sobota, 8 lutego 2014

[One Shot] "Proces" [Reita/Ruki] (the GazettE)

Tytuł: Proces
Paring: Reita/Ruki (the GazettE)
Rating: ?
Gatunek: ?
Ostrzeżenia: Schiza.
Od autora: Muszę pamiętać, żeby już nigdy nie porywać się na pisanie w czasie teraźniejszym x x


Siedzę na wyjątkowo twardym krześle i czuję, jak bolą mnie od niego pośladki. Błądzę wzrokiem po chłodnej, utrzymanej w metalicznych barwach sali, lecz każdy, na kogo spojrzę, odwraca wzrok. Moje serce wali nerwowo, nierytmicznie obijając się o żebra, w które jest obite. Nigdy wcześniej nie czułem się tak spięty, jak w tej chwili. W mojej głowie krąży jedna myśl, obijając się o potylicę, kość czołową, ciemieniową, skroniową...
Co ja tu robię?
Spoglądam na Kai'a. Jako lider zawsze był najmniej stronniczy, miał w sobie coś ciepłego, a jednocześnie potrafił zmobilizować... On musi mnie zrozumieć! Lecz Kai odwraca wzrok. Nie rozumiem, co się dzieje.
Spoglądam na Uruhę. Zazwyczaj wesoły, przyjaźnili się z Reitą. Był błyskotliwy, potrafił w ciężkiej sytuacji zachować zimną krew i wyciągnąć racjonalne wnioski... Może chociaż on dostrzeże absurdalność tej sytuacji? Lecz i on odwraca wzrok.
Spoglądam na Aoi'ego. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy, on musi mi uwierzyć, w końcu jest moją ostatnią nadzieją! Lecz Aoi także odwraca wzrok.
Westchnąłem ciężko, rozglądając się za Akirą. Dlaczego wcześniej o nim nie pomyślałem? Nie widzę go nigdzie. Obok mnie siedzi ogromna kobieta, odziana w ciężki czarny materiał, wyglądający jak naprawdę nieudany płaszcz. Lustruje złowrogo pozostałych ludzi na sali. Naprzeciwko mnie, przy podobnym biurkowym stoliku do tego, widniejącego przede mną, siedzi mężczyzna w niemal identycznym płaszczu i o równie złowrogim spojrzeniu. On z kolei wpatruje się w znajdującą się obok mnie kobietę, choć mam przez to wrażenie, że patrzy również na mnie. Nie mogę wyraźnie dostrzec ich twarzy... Przechodzi mnie dreszcz, gdy czuję na sobie nieprzyjazne spojrzenie dyrektora Yamamoto*, lecz kiedy sam zwróciłem wzrok w jego kierunku, on wpatrywał się w mężczyznę w czarnym płaszczu. Spuszczam wzrok w dół, wbijając go w stolik przede mną. Opieram na nim łokcie i chowam twarz w dłonie.
Czy jest tu ktoś, kto mi uwierzy?
Nagle czuję, jak kobieta z niewyobrażalną wręcz siłą ciągnie mnie za łokieć w górę. Wstaję posłusznie, a moje krzesło upada z hukiem na ziemię. Dopiero teraz obejmuję wzrokiem całą salę. Na ścianie po mojej lewej w centrum znajdują się drzwi, a po ich bokach widnieją poustawiane w równych rzędach krzesła. Na krzesłach są ludzie. Niektórych z nich rozpoznaję, innych nie... Czuję, jak moje ciało drętwieje, gdy rozpoznaję swoich rodziców. Nie patrzą na mnie. Za pięcioma rzędami krzeseł widnieje poręcz, oddzielająca dwa sektory pomieszczenia - prawie niczym widownię i scenę. Czuję stres, ale nie ma on kompletnie nic wspólnego z dreszczykiem emocji, który towarzyszy mi tuż przed koncertem. Za barierką znajduje się kolejny rząd ławek. Te są puste. Wszyscy stoją. Nawet mężczyzna w czarnym płaszczu. Od drzwi aż do barierek prowadzi czerwony dywan. Następnie widnieją cichutko skrzypiące drzwiczki. Mężczyzna w białej peruce, przypominającej te, noszone przez osiemnastowiecznych kompozytorów, przechodzi przez całą salę aż do swojego stanowiska, a za nim podąża jego gwardia ochroniarzy. Oni stają obok niego w równiutkich rządkach. Wszyscy siadają, a kobieta ciągnie mnie w dół. Patrzę na nią gniewnie. Przecież moje krzesło jest przewrócone. Puszcza mnie, a ja podnoszę mebel i siadam na nim.
- Rozpoczynam rozprawę Takanoriego Matsumoto, oskarżonego o zabójstwo Akiry Suzukiego - mówi mężczyzna w białej peruce, a ja z każdym jego słowem coraz bardziej drętwieję. Przez chwilę nawet do oczu cisną mi się łzy.
Jak to Akira nie żyje?
- Proszę prokuratura o zaprezentowanie stanowiska oskarżyciela.
- Otóż - mówi mężczyzna groteskowo zwyczajnym głosem w porównaniu do swojej ogromnej postury. Wstaje tak gwałtownie, że wszyscy zwracają się w jego kierunku. - Pan Matsumoto dnia dwudziestego siódmego czerwca był w domu pana Suzukiego. Dochodzenie dowiodło, iż tego samego dnia - mam wrażenie, że mówi beznamiętnie, lecz mimo to słuchając go czuję się winny - oskarżony pokłócił się z ofiarą i w szale sięgnął po kuchenny nóż, po czym pchnął go prosto w serce - z czasem jego wypowiedź stawaje się skrajnie emocjonalna. Mam ochotę wstać, zerwać się, zaprzeczyć... przecież to wcale nie było tak! Jednak moje ciało jest zbyt zdrętwiałe, by reagować tak, jak podpowiada umysł. - Następnie pan Matsumoto spanikował i wybiegł z mieszkania, pozostawiając nóż w piersi ofiary. Nie wezwał pogotowia.
Przecież to nie było tak!
- Dodatkowo śledztwo dowiodło, iż oskarżony posiadał bliskie relacje z panem Suzukim - słysząc to z ust prokuratora, czuję się zupełnie nagi. Skoro potrafili dojść do tego, co tak skrzętnie ukrywaliśmy, że nawet zespół się nie domyślił... Czy naprawdę aż taką mieli kontrolę?
- Ale to... - próbuję coś powiedzieć, lecz ucisza mnie mężczyzna w peruce, uderzając drewnianym młotkiem w blat swojego stanowiska.
- Cisza! Udzieliłem głosu jedynie prokuratorowi! - wrzeszczy, więc milknę. Czuję się stłamszony.

- Dziękuję, panie sędzio - rzecze mężczyzna w płaszczu i kontynuuje. - Oskarżony był w bliskich relacjach z ofiarą, co tylko zwiększa związane z nim podejrzenia. Dziękuję - wypowiedziawszy swoją kwestię, siada na swoim stanowisku.
Sędzia odwraca się w moją stronę. W jego niebieskich oczach widzę coś z pogranicza obłędu, targa mną strach, dłonie pocą się, nogi zaczynają niespokojnie podrygiwać pod blatem, a serce niespokojnie bije, bije, bije o pierś...

- Proszę obronę o zaprezentowanie stanowiska - mówi sędzia, a na jego słowa kobieta wstaje. Robi to jeszcze bardziej reprezentacyjnie niż prokurator.
- Owszem, pan Matsumoto był w mieszkaniu pana Suzukiego. Prawdą jest też, że pokłócił się z pokrzywdzonym, lecz nie zabił pana Suzukiego. Pan Matsumoto zawsze w sytuacjach stresowych pali, więc także w tamtej chwili wyszedł zapalić, pozostawiając otwarte mieszkanie.
Spoglądam przychylniej na ogromną kobietę, która kontynuuje swój wywód:
- Wtedy do mieszkania pokrzywdzonego mógł wejść ktokolwiek i dokonać morderstwa.
- Jednak - wtrąca się prokurator - czy pan Matsumoto nie wrócił do mieszkania?
- Otóż nie. 
Trochę irytuje mnie fakt, iż dyskusja odbywa się beze mnie. Poza tym, skąd ta kobieta o wszystkim wiedziała i dlaczego nie pamiętam wydarzeń z ostatnich kilku godzin? Wiem, że poszedłem spać... czyżbym był tak oszołomiony, że zapomniałem, co robiłem po przebudzeniu? A może właśnie wtedy... Może to rzeczywiście ja go zabiłem?
- Pan Matsumoto wrócił do swojego mieszkania i położył się spać.
- Pan Suzuki został zamordowany cztery minuty po godzinie trzynastej.
- A pan Matsumoto wyszedł z jego mieszkania o godzinie dwunastej pięćdziesiąt trzy, zaś o trzynastej trzydzieści był już w swoim lokum.
- Uważa pani, że to niewystarczający czas, by pchnąć człowieka nożem w serce?
Kobieta poczerwieniała na twarzy, choć wciąż nie mogłem dokładnie ujrzeć jego wyrazu. Może byłem zbyt oszołomiony?
- Wzywam na świadka Uke Yutakę - odzywa się.
Kai wstaje z widowni, wkracza na czerwony dywan i pewnym krokiem podąża do stanowiska, umieszczonego na środku "sceny". Dlaczego wcześniej go nie zauważyłem? Kai na mnie nie patrzy, nie spogląda... zachowuje się tak, jakby mnie nie było. Czuję się zawiedziony...
- Jak się nazywasz? - w sali rozlega się głos sędziego. Brzmi teraz jak Bóg, kiedy jego słowa rezonują, dochodząc w każdy zakamarek sali.
- Uke Yutaka - odpowiada. Nie uśmiecha się, jest poważny.
- Proszę o podanie swojego dowodu tożsamości - na te słowa Kai wygrzebuje ze spodni plastikową kartę. Wygląda bardziej jak karta kredytowa albo bon do wykorzystania w drogerii. To takie groteskowe. Do Uke podchodzi ochroniarz i bierze od niego dowód. Następnie wraca na swoje miejsce i podaje kartę sędziemu. Człowiek w peruce ogląda dowód z przodu i z tyłu, coś zapisuje na kartce, którą ma przed nosem. Wszyscy przyglądają mu się z napięciem aż do czasu, gdy głębokim skinieniem przekazuje głos kobiecie.
- Panie Yutaka - kobieta wstaje ze swojego stanowiska i podchodzi do Kaia. - Jak określiłby pan relacje pana Matsumoto z panem Suzukim.
- Oni... - zaczyna Kai robiąc krótką pauzę, jakby na zebranie myśli - ... zawsze byli dość blisko. Często się śmiali, czasem robili sobie na złość, ale to były takie przyjacielskie kąśliwości, które zawsze kończyły się śmiechem.
- A jednak - wtrąca się prokurator - Takanori Matsumoto jest dość wybuchową osobą, nieprawdaż?
- No... - Kai zaczyna się jąkać, mówi mniej pewnie. Nie patrzy na mnie, ale ja widząc go mam wrażenie, iż on wie... zna koniec tej rozprawy. - Tak... Takanori jest wybuchowy, ale nie do tego stopnia, żeby kogoś zabić.
- Wybuchowy i impulsywny, prawda? - prokurator mówi bardzo sugestywnie i ostro. Jest pewny siebie, surowy... bezosobowy.
- Tak... - odparł cicho stłamszony Kai, spuszczając głowę w dół.
- Ale nie wierzy pan w jego winę, prawda? - odzywa się kobieta.
- Oczywiście, że nie! Ruki ko... naprawdę lubił Akirę. Nie mógłby go zabić, musiał to zrobić ktoś inny.
- Dziękuję - mówi pani mecenas. W samym jej głosie słychać, że się uśmiecha, zerkając na prokuratora. Mam okropne wrażenie, że rywalizują ze sobą... nie tylko o wygraną sprawę, ale także o dominację. Pasują do siebie. Są ogromni i emanują czymś... chyba są razem na zasadzie konkurencji.
Kai odchodzi.
- Wzywam na świadka Taro Yamamoto.
Dyrektor wstaje, wszystko się powtarza.
Jego wzrok jest poważny. On zerka na mnie nerwowo, choć ja nie mam odwagi, by spojrzeć na niego.
- Jak ocenia pan oskarżonego jako pracownika?
- Był dobrym i sumiennym... choć bardzo narwanym...
- Narwany! - prokurator zerka na panią mecenas, przerywając dyrektorowi wypowiedź. - Więc byłby w stanie pod wpływem silnych emocji zabić?
- Nie wiem, czy akurat zabić, ale...
- To wszystko wyjaśnia, dziękuję.
To było dziwne. Nigdy nie widziałem dyrektora tak spłoszonego. Zawsze należał do ludzi pewnych siebie, postawnych i takich "z klasą". Teraz bardziej przypominał spłoszoną surykatkę niż dyrektora ogromnej wytwórni muzycznej, która zdobyła światową sławę.
- Wzywam na świadka Shinsaku Abe - mówi prokurator, coraz bardziej pewny siebie, a kobieta obok mnie zagryza wargi. Przegrywamy? Nie możemy przegrać, przecież tu chodzi o moje życie! Ale czuję się niezdolny do wykasłania choćby jednego słowa. Zerkam ukradkiem na sędziego. Wygląda srogo, choć wyraz jego twarzy staje się przyjaźniejszy, gdy tylko zerka w stronę prokuratora. Kumoterstwo?
Wszystko powtarza się. Człowiek wstaje, podaje dowód, następnie sędzia oddaje głos prokuratorowi. Jedyne, co uległo zmianie, to fakt, że nie znam człowieka, stojącego przy stanowisku. Wygląda zwyczajnie.
- Był pan świadkiem morderstwa, prawda? - zaczyna prokurator.
- Tak, byłem - odpowiada pewnie świadek.
- Co pan widział?
- Widziałem oskarżonego, jak wyszedł z budynku i zapalił papierosa. Był bardzo zdenerwowany, co chwilę klął pod nosem. Później wrócił do mieszkania, a po chwili z niego wybiegł.
- Co pan robił w pobliżu mieszkania pana Suzukiego? - odzywa się pani mecenas do świadka. Jestem jej naprawdę wdzięczny, choć wiem, że robi to tylko dla zarobku... ale mam poczucie, że jest jedyną osobą, która zdecydowanie stoi po mojej stronie.
- Czekałem na kolegę, który miał się właśnie tam pojawić.
- A czy kolega jest w stanie to potwierdzić? Może to pan zabił ofiarę?
Dlaczego oni mówią o Akirze jak o ofierze? Przecież on nie mógł zginąć! To jest jakiś kompletny absurd... Jednak w dalszym ciągu nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Czuję, jakby blokował mnie ten burak w peruce.
- Ja? Jeszcze tego brakowało. Widziałem jego - zwykły człowiek wskazuje na mnie. - On był bardzo zdenerwowany, później dowiedziałem się o całym morderstwie. To nie mógł być ktoś inny.
- A może ktoś przebywał w tamtym budynku i to on zabił Akirę po moim wyjściu? - stoję. Moje nogi drżą, a z oczu płyną łzy. Czyżbym uwierzył, że Akira nie żyje? Mówię... muszę się wybronić. Przecież nie mogę skończyć w więzieniu. Najpierw się stąd wydostanę, a potem znajdę Rei-chana. Tak, to jest najlepsze wyjście.
Czuję na sobie palące spojrzenia osób, znajdujących się w całej sali. Dziesiątki par oczu, utkwionych we mnie i grobowa cisza. Atmosfera niemal nie do rozładowania, jednak przerywa ją sędzia, uderzający drewnianym młotem w blat.
- Czy są jeszcze jakieś pytania do świadka?
Osuwam się na krzesło. Moje nogi wciąż są miękkie. Co właściwie się stało? Co, jeśli mnie oskarżą? Co będzie ze mną, co z Koronem? I dlaczego nic nie pamiętam?

Świadek siada na miejscu, a ja czuję na sobie jego spojrzenie. Uśmiecha się z satysfakcją. Może to on zabił Akirę? I teraz chce mnie wrobić? Tak, to na pewno to!
Nagle widzę, jak mój ojciec podchodzi do barierki, stanowiska... Nie spojrzał na mnie ani razu, a jego srogi wyraz twarzy wcale nie wróży nic dobrego.

- Panie Matsumoto... - zaczyna prokurator, krążąc wokół mojego ojca niczym hiena. - ... jest pan jedną z dwóch osób, które spośród tu zebranych znają oskarżonego najdłużej. Jak oceniłby pan jego dotychczasowe poczynania, charakter, zdolności, predyspozycje do pewnych zachowań...? 
- Takanori był... dość nieznośny jako młody człowiek. Już raz nadszarpnął nasze zaufanie, nie pozwolę jednak, by zdarzyło się to po raz drugi. Przez ten splot wydarzeń, nie chcę widzieć go więcej w domu. Tu panują pewne zasady.
Do moich oczu napływają łzy... ale nie, nie pozwolę im wypłynąć. Będę walczył. A ojciec może mnie wydziedziczyć, jestem dorosły. Już przeszedłem okres, kiedy urwanie kontaktu naprawdę mocno mnie zabolało. Drugi raz nie popełnię tego błędu.
- Czyli uważa pan, że oskarżony byłby w stanie dopuścić się zarzucanego mu czynu?
- Skoro siedzi na miejscu oskarżonego, to znaczy, że jakąś winę musiał ponieść. Nie ma oskarżenia bez niczego.
Kobieta zaciska dłonie w pięści.
- Dziękuję, nie mam nic do dodania - mówi prokurator z szaleńczą wręcz satysfakcją.
Ojciec siada. Kobieta w czarnym płaszczu zgrzyta zębami. Czuję się zbędny. Może to wcale nie mój proces? Może to wszystko jest wielką parodią, głupim żarem, zaraz zza tych drzwi wyskoczy Akira ze swoim głupim uśmieszkiem, wykrzykując te słowa, których nigdy nie mogę zapamiętać, a jakie mówi się w Europie w ramach jakiegoś święta, gdy uda się kogoś nabrać... Wtedy ja przewrócę oczami i przytulę go trochę mocniej niż powinienem...
Wzdycham.
- Czy to wszystko? - pyta sędzia.
- Nie mam nic do dodania, świadkowie jednoznacznie określili, iż oskarżony Takanori Matsumoto nie tylko był w stanie dokonać zarzucanego mu czynu, on zabił ofiarę, co jasno wynika z zeznań świadków. Jeśli tego byłoby mało, policja zabezpieczyła też nóż... - wtedy mecenas wygrzebał coś spod swojego biurka i z nożem, zapakowanym w worek oraz kartką papieru podszedł powoli do ochroniarza tuż przy mężczyźnie w peruce. - Jest to nóż, którym oskarżony zabił pana Suzukiego. Znajdują się na nim tylko odciski palców pana Matsumoto.
Przecież robiłem jedzenie... to takie idiotyczne, znów nie mogę niczego powiedzieć. Po prostu mnie zamurowało. Czuję się zupełnie bezbronny.
- Dowody są wystarczające i jednoznaczne. Wnoszę o ukaranie oskarżonego zgodnie z kodeksem Hammurabiego.
Kiedy prokurator skończył, był już z powrotem przy swoim stanowisku. Siedział i patrzył na kobietę z satysfakcją.
Kodeks Hammurabiego? Przecież...
- Ja nie zabiłem Akiry! - gwałtownie podnoszę się z miejsca, a moje krzesło ląduje tuż przy ścianie za moimi plecami. - Nie zabiłem go, on żyje! Akira musi żyć. A nóż... Robiłem przecież kanapki... Chciałem zrobić nam kolację, ale zorientowałem się, że nie ma niczego. Później się pokłóciliśmy i wyszedłem. Jego - wskazałem na nieznajomego świadka - widzę po raz pierwszy na oczy. I to nie ja go zabiłem! Po papierosie wróciłem do domu. A Akira musi żyć, po prostu musi! Nie wiem, dlaczego wszyscy się tak na mnie uwzięli i dlaczego nikt nie chce uwierzyć w to, co było naprawdę! Ja nie mogłem go zabić, bo ja go kocham! On nie mógł zginąć, udowodnię wam, zadzwonię do niego, a on odbierze - w moich oczach pojawia się coraz więcej łez, które w końcu nie wytrzymują i w akompaniamencie drżącego głosu, spływają strumyczkami po moich policzkach. - odbierze i przywita mnie tym swoim zwyczajowym głupim żartem... - zaczynam wydobywać telefon z kieszeni, lecz wtedy podbiegają do mnie ochroniarze i łapią, zakleszczając w uścisku, bym nie mógł się ruszyć.
- On jest niebezpieczny! - wykrzykuje ktoś.
- Jak pan sędzia widzi, mój klient jest niepoczytalny, rządzą nim silne emocje, więc wnoszę o uniewinnienie pod pretekstem niedyspozycji psychicznej.
- Nie jestem świrem! Jestem normalny! To z wami jest coś nie tak! - wykrzykuję, ale wszyscy zdają się mnie nie słyszeć.
Sędzia uderza swoim młotem o blat, czym mnie skutecznie ucisza.
- Sędzia nie potrzebuje zwyczajowej przerwy na obradę. Decyzja jest oczywista. Takanori Matsumoto uznany zostaje za winnego i objęty karą śmierci za zabójstwo Akiry Suzukiego. Z uwagi na wyjątkową nieprzewidywalność oskarżonego, wyrok zostanie wykonany od razu w sali wyrokowej. Proszę zaprowadzić oskarżonego Matsumoto.

Zaczynam się szarpać. Chcę żyć, ale ochroniarze trzymają mnie mocno w uścisku i wloką na korytarz oraz do sali. Wszyscy na mnie patrzą, ale to nie jest ważne. Chcę żyć!
- Lepiej będzie dla ciebie - słyszę za sobą cichy głos. - Lepiej, jak umrzesz niż gdybyś miał żyć ze świadomością zabicia ukochanej osoby.

Chcę się odwrócić, wyjaśnić i ujrzeć osobę, która znajduje się za mną, lecz ochroniarze są nieugięci. Sala obok jest pusta. Znajduje się w niej tylko krzesło i sznur. Ochroniarze stawiają mnie na krześle.
A może rzeczywiście nie ma sensu się szarpać? Może trzeba się poddać... Przecież i tak nie potrafiłbym żyć ze świadomością, że Akira...
Mokre ślady na moich policzkach zaznaczają świeże łzy. Moja głowa przechodzi przez obręcz.
Więc to już koniec? Miło było... Dziękuję ci, Akira... Mam nadzieję, że Kai zajmie się Koronem i że wszystko wróci do domu... Właśnie uświadamiam sobie, że głos za moimi plecami należał do mamy. Więc jednak mi wybaczają? Chyba nie ma sensu już się szarpać... To nieuniknione.
Grunt znika spod moich stóp. Czuję, jak przez krótką chwilę spadam... Trochę jakbym latał. Teraz sznur zaciska się na mojej szyi... coraz mocniej... Brakuje mi oddechu. To moja pokuta.

Zrywam się ze snu, odgarniając pościel. Jestem zlany potem i dyszę ciężko.
- Mmm? - mruczy ktoś obok. Zamieram, spoglądając na postać, przysłoniętą kołdrą, która obejmuje mnie ręką w pasie. Kiedy zrzuca kołdrę z głowy, zauważam Akirę i mam ochotę rozpłakać się ze szczęścia.
- Rei! - rzucam się na niego, przytulając bardzo mocno. Obejmuje mnie trochę zdziwiony i rozbawiony całą sytuacją.
- Co ci? Miałeś zły sen?
Wzdycham cicho, milcząc przez chwilę.
- "Złym snem" możesz nazwać masowy mord jednorożców, to było... - urywam, próbując znaleźć odpowiednie słowo. Aż mnie pogania, odsuwając od siebie nieznacznie, by na mnie spojrzeć. - ... nieważne. Po prostu chodźmy dziś do restauracji na śniadanie. Nie chcę widzieć twojego noża kuchennego ani razu do końca życia.
Patrzy na mnie z niezrozumieniem, wypisanym na twarzy, więc przewracam oczami.
- I jeśli jeszcze kiedykolwiek będę miał ochotę czytać Kafkę, to zabroń mi choćby siłą.
- Chyba rzeczywiście brakuje ci porządnego śniadania - całuje mnie w głowę i idziemy z łóżka pod prysznic. Zapowiada się naprawdę przyjemny dzień w barwach wschodzącego słońca.


Od aut.: Dziękuję wytrwałym (przepraszam?) i proszę o wyrażenie swoich odczuć/opinii w komentarzach (ja naprawdę nie gryzę~ ^^).

2 komentarze:

  1. Wreszcie komentuję. :^
    Ahh, fick świetny, naprawdę. Niesamowicie mi się podobał. Sam pomysł strasznie mnie urzekł, a fakt, że bardzo lubię twój styl pisania tylko podsycił mój zachwyt. Przez cały czas (no dobra, nie cały, ale przez jakąś część ficka) powtarzałam sobie ''oby to był tylko sen, oby to był tylko sen'' i na szczęście to był sen. Naprawdę nie wierzyłam, że Ruki byłby w stanie zabić Reitę. Nie on. Nie Akirę.

    Życzę weny i czekam na nowości.
    Yume.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co prawda od dłuższego czasu nie trawię Reituki i unikam tego pairingu jak ognia, jak i czegokolwiek o tG... ale pomyślałam, że może ty mnie czymś zainteresujesz. I rzeczywiście, pomysł bardzo ciekawy, tymbardziej, że był to tylko sen Rukiego, a nie realny proces. Gdyby to się działo naprawdę, opowiadanie byłoby - rzec by można - tandetne i naciągane. I bardzo nieprzekonujące. A tu proszę - trzymało w napięciu i jednak pokazało, ze to tylko sen, za co jestem ci wdzięczna. Zresztą można to było poznać też po zachowaniu ludzi, po takim obłędzie poniekąd. O rany, dzisiaj omawiałam na polskim sny i ich znaczenie w "Zbrodni i karze" xD jestem w temacie. Chociaż tego ficka przeczytałam... może 3-4 dni temu.
    W każdym razie, weny! (:

    OdpowiedzUsuń