czwartek, 11 grudnia 2014

[2/x] "... and the worst thing is that I still love you" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Rozdział napisany już jakiś czas temu, niestety poza nim opowiadanie stoi, ale postanowiłam wrzucać chociaż to, co mam skończone.
Zapraszam~

02.
Układaliśmy z Yuu swoje rzeczy przez dobre kilka godzin (nigdy nie powiedziałbym, że będzie przy tym aż tyle pracy), po czym poszliśmy do stołówki na kolację. Nie należała do szczytu marzeń, ale jak na tego typu placówkę trzymała coś w stylu poziomu. Na szczęście tego dnia już nie spotkałem swojego sąsiada w okularach.
- Hej - zagaił mnie Yuu, kiedy leżeliśmy po posiłku na łóżkach.
- Co? - zapytałem, przewracając się na brzuch i patrząc na niego.
- Co sądzisz o tym nowym? - zapytał, patrząc w sufit.
- Jakim nowym? - wolałem zgrywać głupa, żeby choć na chwilę przeciągnąć odpowiedź odnośnie chłopaka w okularach i wspomnienie krępujących chwil przed pokojem oraz w łazience.
- Tym w koszulce U2 i przeciwsłonecznych okularach... - mówił, a ja mimo długiej znajomości, nie byłem w stanie wywnioskować, do czego dąży.
- Nic nie sądzę. Jest jak każdy inny... - patrzyłem na przyjaciela, marszcząc brwi z rosnącym niepokojem. - Chcesz mi coś o nim powiedzieć?
- Nie, nic... po prostu... - mruknął pod nosem i obrócił się na brzuch - tak, by na mnie spojrzeć. - Po prostu jest całkiem niezły - powiedział cicho, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu pełnego zażenowania.
Roześmiałem się.
- A co z Haruki?! - powiedziałem wciąż z uśmiechem na ustach.
- A kto powiedział, że chcę zostawiać Haruki? - na jego twarzy wciąż był ten sam uśmiech, obrócił głowę gdzieś w bok i roześmialiśmy się oboje.
- Ja... Nie, skupiam się na nauce... - odrzekłem.
Shiroyama parsknął śmiechem.
- I wcale nie będziesz szukał go wzrokiem...
Wziąłem poduszkę i przyłożyłem nią w niego z całej siły.
- Odwal się!
Yuu znowu zaczął się śmiać. Westchnąłem. Może Takashiego wcale tu nie ma?
- Sam się znajdzie - powiedział Shiroyama, patrząc na mnie.
- Nie mam zamiaru za nim latać.
- Zawsze możesz spróbować do niego napisać - wskazał na telefon, leżący na łóżku obok mnie.
- Nawet nie chcę - odrzekłem i wstałem. - Pójdę się kąpać - oznajmiłem, po czym zacząłem grzebać w swojej szafie z ubraniami w poszukiwaniu ubrań do spania. Wyciągnąłem je i nie zerkając nawet na Yuu, który najpewniej odprowadzał mnie wzrokiem, skierowałem się do łazienki.
Wszedłem do łazienki zamyślony, z głową spuszczoną w dół. Przekręcałem zamek w drzwiach z powrotem do naszego pokoju, kiedy usłyszałem znaczące chrząknięcie za plecami. Przez moje ciało leniwie przewędrował przeszywający dreszcz, wstrząsając ciałem. Obróciłem się i spojrzałem na niego. Oczywiście był to mój sąsiad od koszulki z U2. Tym razem nie miał ubranych okularów, co więcej - prawie w ogóle nie był ubrany, bo miał jedynie oparty na biodrach ręcznik.
- Przepraszam za najście - powiedziałem, czując jak moja twarz gwałtownie przybiera aparycji pomidora.
- Nie szkodzi, i tak wychodziłem - uśmiechnął się i wyszedł drzwiami po drugiej stronie. Stałem jeszcze przez chwilę osłupiały, przywołując w myślach szczupłą sylwetkę z delikatnie zarysowanymi mięśniami. W mojej głowie pojawiło się jedno słowo - idealny.

- Hej, Yuu - zagaiłem, wyszedłszy z łazienki.
- Co jest? - zapytał, dłubiąc coś w telefonie.
- Co sądzisz o naszym nowym sąsiedzie? - zapytałem bardzo dyplomatycznie, unikając takich określeń „dobra dupa” czy „ten, który przyczynił się do powstania rewolucji prawie tak perfekcyjnie jak Takashi” i usiadłem na skraju swojego łóżka, patrząc na swojego współlokatora.
- Przecież już mnie pytałeś... - napotkał moje błagalne spojrzenie, przewrócił oczami i odpowiedział - A co mam sądzić? Ładny jest... - zerknął na mnie. - O nie... - odłożył na bok telefon. - Shinji, tylko nie mów mi, że...
- Jak myślisz, gdzie jest Takashi? - zapytałem go, wzdychając głęboko.
- Nie wiem, ale... nie, to zbyt patowe nawet jak na ciebie, Shinji.
- To nie jest patowe... - żachnąłem się.
- A jakie? - uniósł do góry brew.
- To jest... mam wyjście. Mam wiele wyjść. Mogę o nim zapomnieć, może zniknąć z mojego życia tak szybko, jak się pojawił.
Yuu zaczął się śmiać.
- Dobra, miałeś rację - przyznałem z bólem serca. - Ale to, że jest tak blisko wcale nie znaczy, że chciał wrócić do mnie - powiedziałem.
- Albo to jednak nie jest on tylko ktoś, kto go przypomina.
- Masz rację, chyba spanikowałem - westchnąłem. Szczerze miałem już nadzieję, że go znalazłem. Że nie pojawi się tak nagle, jak to miał w zwyczaju i nie wywróci mojego świata do góry nogami, bo jednak... cholera, kogo ja chciałem oszukać? Miałem cholerną nadzieję, że wróci, wróci do mnie, prosto w moje objęcia, że będziemy bawić się, wymykać cichaczem na libacje i kochać. Że znów oczaruje mnie całym sobą, że po prostu będziemy... Kogo zamierzałem oszukać?
- Dobranoc, Yuu - odparłem, wczołgując się pod kołdrę.
- Do jutra.
Tak... do jutra.

Kolejnego dnia miały się odbyć jedynie zajęcia organizacyjne i integracyjne. Kiedy wstałem, czułem się jak na kacu. Bolała mnie głowa i cały czułem się strasznie ociężały (choć do stanu po nietrzeźwości pasowało raczej określenie „pozostałości po alkoholowej bezwładności”). Wstałem z łóżka i poszedłem do łazienki. Krytycznym wzrokiem zmierzyłem drzwi do sąsiedniego pokoju i na wszelki wypadek je zamknąłem. To był naprawdę dziwny system. Umyłem się i już miałem wracać do pokoju, gdy przypomniałem sobie o zamkniętych z drugiej strony drzwiach. Otworzyłem je i poszedłem do siebie.
- Yuu, wstawaj - powiedziałem, a mój przyjaciel mruknął coś pod nosem i przewrócił się na drugi bok. - Spóźnisz się, a ja nie będę cię tłumaczył.
Tym razem nawet nie wydał z siebie żadnego dźwięku poza cichym jednostajnym oddechem. Przewróciłem oczami i podszedłem do niego.
- Hej, wstawaj - powiedziałem ostrzej, jednak nie dało to żadnego rezultatu, więc zacząłem go delikatnie bujać. - Hej Yuu, Haruki zaraz przyjdzie - rzekłem ze złośliwym uśmieszkiem na ustach.
Widziałem, jak Shiroyama marszczy brwi i kuli się, więc szarpnąłem go mocniej.
- Yuu, nie zgrywaj się tylko wstawaj, bo się spóźnisz - dałem za wygraną i odszedłem od niego.
Zabrałem telefon ze stolika i schowałem go do kieszeni, po czym wyszedłem. Przy drzwiach obok zobaczyłem swojego współlokatora. Na jego oczach z powrotem były okulary, zgrabne nogi odznaczały się w obcisłych dżinsach, a na jego torsie luźno wisiała nieco rozpięta koszula. Stał oparty o ścianę i palił. Poklepałem się po kieszeniach, ale okazało się, że nie ma w nich niczego poza telefonem.
- Cholera - przekląłem pod nosem, kiedy zobaczyłem wyciągniętą w moją stronę paczkę Pianissimo. Zwykle paliłem mocniejsze, ale to nic. - Dzięki - odparłem i wziąłem fajkę. - Masz ognia?
Trzymając papierosa w ustach, wyciągnął z ciasnej kieszeni zapalniczkę i podał mi ją. Ciasna kieszeń, opinająca się na pośladku.
Powstrzymałem cisnący się na twarz uśmiech dwunastolatka, który po raz pierwszy zobaczył cycki i grzecznie zapaliłem. Pierwszy tytoniowy haust smakował znajomo. Zawierał w sobie słodycz sentymentu i gorycz rozczarowań oraz... kwaskowy posmak nadziei. Oparłem się o bramkę i spojrzałem w dół. Byliśmy na piętrze, a tam rozciągało się patio. Poczułem, jak mój sąsiad opiera się o bramkę obok mnie. Był tużo obok. Czy to mógł być Takashi? Nie, to byłoby zbyt wybujałe i... kogo ja chciałem oszukać? To byłby idealny scenariusz dla mnie, gdybyśmy tak zupełnie przypadkowo się spotkali... Sceny żywcem wycięte z głupiej dramy na podstawie mangi shoujo. Zapanowała niezręczna cisza, którą przerwało moje nagłe westchnienie, zapewne zbyt nieoczekiwane i „wyrwane z kontekstu”.
- Idziesz na spotkanie organizacyjne? - odezwałem się w nadziei, że uda mi się odwrócić jego uwagę od tego niekontrolowanego westchnięcia.
- Tak, idę - powiedział i zaciągnął się, po czym wypuścił strużkę białego dymu w przestrzeń, który rozpłynął się w powietrzu. O właśnie tak, Shinji. Takashiego nie ma i trzeba zacząć nowy rozdział.
- A wiesz, gdzie się odbędzie?
- Pewnie w auli - stwierdził, jakby było to oczywistością. No tak, to było bardzo głupie pytanie.
Czułem jakieś dziwne napięcie między nami, jakby dzieliła nas gama niewypowiedzianych słów, choć w tamtym momencie wydawało mi się, że to skrępowanie. W końcu stał obok mnie ktoś naprawdę atrakcyjny...
- Idziesz? - zapytał, odsuwając się od barierek. Nawet nie zauważyłem, kiedy zgasił papierosa. Ja pozbyłem się swojego i odparłem:
- Tak.
- A co z twoim współlokatorem? - zapytał, kiedy postąpiliśmy już parę kroków w stronę wyjścia z akademika.
- Nie mogłem go wyrzucić z łóżka - westchnąłem. Widziałem kątem oka, jak się uśmiecha i poczułem się trochę zdezorientowany.
- A co z twoim?
- Wyszedł wcześniej - odparł.
Dziwne, nigdy nie powiedziałbym, że Nao należał do tego typu osób, które wychodzą same bez uprzedzenia. Prędzej zaszufladkowałbym go jako jednego z tych, którzy wyręczają innych i nie odstępują nawet na krok... A mój sąsiad wcale nie wydawał się osobą, którą od tak można zostawić.
Nie kontemplowałem nad tym zbyt długo, ponieważ poczułem na sobie magnetyczny wzrok sąsiada.
- Właściwie... - zacząłem, nie chcąc by zapytał mnie o powód zamyślenia (czy raczej kompletnego neuronowego zastoju). W gruncie rzeczy to był dobry moment, żeby upewnić się, czy to aby na pewno nie Takashi jeszcze zanim zacznę siać panikę. - ... jak się nazywasz? - wypaliłem, a na jego twarzy zarysował się uśmiech. Policzki studenta delikatnie się odznaczyły mimo ogromnych okularów. Cholera, naprawdę miał w sobie coś okropnie pociągającego.
- Saga - rzucił w przestrzeń słowo, które ja złapałem i przyjąłem z ogromną ulgą, choć gdzieś we mnie pojawiła się też natychmiastowo stłumiona iskierka gorzkiego żalu. Od wielkiej zdrady (choć nigdy oficjalnie nie byliśmy razem) i spektakularnego odejścia równowaga w moim małym światku wiązała się jedynie z nieobecnością Takashiego. Nie było Takashiego - było dobrze. - A ty? - odezwał się po chwili, wymijając po drodze jakąś dziewczynę, która obejrzała się za nim. Stanęliśmy przy drzwiach do auli.
Zdążyłem tylko otworzyć usta, a pierwszy dźwięk, jaki zdołałem z siebie wydać zdążył zostać stłumiony przez oklaski, które rozległy się za drzwiami. Saga otworzył drzwi i wszedł jak gdyby nigdy nic kręcąc biodrami.
A może to właśnie on miał być moją receptą na wyleczenie się z chronicznego obsesyjnego wracania myślami do przeszłości?
Jednak jedno pozostało niewyjaśnione: Gdzie jest Takashi? Może w ogóle go tu nie ma? Ale po co Aoi miałby kłamać?
Saga usiadł na jednym z tylnych siedzeń, zostawiając jedno miejsce obok siebie puste. Nawet na mnie nie zerknął, ale usiadłem obok. Aula była rozległa, choć na widowni panowały dantejskie ciemności, więc widziałem jedynie dobrze oświetloną scenę, na którą wkraczał właśnie jakiś facet w garniaku. Wpatrywałem się mętnym wzrokiem gdzieś przed siebie, ale tak naprawdę z jakichś niewyjaśnionych przyczyn moje serce biło mocniej niż zazwyczaj. Przyłapałem się na delikatnym łapaniu zębami sztangi kolczyka w wardze. Zrobiłem go po odejściu Takashiego. A właściwie zrobił mi go Yuu... Mimo kompletnego wygojenia się, czasem jeszcze odczuwałem piekący ból rany. Blizna, która pozostanie na zawsze, wieczna pamiątka... Miałem ją potraktować jako swoiste zamknięcie rozdziału, możliwość zapomnienia... zapomniałem. Do czasu aż Yuu nie wpadł do mojego ówczesnego domu z cudowną wieścią. Takashi wracał.
Objąłem widownię spojrzeniem, ale jedynym co widziałem były ginące w mroku czubki głów. Może to tylko kłamstwo? Zła informacja?
A może Saga będzie coś wiedział?
Nim się spostrzegłem, salę zalało światło i zapanował gwar. Saga wstał, czekając aż go przepuszczę. Zreflektowałem się i wstałem, wychodząc z rzędu krzeseł. Bez słowa ruszył do wyjścia, a ja nie chcąc go zgubić w wylewającym się z auli tłumie, znalazłem się tuż przy nim. Kiedy mój nos znalazł się tuż przy jego włosach, poczułem przyjemny zapach szamponu i płynu do prania ubrań. Saga...
- Znasz kogoś stąd? - zapytałem, kiedy byliśmy już trochę oddaleni od tłumu w drodze do akademika.
- Tylko Nao, mojego współlokatora - powiedział. Nie mogłem się powstrzymać, by nie zerknąć na jego zgrabne nogi, opięte dżinsami...
Nie minęło dużo czasu, a znaleźliśmy się tuż przy drzwiach do swoich pokoi. - Jeśli chcesz pogadać, możemy wyskoczyć na kawę.
Moje serce zadudniło.
- A... kiedy będziesz miał czas? - zapytałem z tym irracjonalnym uczuciem, jakbym właśnie wygrał w totka.
- Czwartek siedemnasta w Starbucks Cafe - powiedział i zniknął za drzwiami. Moje serce biło szybciej, a wnętrzności zdawały się... dygotać.
Wszedłem do pokoju i zamknąłem za dobą drzwi, o które się oparłem. Westchnąłem głęboko, przymykając na chwilę oczy. Do moich uszu doszedł szelest pościeli. Przed sobą ujrzałem Yuu, który właśnie przewracał się w łóżku, by w konsekwencji na nim usiąść, przecierając oczy.
- Mmm... już siódma? - zapytał zachrypniętym głosem.
- Już po przemówieniu wprowadzającym - powiedziałem.
- Co? - zastygł na chwilę. - O nie! Znowu zaspałem? - zawinął się w pościel i próbując wstać, wylądował na ziemi. - Kurwa. Poszedłeś sam?
- Nie - odpowiedziałem rozbawiony widokiem roztargnionego przyjaciela. Zza okna do pokoju wpadało poranne słońce.
Yuu przyjrzał mi się badawczo.
- Tylko mi nie mów, że poszedłeś z naszym zabójczo przystojnym sąsiadem.
- Nawet jeśli, co z tego? - zmieszałem się, choć próbowałem grać twardego. Cholera. Wiedział, w jaki punkt trafić.
- No wiesz, nie wygląda na takiego...
Wtedy do pokoju ktoś zapukał, ucinając wypowiedź Yuu. Kiedy otworzyłem drzwi, okazało się, że to ten chłopak o uśmiechu Puchatka.
- Hej, idziecie na integrację? - odezwał się.
- Co?! - Yuu aż wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.
- Jaką integrację? - wykrzesałem z siebie.
- Shinji, nic mi nie powiedziałeś! - przyjaciel obrzucił mnie pełnym wyrzutu spojrzeniem.
- Nie wiedziałem... - zmieszałem się, mając nadzieję, że ujdzie mi na sucho i nie wyda się fakt, iż przemowa dyrektora obchodziła mnie tyle, ile zeszłoroczny śnieg.
- Dziwne, ponoć mówili - zdziwił się Nao. - Nieważne - dodał z uśmiechem, widząc jak Yuu piorunuje mnie wzrokiem. - Chodźcie z nami.

Z nami? Czyżby Saga też...?
- Ja pójdę przodem - odparł Saga, zerkając do naszego pokoju. Miałem okropną ochotę go zatrzymać, gdy widziałem, jak odchodzi. Spojrzałem na Yuu niczym bazyliszek, sugerując mu pośpiech i wiecznego focha za to, że nasz cudowny sąsiad, który wcale nie był Takashim odszedł. Co ja sobie w ogóle wyobrażałem? Przecież to był facet. Oni zawsze okazywali się hetero.
Nao patrzył na nas z ogromnym uśmiechem godnym Totoro. Chyba właśnie awansował.
- To co, idziecie? - zapytał.
- Jasne - odparł Yuu, klepiąc mnie w ramię i patrząc znacząco. Już bez wyrzutu. Cholera, wiedział, jak reaguję na naszego sąsiada. Z drugiej strony - miałem nadzieję na wyleczenie się z Takashiego... ale on naprawdę nie wydawał się typem homo. - Oczywiście, że pójdziemy - usłyszałem przy uchu głos przyjaciela i jego dłoń zaciśniętą trochę za mocno na moim ramieniu.
- Tak, jasne - odparłem.
Kiedy wygramoliliśmy się z pokoju, w drodze spotkaliśmy Sagę. Nie wyglądał, jakby się spieszył. Nao zawołał go, machając energicznie ręką, a on odwrócił się i uśmeichnął, pokazując rządek bialutkich zębów.
Czułem, jakby moje wnętrzności zmieniały swoje miejsce położenia, wirując w środku i wprowadzając mnie w stan, którego przenigdy nie nazwałbym "motylami w brzuchu". Chciałem, żeby uśmiechał się częściej, najlepiej dla mnie... stop, Shinji. Musisz się mieć na czujności. W końcu gdzieś tam jest Takashi. Trzeba go złapać, obić mu piękną facjatkę, a później pokochać go po raz kolejny i już nigdy nie wypuścić... Na samą myśl robiło mi się cieplej.
Widziałem, jak Naoyuki z Sagą rozmawiali o czymś, po czym Murai odszedł. Shiroyama zniknął gdzieś w międzyczasie.
- Chcesz iść ze mną? - Saga uniósł brew do góry, zarówno pełne napięcia spojrzenie czekoladowych tęczówek, jak i całą swoją uwagę przemieszczając na mnie. Bogowie, czułem się wtedy naprawdę irracjonalnie.
- T-tak - odparłem pierwsze, co przyszło mi do głowy, choć wcale nie wiedziałem, na co się godzę, bo za bardzo wpatrzony byłem w te jego ciemne oczy.

poniedziałek, 10 listopada 2014

[One Shot] "Pogłos twoich kroków" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Pogłos twoich kroków
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: G
Ostrzeżenia: -
Od autora: Jednak żyję, coś naskrobałam, choć jest to twór bardzo miniaturkowy, bardzo przeze mnie po raz drugi nieprzeczytany i skończony po drugiej nad ranem. Dziwnie melancholijnie i... ogółem dziwnie. Niestety nie będzie to luźna komedyjka, choć takie powinnam pisać, aby się trochę odstresować... Zobaczymy. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Zapraszam do zostawiania komentarzy!
Enjoy~

*
Kiedy Shinji się obudził, przez przestrzenne okno wpadała smuga żółtego światła. Sufit wciąż był biały, zwisała z niego obskurna lampa na białym przybrudzonym kablu. Za każdym razem, gdy ją widział, przypominały my się czasy szczeniactwa.
Ściany białe. Szafa z jasnego drewna naprzeciwko łóżka, cicho tykający idealnie czarny zegar i ten nieszczęsny szary obrazek, o którym zawsze mówił, że zaraz spadnie mu na twarz, wyganiając Shinjiego na drugi koniec łóżka. Później perfidnie wykorzystywał swoją przewagę i powoli przysuwał się do niego, zmuszając coraz bardziej, by Amano przylgnął plecami do ściany. Odwracał się wtedy przodem do niego, zarzucał ręce na szyję i więził go. Więził w woni swojej nagiej skóry, w swoich ramionach, w swojej zaborczości...
Drzwi były nieznacznie uchylone. Na podłodze leżały jeszcze niedbale porozrzucane ubrania. Na stoliczku przy łóżku stała butelka lubrykantu. Amano przetarł oczy i zmarszczył czoło, próbując ochronić się przed wścibskimi promieniami.
Czuł się, jakby przespał ostatni tydzień.
Wypuścił z płuc duży chaust powietrza, jakby przed chwilą zaciągnął się podsuniętym przez niego papierosem.
Słyszał jakieś odgłosy w kuchni. Miał ochotę się uśmiechnąć, ale nie zrobił tego. Opadł bezsilnie, jakby znów zasnął, jednak po chwili zgiął się wpół i usiadł, zwieszając głowę. Przez uchylone drzwi wpadał odgłos smażenia, zamykanych szafek, zasuwanej szuflady, dzwonienia metalowych sztućców... Jego kuchnia rozbrzmiewała szczęśliwym porankiem, kiedy wstawał później i oplatał jego wąską sylwetkę swoimi ramionami. Czasem Shinjiemu wydawało się, że on ma aparycję godną chłopca. Jednak wizja krępego małego człowieczka zamieniała się w szczupłego tętniącego słowem seksowny mężczyznę pod wpływem samego głosu. Saga tak potrafił. Mówił uwodzicielsko z niskim pomrukiem. Shinjiego zawsze fascynował ten ton głosu przeznaczony tylko dla niego.
W kuchni rozległo się skrzypnięcie starych drzwiczek od szafki z talerzami i dźwięk przestawianej zastawy stołowej. Amano uśmiechnął się, przymykając na chwilę oczy. Poczuł krótki podmuch chłodnego powietrza, które zupełnie nagle owiało jego skórę. Nie słyszał niczego poza przestawianymi talerzami, a mimo to czuł obecność ukochanego ciała przed sobą i z uśmiechem oczekiwał na profilaktyczny pocałunek. Zaproszenie na śniadanie. Przeszył go dreszcz. I kolejny, kiedy otworzył oczy, a w jego uszach pozostał tylko cichy pisk - taki sam pozostaje po dobrym koncercie. Jednak ten performans był wyjątkowo nieudany, a dźwięk o nieokreślonym źródle przypominał raczej desperacki krzyk samotności.
Wtedy nagle w jego drzwiach pojawiła się pewna sylwetka. Dość drobna, szczupła, choć na pewno niekobieca i znajoma. Shinji widział ją jak przez mgłę i przetarł tylko oczy, by przeciwstawiając się rażącemu słońcu, ujrzeć osobnika przed sobą.
- Saga? - zapytał.
Postać uśmiechnęła się trochę smutno, a trochę z pobłażaniem.
- Śpij - usłyszał spokojny szept o nieokreślonym tonie głosu i poczuł, jak czyjeś chłodne dłonie kładą go z powrotem na poduszkę. Zegar cicho tykał, a sufit był wyjątkowo biały. Tak samo, jak pół roku temu, kiedy Takashi odszedł bez słowa, zostawiając Shinjiego samotnego, skołowanego i autystycznego.

wtorek, 4 listopada 2014

"Arrivals and Departures" czyli o obecnej sytuacji słów kilka...

Dzień dobry. Na wstępie chcę Was przeprosić za mój kompletny brak aktywności na blogu. Wiem, że w pewnym momencie przechodził on swój mały okres świetności i nie ukrywam, że jest mi trochę przykro z powodu twórczego zastoju, który później nastał.
W tym roku czeka mnie matura, a i bez tego w szkole spędzam całe dnie, więc nie mam kiedy oddychać, nie mówiąc o pisaniu czegokolwiek. Jeszcze inną kwestią jest to, że czasem coś naskrobię... ale nieszczęśliwie nigdy nie uda mi się tego skończyć.
Na blogu pojawiła się ankieta. Powód jej jest bardzo prosty: kiedy znajduję trochę czasu, a i wena się trafi, to zdarza mi się naskrobać jakiś fragment, początek - coś mniej lub bardziej wyrwanego z kontekstu, ale jednak coś. Wśród tych skrawków zdarza mi się poruszać obydwa problemy zawarte w ankiecie. Stąd też pytanie - które z moich wypocin mogę ewentualnie potraktować trochę poważniej i przyłożyć się, żeby je skończyć.
Ostatnimi czasy na tapecie jest coś sagowo-torowego, ale nie obiecuję, że zostanie w ogóle skończone i wstawione.
Na pewno nie mam zamiaru rezygnować mojej piśmienniczej mini-aktywności. Mam za to ogromną nadzieję, że po maturalnych trudach (albo może jeszcze podczas którejś z przedmaturalnych przerw) dostanę ogromny zastrzyk weny.
Do napisania~

niedziela, 14 września 2014

[One Shot] "Powiedzmy sobie wprost" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Powiedzmy sobie wprost
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: PG-12
Ostrzeżenia: przekleństwa
Od autora: Świeża króciutka miniaturka, nie była poprawiana. Nawet nie jestem z niej zadowolona czy niezadowolona, po prostu musiałam napisać taką bzdurę.

*
- I kurwa, po prostu mnie zostawił! - mówił podirytowany Takashi, nadmiernie gestykulując rękami.
Siedzący obok Nao aż zamarł na chwilę.
- Zostawił... on cię zostawił? - zapytał zaskoczony, chyba nie mogąc powstrzymać zdziwienia.
- Tak, kurwa, tak. Jak go dopadnę, to tak mu tyłek obrobię, że nie będzie mógł siedzieć przez miesiąc, zobaczysz!
Byli w barze. Takashi się wydzierał. Kto na miejscu Tory nie skorzystałby z tej okazji, żeby nałożyć kaptur na głowę i usiąść tyłem do nich przy barze? To było silniejsze od niego... W końcu, kiedy znów zobaczył cholernie idealną osobę Takashiego, serce ugrzęzło mu w gardle i było już za późno. Już za pierwszym razem było za późno.
Na początku w to nie wierzył - jak ktoś tak cholernie perfekcyjny mógł chcieć być z nim - szarym Shinjim Amano, przeciętnym gitarzystą, dawniej prześladowanym, nie pięknym, ale też nie zupełnie brzydkim. Ale sen się ziścił. Z Sakamoto byli, kochali się, nawet razem żyli... do czasu.
Wszystko zaczęło się wraz z pierwszą zdradą Takashiego. Potraktowali ten temat szybko i bezboleśnie, zapominając o sprawie i oczyszczając Sakamoto z wyrzutów sumienia. Choć i tak wiedział, że Shinji by mu wybaczył. On zawsze i wszystko mu wybaczał. Zdrady powtarzały się. Nie były one częste, ale były. Shinji o nich wiedział, a Takashi czuł się bezkarny. W końcu Amano po prostu się spakował, poczekał aż Sakamoto wróci do domu i przywitał go pożegnaniem. Później wyszedł i od tamtej pory nie wrócił. I choć serce waliło mu jak szalone, choć nie był w stanie wyartykuować kompletnie niczego, gdy stanął skołowany w drzwiach Tsunehito z dwiema torbami podróżnymi w dłoniach, a on po prostu go wpuścił, zaparzył kawę i kazał nic nie mówić. Milczeli przy kawie dwie godziny, aż Shinji, nie musząc powstrzymywać już uparcie napływających do oczu łez, powiedział wszystko.
- Mówię ci, jak wróci, to go tak pokrzywdzę... a wróci, na pewno wróci! Zawsze kochał mnie bardziej, nie mógł mnie tak po prostu zostawić.
Ukryty za czarnym kapturem Shinji, zacisnął dłoń na kuflu. Sakamoto miał rację. Zawsze kochał go bardziej. Darzył go takim uczuciem, że był w stanie poświęcić wszystko. I to nie było tak, że Takashi nie odwzajemniał jego uczuć...
- Wróciłem normalnie do domu, tak? Tak, jak ja zawsze wracam - opowiadał po raz kolejny rozemocjonowany Takashi w stanie mocnej nietrzeźwości. - A on był spakowany. Otworzyłem drzwi, a tam był on i po prostu powiedział mi...
Wtedy Tora zrzucił energicznie kaptur z głowy i odwrócił się. Zobaczył zaskoczone spojrzenie Nao i przygarbione plecy Takashiego. Miał na sobie koszulę w kratkę.
- Nie mówi się takich rzeczy publicznie - odparł Shinji. Wtedy odwrócił się do niego Sakamoto. Amano widział gdzieś na dnie jego oczu zalążki łez. Widział je po raz pierwszy, a mimo to w tamtej chwili był ich bardziej pewny niż czegokolwiek.
Zamarł na chwilę. W jego głowie pojawiła się wizualizacja, jak Takashi rzuca się na niego i zaczyna okładać pięściami. Wcale nie należała ona do przyjemnych, tym bardziej że basista był w stanie upojenia alkoholowego.
Sakamoto wstał. Serce Shinjiego zaczęło bić mocniej, szybciej, chaotycznie, jak człowiek pod wodą, który nie może wziąć ostatniego tchu, ciągnięty w dół do bezkresnej przestrzeni.
Takashi stanął przed nim. Naoyuki obserwował ich, ale nie interweniował.
Wtedy basista chwycił go w nadgarstku i mrucząc jakieś niewybredne obelgi, wyprowadził z lokalu. Szli tak, choć na dworze było zupełnie ciemno.
- Taka... - zaczął niepewnie Amano, chcąc rozrzedzić gęstniejącą między nimi atmosferę.
- Zamilcz! - Sakamoto gwałtownie się zatrzymał, szarpiąc partnera za rękę.
Tora odwrócił się przodem do niego, ale nawet nie zdążył niczego powiedzieć, bo Takashi po prostu rzucił się na niego, obejmując rękami w szyi.
- I nigdy. Nigdy więcej nie waż się mnie zostawić - wyszeptał wprost do jego ucha głosem już mniej zapijaczonym. - A tym bardziej nie waż się kłamać i wygadywać takie bzdury, jak ta, że mnie nie kochasz - mówił głosem pełnym przejęcia, ale jednak ten szept miał w sobie coś erotycznie pociągającego.
Jak Shinji miał się nie zgodzić?

piątek, 5 września 2014

Kilka słów wyjaśnień

Dzień dobry. Nie chcę zostawić Was, moi drodzy czytelnicy, bez słowa, więc postanowiłam pozostawić notkę informacyjną. Jak zapewne zauważyliście, życie bloga stoi w miejscu od prawie miesiąca. Co się stało? Sama nie wiem, po prostu zupełnie straciłam ochotę do pisania czegokolwiek. Chyba zabrakło mi motywacji. Już wcześniej miewałam takie stany i wiem, że to tymczasowe, więc z całą pewnością wrócę do pisania. Jeśli rozkręcę się z pisaniem "worst thing", to opowiadanie będzie pojawiało się na blogu regularnie.
Niestety istnieje jeszcze jedno drobne przeciwwskazanie, a mianowicie szkoła, która w tym roku znów zwala mi się na głowę już od pierwszych dni.
Poza tym muszę Wam wyjawić, że jakiś czas temu zaczęłam pisać coś zupełnie innego. Niestety skleciłam tylko początek i stanęłam, ale jeśli coś z tego wyjdzie i efekt mnie zadowoli, z całą pewnością informacja o tym tworze Was nie ominie.
Oczywiście jeśli macie jakieś oczekiwania, możecie pisać o nich w komentarzach.
Dziękuję za uwagę, do zobaczenia :)

niedziela, 10 sierpnia 2014

[1/x] "... and the worst thing is that I still love you" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: ... and the worst thing is that I still love you
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Ostrzeżenia: przekleństwa?
Od autora: Po dłuuugiej nieobecności powracam z pierwszą częścią drugiej serii perypetii Tory. Jak na razie to jedyna skończona część (napisana już sporo czasu temu), mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.


01.
Kiedy usłyszałem o powrocie Takashiego, moje serce zaczęło kołatać. Miałem wrażenie, że w jednej chwili znalazło się wszędzie i całe moje ciało arytmicznie pulsuje w tempie molto allegro*. Od tamtej pory byłem roztrzęsiony prawie jak parę lat temu, kiedy widziałem go po raz ostatni.
Siedzieliśmy z Yuu w moim pokoju zamkniętym na cztery spusty. Po pokoju walały się kartony, czekające na przeprowadzkę do nowego loku. Usadowiliśmy się na łóżku i z kubkami kawy. Potrzebowałem kawy. To był pierwszy raz, kiedy zapaliłem w pokoju. Moja dłoń drżała prawie tak bardzo, jak tamtej nocy. Wydawało mi się, że cały drżę.
- Tak właściwie... - moje wargi się poruszyły, a z nich wydał jakiś pomruk, który mi w żaden sposób słów nie przypominał, ale Yuu najwyraźniej je zrozumiał. Cholera, a może coś mi się stało ze słuchem?
- Co? - dopytał mój przyjaciel, popijając kawę.
Zaciągnąłem się tak głęboko, jak tylko mogłem i wydmuchałem strugę białego dymu.
- Właściwie, to co z tego, że wrócił? Może chce sobie poukładać życie, może... - przerwałem, widząc pełne politowania spojrzenie przyjaciela. - Mógłbyś mnie chociaż wspierać i pomóc mi wmawiać sobie, że on nic dla mnie nie znaczy - znów wydałem z siebie bełkot, choć tym razem miał on bardziej konkretny kształt.
- Nie mogę cię okłamywać. Shinji, jesteśmy dorośli.
- Tak, a poza tym, to ty masz jego i nie będziesz się już bzykał z Takashim w hotelowym pokoju, cholera - przekląłem, zauważywszy, że jeden z kartonów się rozkleił. Włożyłem fajkę do ust i poszedłem po inny.
- Shinji, już to wyjaśnialiśmy miliony razy. Byłem szczeniakiem, nie znałem jeszcze Kouyou i w ogóle, to on mnie tam zaciągnął. No i przede wszystkim nic do niego nie czuję... - mówił, wychodząc za mną z pokoju i podążając do pokoju gospodarczego. Stanąłem, powodując że prawie na mnie wpadł i obróciłem się przodem do niego.
- W przeciwieństwie do mnie - powiedziałem, patrząc uważnie w jego oczy. - Tak uważasz, prawda? - zapytałem, domagając się jakiejś reakcji z jego strony.
- Tak, tak sądzę - odparł w końcu zrezygnowany.
- Wiedziałem - odwróciłem się i szybkim krokiem podszedłem do sterty kartonów, które zacząłem przewracać w poszukiwaniu największego.
- A mylę się? - zapytał Yuu, opierając się ramieniem o framugę. Oczami wyobraźni widziałem jego uśmiech, za który miałem ochotę ukręcić mu łeb.
- Tak, mylisz się. Nie mam już nastu lat. Nie jestem już w liceum. Nie jestem głupim, zakochanym, grubym dzieckiem - spojrzałem na niego. Uśmiechał się. Biorąc pierwszy lepszy karton, wyminąłem go w przejściu i wróciłem do siebie, a on podążył za mną i usiadł na łóżku, patrząc na mnie z tym denerwującym wyrazem twarzy, który mówi słucham cię, ale tak naprawdę mam w dupie to, co mówisz. Tak, chodziło mi o pobłażanie. - Nie jestem już tym, kim byłem. Nie kocham go - mówiłem, próbując przepakować rzeczy do kartonu, który okazał się za mały. Rzuciłem to i usiadłem obok niego, a właściwie pozwoliłem swojemu ciału opaść, jakby imitowało zwłoki. Westchnąłem. - Po co tu wrócił? - zapytałem zrezygnowany.
- Słyszałem, że na studia.
Spojrzałem na niego i obaj wybuchliśmy idiotycznym, niekontrolowanym śmiechem. To była jedna z tych chwil, którą dzieli się z wyjątkowymi osobami. Rodzaj telepatii czy czegoś takiego (swoją drogą, Takashi chyba też potrafił czytać mi w myślach, niestety bez wzajemności)
- Tam, gdzie my, prawda? - zapytałem, ocierając łzy.
- Dokładnie - odpowiedział Yuu.

Przeprowadzałem się do akademika w Yokohamie, a słowa „Takashi wrócił” chyba bardziej oznaczały jego powrót do mojego życia, mojej rzeczywistości, pojmowania świata, do mojego małego epicentrum, jakim wcale nie przestał być. Z tą optymistyczną myślą spędzałem ostatnią noc w swoim domu rodzinnym. W końcu wcale nie zamierzałem oddać mu miana tego, któremu nie potrafię odmówić. Wcale. On tylko będzie. Ja też będę. Tuż obok, wręcz na wyciągnięcie ręki.
Tej nocy nie spałem.

Kolejnego dnia Yuu pomagał mi przenieść kartony z rzeczami do akademika. Część z nich oczywiście została w moim pokoju, nie potrzebowałem wszystkich reliktów zamierzchłej przeszłości (jak na przykład mojego pierwszego telefonu wciąż z wiadomościami od niego (wcale nie miałem obsesji, po prostu zapomniałem, by je usunąć).
Akademik był ogromny, choć można było go podzielić na dwie symetryczne części. Każdy pokój też był identyczny - zwykle dwuosobowy. Po wejściu do niego po lewej stronie w wykuszu stały dwa łóżka, obok nich przy ścianie półki nocne, a po prawej stronie dwa identyczne regały, przy nich dwie takie same szafy, które przedzielone były klasycznie brązowymi drzwiami do łazienki.
Miałem dzielić pokój oczywiście z Shiroyamą, a koło nas wprowadzał się jakiś przyjaźnie wyglądający chłopak o odrobinę odznaczającej się budowie 
„misia”. Wyglądał naprawdę sympatycznie. Minąłem się z nim podczas wnoszenia ostatniego kartonu. Przywitał się grzecznie i zapytał czy pomóc. Równie grzecznie odmówiłem. Wymieniliśmy się imionami i wtedy przyszedł jego współlokator. Ukrywał się za dużymi przeciwsłonecznymi okularami, jego krok był lekki i miał w sobie coś skocznego. Ubrany był zwyczajnie, choć ciemne dżinsy mocno uwydatniały jego szczupłą, smukłą sylwetkę, a tors zakrywała przykrótka skórzana kurtka - oczywiście rozpięta i odkrywająca białą bluzkę z nadrukowanym logo U2. Jego włosy były częściowo rozjaśnione i lekko podniesione. Pierwszym, co wpadło mi w oko był świetny gust muzyczny przyszłego sąsiada i bijące od niego „klękajcie narody przed moją zajebistością”. Tak, wyglądał jak jeden z tych, do których wszyscy lgną nie wiadomo dlaczego - takich, których się najbardziej kocha i nienawidzi. Choć coś było z nim zdecydowanie nie tak...
Dopiero gdy Yuu (kiedy on zdążył przyjść z walizką z samochodu?) trącił mnie znacząco łokciem w bok, zorientowałem się, że przyglądam się chłopakowi ze zmarszczonymi brwiami i zdecydowanie zbyt długo jak na pierwszą lepszą osobę. To było krępujące. Poczułem na sobie jego spojrzenie i widząc tylko kątem oka, jak przytula się z tym „misiowatym”, uciekłem do naszego pokoju, ciągnąc za sobą Shiroyamę i zamykając z impetem drzwi.
- H-hej, co jest? - zapytał przyjaciel.
- Nic, musimy się rozpakować - powiedziałem, dopadając do pierwszego lepszego kartonu i ukrywając rumieniec skrępowania pod opadającymi na policzki włosami. Shiroyama chyba wzruszył ramionami i sam wziął się do roboty.
- Nie widziałeś go jeszcze, prawda?
Gdy usłyszałem jego pytanie, przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
- Nie, nie widziałem i nie mam zamiaru się za nim uganiać - odparłem i wyczuwając, że to tylko początek fali niechcianych pytań, zdezerterowałem pod wymówką potrzeby do łazienki. Wtedy po raz pierwszy nastąpiła ta chwila, kiedy miałem ogromną ochotę stamtąd uciec.
W łazience znajdował się chłopak w okularach. Właśnie zamykał za sobą drzwi i spojrzał na mnie.
- O, dzień dobry - powiedział, w uśmiechu pokazując rząd nierównych zębów (choć nawet one nie odbierały mu uroku).
- Dzień dobry - odparłem z walącym ze stresu sercem.
Cholera - pomyślałem. - To będzie ciężki rok.
- To... cześć - pożegnałem się i wyleciałem z łazienki prędkością godną strusia pędziwiatra.
Napotkałem zaskoczony (pomieszany z rozbawieniem, kiedy uderzyłem się o kant łóżka stojącego przy ścianie) wzrok Yuu i jego nagły wybuch niekontrolowanego śmiechu.
- To będzie zabawny rok - skwitował, układając książki na regale po swojej stronie.


molto allegro - termin muzyczny określający bardzo szybkie tempo utworu; z włoskiego oznacza dosłownie bardzo szybko.

czwartek, 24 lipca 2014

[One Shot] "Pożegnanie" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: Pożegnanie
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: G
Ostrzeżenia: -
Od autora: Ostatnio zupełnie nie mam weny. Nawet, jeśli są pomysły, brakuje czegoś, co nadałoby im polotu. Mam zastój. Wybaczcie dramaturgię, następna publikacja po końcu Rei miała być komiczna, ale nie wyszło. Nie wiem kiedy pojawi się coś następnego, ostatnio naprawdę ciężko mi się cokolwiek pisze.
Miniaturka, zapraszam.

*
- Mogłeś mnie chociaż uprzedzić!
Przewrócił oczami. W wyrazie jego twarzy, nonszalanckim oparciu biodra o pobliski mur i powolnym, cholernie kuszącym przeżuwaniu gumy widziałem lekceważenie.
- Mogłeś mi chociaż powiedzieć wcześniej, że masz kogoś na boku! - wydzierałem się, choć zamiast złości czułem zrezygnowanie. Byłem raczej wyprany z emocji niż zajęty napadem gorzkiej furii. Gdzieś na dnie tego wszystkiego (mnie?) czaił się nieopisany smutek pod przykryciem obojętności.
- Kocie, nic na to nie poradzisz - powiedział i zrobił balona z białej gumy, którą miął w ustach od piętnastu minut. Balon pękł, a on językiem zebrał go z powrotem do ust. Przeszedł mnie dreszcz, którego wcale nie chciałem. On mnie odrzucił, a ja wciąż go pragnąłem.
- Ty nawet nie czujesz się winny! - powiedziałem z wyrzutem. Gdzieś za krzykiem ukrywała się niema prośba - „Zostań”, choć wtedy nic nie mogło mnie zmusić, bym się do tego pragnienia przyznał.
Uśmiechnął się pod nosem z tym lekceważeniem, które powinno mnie przecież tak bardzo zirytować!
- Shinji - powiedział, kładąc dłoń na moim ramieniu i spoglądając w oczy. - Przecież to było oczywiste, że my nie mieliśmy przyszłości.
Czując na sobie jego przeszywający wzrok, przełknąłem nerwowo ślinę. Poczułem powiew chłodnego wiatru, który przeszył mnie z nieporównywalnie mniejszym chłodem od jego słów.
- Obudź się - wziął dłoń z mojego ramienia - ktoś taki jak ty z kimś takim jak ja. Nie jesteśmy już dziećmi, a to od samego początku nie miało szansy na przyszłość.
Tym razem nie patrzył w moje oczy. Jego wzrok wydawał się nieobecny. Znałem to spojrzenie. Znałem każdy z wyrazów jego oczu tak dobrze, mógłbym napisać o nich książkę. A mimo to byłem tak skołowany, że nie miałem pojęcia, co tym razem mogło kryć się za tarczą ciemnych tęczówek. Poczułem kroplę, która z impetem spadła na moją koszulkę. Deszcz? Zerknąłem w górę, lecz niebo było czyste. Radosny błękit sarkastycznie śmiał się z tragizmu tej sytuacji. Wtedy po mojej szyi spłynęła kolejna kropla, znikając dopiero w dekolcie koszulki. Płacz? Dotknąłem oczu. Były mokre. To było takie typowe. Prawie jak w jakimś głupim dramacie, prawda? Czułem się bardziej jak bohater telenoweli niż uczestnik swojego życia.
Nawet nie zauważyłem, kiedy guma w ustach Takashiego zastąpiona została smukłym papierosem. Pianissimo. Ciszej. Przecież łzy są ciche, Takashi.
- Coś jeszcze? - spojrzał na mnie, unosząc brwi. Nawet tym moim dramatycznym wylewem emocji zdawał się nieporuszony.
Zostawił mnie, jakbym w jednej chwili przestał mieć dla niego znaczenie. Mimo wcześniej powtarzanych słów. Mimo idiotycznego „kocham cię” i irracjonalnych przyrzeczeń wieczności. Przecież nikt nie sprawuje władzy nad czasem. Naprawdę chciałem go zatrzymać, powiedzieć mu to cholerne „kocham cię i nigdy nie przestanę” - zupełnie, jakbym miał władzę nad czasem.
- Nie - odparłem tylko, a on odwrócił się i poszedł. Obserwowałem jego plecy, by w końcu odwrócić się i pójść w swoją stronę. Postąpiłem zaledwie dwa kroki i nie mogąc się powstrzymać, odwróciłem głowę w jego stronę. Stał skręcony tak, żeby mnie widzieć. W jego oczach znajdował się zwykły głęboki smutek, lecz widziałem go tylko przez ułamek sekundy, bo dynamicznie odwrócił się z powrotem i odszedł.

piątek, 4 lipca 2014

[One Shot] "Najlepsza kawa na świecie" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł:  Najlepsza kawa na świecie
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: fluff
Rating: G
Ostrzeżenia: Typowy dla fluff'ów cukier~ dużo cukru. Poczujcie się, jakbyście połknęli magazyn fabryki waty cukrowej~
Od autora: OTP ma to do siebie, że z danymi osóbkami pisze się dosłownie wszystko. Zatem przyszedł czas na typowego fluffa~
Postanowiłam wykreować Sagę trochę inaczej. Daję odpocząć moim bohaterom (i samej sobie!) od gwałtów, zdrad, tęsknot, ślepej gonitwy za kimś Sagą, depresyjnego odchodzenia i euforycznych powrotów, by zaprosić Was na dawkę słodyczy i odpoczynku od ciężkich tematów.
Chcę jeszcze podziękować za komentarze~ mimo, że są nieliczne, podnoszą na duchu i motywują : 3

*
Saga zawsze kusił. Nawet po rezygnacji z mocnego makijażu, wyjęciu srebrnego kolczyka z ust i zamianie lateksowej bluzeczki odkrywającej brzuch na rozpiętą co najmniej do połowy koszulę, nie mogłem oderwać od niego wzroku. Ściął też włosy, przerzucił się z eksperymentów z blondem na odcienie brązu i zaczął częściej nosić okulary przeciwsłoneczne. Czasem przychodził na próby w czapce z daszkiem, ale nawet w takim "zwyczajnym" wydaniu miał w sobie coś...
Nawet nie musiał lizać gitary by doprowadzić fanki do piszczenia, a mnie do reakcji podobnej w ilości endorfiny w organizmie, a odmiennej w skutkach... bardzo nieprzyzwoitych, które trzeba było zręcznie zasłaniać gitarą (w czym już się całkiem nieźle wprawiłem przez te wszystkie lata).
Saga grał niedostępnego. Kusił prowokacyjnymi ruchami, pieszczeniem gryfu długimi palcami i znaczącymi spojrzeniami, rzucanymi w stronę publiczności, a czasem nawet w moją. Zdarzało mu się też oblizywać powoli usta albo eksponować odsłonięte uda, stawiając je na podium. Saga był bombą. Bombą seksu, spełnieniem moich erotycznych marzeń i chcąc uniknąć pomyłek w trakcie koncertów, zdecydowanie nie mogłem mu się przypatrywać.
Mimo to, że na scenie Saga był najokrutniejszym prowokatorem na świecie, po zamknięciu drzwi mieszkania stawał się Takashim. Uśmiechniętym, delikatnym i życzliwym. Takim o gładkim, delikatnym torsie, robiącym poranną kawę, szykującym poniedziałkowe obiady, siadającym na kolanach podczas oglądania wieczornego filmu i wtulającego twarz w ramię podczas kiepskiego horroru.
Tego dnia było bardzo podobnie - wróciliśmy z próby jak zwykle razem. Na jednym ramieniu przewieszoną miałem swoją gitarę, a na drugim - tę należącą do niego. Weszliśmy do mieszkania, zdjęliśmy buty. Ja zostawiłem nasz sprzęt w pokoju i poszedłem do kuchni, w której krzątał się Sakamoto. Chodził w ciasnych spodniach i białej luźnej koszuli, odsłaniającej trochę gładkiego torsu. Zresztą, mógłby się ubrać nawet w worek, a i tak wyglądałby dobrze. Chodził w skarpetkach albo na boso, nigdy nie ubierał kapci - uważał, że są niewygodne, choć w trasie nigdy by się na to nie odważył.

Ekran migał. Jakaś dziewczyna uciekała przez las, co jakiś czas pojawiały się napisy.
Takashi przyszedł z dwoma kubkami herbaty. Robiona przez niego smakowała najlepiej na świecie. Postawił je na stoliku przy kanapie i usiadł na moich kolanach. Patrzył przez chwilę na krzyczącą coś w popłochu dziewczynę na ekranie. Kiedy pokazała się postać z nożem, która po chwili skończyła jako wybrakowany gumowy manekin gdzieniegdzie finezyjnie oblany keczupem, wtulił nos w moje ramię. Lubiłem jego nos. Nie był malutki i zgrabny, jak u większości Japonek, a nawet Japończyków. Był dość duży, ale dzięki temu cały on stawał się wyjątkowy. Zresztą mój nos też nie należał do idealnych.
Na ekranie ukazała się grupa białoskórych młodzieniaszków z plecakami, rozmawiających i chodzących po lesie. Takashi przytulił się do mnie mocniej, obejmując w talii. Wpatrywałem się tępo w ekran, choć tak naprawdę nie mogłem skupić się na beznamiętnych kolorowych obrazkach za szybą, kiedy na swoim ciele czułem przyjemne ciepło jego skóry, a gdzieś pod nosem majaczyła delikatna smuga jego perfum.
- Słyszałem coś o bzykaniu - powiedział w pewnym momencie, śmiejąc się cicho.
Spojrzałem w ekran, na którym przewijała się grupka przyjaciół. Siedzieli przy ognisku, jakaś dziewczyna siedziała na kolanach chłopaka... typowo.
- Sugerujesz coś? - zapytałem z uśmiechem.
- Chyba wolę iść wcześniej spać - w tym momencie samymi opuszkami delikatnie połaskotał mnie po lędźwiach. - ... niż oglądać kiepski horror z sokiem pomidorowym w roli głównej.
Przeszedł mnie dreszcz. Uwielbiałem jego delikatny dotyk. Miał w sobie coś niesamowicie elektryzującego.
- Więc najpierw musisz wstać - odparłem, uśmiechając się. Mruknął z dezaprobatą, co wywołało mój śmiech. W końcu wstał niechętnie, ale za to złapał moją dłoń i zaprowadził do sypialni. Położył dłoń na mojej twarzy. Jego gesty miały w sobie coś delikatnego. Jedną dłonią pogładził mój policzek, a drugą przeczesał włosy do tyłu. Złapałem go w pasie i pocałowałem. Poczułem jego palce, wplatające się między kosmyki moich włosów. Swoimi opuszkami muskał skórę mojej głowy. Mruknąłem zadowolony. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Staliśmy przez chwilę przytuleni aż Takashi zjechał dłonią wzdłuż mojego torsu i wsunął ją pod koszulkę. Po chwili dołączył drugą i zaczął powoli podwijać materiał w górę. Patrzyłem na jego twarz, na której malowało się skupienie i beztroska radość... po prostu. On lubił kraść moje wieczory, a ja uwielbiałem zajmować pierwsze miejsce na liście jego psychofanek. Moje serce zaczęło bić szybciej, a po ciele rozlało się przyjemne ciepło, gdy wprawnym ruchem zdjął przez głowę moją koszulę, obnażając tors. Oczywiście musiałem na krótką chwilę go puścić, by podnieść ręce w górę. Oglądał mnie. Robił to codziennie, jakby szukał zmian - badał, czy pojawił się jakiś nowy pieprzyk, zadrapanie, czy cokolwiek zmieniło się podczas jego separacji od mojego nagiego ciała. Oglądał mnie dokładnie, jakby poznawał od nowa. I delikatnie znaczył palcami fakturę mojej skóry. A ja nie mogłem oderwać wzroku od jego mocno rozpiętej koszuli. Kiedy jego dotyk dotarł do mojego brzucha i palce oderwały się od skóry, zacząłem rozpinać resztę guzików śnieżnobiałej koszuli. Kupiliśmy ją całkiem niedawno - tak wyszło, że razem. Takashi ją lubił, uważał, że jest wygodna i kojarzy mu się z tygrysem, choć wcale nie ma pręg. Rozpinałem ją powoli, niespiesznie, dbając o każdy detal, choć czułem, że moje dłonie drżą w niemej prośbie o spełnienie. Kiedy ją rozpiąłem, on ujął moje dłonie i skierował je w stronę połów gładkiego materiału, by ściągnąć koszulę ze swoich ramion. Następnie zsunęła się w dół i obciążona siłą grawitacji, spłynęła na podłogę.
Nie minęło dużo czasu, byśmy pozbyli się także spodni, choć nie kochaliśmy się tej nocy. Takashi założył swoją ulubioną, spraną koszulkę piłkarską z napisem SAGA, dumnie widniejącym na plecach, a ja zasnąłem w samej bieliźnie, przytulając go do siebie. Czułem zapach jego włosów, pomiędzy którymi znalazł się mój nos.
Kolejny dzień powitał mnie pocałunkiem miękkich ust i najsmaczniejszą na całym świecie kawą. Później zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy na próbę, na której zatopiliśmy się w świecie dźwięków, próbując zapomnieć o oczekiwaniu na kolejny powrót uczczony zaparzoną przez niego kawą.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

[One Shot] "Arrivals and Departures" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: Arrivals and Departures (ang. przyloty i odloty)
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Ostrzeżenia: ewentualne przekleństwa, odpowiednio dawkowane w dialogach
Od autora: Jak zwykle miało być zupełnie inaczej. Mam wrażenie, że nie wyczerpałam tego, co chciałam napisać, ale z drugiej strony tutaj nie chce się upychać niczego więcej. Jak zwykle Tora i Saga, opowiadanie o relacjach. Zapraszam.

*
Shinji już miał kłaść się spać, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Uśmiechnął się pod nosem. Tej nocy nigdzie nie wychodził, wypił tylko wieczorne piwo przy dobrym filmie, wykąpał się i jak na przykładnego obywatela przystało, miał kłaść się spać, żeby wyspać się i być wydajnym w pracy.
Dobrze wiedział, kto przyszedł do jego domu. Przychodził regularnie - co tydzień, dwa... czasem co pięć dni a czasem co dwadzieścia. Był pod tym względem dość kapryśny, ale przychodził zawsze. Poznał go przypadkiem.
Kiedy Shinji otworzył drzwi, do jego mieszkania wtoczył się trochę niższy mężczyzna drobnej postury. Miał na sobie dopasowaną koszulkę z siateczkowym wzorem, zawadiacko zsunięty z jednego ramienia sweter i obcisłe skórzane spodnie. Wpadł w ramiona ciemnowłosego gospodarza i wymamrotał pijacko prosto do jego ucha:
- Pociesz mnie, Shinji.
I jak ten biedny, znienacka napadnięty, przykładny pracowity Japończyk miał go nie posłuchać?
Jak ktokolwiek mógł nie słuchać Takashiego?
Shinji wziął to zapijaczone źródło własnego szczęścia i zaprowadził do sypialni. Wcale nie spodziewał się, że cudowna dłoń o długich smukłych palcach spocznie pod jego koszulką i delikatnie gładząc skórę, sparaliżuje jego ruchy. Przez kręgosłup Amano przeszedł dreszcz podniecenia. Jak mógł w tej chwili po prostu go zostawić? Jego serce waliło, a umysł krzyczał. Mimo to nie był w stanie zmobilizować bezwładnych kończyn do ruchu, więc po prostu pozostał w bezruchu, przyglądając się czekoladowym tęczówkom i pozwalając sercu tańczyć.

Kiedy Takashi obudził się rano, pierwszym co poczuł był ból głowy, który wydawał się obciążać jego głowę o co najmniej dwadzieścia kilo. Próbował przewrócić się na drugi bok, ale przeszkodziły mu mdłości i ból w dolnej partii ciała. Tym sposobem skończył, leżąc na plecach i wpatrując się w biały sufit. W ustach miał nieprzyjemny smak kaca, a cała jego osoba tryskała niechęcią dalszej egzystencji. Znowu to zrobił.
Gdy wreszcie podniósł się z łóżka, przeklinając bolące miejsce, do którego światło nie dochodzi, poszedł do łazienki i nawet sobie nieznanym cudem, nie skończył z głową pomiędzy obręczą muszli klozetowej. W zamian za to w lustrze powitał go obraz nieszczęścia w potarganych włosach, z ogromnymi sińcami dookoła oczu, tak bardzo przypominającymi pandę, choć tak wyglądając prędzej przypominał bezdomnego pana z zagranicznych śmietników niż puchate zwierzątko. Odlał się i ochlapał twarz zimną wodą, pozwalając sobie na chwilę kontemplacji i przypomnienie czegokolwiek z zeszłej nocy. Był Byou. Wywalił go na zbity pysk i jak zwykle skończył u Shinjiego. Pewnie przyszedł kompletnie nietrzeźwy, w nocy zaczął się dobierać do Amano i skończyli pieprząc się jak króliki. To wyjaśniało ból głowy, problemy z chodzeniem i miejsce, w jakim się znajdował. Westchnął.
Kiedy Takashi wyszedł z łazienki, do jego nozdrzy doleciał przyjemny zapach świeżo parzonej kawy. Uśmiechnął się i wiedziony miłością najinteresowniejszą, ale i najszczerszą, skierował się do kuchni. Usiadł, a właściwie opadł na krzesło naprzeciw Shinjiego. Na stole przed nim stał jego ulubiony fioletowy kubek, z ulubioną mocną, czarną kawą. Ironicznie fioletowy.
- Nienawidzę go - powiedział z zaciętością Sakamoto, upijając łyk napoju i razem z nim przełykając wymiociny, które miał ochotę z siebie wyrzucić od pierwszego porannego kontaktu ze światem. Dopiero wtedy zauważył, że na dworze było pochmurno - szare chmury spowiły całe niebo i zbierało się na deszcz.
- Co się znowu stało? - zapytał Shinji, niemal bezszelestnie odstawiając swój kubek na blat stołu. Mówił ze stoickim spokojem, jakby wcale nie był zazdrosny o Byou. Nie przeszkadzało mu, że zamiast zachwycać się jego obecnością, Sakamoto woli mówić o swoich nieudanych związkach. A tym bardziej o związku z Byou, który ciągnął się od roku i był chyba najbardziej burzliwym z dotychczasowych.
Takashi, przychodząc do Amano, nie zdradzał Byou. Ich relacje były samoistne, pozbawione moralności. Uprawiali seks, ale łączyła ich przyjaźń, zrodzona gdzieś pomiędzy padającymi przez lata słowami, drobnymi gestami, ukryta we wspólnie spędzonych sekundach, godzinach, latach... Razem znajdowali się w innym wymiarze, w którym nie istniało prawo zdrady.
- Wyrzucił mnie. Po prostu mnie wywalił. Jestem pewny, że ukrywał gdzieś w szafie albo pod łóżkiem tego cholernego Jina - prychnął i upił kolejny łyk życiodajnej kawy. Odstawił kubek z głośnym puknięciem, który sam odczuł w pulsującej głowie.
- Myślisz, że cię zdradza? - zainteresował się Shinji, wciąż z idiotycznym uśmiechem, którego nie był w stanie zedrzeć od ostatniej nocy. Właściwie od dźwięku dzwonka przy drzwiach, który wlał się do jego uszu.
- Na pewno mnie zdradza. Chuj - skwitował treściwie Sakamoto, urywając temat. - A co z tobą, Shinji? - podniósł wzrok na przyjaciela.
- Ze mną? - Amano objął swój kubek dłońmi i zaczął stukać palcami o jego gładką fakturę.
- Tak, z tobą - Takashi patrzył na niego ponaglająco.
- Nic ze mną - odparł Shinji, próbując ukryć zdenerwowanie. - Jestem dyspozycyjny dla ciebie przez cały czas...
Sakamoto roześmiał się. Twarde krzesło było boleśniejsze niż zwykle, a głowa wciąż rytmicznie pulsowała. Tylko mdłości zdawały się trochę mniejsze, ale mimo to Takashi się uśmiechał. W końcu tuż obok na wyciągnięcie ręki siedział jego tygrys.
- Takashi? - zapytał z powątpiewaniem Amano, kiedy poczuł na swojej dłoni delikatne muśnięcie opuszków palców.
- Byou mnie wyrzucił - stwierdził.
- Nie martw się, pewnie jutro zacznie wydzwaniać, że masz wra...
- Kto powiedział, że będę chciał wrócić? - przerwał przyjacielowi Sakamoto.
- Możesz zostać tak długo, jak chcesz - odparł Shinji z westchnieniem
- Wiem - powiedział Takashi. - Mam ochotę na warzywa.
Zostawił po sobie pusty kubek po kawie i poszedł się wykąpać.
To było dla Shinjiego naprawdę trudne. Zależało mu na Takashim. Zależało bardziej niż na kimkolwiek innym. Ambiwalentnie cieszył się, że przyjaciel zawsze do niego wracał i jednocześnie cierpiał, kiedy odchodził. Gdy wracał też cierpiał. Nawet, jeśli otumanienie radością wynikającą z obecności kochanej osoby na chwilę przyćmiło ten ból, jeśli był w stanie zakopać go w śladach paznokci na swoich plecach i dzikim seksie, on wciąż był. Tępo wwiercał się w jego serce, coraz bardziej je rozgrzebując.
Shinji wstał, wziął kubki i umył je w zlewie. Leżał tam także nóż. Kiedy go chwycił, przez nieuwagę wypadł mu z rozedrganej dłoni i próbując go chwycić, zaciął się w palec. Krew obficie spływała do zlewu, mieszając się z wodą i wpadając do dziury. Amano sam się czuł, jakby wlatywał do bardzo czarnej, niekończącej się dziury. Chciał zatrzymać Sakamoto na zawsze, ale wiedział, że on odejdzie. Jedyną nadzieją był fakt, że wróci. Takashi zawsze wracał, nieważne ile wypił i z kim uprawiał seks. Na koniec trafiał do niego - do Shinjiego i czy chciał się kochać, czy tylko wypłakać, Amano zawsze posiadał dla niego miejsce w łóżku, dodatkowy kubek i nawet zapasową szczoteczkę do zębów. Shinji zakleił swój palec, a z łazienki wyszedł Sakamoto. Miał na sobie spodnie i jego (Shinjiego) koszulkę, a z brązowych włosów kapały kropelki przezroczystej wody. Amano uśmiechnął się, widząc go. Po prostu nie potrafił się nie uśmiechać. Nie potrafił go nie kochać ani nie pozwolić mu wrócić. Każdy chciał stałości, choć ich wieczność wykluczała stabilizację.
- Halo? - Shinji nawet nie ujrzał, kiedy Takashi odebrał telefon. - Tak... Będę za godzinę, pa.
Spojrzał na Amano i uśmiechnął się. Jego oczy rozbłysły szczęściem. Shinji nie mógł nie pozwolić mu porwać kawałka chleba z masłem i uciec bez pożegnania. Ono nie było im potrzebne. Takashi zawsze wracał. A Shinji zawsze był przykładnym robotnikiem w japońskiej korporacji, dopóki w jego drzwiach nie pojawił się pijany mężczyzna z zawadiacko odsłoniętym ramieniem.


*
Kilka wskazówek: Byou (oczywiście ze Screw) nie cierpi deszczu i warzyw, a jego ulubionym kolorem jest fioletowy i uwielbia kawę.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

[One Shot] "dies irae dies amore dies desperatione" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: dies irae dies amore dies desperatione (łac. dzień gniewu dzień miłości dzień rozpaczy)
Paring: Shou/Saga, Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: myślę, że bez ograniczeń [G]
Ostrzeżenia: -
Od autora: ... bo naprawdę nie lubię paringu Shou/Saga, ale z Sagą nigdy łatwo nie jest.
Tekst miał potoczyć się zupełnie inaczej, ale w pewnym momencie po prostu nie mógł skończyć się inaczej.
Nie krępujcie się z wytykaniem mi błędów, nie mam bety.
I choruję na chroniczny niedobór Tory i Sagi.
Zapraszam...

*
Sala prób nie była niczym specjalnym. Wytwórnia udostępniała ją zespołowi w ustalonych godzinach. Była jak zwykła sala. Jedną jej ścianę pokrywało ogromne lustro, zawsze idealnie czyste - przecież Peace and Smile Company musiało dbać o swoje gwiazdki. Kolejne ściany stanowiły drewnopodobne płyty, pod którymi była jeszcze dodatkowa warstwa wygłuszająca. W identycznych salach próby mieli Born, the GazettE i kilka innych... Nie było w niej okien, ale wytwórnia gwarantowała zawsze czynną klimatyzację, a na wszelki wypadek w rogu stał ogromny wiatrak. Po podłodze walały się kable znaczące niekończący się labirynt czarnych szlaków. Gdzieś przy drzwiach stał wieszak na ubrania, lecz było na tyle ciepło, że tego dnia nikt z niego nie korzystał. Samotnie stał też niewielki kosz na śmieci i jakaś półka z nutami oraz pięć ustawionych w równiutkim rządku pulpitów. Na sali rozstawione było pięć krzeseł - jedno za perkusją, a pozostałe cztery w przypadkowych miejscach. Przy ścianach znajdowały się pokrowce od basu, gitary Hiroto oraz torby.
Tora siedział na jednym z głośników i właśnie zapinał zamek błyskawiczny swojego futerału. Obok niego na plastikowym krześle załamywał ręce Nao. Naprzeciwko głośnika stała jeszcze zapomniana kanapa, niekoniecznie wygodna, ale całkiem użyteczna na chwilę wytchnienia po próbie. Tam z kolei utożsamiał się z zombie Shou, który właśnie ocierał oczy z łez. Obok niego siedział widocznie zmartwiony stanem przyjaciela Hiroto, z gitarą wspartą na udzie i kostką między palcami. Przygryzał wargę i brzdąkał coś niestrudzenie, zerkając jednak na wokalistę. Atmosfera gęstniała coraz bardziej wraz z mijającymi chwilami milczenia. Przerwał je dźwięk otwieranych z impetem drzwi. W progu pojawił się Saga - akurat wtedy, gdy Tora dopiął swój pokrowiec.
- Idziemy - powiedział Saga chłodno, nawet nie zaszczycając Shou spojrzeniem, tylko zerkając ponaglająco na Torę.
- Ale nie... - odezwał się Nao, zrywając z krzesła, lecz zamilkł, kiedy Saga spiorunował go spojrzeniem. Jeszcze nigdy nie widział, by wzrok przyjaciela aż tak mroził krew w żyłach. Odpuścił. Znał go wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy odpuścić.
Kiedy zatrzasnęły się drzwi za nimi, Nao westchnął smutno i opadł z powrotem na krzesło. Po Sadze pozostała tylko strużka tytoniowego smrodu.
- Shou... - Hiroto przestał grać i odłożył gitarę, kiedy zauważył, że plecy przyjaciela drżą arytmicznie. Odłożył gitarę i oparłszy ją o bok kanapy, położył dłoń na plecach przyjaciela. - Shou, to... - zaczął mówić, ale urwał. Bo co miał powiedzieć? "To nie koniec świata?" Dobrze wiedział, że Saga był dla niego całym światem. Tylko on tak potrafi... Kohara wstał i zakrywając twarz przed przyjaciółmi, zamknął się w łazience. Hiroto westchnął, spoglądając na Nao.
Gdzie ich dorosłość i profesjonalizm? Zniknęły gdzieś pochłonięte przez miłość.

- A kiedyś był taki nieśmiały - pomyślał Tora. Przypominał sobie, kiedy jeszcze Saga na głowie reprezentował przykładny blond, a na sesjach jego brzuch był odkryty. Kiedy niosąc bas na plecach, po prostu bezszelestnie znikał. Jak to było z tą ich miłością?
Wsiedli do samochodu, Tora odpalił silnik.
- Jest ci go żal - stwierdził Takashi ostro, wręcz z wyrzutem.
- Trochę jest... - odparł Shinji, choć nie był w stanie powstrzymać pełnego satysfakcji uśmiechu. Ułożył dłoń na skrzyni biegów.
- Więc niech przestanie -  Saga położył dłoń na jego i utkwił w nim swój intensywny, wywołujący przyjemne dreszcze wzrok. - Takie jest życie, Shinji - powiedział to tak, jakby nie mówił o swoim byłym kochanku i przyjacielu, tylko o wypisanym długopisie, który da się wymienić na nowy, lepszy, użytecznejszy.
Tora nie wiedział, dlaczego to wszystko potoczyło się właśnie w ten sposób. Nigdy nie czuł się lepszy od Shou, choć nie brakowało mu pewności siebie. Więc co? Shinji zrzucał to na karb miłości. Przecież ona taka jest. Zawsze była. Przybierała kształt kuzynki pani z kosą i odwiedzała tego, kto tylko wpadł jej w oko. Jedyną jej wadą był fakt, że kochała cały świat i nikt się przed nią nie uchronił.
Tora wierzył. Patrząc na dłoń Takashiego, na niego, czuł przyjemny ucisk w brzuchu, gardle, mrowienie w mózgu i serce obijające się bezlitośnie o żebra. Czuł się jak zwycięzca. Jakby wygrał życie. Prawie jak wtedy, kiedy schudł trzydzieści kilo, ale powiedziałby, że euforia dosięgała stopnia trzydzieści razy większego, gdyż wszystko należało do teraźniejszości.
- Oczywiście - stwierdził, wrzucając jedynkę i odjeżdżając. Opuścili studio i pojechali do domu Sagi, by spakować jego rzeczy i zawieźć je do Tory. Shinji już wiedział, że nigdy wcześniej nie czuł się tak irracjonalnie szczęśliwy.
Kiedy przekroczyli próg mieszkania, Saga wyraźnie się rozluźnił. Pozwolił się przytulić, pocałować w szyję, a później z powagą dwunastolatki, która podkrada szpilki mamie, urządzili sobie grę "kto trafi większością ubrań do walizki, ten jest dziś na górze". Wygrał Tora. Oczywiście tylko dlatego, że Saga pozwolił mu wygrać. To miał być początek sielanki.
Shinji parzył im zasłużoną kawę, a Takashi pakował pozostałości do higieny wszelakiej w łazience, gdy rozdzwonił się jego telefon. Basista westchnął teatralnie i wyjął aparat z ciasnej tylnej kieszeni dżinsów. Dzwonił Nao. Czyżby Shou wiedział, że nie odbierze i postanowił załatwić to po najmniejszej linii oporu? Choć Takashi ich znał i prędzej stwierdziłby, że Naoyuki sam zaproponował zatelefonowanie i załatwienie tego z nim. Murai znał go najlepiej, jednak Saga był pewien, że ten ruch z jego strony pozostał niezrozumiały nawet dla najbliższego przyjaciela.
Kim był Tora w tym wszystkim?
- Zrobione - Saga usłyszał ciche mruknięcie przy swoim uchu i poczuł oplatające go w talii ręce. Jego serce zabiło mocniej, kiedy ciało ukochanego przyległo do jego pleców. - Możemy już jechać? Ten dom jest pełen dziwnych wyobrażeń.
Saga wcisnął przycisk blokowania klawiatury, który momentalnie uciszył wibrujące urządzenie, po czym obrócił się przodem do Shinjiego i odgarnął włosy z jego twarzy za ucho.
- Jeszcze chwila, tygrysie - odparł z uśmiechem.
Tora był przystojny. Miał swoje mankamenty, Saga też je zauważał, ale mimo to... posiadał w sobie coś. Po prostu coś, co potrafiło wzruszyć nawet wiecznie chłodnego, cynicznego i niewzruszonego Sagę.
- Jeszcze kawa, kocie - odparł na to Shinji i wrócił do pokoju. Saga schował co trzeba do kosmetyczki i włączył tryb samolotowy w telefonie, po czym wsadził go z powrotem do kieszeni spodni.
Poszedł do pokoju i usiadł przy stole na przeciwko Tory. Przed nim stał kubek z jeszcze ciepłą kawą.
Wypili w milczeniu, później Saga umył naczynia, a Shinji spakował jego rzeczy do samochodu i pojechali, zostawiając mieszkanie sterylnie wymiecione z uczuć.

- Cholera, wyłączył telefon - westchnął podenerwowany Nao, który od godziny chodząc tam i z powrotem prawie wydeptał ścieżkę w podłodze.
- Nao, to bez sensu... - odparł Hiroto, podając Shou kolejną paczkę chusteczek pod drzwiami. - Nic z tym nie zrobimy, trzeba wspierać Shou.
- Ale próba. Koncerty. Niedługo kontynuujemy trasę. Jak ty to sobie wyobrażasz?! - Murai opadł teatralnie na plastikowe krzesło czy raczej się na nie osunął. - Nie mam siły na was...
Hiroto jako jedyny zachował względną trzeźwość umysłu. W końcu wstał i zaczął się pakować. Zza drzwi do łazienki słychać było tylko ciche łkanie.
- Co robisz? - zapytał zrezygnowany Naoyuki.
- Wychodzę - powiedział Hiroto, zapinając futerał.
Nawet Shou wyściubił nos z łazienki i spojrzał na przyjaciela przez szczelinę w drzwiach.
- Dokąd? - zapytał perkusista. - Powinniśmy ćwi...
- Porozmawiam z Sagą.
Perkusista i wokalista tylko patrzyli, jak Hiroto pakuje wodę do torby i wychodzi, pewnym ruchem zamykając za sobą drzwi.

Tora postawił ostatnią walizkę w sypialni i otarł pot z czoła. Spojrzał z uśmiechem na Sagę, który przekręcił za nim klucz w drzwiach. Takashi przybrał ten zawadiacki wyraz twarzy, który cholernie Torę pociągał.
- Tygrysie - odparł, przysuwając się do niego i wsuwając dłonie pod koszulkę, by delikatnymi ruchami rozdygotanych chłodnych palców, gładzić jego brzuch. Wargi kochanków złączyły się w pocałunku, a domowa przestrzeń stała się ich nasyconym erotyzmem małym światem.

- Dlaczego wybrałeś mnie? - zapytał Shinji, kiedy nadzy palili przy osłoniętych kolorową matą balkonowych kratach.
- Ostatnio mamy tendencje do zachowywania się jakbyśmy z powrotem mieli szesnaście lat, nie uważasz, Torashi? - odrzekł cicho Takashi, opierając głowę na ramieniu kochanka. Tora dyskretnie objął go ręką w pasie. Był taki chudy i drobny. Momentami Amano wydawało się, że Saga jest kruchy i kiedy go obejmuje, ukochany zaraz posypie się niczym pustynny piasek, zamieniając w kupkę żółtego pyłu. - Chciałbyś wrócić do tego czasu?
- Nie. Wtedy nie miałem jeszcze ciebie.
Saga uśmiechnął się, a gdzieś na dnie tego grymasu czaił się smutek. Przytulił się do torsu kochanka i tak stali, patrząc na malutkie niczym zabawki samochody i ludziki.
Wieżowiec, w którym mieszkał Tora był bardzo wysoki, zupełnie jakby próbował dosięgnąć chmur. Najsmutniejszy wieżowiec na świecie.

Kiedy Saga poszedł pod prysznic, rozdzwonił się telefon Tory.
- Halo?
- Muszę z wami porozmawiać, będę u ciebie za pół godziny - do uszu Shinjiego wlał się głos Hiroto.
- Ale... - zaczął Tora, lecz po drugiej stronie słuchawki rozległ się przerywany ciszą sygnał.
Takashi wyszedł z łazienki.
- Hiroto zaraz u nas będzie - powiedział Amano, kiedy palce Sagi dotykały jego włosów. Siedzący na łóżku Tora objął go w pasie, przytulając się do płaskiego brzucha. Nie przeszkadzała mu nawet wyraźnie wyczuwalna miednica, kiedy Takashi obejmował go, przeczesując włosy między palcami.
- Kocham cię, Torashi - wyszeptał. - Oto odpowiedź na twoje pytanie - powiedziawszy to, puścił go i pozwolił mu iść do łazienki.

Hiroto przyjechał, gdy za drzwiami łazienki ustał dźwięk spadającej ciężko na płytki wody. Zadzwonił i kulturalnie czekał aż otworzy mu gospodarz. Do drzwi poszedł Saga i przekręcił klucz w zamku, ale żaden z nich ich nie otworzył. Saga usiadł na łóżku i wpatrywał się w łazienkowe drzwi. Tora wyszedł ubrany, schludny, z mokrymi strąkami włosów, z których kapały kropelki wody.
- Hiroto czeka aż mu otworzysz - Saga wstał i poszedł do kuchni, by wstawić wodę. - Zapytaj go, czego się napije - powiedział jeszcze.
Tora niewiele myśląc szybkim krokiem podszedł do drzwi i je otworzył. Gitarzysta był przemoczony. Nawet nie zauważyli, kiedy na dworze tak się rozpadało.
- Wejdź, przyniosę ci ręcznik - powiedział, przepuszczając go w drzwiach i kierując się w stronę ogromnej szafy. Hiroto wszedł i zdjął buty. Nie mówił nic, tylko obejmował wielkimi orzechowymi oczami pomieszczenie. Saga wyszedł z dwoma parującymi kubkami ich ulubionej herbaty i postawił je na czteroosobowym stole.
- Co wypijesz? - zapytał z uśmiechem.
- Nic... Przyszedłem po-roz... - jego głos załamał się i psiknął. - ... porozmawiać - dokończył. Saga zniknął na chwilę w kuchni, by wrócić z kolejnym kubkiem i paczką chusteczek. Położył je na jednym z miejsc. Tora wygrzebał z szafy ręcznik i podał go przyjacielowi.
- Jak chcesz, to się wykąp - zaoferował Amano. - Nie byłoby dobrze, gdybyś się teraz rozchorował. Mogę ci coś...
- Dość - przerwał mu drugi gitarzysta. - Czy wy tego nie widzicie? Wszystko się sypie. Co was obchodzi moje zdrowie, skoro zupełnie nie przejmujecie się Shou?
- Przestań zachowywać się jak dziecko, Ogata. To nie twoja sprawa - powiedział chłodno Saga, utkwiwszy w nim swoje najmroźniejsze spojrzenie.
- To jest moja sprawa. Nie widzicie, że Alice Nine się rozpada? Chcecie odejść? Jesteśmy w środku trasy, poza tym my, fani, nasze marzenia...
Tora podszedł do Sagi i stanął obok niego.
- Priorytety się zmieniają, Hiroto. Nie mamy już dwudziestu lat, nie jesteśmy głupimi nastolatkami ani rządnymi sławy młodzikami - powiedział Takashi.
- Czy to znaczy, że...? - zaczął Ogata.
- Chcemy odejść - powiedział Tora, ukradkiem odnajdując dłoń Sagi i splatając jego palce ze swoimi.
- Nie bądźcie pochopni - odparł już spokojniej Hiroto, spuszczając głowę. - To wy... zachowujecie się jak dzieci. Co się stało?
Tora spojrzał na Sagę, którego beznamiętny wzrok utkwiony był w sylwetce odchodzącego Hiroto. Zostawił po sobie tylko mokre ślady i ręcznik na oparciu krzesła.
Był zawiedziony.
Saga przytulił się do Tory, a Tora objął go najciaśniej, jak tylko potrafił. Saga dobrze wiedział, jak działa na Torę. Tora dobrze wiedział, że Saga uwielbia prowokować go do różnych zachowań.
Trwali w tym wzajemnie, kochając się, jakby był to ich pierwszy raz.
- Shinji, jestem zmęczony - westchnął Saga.
- Więc zostańmy, najwyżej wyjdziemy innym razem.
Takashi uśmiechnął się i pocałował go w usta, zupełnie jakby ofiarował mu nagrodę za prawidłową odpowiedź. A Tora uśmiechał się najszerzej jak potrafił, szczęśliwy w jakiś idiotyczny sposób.
Przebrali się i położyli spać, choć i tak nie musiało minąć dużo czasu, by Saga uznał, że nie może spać.
Kochali się. Jak dotychczas wydawało im się, że nie będą mogli żyć bez pracy, ale wszystko diametralnie się zmieniło. Tora żył dla Sagi, a Saga... dla idei.
Kolejnego dnia przeszli się na koncert jednego z nowszych zespołów o nazwie ClownxCrown. Byli nieźli.
Takashi i Shinji stali z tyłu, obydwoje mieli na nosach przeciwsłoneczne okulary, a Saga założył też starą czapkę z daszkiem. Zdjął ją, kiedy oparł głowę na ramieniu ukochanego. Cieszył się wspólnymi chwilami.
Tora również cieszył się nimi do samego końca i zanim jeszcze wszystko zaczęło nabierać jednolitego koloru, stawać się miałkie i rutynowe, zanim jeszcze ich wyjątkowość zaczęła ginąć w codzienności, Saga zniknął.
Powiedział, że idzie się przejść. Zostawił wszystko, wraz z telefonem, dokumentami, ubraniami na zmianę, piżamą pod poduszką i szczoteczką do zębów w kubeczku na umywalce.
Tora uważał, że zaginął. W jego głowie rozgrywały się najgorsze scenariusze o morderstwie, wypadku albo porwaniu. Oczywiście zgłosił zaginięcie na policję, ale nie znaleziono nic. Saga zniknął. Po prostu. Zabierając ze sobą jedynie paczkę Pianissimo Peche i zapalniczkę. Tora za sprzymierzeńca w żałobie uznał Shou. Spotykali się, kiedy było im gorzej. Tora wyniósł się do Shou, ponieważ nie mógł wytrzymać obecnej w każdym kącie namiastki ducha Sagi.
Dwa tygodnie później Tora wrócił do mieszkania. Uważał, że to odpowiednia pora, żeby się podnieść i zacząć od nowa, ale kiedy poczuł duszny zapach mieszkania, pierwszym, co pojawiło się w jego głowie była twarz Takashiego. Jego piękna, roześmiana twarz. W oczach Shinjiego pojawiły się łzy, kiedy zobaczył mrugające czerwone światełko na łóżku. Mała diodka w telefonie Sagi migała jak ostatnia iskierka nadziei.
Tora nawet nie wiedział jak znalazł się przy łóżku i drżącymi dłońmi odblokował telefon. Wiadomość od nieznanego numeru.
Wybacz mi, Torashi. Kocham Cię.
Wysłał ją dzień wcześniej. Tora miał ochotę się rozpłakać. Zadzwonił pod numer, z którego wysłany był sms, ale nikt nie odbierał. Czas pomiędzy sygnałami zdawał się trwać wieczność. Shinji oczekiwał, aż jego mękę przerwie ukochany głos...
Zadzwonił sześć razy. Szóstka była ich ulubioną liczbą.
Niedługo później Shinji dowiedział się o tym, że Saga się oddalał. Powoli odsuwał od siebie wszystkich - członków zespołu, rodziców, przyjaciół, a nawet Nao. Zostawił przy sobie tylko jego, Shinjiego i pozwolił mu być ze sobą i cierpieć najbardziej. Saga wiedział, że musi mieć kogoś, nie może zostać sam. Chciał jak najlepiej spędzić ostatnie chwile, ale jednocześnie był świadom, że innego końca po prostu nie ma.
Tora z oczami czerwonymi od płaczu i ściśniętym gardłem, marastycznie przechadzał się po ich mieszkaniu. Widział brudny kubek po jasnej kawie, wybrakowaną paczkę swoich papierosów i brudną chusteczkę pozostawioną w bezładzie po wytarciu rozlanego mleka. Widział też skołtunioną pościel, ręcznik rzucony na podłogę i jego kapcie. W łazience w kubeczku wciąż widniała ta sama przeklęta szczoteczka, a na stojaku wisiał znajomy ciemny szlafrok. Wszystko ironicznie pozostało na swoim miejscu. Zniknęło tylko ich wspólne zdjęcie z czerwonej ramki na stole.

sobota, 21 czerwca 2014

Organizacyjne małe co nieco


Jak wiadomo z poprzednią ankietą były pewne problemy (z tego, co czytałam blogger po prostu takowe miewa), choć pamiętam, że najwięcej głosów było na Reituki (i parę na "And the worst thing...", z czego jestem strasznie dumna <3).
Tym razem postanowiłam wrzucić ankietę ponownie, z innymi pozycjami ze względu na to, że mam sporo pozaczynanych prac i nie wiem, za co się zabrać. Poza tym, chcę poznać Waszą opinię ^^. Wiem, że zapewne znów najwięcej głosów dostanie Reituki (ponieważ fandom the GazettE, a w szczególności tego paringu stanowi większość czytelników tego typu blogów), acz jestem ciekawa. 
Mam nadzieję, że tym razem ankieta wypali, tym bardziej, że ustawiłam ją na tydzień i zapewne codziennie będę zerkała na wyniki, żeby mieć jakiś obraz całości w razie wypadku podobnego do poprzedniego ze zniknięciem wyników.
Oczywiście jeśli macie jakieś propozycje czy sugestie, nie krępujcie się, tylko piszcie śmiało w komentarzach.
Jeśli dobrze pójdzie, to jeszcze dziś na blogu pojawi się one shot albo kolejna część "Rei" ^^

niedziela, 8 czerwca 2014

[1/x] "Zapach lata" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: Zapach lata
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: komedia? fluff? - coś w ten deseń
Rating: ?
Ostrzeżenia: może być ewentualnie trochę przekleństw
Od autora: Wybaczcie, że to nie jest kolejny rozdział "Rei" (który nomen omen mam już napisany) i że niczego ostatnio nie mogę doprowadzić do końca, ale naszła mnie potrzeba na stworzenie i wrzucenie właśnie czegoś takiego...
Moja mała osobista tęsknota za szczeniackimi wynurzeniami.
Bez bety, więc wyrzucajcie mi śmiało wszystkie znalezione błędy.

*
Zapach lata był odurzający. Przywoływał na myśl oddalone o miliony lat świetlnych wspomnienia zeszłych wakacji, które wtedy wydawały się odleglejsze od wojny trojańskiej. Powodował nieznośny skurcz żołądka, suchość w gardle, w ustach i drżenie dłoni, wsuwającej między wargi kolejnego z kolei papierosa. Strużka dymu ulatywała w nieskończoną przestrzeń, a z wraz z nią odlatywały kolejne kosmyki niezdarnej nadziei. Zamknąłem oczy z filtrem między dwoma palcami i odchyliłem głowę do tyłu, biorąc głęboki wdech - tak głęboki, jakbym chciał wypełnić całe czterysta pięćdziesiąt mililitrów sześciennych moich płuc. Tego lata nic nie smakowało lepiej od gorzkiego tytoniu w ustach. Nic poza jego ustami.
Poznałem go przypadkowo. Tak samo przypadkowo, jak wpada się na Ozziego Osbourne'a, który mówi "Hej, poznaję cię! To ty stałeś w piątym rzędzie i uśmiechałeś się, jakbyś był moim największym fanem!" - choć i tak gdybym miał wybierać, wolałbym spotkać jego zamiast wokalisty Black Sabbath. Choć wtedy jeszcze wierzyłem w przypadki, tak samo jak w przeznaczenie i kilka innych bzdur.

- Hej, uważaj jak idziesz - usłyszałem gdzieś nieco pod swoim uchem tuż po potrąceniu mojego ramienia, lecz nim się obróciłem, postać zniknęła już gdzieś w tłumie. Westchnąłem.
Co ja właściwie tu robiłem?
Matka postawiła sobie za życiowy cel przywrócić mnie do życia - socjalnego, rodzinnego czy jakiegokolwiek innego. W tymże celu pomyślała, że musi wysłać mnie do ciotki w Tokio, bo w dużym mieście na pewno kogoś poznam. Oczywiście początkowo taktyka "wyrzucimy cię z domu, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że nic z tobą nie robimy" działała wręcz przeciwnie od oficjalnego założenia - duże miasto przytłaczało mnie jeszcze bardziej. Do czasu, aż ciotka (zapewne za namową matki) nie sprowadziła swojej przyjaciółki z synem. Spojrzałem na zegarek na ręce. Była czternasta trzydzieści. Krewna mówiła, że mam wrócić przed trzecią, więc wypadało już się zbierać. Westchnąłem i wyciągnąłem ostatniego papierosa z paczki. Powoli kończyły mi się zapasy.

Kiedy wróciłem, ciotka obrzuciła mnie niezadowolonym spojrzeniem. Spóźniłem się. W małym mieszkanku na kanapie siedziała już kobieta z jakimś grubym, ściętym na pałkę szarym dzieckiem. To ze mną było coś nie tak? Wyglądał jak encyklopedyczny przypadek hikikomori.
- To mój siostrzeniec, Shinji - powiedziała ciotka, stawiając mnie przed tą dwójką. Właściwie, co mnie obchodziło, jak wyglądają? Miałem tylko przeżyć, wrócić do domu i zamknąć się z powrotem w swoich czterech ścianach.
- Och, tak mi miło! - rozanieliła się kobieta (tak a propos była równie gruba, jak dzieciak siedzący obok).
- Miło mi was poznać - powiedziałem i pchnięty sugestywnie przez ciotkę, ukłoniłem się, po czym usiadłem na pufie przy stoliku. Ciotka była pasjonatką europejskiego stylu, choć nigdy nie wiedziałem, co jest w nim porywającego. Jej ściany zdobiła tapeta w jednakowe wzorki - o ile się nie mylę, popularne były w baroku. Miejscami pozłacane, tak jak wszystkie meble. Bynajmniej nie było miejsca na minimalizm, co wcale mi się nie podobało. Tak, jak obfite beżowe fotele, poroże widniejące na jednej ze ścian i dywany ze sztucznej skóry w salonie. Całe szczęście, że spałem w pokoju wolnym od tego typu wątpliwych ozdób.
Kobiety gadały, a ja utkwiwszy wzrok w widoku błękitnego nieba za oknem, czułem na sobie wzrok tego młodego, choć kiedy spojrzałem w jego stronę, zdawał się patrzeć w jakiś obiekt za mną. Westchnąłem, starając się przy tym nie wyglądać na rozczarowanego.
- Hej, Shinji. Może pójdziecie z Takumim na spacer? Oprowadzi cię i pokaże miasto - wtrąciła się ciotka.
- Tak, to rewelacyjny pomysł! Idźcie, chłopcy - dołączyła się druga kobieta, popychając chłopaka, by wstał.
- N-no dobrze - zająkał się i poszedł do drzwi, a ja podążyłem za nim. Wyszliśmy z bloku. Odetchnąłem świeżym powietrzem. Pozwalałem zostawić między nami dwa kroki dystansu - choć nawet na tę odległość byłem w stanie wyczuć jego skrępowanie całą tą sytuacją.
- To... może chcesz iść do karaoke? - zapytał cicho, nawet się do mnie nie odwracając.
- Nie śpiewam - powiedziałem niemniej skrępowany.
- Aha... to... - zaczął Takumi, ale urwał, kiedy podniósł głowę.
- Cześć, Takumi! - usłyszałem czyiś głos i zobaczyłem, jak wita się z chłopakiem, a on momentalnie przestaje być tak spięty. Odwrócił się, a na jego twarzy dojrzałem nawet cień uśmiechu... błagalnego uśmiechu.
- To jest... - zaczął, wskazując na mnie.
- Shinji - przerwałem mu i skłoniłem się nieznacznie.
- Miło cię poznać, Shinji - odparł chłopak. Za nim stało jeszcze dwóch. Wyglądali zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nawet niepotrzebny jest ich opis, ponieważ nie ma słowa adekwatniejszego od "typowości". - Macie czas? Chcieliśmy iść do karaoke?
Wyraz twarzy wciąż zwróconego do mnie Takumiego stał się przepełniony niepokojem.
- Jasne, chodźmy - uśmiechnąłem się nieszczerze i podszedłem bliżej do nich.
Na twarzy Takumiego zarysowała się wdzięczność.
Rozmawiali, a ja się wyłączyłem. Kiedy już dotarliśmy do baru karaoke nawet poczęstowali mnie szlugiem, za co ładnie podziękowałem i oczywiście skorzystałem. Byłem grzeczny, taktowny, cichy, śmiałem się z tych żartów, z których wszyscy, choć wcale mnie tam z nimi nie było. Myślałem o powrocie - do domu, pod kołdrę, do pokoju wypełnionego mocnymi drganiami powietrza... muzyką.
- Hej, Shinji - usłyszałem głos obok siebie. Obróciłem się w tamtą stronę. To był przyjaciel Takumiego, z którym witałem się na ulicy.
- Tak?
- Pytałem, czy idziesz z nami na fajkę.
- Tak, jasne - odparłem, uśmiechając się. Wyszliśmy poza lokal. Powietrze było chłodne i orzeźwiające prawie tak, jak kawał dobrego rocka w wykonaniu KoRna. Prawie tak, jak dawka tytoniu.
Ludzie krążyli. Wchodzili do lokalu i wychodzili z niego, niektórzy szli ulicą w tylko sobie znanym kierunku. Wszystko było w normie. Wtedy zobaczyłem, jak z lokalu wyszli dwaj chłopacy, mniej więcej w moim wieku. Jeden z nich miał rude włosy i ubrany był na czarno, drugi - ten, który bardziej przykuł moją uwagę - należał do blondynów, a jego bluzka odkrywała chudy brzuch. Stanęli naprzeciwko nas - mnie i dwóch chłopaków, którzy rozmawiali w najlepsze, nie zwracając na mnie uwagi. Odszedłem kilka kroków do tyłu i próbowałem za wszelką cenę nie gapić się na blondyna ani nie sprawiać wrażenia obłąkanego. Najlepiej było w ogóle nie rzucać się w oczy. Śmiał się, rozmawiając z kolegą. Miał naprawdę ładny uśmiech. Pech chciał, że postępując drugi krok do tyłu, nadepnąłem na coś, co zapewne było leżącą butelką i runąłem jak długi na ziemię, powodując przy tym niemiłosierny hałas, ponieważ przewróciłem stojący obok kosz na śmieci, który wziął się nie wiadomo skąd. Śmiech ustał, a dwa skonsternowane spojrzenia spoczęły na mnie. Poczułem się, jakby gapili się na mnie wszyscy. Próbowałem sprawnie podnieść się do siadu, ale moja ręka poślizgnęła się na czymś i znów upadłem, tym razem demonstracyjnie uderzając potylicą w ścianę.
Przekląłem w myślach i ukradkiem zerknąłem na blondyna. Stał tyłem do mnie i odchodził. Westchnąłem. Nawet nie wiedziałem, kiedy znajomi Takumiego zwinęli się z powrotem do lokalu.
To zdecydowanie nie był mój szczęśliwy dzień.

Kiedy wypaliłem do końca papierosa, który cudem ostał się w moich ustach w trakcie spektakularnego upadku prosto w otchłań odpadków, wróciłem do lokalu i wszedłem do pokoju. Po otworzeniu drzwi, ujrzałem cztery skonsternowane spojrzenia, a wśród nich rudzielca, pięknyego blondyna, jakąś płaską dziewczynę w krótkich włosach i kogoś, kto ze swoim zgryzem i lekko rozdziawionymi ustami wyglądał, jak całkiem urodziwa wiewiórka. Stałem przez chwilę oniemiały, wpatrując się w towarzystwo.
- Znamy si...? - zaczęła dziewczyna wyjątkowo męskim głosem.
- Wejdziesz czy będziesz tak stał? - zapytał od niechcenia blondyn, a na jego twarzy wymalował się kapryśny grymas. Serce niemal podskoczyło mi do gardła.
- T-tak - odpowiedziałem idiotycznie. Bo co tak? Tak, wejdę czy tak, będę stał? Miałem ochotę wejść pod lodowaty prysznic lub zrobić cokolwiek, żeby przywrócić trzeźwość skołatanego umysłu, ale zamiast tego po prostu przestąpiłem próg pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Kiedy się obróciłem, blondyn siedział z nogą założoną na drugą, obok niego był rudzielec, a dalej kolejna ekstrawagancka para.
Usiadłem na skraju, obok blondyna.
- T-to... - próbowałem coś z siebie wydukać, ale oni wymieniali między sobą tylko znaczące spojrzenia, a blondyn sięgał szklankę z końca stołu i nieotwartą butelkę z napisem asahi. Podstawił ją mi pod nos.
- Obsłuż się - stwierdził, więc i tak zrobiłem.
Momentalnie obok mnie pojawił się ten przypominający wiewiórkę chłopak i z uśmiechem godnym Toshiyi z Dir en grey'a, ukłonił się, przedstawiając jako Hiroto.
- Jestem Shinji - oznajmiłem, skinąwszy głową w jego stronę. Od razu przychylniej spojrzał na mnie także ten, którego początkowo wziąłem za dziewczynę, przedstawiając jako Shou, a ten rudy, który (jak się później okazało) mimo czarnego makijażu przypominał Kubusia Puchatka zwał się Nao. Ostatni z nich czyli pociągający blondyn, którego wargę zdobił srebrny kolczyk, przedstawił się jako Saga, uśmiechając przy tym i w uroczy sposób marszcząc nos. Jako pierwszy, sprzętem do karaoke zajął się Hiroto, a moja szklanka była wtedy już w połowie opróżniona. Dowiedziałem się wtedy, że wszyscy z nich słuchają dobrego rocka, rozmawialiśmy o muzyce godzinami, aż w końcu stężenie alkoholu we krwi i namowy słodkiego blondyna sprawiły, że stanąłem przed sprzętem do karaoke z mikrofonem w ręce i miałem zmierzyć się z dzierżącym w dłoni drugi Hiroto, który czerwony jak burak i jeszcze bardziej pijany, spoglądał na mnie z zaciętością.
Rozbrzmiały pierwsze dźwięki Heaven Ayumi Hamasaki i zaczęliśmy wyć. Wygrał oczywiście on.
Kiedy usiadłem na kanapie, Saga odwrócił się do mnie i pogratulował uśmiechem, który zdawał się mówić, że teraz to ja jestem w centrum jego uwagi.
Ta sytuacja była tak irracjonalna, że wydawało mi się, iż zaraz obudzę się w białej pościeli za sprawą tego strasznego tykania jedynego "stylowego" elementu wystroju tymczasowo mojego pokoju - ogromnego zegara, zapewne tak archaicznego, że wydawał się żywcem wyjęty z jakiegoś kiczowatego horroru. Jednak nic takiego się nie działo. Blondyn wciąż częstował mnie swoim uśmiechem, reszta rozmawiała ze sobą. To było prawdziwe.
- Visual kei? - zapytałem łamaną zjaponizowaną angielszczyzną, powtarzając wcześniej przytoczony przez blondyna zwrot.
- Tak - odparł miękko, odgarniając kosmyk spadających mi na twarz włosów za ucho - co niemal skończyło się wyskoczeniem mojego serca prosto w jego dłonie.
- Nie, siedzę tylko w rocku i typowych ciężkich brzmieniach.
- Visual kei to coś trochę innego. Może ci się spodobać, posłuchaj... - zaczął. A ja słuchałem. Słuchałem uważnie, próbując zapamiętać dokładnie każde słowo, choć po kolejnym piwie skończyłem z głową na jego chudziutkich udach, przypatrując mu się z dołu. Jego ładnie zarysowanej szczęce, kolczykowi i wargom. Jego nosowi, mimice i ukrytym za niebieskimi soczewkami oczom zwróconym tylko na mnie. Nawet złapałem się na tym, iż kompletnie straciłem świadomość, co do mnie mówił. W mojej głowie utkwił tylko jego cudowny uśmiech i chłód letniej nocy.
Wróciłem do domu nad ranem, a w progu przywitała mnie rozedrgana ciotka. Chyba była zbyt zmartwiona, żeby się złościć. Przytuliła mnie mocno, rozpłakała się, a ja wybełkotałem "Chce mi się rzygać", czego chyba nie zrozumiała, ponieważ wciąż nie poluźniała objęcia. Złapałem się za usta, wyszarpałem i pobiegłem do łazienki.
Rzygając, myślałem tylko o czekającym na mnie łóżku, zawzięcie opadających powiekach i drapiącym gardle.
Umyłem zęby, rozebrałem się i poszedłem spać. Przez cały czas w moich nozdrzach istniały jeszcze resztki tytoniowego zapachu lata.