Tytuł: Pożegnanie
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: G
Rating: G
Ostrzeżenia: -
Od autora: Ostatnio zupełnie nie mam weny. Nawet, jeśli są pomysły, brakuje czegoś, co nadałoby im polotu. Mam zastój. Wybaczcie dramaturgię, następna publikacja po końcu Rei miała być komiczna, ale nie wyszło. Nie wiem kiedy pojawi się coś następnego, ostatnio naprawdę ciężko mi się cokolwiek pisze.
Miniaturka, zapraszam.
*
Miniaturka, zapraszam.
*
- Mogłeś mnie chociaż uprzedzić!
Przewrócił oczami. W wyrazie jego twarzy, nonszalanckim oparciu biodra o pobliski mur i powolnym, cholernie kuszącym przeżuwaniu gumy widziałem lekceważenie.
- Mogłeś mi chociaż powiedzieć wcześniej, że masz kogoś na boku! - wydzierałem się, choć zamiast złości czułem zrezygnowanie. Byłem raczej wyprany z emocji niż zajęty napadem gorzkiej furii. Gdzieś na dnie tego wszystkiego (mnie?) czaił się nieopisany smutek pod przykryciem obojętności.
- Kocie, nic na to nie poradzisz - powiedział i zrobił balona z białej gumy, którą miął w ustach od piętnastu minut. Balon pękł, a on językiem zebrał go z powrotem do ust. Przeszedł mnie dreszcz, którego wcale nie chciałem. On mnie odrzucił, a ja wciąż go pragnąłem.
- Ty nawet nie czujesz się winny! - powiedziałem z wyrzutem. Gdzieś za krzykiem ukrywała się niema prośba - „Zostań”, choć wtedy nic nie mogło mnie zmusić, bym się do tego pragnienia przyznał.
Uśmiechnął się pod nosem z tym lekceważeniem, które powinno mnie przecież tak bardzo zirytować!
- Shinji - powiedział, kładąc dłoń na moim ramieniu i spoglądając w oczy. - Przecież to było oczywiste, że my nie mieliśmy przyszłości.
Czując na sobie jego przeszywający wzrok, przełknąłem nerwowo ślinę. Poczułem powiew chłodnego wiatru, który przeszył mnie z nieporównywalnie mniejszym chłodem od jego słów.
- Obudź się - wziął dłoń z mojego ramienia - ktoś taki jak ty z kimś takim jak ja. Nie jesteśmy już dziećmi, a to od samego początku nie miało szansy na przyszłość.
Tym razem nie patrzył w moje oczy. Jego wzrok wydawał się nieobecny. Znałem to spojrzenie. Znałem każdy z wyrazów jego oczu tak dobrze, mógłbym napisać o nich książkę. A mimo to byłem tak skołowany, że nie miałem pojęcia, co tym razem mogło kryć się za tarczą ciemnych tęczówek. Poczułem kroplę, która z impetem spadła na moją koszulkę. Deszcz? Zerknąłem w górę, lecz niebo było czyste. Radosny błękit sarkastycznie śmiał się z tragizmu tej sytuacji. Wtedy po mojej szyi spłynęła kolejna kropla, znikając dopiero w dekolcie koszulki. Płacz? Dotknąłem oczu. Były mokre. To było takie typowe. Prawie jak w jakimś głupim dramacie, prawda? Czułem się bardziej jak bohater telenoweli niż uczestnik swojego życia.
Nawet nie zauważyłem, kiedy guma w ustach Takashiego zastąpiona została smukłym papierosem. Pianissimo. Ciszej. Przecież łzy są ciche, Takashi.
- Coś jeszcze? - spojrzał na mnie, unosząc brwi. Nawet tym moim dramatycznym wylewem emocji zdawał się nieporuszony.
Zostawił mnie, jakbym w jednej chwili przestał mieć dla niego znaczenie. Mimo wcześniej powtarzanych słów. Mimo idiotycznego „kocham cię” i irracjonalnych przyrzeczeń wieczności. Przecież nikt nie sprawuje władzy nad czasem. Naprawdę chciałem go zatrzymać, powiedzieć mu to cholerne „kocham cię i nigdy nie przestanę” - zupełnie, jakbym miał władzę nad czasem.
- Nie - odparłem tylko, a on odwrócił się i poszedł. Obserwowałem jego plecy, by w końcu odwrócić się i pójść w swoją stronę. Postąpiłem zaledwie dwa kroki i nie mogąc się powstrzymać, odwróciłem głowę w jego stronę. Stał skręcony tak, żeby mnie widzieć. W jego oczach znajdował się zwykły głęboki smutek, lecz widziałem go tylko przez ułamek sekundy, bo dynamicznie odwrócił się z powrotem i odszedł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz