lokum.
- Uważa pani, że to niewystarczający czas, by pchnąć człowieka nożem w serce?
Kobieta poczerwieniała na twarzy, choć wciąż nie mogłem dokładnie ujrzeć jego wyrazu. Może byłem zbyt oszołomiony?
- Wzywam na świadka Uke Yutakę - odzywa się.
Kai wstaje z widowni, wkracza na czerwony dywan i pewnym krokiem podąża do stanowiska, umieszczonego na środku "sceny". Dlaczego wcześniej go nie zauważyłem? Kai na mnie nie patrzy, nie spogląda... zachowuje się tak, jakby mnie nie było. Czuję się zawiedziony...
- Jak się nazywasz? - w sali rozlega się głos sędziego. Brzmi teraz jak Bóg, kiedy jego słowa rezonują, dochodząc w każdy zakamarek sali.
- Uke Yutaka - odpowiada. Nie uśmiecha się, jest poważny.
- Proszę o podanie swojego dowodu tożsamości - na te słowa Kai wygrzebuje ze spodni plastikową kartę. Wygląda bardziej jak karta kredytowa albo bon do wykorzystania w drogerii. To takie groteskowe. Do Uke podchodzi ochroniarz i bierze od niego dowód. Następnie wraca na swoje miejsce i podaje kartę sędziemu. Człowiek w peruce ogląda dowód z przodu i z tyłu, coś zapisuje na kartce, którą ma przed nosem. Wszyscy przyglądają mu się z napięciem aż do czasu, gdy głębokim skinieniem przekazuje głos kobiecie.
- Panie Yutaka - kobieta wstaje ze swojego stanowiska i podchodzi do Kaia. - Jak określiłby pan relacje pana Matsumoto z panem Suzukim.
- Oni... - zaczyna Kai robiąc krótką pauzę, jakby na zebranie myśli - ... zawsze byli dość blisko. Często się śmiali, czasem robili sobie na złość, ale to były takie przyjacielskie kąśliwości, które zawsze kończyły się śmiechem.
- A jednak - wtrąca się prokurator - Takanori Matsumoto jest dość wybuchową osobą, nieprawdaż?
- No... - Kai zaczyna się jąkać, mówi mniej pewnie. Nie patrzy na mnie, ale ja widząc go mam wrażenie, iż on wie... zna koniec tej rozprawy. - Tak... Takanori jest wybuchowy, ale nie do tego stopnia, żeby kogoś zabić.
- Wybuchowy i impulsywny, prawda? - prokurator mówi bardzo sugestywnie i ostro. Jest pewny siebie, surowy... bezosobowy.
- Tak... - odparł cicho stłamszony Kai, spuszczając głowę w dół.
- Ale nie wierzy pan w jego winę, prawda? - odzywa się kobieta.
- Oczywiście, że nie! Ruki ko... naprawdę lubił Akirę. Nie mógłby go zabić, musiał to zrobić ktoś inny.
- Dziękuję - mówi pani mecenas. W samym jej głosie słychać, że się uśmiecha, zerkając na prokuratora. Mam okropne wrażenie, że rywalizują ze sobą... nie tylko o wygraną sprawę, ale także o dominację. Pasują do siebie. Są ogromni i emanują czymś... chyba są razem na zasadzie konkurencji.
Kai odchodzi.
- Wzywam na świadka Taro Yamamoto.
Dyrektor wstaje, wszystko się powtarza.
Jego wzrok jest poważny. On zerka na mnie nerwowo, choć ja nie mam odwagi, by spojrzeć na niego.
- Jak ocenia pan oskarżonego jako pracownika?
- Był dobrym i sumiennym... choć bardzo narwanym...
- Narwany! - prokurator zerka na panią mecenas, przerywając dyrektorowi wypowiedź. - Więc byłby w stanie pod wpływem silnych emocji zabić?
- Nie wiem, czy akurat zabić, ale...
- To wszystko wyjaśnia, dziękuję.
To było dziwne. Nigdy nie widziałem dyrektora tak spłoszonego. Zawsze należał do ludzi pewnych siebie, postawnych i takich "z klasą". Teraz bardziej przypominał spłoszoną surykatkę niż dyrektora ogromnej wytwórni muzycznej, która zdobyła światową sławę.
- Wzywam na świadka Shinsaku Abe - mówi prokurator, coraz bardziej pewny siebie, a kobieta obok mnie zagryza wargi. Przegrywamy? Nie możemy przegrać, przecież tu chodzi o moje życie! Ale czuję się niezdolny do wykasłania choćby jednego słowa. Zerkam ukradkiem na sędziego. Wygląda srogo, choć wyraz jego twarzy staje się przyjaźniejszy, gdy tylko zerka w stronę prokuratora. Kumoterstwo?
Wszystko powtarza się. Człowiek wstaje, podaje dowód, następnie sędzia oddaje głos prokuratorowi. Jedyne, co uległo zmianie, to fakt, że nie znam człowieka, stojącego przy stanowisku. Wygląda zwyczajnie.
- Był pan świadkiem morderstwa, prawda? - zaczyna prokurator.
- Tak, byłem - odpowiada pewnie świadek.
- Co pan widział?
- Widziałem oskarżonego, jak wyszedł z budynku i zapalił papierosa. Był bardzo zdenerwowany, co chwilę klął pod nosem. Później wrócił do mieszkania, a po chwili z niego wybiegł.
- Co pan robił w pobliżu mieszkania pana Suzukiego? - odzywa się pani mecenas do świadka. Jestem jej naprawdę wdzięczny, choć wiem, że robi to tylko dla zarobku... ale mam poczucie, że jest jedyną osobą, która zdecydowanie stoi po mojej stronie.
- Czekałem na kolegę, który miał się właśnie tam pojawić.
- A czy kolega jest w stanie to potwierdzić? Może to pan zabił ofiarę?
Dlaczego oni mówią o Akirze jak o ofierze? Przecież on nie mógł zginąć! To jest jakiś kompletny absurd... Jednak w dalszym ciągu nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Czuję, jakby blokował mnie ten burak w peruce.
- Ja? Jeszcze tego brakowało. Widziałem jego - zwykły człowiek wskazuje na mnie. - On był bardzo zdenerwowany, później dowiedziałem się o całym morderstwie. To nie mógł być ktoś inny.
- A może ktoś przebywał w tamtym budynku i to on zabił Akirę po moim wyjściu? - stoję. Moje nogi drżą, a z oczu płyną łzy. Czyżbym uwierzył, że Akira nie żyje? Mówię... muszę się wybronić. Przecież nie mogę skończyć w więzieniu. Najpierw się stąd wydostanę, a potem znajdę Rei-chana. Tak, to jest najlepsze wyjście.
Czuję na sobie palące spojrzenia osób, znajdujących się w całej sali. Dziesiątki par oczu, utkwionych we mnie i grobowa cisza. Atmosfera niemal nie do rozładowania, jednak przerywa ją sędzia, uderzający drewnianym młotem w blat.
- Czy są jeszcze jakieś pytania do świadka?
Osuwam się na krzesło. Moje nogi wciąż są miękkie. Co właściwie się stało? Co, jeśli mnie oskarżą? Co będzie ze mną, co z Koronem? I dlaczego nic nie pamiętam?

Świadek siada na miejscu, a ja czuję na sobie jego spojrzenie. Uśmiecha się z satysfakcją. Może to on zabił Akirę? I teraz chce mnie wrobić? Tak, to na pewno to!
Nagle widzę, jak mój ojciec podchodzi do barierki, stanowiska... Nie spojrzał na mnie ani razu, a jego srogi wyraz twarzy wcale nie wróży nic dobrego.

- Panie Matsumoto... - zaczyna prokurator, krążąc wokół mojego ojca niczym hiena. - ... jest pan jedną z dwóch osób, które spośród tu zebranych znają oskarżonego najdłużej. Jak oceniłby pan jego dotychczasowe poczynania, charakter, zdolności, predyspozycje do pewnych zachowań...? 
- Takanori był... dość nieznośny jako młody człowiek. Już raz nadszarpnął nasze zaufanie, nie pozwolę jednak, by zdarzyło się to po raz drugi. Przez ten splot wydarzeń, nie chcę widzieć go więcej w domu. Tu panują pewne zasady.
Do moich oczu napływają łzy... ale nie, nie pozwolę im wypłynąć. Będę walczył. A ojciec może mnie wydziedziczyć, jestem dorosły. Już przeszedłem okres, kiedy urwanie kontaktu naprawdę mocno mnie zabolało. Drugi raz nie popełnię tego błędu.
- Czyli uważa pan, że oskarżony byłby w stanie dopuścić się zarzucanego mu czynu?
- Skoro siedzi na miejscu oskarżonego, to znaczy, że jakąś winę musiał ponieść. Nie ma oskarżenia bez niczego.
Kobieta zaciska dłonie w pięści.
- Dziękuję, nie mam nic do dodania - mówi prokurator z szaleńczą wręcz satysfakcją.
Ojciec siada. Kobieta w czarnym płaszczu zgrzyta zębami. Czuję się zbędny. Może to wcale nie mój proces? Może to wszystko jest wielką parodią, głupim żarem, zaraz zza tych drzwi wyskoczy Akira ze swoim głupim uśmieszkiem, wykrzykując te słowa, których nigdy nie mogę zapamiętać, a jakie mówi się w Europie w ramach jakiegoś święta, gdy uda się kogoś nabrać... Wtedy ja przewrócę oczami i przytulę go trochę mocniej niż powinienem...
Wzdycham.
- Czy to wszystko? - pyta sędzia.
- Nie mam nic do dodania, świadkowie jednoznacznie określili, iż oskarżony Takanori Matsumoto nie tylko był w stanie dokonać zarzucanego mu czynu, on zabił ofiarę, co jasno wynika z zeznań świadków. Jeśli tego byłoby mało, policja zabezpieczyła też nóż... - wtedy mecenas wygrzebał coś spod swojego biurka i z nożem, zapakowanym w worek oraz kartką papieru podszedł powoli do ochroniarza tuż przy mężczyźnie w peruce. - Jest to nóż, którym oskarżony zabił pana Suzukiego. Znajdują się na nim tylko odciski palców pana Matsumoto.
Przecież robiłem jedzenie... to takie idiotyczne, znów nie mogę niczego powiedzieć. Po prostu mnie zamurowało. Czuję się zupełnie bezbronny.
- Dowody są wystarczające i jednoznaczne. Wnoszę o ukaranie oskarżonego zgodnie z kodeksem Hammurabiego.
Kiedy prokurator skończył, był już z powrotem przy swoim stanowisku. Siedział i patrzył na kobietę z satysfakcją.
Kodeks Hammurabiego? Przecież...
- Ja nie zabiłem Akiry! - gwałtownie podnoszę się z miejsca, a moje krzesło ląduje tuż przy ścianie za moimi plecami. - Nie zabiłem go, on żyje! Akira musi żyć. A nóż... Robiłem przecież kanapki... Chciałem zrobić nam kolację, ale zorientowałem się, że nie ma niczego. Później się pokłóciliśmy i wyszedłem. Jego - wskazałem na nieznajomego świadka - widzę po raz pierwszy na oczy. I to nie ja go zabiłem! Po papierosie wróciłem do domu. A Akira musi żyć, po prostu musi! Nie wiem, dlaczego wszyscy się tak na mnie uwzięli i dlaczego nikt nie chce uwierzyć w to, co było naprawdę! Ja nie mogłem go zabić, bo ja go kocham! On nie mógł zginąć, udowodnię wam, zadzwonię do niego, a on odbierze - w moich oczach pojawia się coraz więcej łez, które w końcu nie wytrzymują i w akompaniamencie drżącego głosu, spływają strumyczkami po moich policzkach. - odbierze i przywita mnie tym swoim zwyczajowym głupim żartem... - zaczynam wydobywać telefon z kieszeni, lecz wtedy podbiegają do mnie ochroniarze i łapią, zakleszczając w uścisku, bym nie mógł się ruszyć.
- On jest niebezpieczny! - wykrzykuje ktoś.
- Jak pan sędzia widzi, mój klient jest niepoczytalny, rządzą nim silne emocje, więc wnoszę o uniewinnienie pod pretekstem niedyspozycji psychicznej.
- Nie jestem świrem! Jestem normalny! To z wami jest coś nie tak! - wykrzykuję, ale wszyscy zdają się mnie nie słyszeć.
Sędzia uderza swoim młotem o blat, czym mnie skutecznie ucisza.
- Sędzia nie potrzebuje zwyczajowej przerwy na obradę. Decyzja jest oczywista. Takanori Matsumoto uznany zostaje za winnego i objęty karą śmierci za zabójstwo Akiry Suzukiego. Z uwagi na wyjątkową nieprzewidywalność oskarżonego, wyrok zostanie wykonany od razu w sali wyrokowej. Proszę zaprowadzić oskarżonego Matsumoto.

Zaczynam się szarpać. Chcę żyć, ale ochroniarze trzymają mnie mocno w uścisku i wloką na korytarz oraz do sali. Wszyscy na mnie patrzą, ale to nie jest ważne. Chcę żyć!
- Lepiej będzie dla ciebie - słyszę za sobą cichy głos. - Lepiej, jak umrzesz niż gdybyś miał żyć ze świadomością zabicia ukochanej osoby.

Chcę się odwrócić, wyjaśnić i ujrzeć osobę, która znajduje się za mną, lecz ochroniarze są nieugięci. Sala obok jest pusta. Znajduje się w niej tylko krzesło i sznur. Ochroniarze stawiają mnie na krześle.
A może rzeczywiście nie ma sensu się szarpać? Może trzeba się poddać... Przecież i tak nie potrafiłbym żyć ze świadomością, że Akira...
Mokre ślady na moich policzkach zaznaczają świeże łzy. Moja głowa przechodzi przez obręcz.
Więc to już koniec? Miło było... Dziękuję ci, Akira... Mam nadzieję, że Kai zajmie się Koronem i że wszystko wróci do domu... Właśnie uświadamiam sobie, że głos za moimi plecami należał do mamy. Więc jednak mi wybaczają? Chyba nie ma sensu już się szarpać... To nieuniknione.
Grunt znika spod moich stóp. Czuję, jak przez krótką chwilę spadam... Trochę jakbym latał. Teraz sznur zaciska się na mojej szyi... coraz mocniej... Brakuje mi oddechu. To moja pokuta.

Zrywam się ze snu, odgarniając pościel. Jestem zlany potem i dyszę ciężko.
- Mmm? - mruczy ktoś obok. Zamieram, spoglądając na postać, przysłoniętą kołdrą, która obejmuje mnie ręką w pasie. Kiedy zrzuca kołdrę z głowy, zauważam Akirę i mam ochotę rozpłakać się ze szczęścia.
- Rei! - rzucam się na niego, przytulając bardzo mocno. Obejmuje mnie trochę zdziwiony i rozbawiony całą sytuacją.
- Co ci? Miałeś zły sen?
Wzdycham cicho, milcząc przez chwilę.
- "Złym snem" możesz nazwać masowy mord jednorożców, to było... - urywam, próbując znaleźć odpowiednie słowo. Aż mnie pogania, odsuwając od siebie nieznacznie, by na mnie spojrzeć. - ... nieważne. Po prostu chodźmy dziś do restauracji na śniadanie. Nie chcę widzieć twojego noża kuchennego ani razu do końca życia.
Patrzy na mnie z niezrozumieniem, wypisanym na twarzy, więc przewracam oczami.
- I jeśli jeszcze kiedykolwiek będę miał ochotę czytać Kafkę, to zabroń mi choćby siłą.
- Chyba rzeczywiście brakuje ci porządnego śniadania - całuje mnie w głowę i idziemy z łóżka pod prysznic. Zapowiada się naprawdę przyjemny dzień w barwach wschodzącego słońca.


Od aut.: Dziękuję wytrwałym (przepraszam?) i proszę o wyrażenie swoich odczuć/opinii w komentarzach (ja naprawdę nie gryzę~ ^^).

środa, 18 września 2013

[One Shot] Słodka przeszłość (ReitaxUruha)

Data napisania: 04.06.2010r.
Tytuł: Słodka przeszłość
Pairing: ReitaxUruha
Gatunek: Flashback i Fluff
Rating: chyba G
Ostrzeżenia: ?
Notka od autora: Coś bardzo starego (co widać po dacie), znowu Gazettowy paring i chyba nawet mój pierwszy fick o tej parze. Zapraszam ^^

Najpierw był piękny początek. Działo się to jeszcze w liceum, a ja pamiętam tak, jakby zdarzyło się wczoraj.
Poznaliśmy się zwyczajnie, wiele osób nawiązuje w ten sposób znajomości. Po prostu mieliśmy przerwę między lekcjami, a żadnego z naszych znajomych nie było tego dnia w szkole z powodu epidemii grypy. Siedziałeś na parapecie, a ja podszedłem do ciebie i zacząłem rozmowę. Bardzo szybko się rozwinęła i okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Chodziliśmy i rozmawialiśmy razem przez cały dzień. Następnego dnia było podobnie, ale tym razem to ty podszedłeś do mnie i zagadałeś. Do dzisiaj uśmiecham się, wspominając, gdy tak się zagadaliśmy, że zapomnieliśmy o bożym świecie i zostaliśmy sami na korytarzu. W połowie lekcji zauważył nas dyrektor. Ale miałem wtedy szlaban.
Wciąż zbliżaliśmy się do siebie, z każdym dniem. Nawet po powrocie naszych przyjaciół, nie szczędziliśmy czasu na rozmowy i wygłupy. Oczywiście zdarzały się kłótnie i nieporozumienia. Jedno takie trwało nawet dwa tygodnie. Do dzisiaj wydaje mi się, że to ja je spowodowałem i zawsze, gdy o tym myślę, czuję drobne ukłucie w sercu. Widząc tylko czubek własnego nosa nie potrafiłem zauważyć, gdy twoje poczucie własnej wartości spadło niemalże do zera. Zobaczyłem to niestety za późno, bo zacząłem dociekać dopiero w chwili, gdy dojrzałem kreskę na twoim nadgarstku. Dzisiaj już nie ma po niej śladu, bo rana nie została. Wyleczyliśmy ją razem i nie musiała się nawet zabliźniać. Po prostu zniknęła. Wtedy przyrzekłem, że już nigdy cię nie zostawię.
Z czasem zacząłem lubić cię coraz bardziej, a w drugiej klasie poczułem tę „iskierkę”. Zacząłem za tobą szaleć. Byliśmy wtedy najlepszymi przyjaciółmi. Stało się to zwyczajnie, jakby automatycznie. Nagle dostrzegłem, że potrafisz rozchmurzyć każdy mój zły dzień, przegonić każdą burzę w moim życiu. Przebywanie z tobą przestało być dla mnie samą radością, doszła do niej fascynacja twoją osobą i chęć spędzania z tobą każdej chwili, mimo, że byliśmy wtedy niemal nierozłączni.
Minęło wiele dni, które spędziliśmy razem, ale najwyraźniej pamiętam ten jeden niezwykły…
Była dyskoteka szkolna dla całego liceum. Na początku krępowaliśmy się cokolwiek robić, ale po paru piosenkach zaczęliśmy tańczyć i się wygłupiać. Wyginaliśmy się w rytm muzyki, śmiejąc się z siebie nawzajem. Raz nawet wpadłem na ciebie. Byłeś tak zdezorientowany, że runąłeś na ziemię, a ja za tobą. Na początku cały poczerwieniałeś, tym bardziej, że widziała to dziewczyna, która ci się podobała. Nie była brzydka, ani głupia, ale ja nigdy nie potrafiłem jej polubić. Ona mnie też. Ale mimo to zwierzałeś mi się, a ja – jak przystało na dobrego przyjaciela – doradzałem ci i pomagałem zdobyć jej serce. W trakcie dyskoteki spojrzała na mnie zawistnie, gdy leżałem na roześmianym Shimie, czyli tobie. Lubiłem cię wtedy tak nazywać. Mimo wszystko postarałem się dość szybko pozbierać i pomóc wstać też tobie. Dalej wszystko odbyło się bez rewelacji – dziewczyna unikała cię i udawała obrażoną, przez co byłeś trochę smutny, ale ja potrafiłem cię pocieszyć. Coś zdarzyło się dopiero po całej imprezie. Byliśmy spoceni, ale zadowoleni, bo wyszaleliśmy się do woli. Właśnie ścierałem z czoła pot, a do łazienki wszedłeś ty. Powiedziałeś tylko, że dziewczyna dowiedziała się o twoich uczuciach i oznajmiła, iż cię nienawidzi i nigdy nie będzie w stanie pokochać. W myślach nadałem jej niecenzuralną nazwę i zacząłem cię pocieszać. Usiadłeś w kącie na ziemi, a ja obok ciebie. Nie chciałeś płakać, to łzy same popłynęły z twoich oczu, a ja…to było instynktowne…przytuliłem cię i mówiłem, że nie jest ciebie warta. Ani ciebie, ani twoich łez. Spojrzałeś na mnie i…nigdy nie zapomnę tego wzroku, twoich oczu, ust, całej twarzy wtedy i słów:
- Akira...wiesz…jest jedna sprawa… - nie mówiłem nic, czekając, aż rozbudujesz zdanie – …ja…kocham cię…
Byłem zaskoczony i w pierwszej chwili nie potrafiłem nic zrobić, ani powiedzieć. W mojej głowie plątało się mnóstwo myśli. Nigdy nie zapomnę tego uczucia. Było jak mieszanka wszystkiego – podniecenia, radości, strachu, niepokoju - która zaraz miała wybuchnąć, a ja obudzić się i z żalem stwierdzić, że to sen. Ale nie, to wszystko było prawdziwe. Wtedy powiedziałem, że odwzajemniam twoje uczucie i zasmakowałem twoich ust. Powiedziałbym, że były słodkie, choć tak naprawdę nie dało się określić ich smaku. Z każdą chwilą narastała w nas namiętność i podniecenie. Łzy zdążyły szybko wyschnąć z twoich policzków. Osuszyłem je ja swoimi ustami. Nie doszło między nami do niczego więcej. Z jednej strony żałowałem, ale z drugiej nie chciałem tłumić rozsądku namiętnością. To było piękne i nie zapomnę tej chwili do końca mojego życia. Mimo, że była tak ulotna.
Potem trochę krępowaliśmy się przed okazywaniem swoich uczuć w szkole. Inaczej było, gdy zostawaliśmy sami – wtedy pochłaniały nas uczucia, jakie do siebie żywiliśmy pomieszane z namiętnością. Bolało mnie, gdy dzień po dyskotece, próbowałem objąć cię w pasie. Chciałem poczuć twój zapach, ale ty odepchnąłeś mnie. Usłyszałem śmiechy i wiedziałem, że twoje policzki pokrywa rumieniec wstydu. Miałem ochotę wtedy skulić się jak dziecko i zacząć płakać, ale ukryłem się pod maską twardziela bez uczuć, bo tak było łatwiej. Do końca dnia unikaliśmy siebie nawzajem. Ja miałem cię dość, byłem wściekły i zdruzgotany, a tobie było wstyd i bałeś się do mnie podejść. Pamiętam, że gdy wróciłem tego dnia do domu, zamknąłem się w łazience i zacząłem płakać. Wtedy pochlipywania zza drzwi usłyszała siostra i zaczęła ze mną rozmawiać. Była starsza i zawsze pomagała mi w najcięższych chwilach. Po półgodzinnym namawianiu, wreszcie otworzyłem drzwi, a ona przytuliła mnie i zaprowadziła do swojego pokoju. Nagle zburzył się mur wokół mojego serca i zacząłem opowiadać bez opamiętania o wszystkim, co mnie dręczyło. Trwało to godzinę. Siostra łatwo zaakceptowała moje preferencje seksualne i doradziła mi, bym się nie zniechęcał, tylko z tobą porozmawiał, bo pewnie cię to wszystko po prostu przeraziło. W takich chwilach cieszyłem się, że mam taką wyrozumiałą siostrę.
Następnego dnia problem sam się rozwiązał. W chwili, gdy pojawiłem się w drzwiach szkoły, ty już na mnie skoczyłeś, przytulając się i wciąż powtarzając słowo „przepraszam”. Wybaczyłem ci i wtedy drugi raz zasmakowałem twoich ust. Wydawały się być spragnione mojego pocałunku. Potem nie było łatwo, tym bardziej, że nie wszyscy akceptowali nasz związek, ale wystarczyło, że my go zaakceptowaliśmy i mogliśmy już razem dążyć do szczęścia.
Trwało to rok. W trzeciej klasie przeżyliśmy swój pierwszy raz. Nie da się tego opisać, choć do dziś pamiętam ten ból i nasze mocno zaciśnięte dłonie. Byliśmy wtedy razem i czuliśmy to razem, tak, jak zawsze. Pamiętam nasze przyspieszone oddechy, mieszające się ze sobą, nasze ciała, które splecione razem mogły tworzyć jeden organizm i ból, przerażający ból, który czuliśmy obydwoje, tłumiony przyjemnością, którą czerpaliśmy zarówno ze stosunku, jak i ciepła swoich ciał.
Założyliśmy pierwszy zespół. Był on kompletnym niewypałem. Dopiero z drugiego „coś” wyszło. I wtedy, kiedy „coś” wyszło, nasze uczucie zaczęło blaknąć, zanikać. A przynajmniej tak nam się wydawało. Teraz myślę, że po prostu potrafiliśmy pokochać mocniej kogoś innego, niż siebie nawzajem. Czasami wracam myślami tam, w odległą przeszłość i myślę o niej z małym żalem i utęsknieniem, ale wiem, że nikt inny nie potrafiłby zastąpić Rukiego. On jest jedyny, niezastąpiony i właśnie przysypia na kanapie w moim salonie. Wygląda bardzo słodko. Ty też znalazłeś sobie kogoś. Podchody z Yuu nareszcie się skończyły i jesteście razem. A ty i ja od czasu rozpadu „nas” znowu zostaliśmy przyjaciółmi i jesteśmy nimi do teraz. Piękny początek i nie gorszy koniec.

czwartek, 22 sierpnia 2013

[One Shot] Pod tym ogromnym drzewem wiśni… (ReitaxRuki)

Tytuł:„Pod tym ogromnym drzewem wiśni...”
Pairing: Reituki
Gatunek: Angst, Songfic (Machibouke no kouende - the GazettE)
Rating: G?
Ostrzeżenia: nie będę tu pisała, bo nie chcę psuć frajdy czytania ^^
Od autora: Twór jest stary. Pochodzi chyba sprzed dwóch lat, wylądował już w kilku miejscach.

Tak, robię opis z ostrzeżeniami itd, postaram się uzupełnić też w pozostałych fickach ^^'.

***
Akira oparł głowę o tylną część ławki, przymykając oczy. Westchnął głęboko. Jego przyjaciel znów się spóźniał. Nagle przed jego oczami znów pojawiały się wyrywki wspomnień, tych najboleśniejszych. Akira wrzasnął, spuszczając głowę w dół i chwytając ją dłońmi. Cały drżał, gdy nagle poczuł czyjąś dłoń na swoich plecach i momentalnie zwolnił uścisk swoich dłoni na głowie. Ktoś najpierw powoli przejechał palcami wzdłuż jego kręgosłupa, a potem subtelnie położył dłoń na jego plecach. Akira spojrzał na Takanoriego załzawionymi oczami.
- Taka-chan… - szepnął drżącym głosem.
Matsumoto uśmiechnął się do niego ciepło i przytulił do swojego brzucha, który Suzuki objął i zaczął cicho łkać. Nagle na jego włosy opadł płatek kwiatu z drzewa wiśni. Takanori uśmiechnął się i delikatnie strzepnął go, muskając dłonią jego włosy. Były miękkie i bardzo przyjemne w dotyku, więc położył na nich dłoń i zaczął głaskać. Płacz Suzukiego ustał i ciemnooki spojrzał ze zdziwieniem na ciemnowłosego przyjaciela.  Takanori uśmiechnął się do niego szeroko i musnął palcem czubek jego nosa. Słońce zaczęło świecić, a lekko drżące kąciki ust Akiry podniosły się odrobinę w górę. Nieznacznie, ale się podniosły, co bardzo ucieszyło Takanoriego. Ciemnowłosy przykucnął i z dołu wpatrywał się w świecące od łez oczy Akiry.
- Masz piękne oczy – powiedział, uśmiechając się.
- Nie mam… - burknął pod nosem, chowając twarz między nogi.
- Ue-chaaan! – powiedział, próbując podnieść jego głowę do góry. – To, że ta… - w jego głowie krążyło wiele niecenzuralnych słów, które wręcz idealnie opisywały osobę, o której mówił, ale wiedział, że nie może ich użyć. A miał na myśli dziewczynę Akiry, która bawiła się nim i wykorzystywała jego uczucie. Teraz kolejny raz z nim zerwała, łamiąc mu serce. – … ta… ta… no dobra, powiem wprost. – Akira podniósł głowę do góry, patrząc na przyjaciela. – Nigdy jej nie lubiłem, zawsze zachowywała się jak ostatnia ekhem i przeszkadzała mi w… - urwał, uświadamiając sobie, że powiedział trochę za dużo.
- W czym? – nagle zaciekawił się Suzuki.
- W… w… - Takanori próbował jakoś się wykręcić, ale stres sprawił, że nie mógł nic wymyślić. Jego broda drżała. Nagle poczuł, że coś utknęło w jego gardle i nie mógł nic powiedzieć. Akira wpatrywał się w niego z zaciekawieniem.
- N-no bo… - Matsumoto wreszcie się przełamał i postanowił coś powiedzieć. – J-j-ja w pewnym sensie z-z nią r-rywalizo-wałem – wydukał, a na jego twarz wpłynął rumieniec. Akira westchnął, znowu pochmurniejąc i oparł brodę o kolana. Matsumoto dotknął wierzchem dłoni jego policzka i delikatnie go pogładził, patrząc w jego smutne oczy.
- Akira… - zaczął niepewnie. – Czy jest ci przez to smutno?
- Przez co? – spytał zaskoczony, lekko marszcząc czoło, które Takanori od razu wygładził swoim kciukiem.
- Przez to, że nie powiedziałem do końca… no wiesz… b-bo… ja… ja cię kocham… - ostatnie słowa mówił tak cicho, że tylko siedzący naprzeciw niego Akira mógł go usłyszeć. Suzuki pomyślał, że jego życie jest zmienne jak kobieta w ciąży i lekko się uśmiechnął. Takanori wyglądał, jakby zaraz miał uciec, albo raczej był gotowy do ucieczki w każdej chwili. Akira podniósł głowę i przybliżył ją do twarzy Matsumoto. Potem dotknął jego ust swoimi wargami. Wydawać by się mogło, że Takanori zaraz zacznie skakać i tańczyć z radości. Jego oczy błyszczały szczęściem.


„W tamtym parku, kiedy byłem w depresji, świeciło słońce, krzycząc twoim głosem moje imię.
Kocham cię - te jedyne słowa…”



Kolejna kłótnia. Takanori był zły i chodził piaskową drogą, ciągle kopiąc pierwszy lepszy kamień lub kasztan. Wzrok miał wbity w ziemię.
- Nie! Ja go nie przeproszę, niech sam przyjdzie! – myślał. Nagle na ziemi przed sobą zobaczył czyjeś buty i natychmiast podniósł wzrok na siedzącego na ławce i płaczącego Akirę. Siedział pod tym samym drzewem wiśni. Nagle Matsumoto poczuł, że Suzuki zaciska dłoń na jego koszulce, przyciąga go do siebie i przytula, mocząc mu koszulkę. W chwili takiej jak ta Matsumoto nie potrafił długo się gniewać. Łzy moczyły jego brzuch, lecz on nie umiał się tym przejmować, patrząc, jak Akira płacze. Objął jego głowę rękami, przyciskając ją do swojego brzucha i szeptał, że nic się nie stało i nie ma mu niczego za złe. Po chwili było słychać tylko ciche łkanie. Suzuki nie płakał przez kłótnię, a mimo to bliskość Takanoriego, dodawała mu otuchy. Jasnowłosy czuł, że wydarzy się coś tragicznego i bał się. Pulsował w nim jakiś wewnętrzny niepokój. Matsumoto zwolnił uścisk i zaczął głaskać włosy Akiry, delikatnie masując jego głowę. Płacz ustał, a ledwo wyczuwalny wiatr poniósł ze sobą jedno słowo, wyszeptane przez Takanoriego:
- Przepraszam…



„Zawsze, zawsze płakałeś pod ogromnym drzewem wiśni.”



- Takanori! TAKANORI!!! – wrzeszczał Akira przez łzy, łykając je co chwilę. – Taka-chan – opadł bezsilnie na kolana, trzymając w uścisku jego bezwładną dłoń. Gdy poczuł na swojej słaby uścisk, zerwał się i zobaczył uśmiechniętego Takanoriego.
- Głupku! Dlaczego się śmiejesz?! – krzyczał zdesperowany Suzuki, wciąż połykając łzy. – Przecież t-ty…u-mie-rasz… - jego ciało drżało, a w oczach skłębiły się łzy, by zaraz polecieć w dół, ku brodzie i opaść na brzuch Matsumoto.
- Tak, ale… - ciemnowłosy mówił zachrypniętym głosem człowieka zmęczonego życiem. - … jesteś przy mnie, to mi wystarcza… I pamiętaj, że ja też zawsze będę przy tobie… kiedyś wrócę i już zawsze będziemy szczęśliwi… - jego głowa opadła bezwładnie na szpitalną poduszkę, a oczy zamknęły się bezwładnie, jak u lalki.
- Takanori! TAKANORI!!!



„Wiatr pod koniec września jest pełen bólu.”



Akira usłyszał, jak kropelki deszczu uderzają w szyby. Odetchnął głęboko, jakby z nutką smutku, wziął coś pod pachę i wyszedł na dwór. Znów poszedł pod to samo drzewo wiśni i usiadł na niszczejącej już ławeczce… tej pamiętnej ławce. Drzewo było na tyle bujne, że przez gałęzie przeciekały tylko nieliczne krople deszczu. Akira otworzył czarny album i mówił wskazując na każde ze zdjęć. Przy jednym z nich powiedział:
- Taka-chan, a pamiętasz chwilę, w której wyznałeś mi miłość? – W kącikach jego oczu zaczęły pojawiać się łzy. – To były ciężkie i bardzo pochmurne dni w moim życiu… ale ty sprawiłeś, że na miejsce chmur weszło słońce. Ty jesteś moim słońcem! – uśmiechnął się, patrząc w niebo i po chwili znów wracając do zdjęcia. Posmutniał. – I wtedy… nie chodziło o dziewczynę… wreszcie mogę Ci powiedzieć, że to nie było to… Tu… chodziło o to… że… o-ojciec… mnie bił… - ostatnie słowa powiedział niemal bezgłośnie, jakby chciał, żeby usłyszało go tylko to ogromne drzewo. Znowu zachciało mu się płakać. – Kocham cię – powiedział na koniec, tłumiąc łzy. Zamknął album.
Po godzinie płaczu, leżał na ławce, obejmując album i śpiąc, lecz jego oczy wciąż były wilgotne od łez.



„W kółko mamrotałeś do tego albumu mnóstwo wspomnień.
Przyszedłem, by oglądać, jak śpisz, zmęczony płaczem,
Pod tym ogromnym drzewem wiśni, pełnym wspomnień.
Patrzę na ciebie, jak czekasz, aż wrócę.”



Kolejny samotny dzień… Akira znów siedział na spróchniałej ławce w cieniu bezkwietnego drzewa wiśni. Przyglądał się temu miejscu zaledwie chwilę i doszedł do wniosku, że w ogóle się ono nie zmieniło… ani trochę od czasu tych pamiętnych dni. Znów zamknął się we wspomnieniach, tłumiąc czas. Deszcz ustał.
- Takanori… - powiedział cicho. Był dorosły, jego głos niższy i zmysłowy, a mimo tego… mimo dorosłości, pracy, przyszłości nie potrafił zapomnieć o przeszłości…o  Matsumoto. Westchnął cicho. – Przepraszam cię, Takanori, ale ja nie potrafię… - dokończył w myślach, zamykając oczy. Po chwili otworzył je, wszedł na ławkę z liną w ręce i przywiązał ją do jednej z większych gałęzi. Potem wsunął okrąg z liny przez głowę i zeskoczył z ławki, myśląc „żegnaj świecie, witaj Takanori”. Przez chwilę jego ciało było sztywne i szamotał się, lecz potem ustąpił, jakby się poddał. Jego ciało wisiało bezwładnie i wtedy gałąź złamała się, a bezwładne ciało spadło na ziemię. Z nieba, krzyczącego głosem Takanoriego lunął rzęsisty deszcz. Dwie sekundy… za późno.

sobota, 17 listopada 2012

[one shot] A gdybym... [Reita/Ruki] (the GazettE)

Tytuł: A gdybym...
Paring: Reita/Ruki (the GazettE)
Rating: G
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Postanowiłam jednak wrzucić coś nowszego.
Bardzo miniaturowa miniaturka :3
Pisane z punktu widzenia Rukiego.


- A gdybym tak... - zacząłem,nie odrywając wzroku od fascynującego widoku za samochodowym oknem. - ...po prostu zniknął?
- Zniknął? - odpowiedź rozbrzmiała wśród ryku silnika niemal natychmiast.
- Tak, gdybym umarł.
Twoje zaskoczenie wyczułem wręcz w powietrzu. Nastąpiła aria ryczącego samochodu, po czym położyłeś dłoń na moim ramieniu, by zmusić do podarowania ci jednego z moich cennych spojrzeń. Wyraźnie zniesmaczony takowym sposobem perswadowania, oderwałem wzrok od fascynującego widoku przemijających budynków, by spojrzeć prosto w twoje czekoladowe oczy. Nawet nie zauważyłem, kiedy stanąłeś.
- Gdybyś zniknął, wtedy ja też bym... się ulotnił - zrobiłeś krótką pauzę w swej wypowiedzi. - Zrozum,że teraz już się ode mnie nie uwolnisz - uśmiechnąłeś się pewnie, a moja twarz przybrała zdziwionego wyrazu. Uniosłem jedną brew. - Staliśmy się czymś w stylu jedności i teraz już żadne z nas nie będzie mogło żyć oddzielnie, zatem gdybyś umarł, ja umarłbym z tobą czyli wychodzi na to, że zawsze będziemy razem - tym razem twój uśmiech ze zwykłego pewnego uśmiechu, stał się tym tryumfalnym wyrazem zadowolenia. Parsknąłem.
- Ale ja żartowałem - odparłem, obserwując kątem oka twoją minę, która nagle diametralnie się zmieniła.