Od autora: Tą częścią żegnamy się z "...and the worst thing is that I love you" czyli torowymi wypocinami. Oficjalnie nie wiem, co zrobić ze swoimi pisarskimi zapędami, więc nie mam pojęcia, kiedy ukaże się kolejna notka~ Zapraszam do lektury.
15.
15.
Niedziela należała do jednego z tych beznadziejnych dni, które po prostu mijają na błogiej bezczynności... świat się kręcił, krew w moich żyłach płynęła, za to serce pędziło. Zbliżał się termin projektu, choć wcale nie to powodowało moje nerwy. Przyczyną był Takashi, który w ciągu tygodnia sprawił, że w mojej głowie powstał istny mętlik. Uczucia przepychały się między sobą i jedno próbowało wejść przed drugie. Każde chciało być tym jedynym najważniejszym, ale tylko jedno mogło wygrać.
W końcu nastał dzień przedstawiania projektu. Obudziłem się wyjątkowo wcześnie, całe piętnaście minut przed budzikiem i poczułem nieznośny ścisk ekscytacji w brzuchu. Właściwie czym ja się tak przejmowałem? Przecież nie było w tym zupełnie nic podniecającego.
Gdy już z wielkim trudem dotarłem do szkoły, czekała mnie niemiła niespodzianka - Takashiego jeszcze nie było. Co gorsza, Yuu też nie stawił się na czas w szkolnym gmachu. Sakamoto mieszkał tymczasowo bliżej, więc zdecydowałem się wybrać do niego. W hotelu zapytałem o jego nazwisko, podałem swoją godność oraz cel przybycia. Kobieta w recepcji (całkiem ładna swoją drogą - zgrabna, w oficjalnym uniformie i z bardzo ładnymi, dużymi jak na Japonkę oczami) po okazaniu dokumentów bez problemu przekazała mi numer pokoju oraz piętro, wskazując drogę do wind. Podziękowałem grzecznie, (nie) powstrzymując się przed krótką kontemplacją jej wdzięków podczas ukłonu. Może jednak Takashi był chwilowym wybrykiem, jakimś impulsem... nie bez ulgi stwierdziłem, że kobiety nadal mnie pociągają. Po drodze do windy znów dopadł mnie ten nieznośny ścisk. Może to był skurcz? Byłem w stanie iść dalej, tylko wciągnąłem brzuch, próbując to jakoś zatrzymać albo raczej stworzyć dać sobie poczucie iluzorycznej kontroli nad swoim organizmem. Jazda na trzecie piętro wydawała się trwać pół godziny i przez cały czas miałem wrażenie, że zaraz się zatrzyma. Przez głowę przeszła mi też myśl, że może się miniemy z Takashim? I gdzie właściwie był Yuu? Niepodobnym było do niego pić tyle, żeby rano nie stawiać się w szkole. Jednak... Haruki mogła mu zawrócić w głowie.
Winda zatrzymała się, kiedy za czystą szybką pojawiła się cyfra 3. Wyszedłem. Podłogę wyściełał miękki bordowy dywan. Ściany były białe, a korytarz oświetlony ozdobnymi lampami, dającymi żółte światło. Poszedłem dalej, klucząc pośród brązowych drzwi i szukając tych jedynych - tak samo sosnowych, jak wszystkie inne, jednak wyróżniające się numerkiem 66. Stanąłem przed nimi. Skurcz w brzuchu stawał się coraz bardziej nieznośny, a nogi powoli miękły. To pewnie z niejasnej ekscytacji - miałem dziwne poczucie, że coś jest nie tak, ale to z całą pewnością był tylko mój domysł.
Zapukałem.
Odpowiedziało mi milczenie. Może go nie było? Albo po prostu nie słyszał...
Zapukałem po raz drugi.
Nikt nie odpowiedział. Chyba rzeczywiście się minęliśmy...
Za trzecim razem zapukałem i powiedziałem "wchodzę!", naciskając na klamkę, która o dziwo ustąpiła. Bardzo szybko pożałowałem otworzenia tych drzwi, wejścia do hotelu, a nawet samego poznania Takashiego. W jednej chwili krew odpłynęła mi do mózgu, gdy zobaczyłem, wychodzącego z łazienki Aoiego z samym ręcznikiem na biodrach i golusieńkiego, jak go matka natura stworzyła Takashiego, mijającego się z nim w drzwiach. Zerknął w moją stronę zupełnie jakby mówił "spóźniłeś się". Cała ta sytuacja była zbyt patetyczna. Stałem przez chwilę jak wryty, Yuu pobladł, a wyraz twarzy Takashiego zmienił się, jakby chciał mi oznajmić "Teraz możesz już stąd wyjść". Wyszedłem, a właściwie wypadłem, z impetem trzaskając drzwiami, których zawiasy aż zagruchotały. Nie kłopotałem się wsiadaniem do windy, tylko zbiegłem po schodach i mijając zdziwioną recepcjonistkę, wyleciałem z hotelu. Puściłem się przed siebie. Nawet nie wiedziałem gdzie, czułem tylko, że moknę, ale nie przejmowałem się tym. Zatrzymałem się w jakimś nieokreślonym miejscu. Nie znałem go. Widziałem kilka drzew, jakieś budynki... wszystko jak przez mgłę. Drżącą dłonią wsadziłem do ust papierosa i zapaliłem. Właściwie cały drżałem. Myśli plątały się niczym kosmyki spalonych włosów. No tak, przecież nigdy nie powiedział, że mnie kocha. Z drugiej strony, ja również nie chciałem mówić o tym, jak o miłości. Przecież to normalne. To, że czuł potrzebę bliskości... dlaczego ja się tak okropnie łudziłem?
I przede wszystkim: dokąd teraz?
Nie mogłem wrócić w tym stanie do domu, nie mogłem pójść do Yuu ani do Takashiego. Tym bardziej nie uśmiechało mi się tet-a-tet w szkolnej łazience z Ruką. Więc... co teraz? Deszcz strugami spływał po moim ciele. Byłem przemoczony. Wtedy poczułem wibrujący w kieszeni telefon. O dziwo był suchy. Przez chwilę w mojej głowie pojawiła się myśl "Tak, to na pewno on. Przeprosi mnie, będzie błagał o wybaczenie, powie że to był błąd albo jakieś nieporozumienie. Tak powie, a później przyjdzie tu i znów mnie pocałuje."
Wyczerpano limit czasowy na wykorzystanie środków na koncie. Połączenia wychodzące są zablokowane. Prosimy doładować konto.
Rzeczywistość jak zawsze postanowiła sprowadzić mnie na ziemię. Nawet nie zauważyłem, kiedy deszcz zgasił mojego papierosa, a ja trzymałem tylko w ustach gorzki filtr.
- Nie lubię pożegnań... tygrysie... - powtórzyłem cicho pod nosem zachrypniętym głosem, patrząc gdzieś przed siebie. Zostałem zupełnie sam.
Nie przyszedłem na przedstawianie własnego projektu. Yuu próbował się do mnie dobijać, ale po kilku jego telefonach, wyłączyłem komórkę. Przypadkowo dowiedziałem się, że Sakamoto sam przedstawił nasz projekt, mówiąc o ogromnym wkładzie pracy, jaki włożyłem w jego przygotowanie, a nauczyciele mu uwierzyli, co nie było dla mnie zaskoczeniem.
Takashi wyjechał. Wyjechał, przewróciwszy mój świat do góry nogami. Tak po prostu.
Od tamtej pory go nie widziałem. Westchnąłem cicho, zamykając zeszyt. Moje serce zaczęło mocniej bić. Myślałem, że udało mi się o nim zapomnieć. Uśmiechnąłem się pod nosem. Oczywiście pogodziłem się z Yuu, właściwie jest moim przyjacielem do dziś. Spakowałem zeszyt do kartonowego pudła. Chyba powinienem go wyrzucić. Może wtedy byłbym w stanie o nim zapomnieć?
Wtedy usłyszałem kroki w stronę mojego pokoju.
- Shinji, co się tak grzebiesz? - odparł oparty o framugę Aoi. Gdy się odwróciłem, ujrzałem go w wejściu do mojego pokoju z uśmiechem na ustach.
- Zebrało mi się na wspominki - odparłem.
- Huuh? O kim? - podszedł bliżej, jakby chciał znaleźć odpowiedź gdzieś w czeluściach kartonu.
- O Takashim - powiedziałem, pakując resztę zeszytów i książek z szuflady.
Yuu zachłysnął się powietrzem na chwilę. Wiedział, że to był drażliwy temat i żaden z nas nie poruszał go już od ponad roku.
- Nie mam do ciebie żalu, nie martw się - odparłem. - To stara sprawa i...
- Wrócił.
Wypuściłem z rąk aktualnie trzymany zeszyt.
- Takashi wrócił - powiedział Yuu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz