czwartek, 27 lutego 2014

[14/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

Od autora: Wiem, że dostałam dwie nominacje do Liebster Award, notka na ten temat ukaże się niedługo :3
Oto przedostatnia część "... and the worst thing...".


14.

Nie obudziło mnie poranne słońce, które zazwyczaj z ogromnymi pokładami czystej złośliwości, świeciło mi prosto w oczy. Otworzyłem oczy sam z siebie, wybudzając organizm z przyjemnego stanu. Przed sobą zobaczyłem jego spokojną, jeszcze pogrążoną we śnie twarz. Widziałem, jak oddychał równomiernie. Nawet kiedy spał miał w sobie coś niesamowicie zadziornego i... nieziemsko kuszącego. Dopiero wtedy zorientowałem się, że moja dłoń mimowolnie spoczywa na jego biodrze. Pospiesznie ją zabrałem, modląc się w myślach, by go tym nie obudzić. Niewyobrażalnie się zdziwiłem,  poczuwszy jego palce zaciśnięte na moim nadgarstku. Spojrzałem na niego. Jego wzrok utkwiony był we mnie, brew nieznacznie podniesiona. Wcale nie wyglądał na zaspanego.
- Po co uciekasz? - zapytał, układając moją dłoń z powrotem na swoim biodrze. Poczułem pod palcami kość jego miednicy. Przez materiał oczywiście. Zachęcony kuszącym spojrzeniem, przysunąłem się bliżej i już miałem... Gdy zamykałem oczy, przybliżając swoje wargi do jego ust, zobaczyłem tylko rysujący się uśmiech.
- Musimy robić projekt, Amano - powiedział, odsuwając się i wstając. Moja dłoń samoistnie opuściła jego cudowne kościste biodro, a w sercu pozostał cholerny niedosyt. Już wtedy wiedziałem, że to będzie naprawdę ciężki dzień.
Poszedł do łazienki, z której po chwili usłyszałem dźwięk lejącej się z kranu wody. Odetchnąłem. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo pieką mnie policzki. Zamknąłem oczy i policzyłem w duchu do dziesięciu, starając się uspokoić. Chcąc odgonić myśli od warg Takashiego, zacząłem zastanawiać się nad tym, co zostało nam jeszcze do zrobienia. W końcu byłem tu tylko ze względu na projekt... Tylko... Ugh... Nigdy nie spodziewałbym się, że nawet mój nie-taki-mały przyjaciel będzie przeciwko mnie. I to akurat w tamtej chwili, gdy Sakamoto siedział w łazience. Myśli same gładko powiodły mnie do wniosku, który wydał mi się bardziej przerażający od rozmnażania płciowego pierścienic - skoro pociągał mnie on, to chyba byłem gejem. Kiedyś myślałem o tym, jak o czymś obrzydliwym, ale o dziwo... okazało się naturalne. A może po prostu Sakamoto nie był takim standardowym chłopakiem? Optymistyczna wersja zakładała biseksualizm i krótki pociąg, związany z burzą hormonów... choć w tamtej chwili w żadnym stopniu nie nazwałbym przyczyny moich uczuć wybuchem wewnętrznej fabryki testosteronu.
Słyszałem wodę, uderzającą nierównomiernie o brodzik. Kąpał się. Odetchnąłem. Naprawdę miałem chwilę dla siebie. Spojrzałem za okno. Niebo odznaczało się rozmaitymi odcieniami szarości. Może powinienem pójść, zanim zrobię coś głupiego? Choć pogoda wcale nie zachęcała do wyjścia. Chmury wyglądały wyjątkowo złowrogo. Najwidoczniej zanosiło się na obfity deszcz.
On był tuż obok. Właściwie dzieliły nas tylko drzwi. Kiedy to się stało? Kiedy zaczął mnie... pociągać?
Przecież był kompletnym idiotą, podrywaczem, interesownym dupkiem i... miał dziewczynę. Więc dlaczego mnie pocałował? Nawet nie zauważyłem, kiedy moja dłoń dotknęła warg, jakby chcąc przypomnieć sobie dotyk jego ust. Ten wieczór... jakbym zachłysnął się szczęściem... Zdecydowanie nie byłem w stanie robić projektu w tej sytuacji. Powinienem z nim porozmawiać... wyjaśnić. Zapytać, czy ma dziewczynę, czy... rzeczywiście coś do mnie czuje... A może lepiej...
Z rozmyślań wyrwało mnie uczucie jego ciepłej dłoni na moim ramieniu, które spowodowało dreszcz, przeszywający całe moje ciało.
- Żyjesz? - zapytał. Odwróciłem się w jego stronę i moje serce aż mocniej zabiło. Miał na sobie tylko ciasne spodnie, a na jego twarzy widniał trochę zawadiacki uśmiech... Miał w sobie coś idiotycznie idealnego. Wiedziałem, że nie da się zastąpić czasu, który spędzałem z nim... Zobaczywszy go, aż zachłysnąłem się powietrzem. Uśmiechnął się szerzej, w tym grymasie widniała jakaś drapieżność i pochylił się nade mną, stykając znów nasze wargi. Czułem, jakbym nie mógł oddychać. Prawie, jakby zabierał mi ostatnie cząsteczki tlenu, a ja panicznie próbował je zatrzymać. Kiedy rozdzielił nasze wargi, rozległo się głośne cmoknięcie. Roześmiał się, a ja zmieszałem. To była taka głupia sytuacja.
- Co nam zostało? - zapytałem, kiedy już siedzieliśmy w bezpiecznej odległości od siebie przy niewielkim stoliku, popijając poranną herbatę.
- Chyba bezkręgowce - odparł, a ja patrzyłem na jego grdykę. Znów przyłapałem się na myślach, że jest w nim coś czarującego. Odebrał mi ten widok bardzo szybko, kierując się do kuchennego okienka, w którym zapalił. Kiedy palił też był cudowny.
Żeby nie wpatrywać się w niego z cielęcym zachwytem, postanowiłem zajrzeć do wczorajszych notatek. Były praktycznie skończone. Rzeczywiście przed nami tylko bezkręgowce. Uśmiechnąłem się chyba nie tylko w duchu i zacząłem wertować jedną z wypożyczonych książek oraz pieczołowicie szukać informacji na temat rozmnażania gąbek, nicieni, parzydełkowców, szkarłupni, pierścienic, stawonogów, mięczaków i płazińców. Odetchnąłem ciężko. Czym właściwie były szkarłupnie?
W ciągu tych paru minut przeczytałem, że gąbki rozmnażają się płciowo lub bezpłciowo i... nie dotarło do mnie nic więcej. Później słyszałem cichy szelest jego kroków. Usiadł na miejscu obok i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Jak ci idzie? - zapytał, wpatrując się we mnie swoimi idealnie czekoladowymi tęczówkami.
- Nijak - odparłem niby od niechcenia.
- Jak to? Przestałeś już dbać o swoje świadectwo?
Zacisnąłem wargi. Oczywiście, że zależało mi na zdaniu roku. Choć w tamtym czasie byłem zbyt zajęty jego obecnością. To wszystko było jak jakiś czar, niesamowity czas, przeznaczony tylko dla nas... jakbyśmy oderwali się od świata, przenieśli do innego wymiaru i tak po prostu trwali.
Przerobiliśmy bezkręgowce czy raczej wyłuskaliśmy z nich potrzebne informacje, kończąc pracę o szesnastej. Wtedy też ze smutkiem stwierdziłem, że moja paczka po fajkach stała się wyjątkowo opustoszała.
- Wyjdę po fajki - powiedziałem, a Takashi spojrzał na mnie, jakbym właśnie powiedział coś niebywale głupiego.
- Weź z moich - powiedział, rzucając paczkę w moją stronę, która niefortunnie odbiła mi się od czoła. Parsknął, nieudolnie próbując powstrzymać uśmiech poprzez przygryzienie dolnej wargi. Złapał się przy tym za brzuch, co wcale w uzyskaniu oczekiwanego efektu nie pomogło.
- Nie śmiej się ze mnie - powiedziałem z wyrzutem. - Sam je źle rzuciłeś - powiedziałem, chwytając jedną z fajek i pospiesznie wychodząc na dwór.
Stałem w skarpetkach przed wejściem, pod daszkiem. Powietrze było wilgotne i orzeźwiające. Padał deszcz. Z moich ust wylatywała strużka białego dymu i leniwie płynęła do nieba, by zniknąć w połowie drogi, rozpływając się w powietrzu.
Co za ironia - pomyślałem. Czułem się niemal tak irracjonalnie, jak ten dym. Choć można powiedzieć, że zdarzyło się coś niesamowitego i kompletnie niespodziewanego, czego gdzieś w głębi już od dawna pragnąłem. Miałem wrażenie, że spłycenie tego do wymiaru "miłości" byłoby krzywdzące, więc postanowiłem nie nazywać tego wcale. Stałem i paliłem, oparty o ścianę boczną wykuszu do hotelowego wejścia. Wtedy poczułem na ramionach swój płaszcz i obejmujące mnie w talii ramiona Takashiego.
- Już mnie wyganiasz? - zapytałem z przekąsem.
- Ależ skąd, nie chcę tylko, żebyś leciał ze skargą do mamusi, że przeze mnie jesteś chory.
Prychnąłem.
- Zawsze musisz mieć ostatnie słowo, prawda?
Rzuciłem fajkę na ziemię i przydeptałem ją obcasem.
- Z tobą zawsze - odparł i puścił mnie. - Wracajmy - odparł i poszedł do pokoju. Ja za nim, nie mogąc powstrzymać się od spojrzenia na niego, gdy wchodził po schodach...
Kiedy doszliśmy do hotelowego pokoju i Takashi wstawiał wodę na herbatę, rozdzwonił się mój telefon., który cudem się włączył i mimo wcześniejszej pustej bateryjki na wyświetlaczu, teraz posiadał jedną kreskę.
- Shinji, co ty robisz?! Wracaj natychmiast do domu! - wydzierała się matka. - Nie mogłam się do ciebie dodzwonić przez całą noc, czy ty wiesz w ogóle, jak mnie...?! - poczułem, jak ktoś wysuwa mi telefon z dłoni. Takashi przyłożył urządzenie do swojego ucha.
- Dzień dobry. Nazywam się Sakamoto Takashi, jestem kolegą pani syna. Przyszedł do mnie wczoraj. Robiliśmy projekt i zasiedzieliśmy się, nie chciał wracać późno do domu, a ja zaoferowałem mu nocleg, więc został... Nie, moi rodzice nie mieli nic przeciwko... Ależ oczywiście... Proszę się nie martwić, syn niedługo wróci do domu. Do widzenia.
Patrzyłem na niego zaskoczony. Rozmawiając z rozwścieczoną kobietą, nagle stał się taki... dojrzały, elegancki, poważny... Zupełnie niepodobny do siebie.
Zagotowała się woda na herbatę, więc położył telefon na moim ramieniu i puścił go, pozwalając by spadł na łóżko między moimi nogami. Próbowałem chwycić urządzenie, ale jedynie musnąłem jego palce. Widziałem, jak odchodzi do kuchni. Był niesamowity.
Przyszedł z jednym kubkiem, postawił go na stoliczku i usiadł na łóżku obok mnie.
- A moja? - zapytałem.
- Ciebie wzywa mamusia - odparł sarkastycznie. Patrzyłem na niego przez chwilę z niedowierzaniem.
- Jesteś jak kameleon, Takashi.
- A ty jak tygrys. A raczej tygrysek - mały, naiwny i uroczy, ale z pazurkiem - zaśmiał się i sięgnął po kubek.
Westchnąłem.
- Denerwujesz mnie - stwierdziłem, patrząc na niego z udawaną niechęcią. Moje serce próbowało wyrwać się wtedy z piersi.
- Wiem - stwierdził, upijając łyk z kubka. - Mam z tobą iść do mamusi jako adwokat? - uniósł brew.
- Jeszcze czego... Nie potrzebuję adwokata, po prostu... zadziwiająco łatwo ją ugłaskałeś.
- To mój dar - spojrzał gdzieś w bok.
- Dar? - zapytałem, patrząc na niego uważniej, już bez niechęci.
- Dar od boga - uśmiechnął się. - Od nieistniejącego stwórcy, istoty najwyższej... - mówił, ale ja wiedziałem, że to przecież on jest moim bogiem.
- Kłamstwo? - zapytałem, a on skrzywił się, patrząc na mnie z zawodem... i rzeczywiście poczułem się samym sobą zawiedziony.
- To nie jest kłamstwo, Shinji - upił kolejny łyk herbaty. W tym geście było coś bardzo erotycznego. - To bardzo cenne dopasowanie się do sytuacji. - mówił, a ja obserwowałem jego grdykę.
- Dlaczego mnie kochasz? - wyrzuciłem z siebie na jednym oddechu, wtrącając się w jego wypowiedź.
Roześmiał się gromko, bardzo melodyjnie i wstał, wciąż dzierżąc w dłoniach kubek. Patrzyłem na niego skonsternowany. Musiałem wyglądać naprawdę idiotycznie.
- Powinieneś wracać - powiedział, kierując się do drzwi, a ja wbrew woli wstałem i jak po sznurku, szedłem za nim. Otworzył drzwi, a ja stanąłem w progu. Spojrzał prosto w moje oczy, coś w środku we mnie znów zaczęło wariować.
- Nie lubię pożegnań - powiedział, wciąż dzierżąc kubek w dłoni. Zostawił na moim policzku ślad swoich ust. Byłem zbyt oszołomiony, żeby powiedzieć cokolwiek sensownego, więc wydukałem "pa" i po prostu wyszedłem.
W drodze do domu myślałem. Coś we mnie, w środku wciąż było nieokrzesane. Nerwowo zerkałem na telefon, ale niedługo później znów się wyłączył.
Kiedy wróciłem do domu, w progu przywitała mnie zatroskana mama. Przytuliła mnie mocno i pocałowała w głowę, stwierdzając że bardzo się martwiła. Byłem niemal tak skonsternowany, jak żegnając się z Takashim.
- Nigdy nie przyprowadzałeś tu tego swojego kolegi. Zawsze tylko z Shiroyamą... cieszę się, że zmieniasz towarzystwo - odparła i poszła. Ugryzłem się w język, po czym zdezerterowałem do swojego pokoju. Odetchnąłem i położyłem się spać. Wbrew pozorom to był bardzo męczący dzień. A ja bardzo długo przewracałem się z boku na bok, myśląc tylko o Takashim i zerkając co chwilę na pusty wyświetlacz ładującego się telefonu.
 Nie lubię pożegnań...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz