niedziela, 27 września 2015

[One Shot] "Lepszy ślepy idiota" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Lepszy ślepy idiota
Paring: Tora/Saga (Alice Nine); Kaoru/Die (Dir en grey) - pobocznie
Gatunek: -
Rating: G (bez ograniczeń wiekowych)
Ostrzeżenia: Nie wiem, czy powinno znajdować się to akurat tutaj, ale w opowiadaniu następuje zmiana narracji.
Od autora: Przed Wami nareszcie jedna z pozycji, które wygrały w ankiecie. Napisałam ją praktycznie jednym tchem. Do napisania tej miniaturki zainspirowała mnie Melodia serca napisana przez Syo, choć jej opowiadanie jest zupełnie inne od mojego. Moje utrzymane raczej w lekkim tonie, bardzo miniaturkowe, trochę puchate i jakby wyrwane z kontekstu. Trochę ślepo zakochanego Tory, wspaniałości Sagi i... chyba czegoś jeszcze. Zapraszam~


Znów to samo.
Wszystko zaczyna się od rzucenia okiem na smukłą sylwetkę. Późniejsza ocena szczegółów przychodzi już samoistnie, jakby wiedziona jakimś niewidzialnym trybikiem, który prowadzi do uruchamiania każdego kolejnego zmysłu i skierowania go na niego. Zaczyna się zawsze od wzroku, choć wyobrażenie dotyku nagiej skóry, którą odkrywa nieznośnie podwijająca się koszulka stanowi element równie niezbędny, jak niekontrolowany. Później zatrzymuje się na włosach sztywnych od lakieru i szorstkich przez zniszczenie spowodowane stosowanymi od lat środkami chemicznymi. To z kolei prowadzi do prostego wniosku – skoro włosy są szorstkie, sztywne (choć Shinji naprawdę wolałby, żeby zesztywniało mu z goła coś innego) i nieprzyjemne w dotyku, to znaczy, że trzeba je umyć. A cóż by to był za prysznic, gdyby Takashi miał go odbyć w samotności? Później nieznośne myśli przywodzą na myśl szczupły tors, gładkość płaskiego brzucha i wilgotne, namiętne wargi, które tylko proszą, żeby się w nie wpić.
W ten sposób Shinji kończy uwiązany do baru, bo przecież pokusił się o wyjątkowo obcisłe spodnie, które w tym momencie jasno i wyraźnie ukazywały coś, co wolał ukryć. Szczególnie przed Takashim.
I tak jest ciągle, za każdym razem. Choć czasem, wiedziony jakąś niesamowitą intuicją, zakłada spodnie trochę luźniejsze – te, które Takashiemu podobają się mniej, ale jednak bardziej w tej sytuacji funkcjonalne. Mimo to znajduje sobie inny argument, by pozostać przy barze – gdzieś w cieniu, pozornie niewidzialny i pozornie niewidzący – choćby było nim czekające na niego piwo, złocisty napój bogów, którego przecież nie sposób porzucić. A jeśli spoczywała przed nim jedynie pusta szklanka, miał pretekst, by zamówić kolejne.
W ten sposób Shinji spędzał kolejny melancholijny piątek, przepełniony bezustannymi westchnieniami i ukradkowymi spojrzeniami. I właśnie wtedy, choć miał na sobie te okropnie obcisłe spodnie, które Takashi tak strasznie lubił, i choć kufel prawie cały wypełniony był jasnym piwem, alkohol niebezpiecznie zaszumiał w jego głowie i podsunął wyjątkowo niebezpieczny pomysł...
– Zagadaj do niego w końcu – przemówił głos tuż przy moim uchu i już zacząłem się zastanawiać, czy nie mam omamów, gdy na stołku obok usiadł Daisuke.
Andou był moim przyjacielem. Nie jakimś szczególnie bliskim ani oddanym. Nie mieliśmy dla siebie za dużo czasu, ale mimo to wydawało się, że jest między nami coś w rodzaju koleżeńskiej chemii.
– Od kiedy stajesz się głosem wkraczającej w świadomość części mojej podświadomości? – odrzekłem, a Die spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie, jakby chciał mi powiedzieć, że mam coś dziwnego na twarzy i to wcale nie jest spoczywająca na policzku przypadkowa rzęsa. – Co? – zapytałem, marszcząc czoło w geście kompletnego niezrozumienia i może nawet poirytowania.
– Masz rzęsę na policzku – odparł wymijająco, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. No tak, co jak co, ale my chyba naprawdę byliśmy stworzeni dla siebie. Uśmiechnąłem się sympatycznie.
– Moje życzenia i tak się nie spełniają – westchnąłem, a on powiódł za mną wzrokiem jeszcze zanim zorientowałem się, w którym kierunku właściwie podążyły moje myśli i oczy.
– Życzenia? – spojrzał na mnie sceptycznie, uśmiechając się półgębkiem.
– Zamknij się – uderzyłem go w ramię.
Roześmialiśmy się. Co jak co, ale pomimo naprawdę niedługiej znajomości Daisuke zawsze wiedział, kiedy kłamię. Może to dlatego, że moje domniemane drobne przeinaczenia prawdy zawsze dotyczyły denerwująco perfekcyjnej osoby Takashiego i były kompletnym zaprzeczeniem tego, jakobym jeszcze coś do niego czuł. No bo jak Wielki Pan Sakamoto, Bóg Seksu i te sprawy mógł się w ogóle zakochać. Przespaliśmy się raz, drugi, może trochę więcej, ale wciąż podkreślał, że to tylko niezobowiązujący seks. Choć do dziś, gdy wspominam jego wzrok utkwiący w moich pośladkach, gdy zakładałem spodnie z imitującego skórę materiał...
– Znowu je założyłeś – parsknął Die.
– O co ci chodzi? – żachnąłem się.
– Mówiłeś, że są niewygodne i ich nie cierpisz. – Daisuke z szerokim uśmiechem powitał swój kufel z ciemnym piwem i umoczył w nim wargi.
– Bo tak jest – burknąłem, próbując zachować tę chwilę beztroski i dziecinnych przekomarzanek, by jak najmniej wracać myślami do scen, których nie pownienem rozpamiętywać. Wziąłem kilka głębszych łyków, a Die kontynuował:
– A raczej było do czasu, gdy Sakamoto–pan uwodziciel nie powiedział ci...
– Twój tyłek wygląda w nich nieziemsko, Shinji – dokończył za niego Takashi, który nagle i zupełnie niespodziewanie pojawił się pomiędzy nami. To był moment, w którym zakrztusiłem się pitym piwem, odstawiając kufel z głośnym trzaskiem na blat. Kaszlałem, próbując powstrzymać alkohol niestrudzenie chcący przedostać się do mojej tchawicy. Takashi klepnął mnie w plecy, a ja spojrzałem na niego z oczami pełnymi łez. Aż głupio wspominać, jak żałosny obrazek musiałem sobą przedstawiać. – Obgadywanie innych za plecami nie jest zbyt grzeczne, drodzy panowie, ale to jeszcze nie powód do płaczu – stwierdził lekko i porwał mój kufel, po czym wychylił resztę zawartości duszkiem. Przez chwilę nawet wydawało mi się, że w ciągu tego swojego monologu puścił mi oczko, choć w rzeczywistości spoglądał raz na mnie, raz na Die'a, w którym aż się gotowało ze złości.
– Mógłbyś w końcu się na coś zdecydować – warknął na Sakamoto, a ten tylko przywołał na twarz zawadiacki uśmieszek, rozejrzał się dookoła i przyciągnął pobliskiego mężczyznę do pocałunku. Na nieszczęście nas wszystkich tym śmiałkiem okazał się nikt inny, jak lider Dir en grey'a – już trochę wstawiony, ale wciąż wystarczająco przytomny, by nie za mocno, ale jednak odepchnąć od siebie natręta. Daisuke wyglądał wtedy, jakby miał wyjść z siebie i stanąć obok. Nie wiedząc za bardzo, co mógłbym wtedy zrobić, po prostu zerwałem się z siedzenia i zanim Andou zdołał jakkolwiek zareagować, chwyciłem Takashiego za rękę i wybiegłem z nim z pomieszczenia. Stanęliśmy dopiero po wbiegnięciu to jakiegoś wyludnionego zaułka, niezbyt przyjemnego, ale wyglądającego na trudny do znalezienia. Na dworze było zimno, wszechobecny mróz od razu odznaczył się gęsią skórką na nagich ramionach. Przyspieszony biegiem puls wyraźnie dawał o sobie znać.
– Jesteś idiotą, Shinji. Zostawiłeś nasze kurtki – stwierdził, przewracając oczami, choć mógłbym przysiąc, że przez ten grymas niezadowolenia niestrudzenie przebijał się cień satysfakcji. – I co teraz zrobisz, jeżeli się rozchoruję?
– Będę... – zacząłem, wciąż dysząc ze zmęczenia spowodowanego biegiem.
– Tylko nie mów, że będziesz gotował mi zupki, mógłbym tego nie przeżyć – przerwał mi. Nastała chwila ciszy, podczas której wpatrywałem się w jego idealnie czekoladowe oczy, a on spoglądał w moje, po prostu ciemne. – Ja tam nie wrócę – zarzekł się.
– Ja też nie – odparłem. – Daisuke mnie zabije, wskrzesi, a później każe zaprowadzić do ciebie, by dokonać kolejnego aktu mordu. – Mółbym przysiąc, że po tych słowach na twarzy Sagi pojawił się uśmiech ukryty gdzieś w mroku nocy. Staliśmy przez chwilę, rozcierając ramiona, po czym ściągnąłem z ramion flanelową koszulę i podałem mu ją. – Masz.
– To? – Takashi uniósł brwi w geście zdziwienia. – Kiepska rekompensata – skrzywił się, ale przyjął niejaki prezent i zarzucił go sobie na ramiona.
Uśmiechnąłem się pod nosem w taki głupi, kompletnie naiwny sposób wierząc, że teraz napawa się moim zapachem, tak jak robiłbym to na jego miejscu ja.
– To wszystko przez ciebie – stwierdziłem, krzywiąc się na wspomnienie warg Takashiego przytkniętych do wąskich ust gitarzysty Dir en grey'a.
– Przeze mnie? – zapytał urażony.
– Tak – powiedziałem, dopiero wtedy zauważając, jak wąska jest przestrzeń pomiędzy ścianami zaułka. On stał przy jednej, a ja przy drugiej, przeciwległej. Dzieliły nas zaledwie dwa kroki. Wystarczyła ta świadomość, by serce, ledwo uspokojone po szalonym pędzie w trosce o nasze zdrowie, znów zaczęło nieznośnie kołatać, mieszając myśli, słowa i doprowadzając moje zlodowaciałe dłonie do paradoksalnego lepienia się od potu. A może to było tylko złudzenie?
– To nie ja jestem ślepym idiotą – zmrużył powieki, spoglądając na mnie.
Może gdybym był przygłupią, zakochaną nastolatką, pomyślałbym, że zaraz wyskoczy z wyznaniem miłości, bo przecież ślepy idiota nie zauważył, że tak naprawdę Sakamoto wciąż się za nim ugania i przychodzi do tego samego klubu co piątek tylko ze względu na niego i specjalnie zawsze bawi się w takim miejscu, aby Torashi go widział i...
– Lepszy ślepy idiota niż... – zacząłem zanim jeszcze na dobre przemyślałem, co właściwie chcę powiedzieć.
– Niż? – zapytał Takashi, unosząc brew.
... niż perfekcyjny dupek, orkopnie pociągający, wstrętnie przystojny, o bardzo ładnym ciele, które aż prosi, żeby go dotknąć. Cholera.
– Niż ty – dokończyłem, odwracając wzrok w kierunku wylotu na ulicę. Nie była ona jedną z tych stanowiących centrum nocnego życia. Szmer przejeżdżających samochodów, kroki i gwar pochodziły raczej z oddali. Na tafli mokrej od deszczu drogi odbijały się uliczne światła.

– Głupi jesteś, Torashi – stwierdził Takashi po chwili, przyciągając mój wzrok. Opatulił się ciaśniej koszulą, by wbić we mnie ciemnobrązowe spojrzenie. Trwaliśmy tak przez chwilę wpatrzeni w siebie, z plecami mokrymi od wilgotnych ścian za nami. Podmuch chłodnego wiatru wstrząsnął moim ciałem, a on chwycił mnie za dłoń i pognaliśmy do mieszkania. Niczym para nabuzowanych hormonami beztroskich nastolatków, znów kochaliśmy się na moim łóżku, a Takashi stwierdził, że jednak najlepiej mi bez jakichkolwiek spodni.

czwartek, 16 lipca 2015

„Którędy teraz, Takashi?” czyli notka organizacyjna

- Ale ty jesteś głupi, Torashi - powiedział i poczochrał mnie po włosach.
- Hej - obruszyłem się - nie obrażaj mnie.
- To nie gadaj głupot - odparł Takashi.
Westchnąłem. Ja naprawdę czułem się źle, a on wciąż bagatelizował moje problemy. Może wziął to za żart, a może po prostu miał ważniejsze sprawy na głowie. Westchnąłem raz jeszcze.
- To ciebie kocham, głuptasie - jego gorący szept owiał moją szyję i ucho. Ciałem wstrząsnął dreszcz. - Nie bądź głupi, tygrysie. Lepiej skup się na mnie zamiast snuć wyimaginowane problemy - odparł, ujmując moją dłoń i kładąc ją na swoim sercu. Widziałem jego uśmiech i żaden kompleks nie potrafił zatrzymać gorąca, które zalało moje serce. Uśmiechnąłem się, bo co innego miałem zrobić?


*
Witajcie, moi drodzy. Dzisiaj trochę spraw organizacyjnych. Ostatnimi czasy wszelkie pisarskie siły staram się wykorzystać, by stworzyć i dopieścić twór na potrzeby czwartego cyklu „Opowiadań Kotori”. Opublikowanie mojej pracy byłoby nie takim małym pisarskim sukcesem, więc ważę słowa i próbuję stworzyć opowiadanie idealne. Niestety, jak to czasem bywa, ostatnio opadłam z sił i straciłam motywację do wszelkich działań. Pomyślałam wtedy, co powiedziałby na to Saga. Tak powstał ten mały fragmencik, którym zaczyna się notka. 
Dążąc do sedna, postaram się mieć na uwadze wyniki ankiety, a co za tym idzie, napisać bądź dokończyć jakiegoś One Shota o Torze i Sadze oraz stworzyć tajemnicze coś innego, choć jeszcze nie mam na to pomysłu, bo próbując odkopać stare opowiadanie, doszłam do wniosku, że musiałabym napisać je jeszcze raz. Jeżeli macie jeszcze jakieś propozycje albo pomysły, jestem na nie otwarta. Z chęcią przyjmę wszelkie sugestie. Reasumując, pragnę oświadczyć, iż notki będą pojawiać się rzadziej, ponieważ zajęta jestem innym opowiadaniem (jeżeli wydawnictwu się nie spodoba, zapewne znajdzie się ono na blogu), a w przypadku ficków, które prędzej czy później zostaną opublikowane, postaram się dostosować do wyników ostatniej ankiety.
Dziękuję za uwagę, życzę miłego dnia~

środa, 8 lipca 2015

[2/x] "Zapach lata" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Witajcie kochani. Pomimo braku odzewu w ankiecie, postanowiłam dodać drugi rozdział "Zapachu lata", który zresztą mam już gotowy. Jak to zostało określone przez Tygrysa, "akurat aktualnie". Zapraszam~

*
Obudziły mnie promienie letniego słońca, brutalnie wpadające przez niezasłonięte okno. Wyjęczałem jakieś nietuzinkowe przekleństwo i resztkami sił przesunąłem na drugi koniec łóżka, kryjąc w ostatkach cienia. Czułem, jak moja głowa rozpoczyna poranną rozgrzewkę, więc próbowałem pogrążyć się w neutralnym śnie choć jeszcze przez moment, jednak nie pozwoliło mi na to konkretniejsze już łupanie pod czaszką. Westchnąłem zmarnowany. W pokoju było duszno. Otworzywszy oczy z ulgą zarejestrowałem, że nigdzie nie było kwasowej zawartości mojego żołądka, po czym poczułem, jak moja głowa podryguje na poduszce w rytm tykającego niemiłosiernie starego zegara. Nakryłem głowę kołdrą, ale czując duchotę, wróciły do mnie mdłości, więc sprawnie odrzuciłem ją wzdłuż nóg. Jęknąłem niezadowolony i powoli usiadłem na łóżku. Na moim nadgarstku wciąż spoczywał zegarek, który ukazywał godzinę pierwszą dwadzieścia dwa. Zdjąłem go i ujrzałem odciśnięty ślad po pasku oraz tarczy. Westchnąłem znów. Wstałem i powłóczyłem nogami najpierw do łazienki, a następnie do kuchni, w której urzędowała ciotka.
- Wstałeś, Shinji. Jak się czujesz? Gotuję ci już zupę. Może chcesz kawy?
- Tak - odparłem tylko, siadając na wyższym od standardowego krzesełku przy stoliku w kuchni. Oparłem czoło o ścianę obok i przymknąłem oczy. Otworzyłem je dopiero, gdy do moich nozdrzy zawitał przyjemny aromat kofeiny. Uśmiechnąłem się i upiłem łyka napoju. Westchnąłem cicho.
- Więc... poznałeś wczoraj kogoś? - zapytała moja krewna, spoglądając na mnie sugestywnie.
Tak, seks-bombę, która mnie upiła i kazała się przelecieć, a za dziewięć miesięcy pozwie o alimenty.
- Niekoniecznie - odparłem.
- A co z tym chłopakiem, który cię odprowadził? Mówił coś o jakiejś... Sadze... że masz do niej zadzwonić.
Włosy mi stanęły dęba. Zakrztusiłem się popijanym właśnie napojem i z trzaskiem odstawiłem kubek na blat.
- Nie martw się, nie powiem nic twojej mamie - załgała. Dobrze wiedziałem, że było to kłamstwo, jeśli matka jeszcze o wszystkim nie wie, to dowie się przy najbliższej okazji. Choć w tamtej chwili nawet o tym nie myślałem. Lepiej było zgrywać głupa czy zapytać o to, kto mnie tak właściwie odprowadził?
- No bo wiesz, był z tobą taki rudy chłopiec i na początku się wystraszyłam, bo był taki... ekstrawagancki, ale później okazało się, że jest całkiem sympatyczny - ciotka dostawała słowotoku i w takich chwilach dziękowałem za tę stronę jej osobowości.
- No tak, to mój stary kolega z podstawówki. Nazywa się Nao - skłamałem.
- Ach, to wiele wyjaśnia! Świetnie, że znalazłeś starego kolegę, ale Takumi bardzo się o ciebie martwił. Nie powinieneś tak znikać.
- Wiem, ciociu.
Przez cały dzień trzeźwiałem i cudem udało mi się namówić ciotkę, by zezwoliła mi na wieczorny spacer. Powietrze było przyjemne, słońce powoli znikało za nierównym horyzontem budynków. Szedłem, zastanawiając się, gdzie w tej okolicy mogę kupić szluga. Gdyby Nao rzeczywiście był moim przyjacielem z podstawówki, mógłbym chociaż go zapytać. Z drugiej strony, zawsze można spróbować... Stanąłem przed jedną ze sklepowych szyb i spojrzałem na swoje odbicie. W sumie wyglądałem całkiem dojrzale. Uśmiechnąłem się do swojego odbicia w lustrze. Kto nie ryzykuje...
Z tymi optymistycznymi myślami wszedłem do sklepu spożywczego. Podszedlem do lady, starając się zachowywać jak najswobodniej. Stała tam kobieta o niezbyt przyjemnym wyrazie twarzy.
- Dzień dobry - zacząłem uprzejmie. - Poproszę paczkę marlboro.
- A czy ty czasem nie jesteś za młody? - spojrzała na mnie badawczo. Jednak uznałem, że jeszcze nie jestem na przegranej pozycji i odparłem:
- Ależ skąd! Niedawno skończyłem dwadzieścia lat, więc mogę wyglądać trochę młodo...
- A tu mi czołg jedzie! Spadaj stąd młodzieniaszku, zanim wezwę policję!
Upokorzony szybkim krokiem wydostałem się ze sklepu, nazywając kobietę w myślach starą jedzą. Przecież i tak nikt by się nie dowiedział!
Westchnąłem i poszedłem po prostu przed siebie w nadziei, że spotkam jakiegoś litościwego posiadacza tytoniu. Kiedy tak sobie spacerowałem, ujrzałem znajomo wyglądający przewrócony śmietnik. Przede mną rozpościerało się wejście do pamiętnego lokalu karaoke. Aż na chwilę nabrałem głębiej powietrza do płuc w przypływie zaskoczenia.. W myślach pojawiła się wizja wczorajszej wesołości (nawet wywietrzała z nich pamięć o porannym kacu) i czwórki przyjaciół. Pomyślałem, że spotkanie ich "tu i teraz" byłoby zbyt przerysowane, więc już chciałem iść dalej, gdy usłyszałem za sobą znajomy głos.
- Hej, tygrysie! - krzyknął Saga.
Odwróciłem się w jego stronę.
- Już wytrzeźwiałeś? - zapytał, gdy do niego podszedłem.
- Tak, jest lepiej - odparłem, spoglądając na niego. Tym razem był bardziej zakryty. Ubrany w obcisłe spodnie ze skóropodobnego materiału, przykrótką koszulkę, która przy każdym ruchu odkrywała skrawek płaskiego brzucha oraz rozpiętą ciasną skórzaną kurtkę. Wciąż piekielnie pociągający.
- Dobrze wiedzieć. Nao można zaufać pod tym względem - uśmiechnął się. W neonowych światłach błysnął srebrny kolczyk. Wtedy przypomniałem sobie jego chłód. Nim się spostrzegłem, dotykałem palcami dolnej wargi, a Saga patrzył na mnie w ten zagadkowy sposób.
- Wchodzisz? - zapytał, wskazując na bar karaoke. Spojrzałem na zegarek. Była dziewiąta i powoli robiło się późno.
- Jeśli poczęstujecie mnie fajką...
Saga uśmiechnął się i podsunął mi paczkę oraz zapalniczkę.
- Masz ostatniego - zauważyłem.
- Więc się podzielimy - odparł czarująco. Miał w sobie coś, co uniemożliwiało mi oddech. Skinąłem głową i wziąłem papierosa do ust. Kiedy go zapalił, zaciągnąłem się i podałem mu. Papieros był gorzki, jak każdy wyrób tytoniowy, jednak wyjęty z jego miękkich ust, nabierał słodyczy.
Miałem ochotę westchnąć jak nastolatka przed plakatem swojego ulubionego celebryty. Z tym, że przed sobą nie miałem plakatu, a Sagę w całej okazałości. O czym ja myślę? Przecież wcale nie mam zamiaru do niego wzdychać.
- To teraz w dowód wdzięczności za okazaną łaskę musisz dla mnie zaśpiewać - odparł z tym zawadiackim uśmieszkiem. Oczywiście zgodziłem się z miną najszczęśliwszego idioty na świecie.
Wszedł pierwszy do sali, zdejmując kurtkę i siadając znów obok Nao. Speszyłem się trochę. Przecież odprowadził mnie pijanego do domu ledwo znając, a ja nawet tego nie pamiętałem. Uśmiechnąłem się trochę skrępowany, a on odwzajemnił gest, co upodobniło go do Kubusia Puchatka.
Usiadłem obok Sagi, a przede mną wyrósł zapełniony kufel. Mimo wszystko bardziej od alkoholu ciekawił mnie on, choć rozmawiał wtedy o czymś z Nao na tyle zawzięcie, by nie zwracać na mnie najmniejszej uwagi. W zamian za to rozpocząłem konwersację z wiewiórkami, które, jak się okazało, miały świetny gust muzyczny.
- Shinji - usłyszałem melodyjny głos Sagi, więc odwróciłem się w kierunku, z którego pochodził. Wskazywał palcem sprzęt do karaoke, a ja dopiero wtedy zauważyłem, że ma takie dlonie, jakie zawsze chciałem mieć.
- Obiecałeś mi coś - uśmiechnął się. Jego uśmiech miał w sobie coś hipnotyzującego. To coś mówiło mi "dalej Shinji, popisz się, to twój czas". Zupełnie jakby... moje oczy teraz spoczną jedynie na tobie.
- Tak - uśmiechnąłem się zdecydowanie za szeroko i z zapałem dopadłem do sprzętu karaoke. Nie słyszałem się wcale, bo zagłuszyły mnie głośne bity. Za to z całą pewnością słyszał mnie Saga, którego wzrok czułem na swoich plecach przez cały czas.
Kiedy odszedłem od sprzętu, powitało mnie piwo numer n.
Papierosy latem też pachniały inaczej. Miały w sobie coś jak przyjemnie duszący brak zobowiązań. Wieczorne powietrze z kolei pozostawało przyjemnie orzeźwiające, co pozwalało przywrócić jako taką trzeźwość umysłu, którą z kolei od razu zaburzała obecność Sagi.
Był jak marzenie, taki nierealny i nieosiągalny, a jednak stał tuż przede mną...
- Shinji? - odwrócił się w moją stronę, a ja poczułem, że moja dłoń znajduje się tuż za jego plecami i w skutku obrotu jego ciała, sprawnie ląduje na brzuchu.
- Przepraszam! - odskoczyłem od niego jak oparzony. Patrzył na mnie początkowo zaskoczony, a po chwili uśmiechnął się zawadiacko. Coś szumiało w mojej głowie oraz w uszach, powodowało mrowienie dłoni i nieprzyjemną ciasnotę w spodniach. Zaduch lata posiadał w sobie niezatarty ślad jego obecności.

wtorek, 7 lipca 2015

[12/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Jeżeli ktoś ma ochotę posłuchać utworów, o których mowa w ostatniej części, odwołuję tutaj: B-durDes-dur - właśnie w takim tempie i wykonaniu sobie to wyobrażam.
Przepraszam za masę muzycznego żargonu i to zupełnie niezwiązanego z rozrywką, ale po prostu popłynęłam. W tym rozdziale także znajdują się przekleństwa.
Tym akcentem czas zakończyć przygodę z uciekającym niczym zbuntowany nastolatek Torą. Mam nadzieję, że ostatni rozdział przypadnie Wam do gustu.
Dodatkowo pragnę napisać, że ostatnio poświęcam czas głównie opowiadaniom konkursowym, więc trochę mniej piszę tutaj, ale parę notek mam gotowych i mogę je opublikować. Co więcej, możecie udzielać się w ankiecie, ponieważ ja zdecydowanie nie wiem, w co wsadzić ręce. Zawsze tak mam po skończeniu dłuższej serii. To prawie jak po dobrym filmie albo książce, gdy przez chwilę nie potrafisz się odnaleźć, później masz ochotę na więcej, ale wiesz, że nie znajdziesz niczego równie dobrego, więc dajesz sobie ochłonąć.
Zapraszam~

*
- Die - odparłem. Spojrzał na mnie z powagą, w jego oczach widziałem, że oczekuje najgorszego. - Musisz mnie zawieźć do Takashiego.
Die tylko pokiwał głową i pobiegł z powrotem do mieszkania po kluczyki. Nie było go kilka dobrych minut, więc pewnie zatrzymał go Kaoru, ale ostatecznie wrócił do mnie i pociągnął mnie za rękaw w stronę samochodu.
- Dalej! - krzyknął, a ja pobiegłem ile sił w nogach. Die przemykał pomiędzy samochodami, nie respektując ograniczeń prędkości i modląc się w duchu, aby nie napotkać po drodze policji. Widziałem to po jego minie, choć sam byłem zajęty przygryzaniem wargi i analizowaniem swojej beznadziejnej sytuacji. Starałem się przetrawić informacje, którymi uraczył mnie Die, ale wciąż były zbyt świeże. Bałem się, że Takashi zniknie z mojego życia w tempie rubato. No tak w końcu dotychczasowo akcja rozwijała się zbyt wolno, a właściwie była niemalże zatrzymana. Przyszedł czas na gwałtowne przyspieszenie. Bałem się. Ogarniał mnie okropny strach, że znajdę puste mieszkanie. Z Daisuke pożegnałem się jeszcze na dole, później na schody praktycznie wbiegłem, przeskakując po dwa stopnie. Błyskawicznie zdyszany znalazłem się na górze. Przy drzwiach. Przełknąłem ślinę, gdy doszedł do mnie cichy głos pianina. Rozpoznałem w nim Nokturn B-moll Chopina. Właśnie rozbrzmiewał moment, kiedy crescendem przechodził w dur. Może to był znak? Postanowiłem nacisnąć klamkę. Utwór został przerwany. Klamka odpuściła pod ciężarem mojej dłoni. Przy drzwiach nie widziałem obcych butów, na wieszaku nie wisiała żadna kurtka poza jego. On po prostu siedział w pokoju przed instrumentem plecami do mnie. Przez chwilę coś bardzo nieznośnego utknęło mi w gardle. Przez chwilę nie byłem w stanie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Przełknąłem ślinę. On znów zaczął. Kawałek dalej, gdzie wchodzi temat pierwszy. Grał aż do końca. A ja stałem i onieśmielony grą, której efekt był iście bazyliszkowy, nie byłem w stanie nawet się poruszyć czy chociaż westchnąć. Wstrzymałem oddech podczas ostatnich dźwięków. Takashi odwrócił się w moją stronę. Od razu uderzyło mnie to, że wyglądał tragicznie. Miałem ochotę podbiec do niego na kolanach i scałować niewidzialne łzy z oczu.
Bądź tygrysem. Jak miałem uchodzić za drapieżnego kota, kiedy pokonał mnie Chopin? W mojej głowie wciąż sączyła się cicha melodia. Dźwięki prawej i lewej dłoni mijały się aż do czasu, gdy motyw wchodził w dur.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytał Takashi z grymasem niezadowolenia na twarzy.
Jego głos sprawił, że moje serce zaczęło szaleńczo kołatać, kolana drżeć, a w gardle zrobiło się sucho. Crescendo.
- Dlatego, że zostawiłeś otwarte drzwi - odparłem.
- Nie chcesz mnie, sam to powiedziałeś zeszłej nocy - odparł gorzko i zagrał akord tristanowski.
- Tristan i Izolda kochali się ponad życie i śmierć.
- Właśnie to nadaje goryczy całej tej sytuacji - powiedział. - Mam ci powiedzieć dosadniej, żebyś się wyno... - urwał, kiedy obrócił się i zobaczył moją twarz tuż przy swojej.
- Musimy porozmawiać - powiedziałem. Przez moment, jakiś skrajnie niepoliczalny ułamek sekundy w jego oczach widziałem satysfakcję. Mogło mi się wydawać, mogłem sobie uroić, bo przecież chciałem, żeby ze mną rozmawiał. Zagrał wstęp do Nokturnu Es-dur.
- Chopin był smutnym człowiekiem? - zapytałem, siadając obok niego. Grał dalej.
- Raczej zakochanym - odparł Saga. - Jak pieprzony ty, Shinji - uderzył dłońmi w klawiaturę. Z instrumentu wydobył się kakofoniczny akord przypadku. Wstał. - Tylko szkoda, że nie we mnie - powiedział mi prosto w twarz, a ja czując jego zapach tuż obok przez chwilę nie byłem w stanie powiedzieć niczego. Obszedł mnie i dotarł do kuchni.
- Nie chcesz chociaż wysłuchać mojego wytłumaczenia?
- Nie - uciął. - Koniec to koniec, sam to powiedziałeś.
Jego słowa mnie ubodły. Ale... on chyba po prostu inaczej nie potrafił.
- Tak łatwo nas skreślasz?
- Shinji - spojrzał na mnie, wlewając wodę do kubka. - Nie bądź dzieckiem. Już lepiej, żebyś wierzył w Kucyki Pony niż w miłość.
Usiadł w jednym końcu stołu, a ja naprzeciw niego.
- Ja nie zasługuję na kawę? - zapytałem.
- Nie - powiedział stanowczo. - Zdecydowanie nie zasługujesz, bo jesteś bardzo niegrzecznym tygrysem.
- Ty wcale nie jesteś lepszy - prychnąłem. Czułem się szczęśliwy, mogąc być z nim. Widziałem jego grdykę, cudowny nos, słyszałem głos, za którym przecież tak cholernie tęskniłem. Jego palce objęły kubek. Chyba zaniedbał swoje paznokcie, bo były trochę za długie. Na pewno niewygodnie mu się grało.
- A ty się marszczysz, staruchu - odparł. Rzeczywiście zmarszczyłem brwi. - No nieważne, o czym chciałeś rozmawiać? - spojrzał na mnie. Jego czekoladowe spojrzenie znów utkwione było tylko we mnie.
- O nas - powiedziałem.
- Przecież nas zniszczyłeś - odparł lekko, zdawał się być wręcz znudzony, patrząc na swój palec, który zataczał koła na krawędzi kubka.
- Więc powstańmy na nowo.
Spojrzał na mnie. Nie spodziewał się takiej pewnej odpowiedzi.
Nokturn Des-dur rozwiązuje się na Tonikę, a my skończyliśmy kadencją zwodniczą - mówiłem dalej.
- A zaczęliśmy akordem tristanowskim.
- Ale żaden z nas nie lubi Wagnera, więc skończmy na Chopinie.
- I co potem? Może Penderecki?
Parsknąłem. Ta rozmowa miała wyglądać zupełnie inaczej.
- Nasza chronologia się popieprzyła, Takashi - powiedziałem. Jego imię w moich ustach brzmiało miękko, a ja nabrałem ogromnego wrażenia, że dawno go nie słyszałem.
- To ty nam wszystko popieprzyłeś, Torashi - mówił. - Wpadłeś w jakąś pieprzoną rutynę bycia. Wiesz, na co ty mi pozwoliłeś? Mieszkałem dobry tydzień z zupełnie obcym kolesiem, pieprzyliśmy się na naszym łóżku i piliśmy kawę w naszych kubkach, Shinji. Spieprzyłeś. Ale nie, nie przerywaj mi - wtrącił, gdy tylko otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć. - Spieprzyłeś po całości dużo wcześniej, kiedy pozwoliłeś kolesiowi w barze dostawiać się do mnie, Shoyi przyjeżdżać po mnie, a mi wychodzić. Kiedy pozwoliłeś na to, bym uciekł razem z Kyo i żebym dał się pieprzyć Hazukiemu. To wszystko jest twoją winą. Wpadłeś w jakąś pieprzoną rutynę pozwalania mi na wszystko. A ja czasem lubię czuć, że należę do swojego tygrysa.
Z wrażenia opadły mi usta. Miałem je nieestetycznie rozdziawione. W mojej głowie szumiała cisza. To była kadencja zwodnicza. Choć dla mnie brzmiało raczej jak modulacja, ale z pogwałceniem wszelkich zasad jej przeprowadzania - była zupełnie niespodziewana, a miała stać się jeszcze gorsza.
- I to z kolei jest moją winą, Torashi. Wiedziałem, że jak będziesz na mnie zły, dasz się oprzeć. Że pojedziesz do Daisuke, potem trafisz do Toshiyi. Później jeszcze Hikaru. Zdradziłeś mnie, Shinji. Zrobiłeś wszystko, bo ja tego chciałem.
Siedziałem tam blady jak ściana, a on mówił jak gdyby nigdy nic. Przysunął mi swój kubek z kawą.
- Teraz rozumiesz? Do jakiej skrajności mnie doprowadziłeś, bym musiał robić to wszystko?
Siedziałem wciąż, choć chyba lepiej czułbym się, gdybym po prostu stracił przytomność. Muzyka ucichła.
- Ty to wszystko...? - zapytałem oniemiały.
- Tak - powiedział i widząc moją bierność, przewrócił oczami, podniósł się z krzesła, ujął kubek w rękę, po czym wcisnął go mi. - Pij - odparł, a ja piłem. - Wiesz, dlaczego to wszystko zrobiłem, popaprańcu? - zapytał, patrząc na mnie, a ja odstawiłem kubek i pokręciłem głową. - Bo cię kocham. Ja, Takashi Sakamoto, kocham takiego idiotę jak ty, Amano. Co prawda ostatnia akcja Toshiyi była niezaplanowana. Naprawdę mieliśmy dziś kulturalnie wypić kawę - powiedział i zamilkł na chwilę. - Widziałeś to? - zapytał po chwili i dłonią dotknął mojego policzka.
- Co? - zapytałem marszcząc brwi. Chyba dochodziłem do siebie.
- Widziałeś, w co popadaliśmy?
Nie, nie widziałem - miałem ochotę odpowiedzieć, ale tylko mocniej zmarszczyłem brwi.
- Gdybym tego nie zrobił, znienawidzilibyśmy się. A teraz możemy jak feniks powstać z popiołów. Sam to zauważyłeś. Dalej, Torashi - mówił, ciepłą dłonią delikatnie gładząc powierzchnię mojego policzka. -  Daj się zakochać raz jeszcze - szeptał. A ja byłem skończony, od kiedy tylko tam wszedłem. Już wtedy zamieniłem się w zakochanego idiotę. Bo kim innym mógłby być taki nieporadny i zupełnie niedomyślny tygrys?
- Jesteś idiotą, Takashi - powiedziałem. - Obaj jesteśmy.
Przykryłem jego dłoń swoją i uśmiechnąłem się do niego.
Obszedłem stół w rekordowym czasie i pochwyciłem go w ramiona. Wtedy usłyszałem cichy szept przy własnym uchu:
- Brakowało mi cię tak bardzo... Nie zatracaj się już nigdy, tygrysie.

poniedziałek, 6 lipca 2015

[11/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Wiem, że w gruncie rzeczy poprzednia część nie ma za wiele wyświetleń ani żadnych komentarzy, ale wczoraj udało mi się napisać tak dużo, że mam ochotę wstawić wszystko od razu.
W tym rozdziale pojawiają się przekleństwa, zresztą nie ma co się Shinjiemu dziwić.
Zapraszam~

*
Ułożyłem dłoń na klamce i jeszcze raz spojrzałem za siebie. Wziąłem wszystkie swoje ubrania, a telefonu nie było na łóżku, pod łóżkiem, w łóżku, na półeczce, w szufladzie półeczki, pod półeczką, w szafie ani na podłodze. Byłem bliski zrywania paneli, ale powstrzymała mnie przed tym racjonalna myśl, że telefon może być w salonie albo innym pomieszczeniu. W najgorszym wypadku mógł zostać skonfiskowany przez Toshiyę. Od razu w mojej głowie pojawiła się wizja, w której pijany jak nieszczęście próbuję wybrać numer do Takashiego, a basista, u którego stołowałem się w ciągu ostatnich dni, konfiskuje mi zabawkę i chowa ją do kieszeni. Było to całkiem realne, choć niepoparte żadnym realnym wspomnieniem. Westchnąłem i nacisnąłem klamkę. Korytarz był biały i malutki. Naprzeciwko mnie znajdowały się uchylone drzwi do łazienki, zza których wyglądał na mnie kot. Po lewej stronie zaś widniało otwarte wejście, z którego sączyły się smugi światła. Bez namysłu poszedłem tam, a za mną podążył koci strażnik. Uśmiechnąłem się do towarzysza i obadałem teren. Salon był niewielki - kanapa, mały stolik, telewizor, jakiś regał z książkami. Dzielił on pomieszczenie z kuchnią. Widząc ściany pomieszczeń, stwierdziłem, że ten jegomość ma bzika na punkcie bieli. Może terapeuta nakazał mu wystrój kolorystycznie podobny do szpitalnego - pomyślałem zgryźliwie i wyszedłem na balkon równie kamerany, jak całe mieszkanko. A po gospodarzu ani śladu. Westchnąłem i zerknąłem na kota. Był czarny i miał białe skarpetki. On także patrzył na mnie.
- No to zostaliśmy sami, stary - odparłem, ale kot wciąż tylko się we mnie wpatrywał. - Chciałeś kiedyś opróżnić lodówkę swojego pana? - zapytałem go z uśmiechem, lecz on wciąż tylko patrzył. Poszedłem więc do lodówki, ale ta świeciła pustkami. Postanowiłem więc poszukać swojego telefonu. Przeszukałem blaty, stół, wszystkie półki, kanapę na wierzchu i w środku, telewizor i każdą półkę na regale. Ostatecznie po prostu położyłem się na kanapie, okładając dłońmi czoło. Przede mną usiadł kot i przekręcił głowę w bok, obserwując mnie. Wyciągnąłem do niego rękę, lecz on odsunął się. Później powąchał ją przez chwilę i zaczął się łasić. Uśmiechnąłem się i pogłaskałem go. On wtedy wskoczył na mój brzuch i mruczał. Pomyślałem, że dotychczas byłem dokładnie taki sam - jak ufny, udomowiony kot. Postanowiłem sobie też, że kiedy spotkam się z Takashim, będę tygrysem. Uśmiechnąłem się do siebie i wtedy uświadomiłem sobie, że byłem z nim umówiony na osiemnastą. Z przerażeniem zweryfikowałem brak jakiegokolwiek zegarka w pobliżu, żeby ostatecznie włączyć telewizor. Na szczęście była dopiero dwunasta. Kiedy podszedłem do okna, zobaczyłem jakieś budynki, ludzi i ulice, które zionęły obcością. O dziwo nigdy nie byłem w tej części miasta. To był najwyższy czas, żeby wrócić do Toshiyi i przygotować się przed spotkaniem. Jednak nie obyłoby się bez problemów, gdyż drzwi, nieważne, jak nie próbowałbym ich obsłużyć, wciąż pozostawały zamknięte.
- Co za palant - mruknąłem ze złością. Wtedy poczułem konieczność spełnienia jednej z podstawowych ludzkich potrzeb, więc poszedłem do łazienki. Gdy z niej wyszedłem, usłyszałem, że ktoś krząta się po kuchni. Pomyślałem, że pewnie ten idiota wrócił i podążyłem w tamtą stronę. Wcale się nie myliłem. Rozpakowywał zakupy, a nieopodal krzątał się kot z uniesionym ogonem.
- Co ty do cholery robisz?
- Huh? - spojrzał na mnie zaskoczony.
- Zamknąłeś mnie tu! I gdzie jest mój telefon? - uderzyłem dłońmi w blat.
Przygryzł dolną wargę i zajął z powrotem zakupami, starając na mnie nie patrzeć.
- Hej, o co ci chodzi?! - Wydarłem się na niego.
- Przestań na mnie krzyczeć! - odezwał się, patrząc na mnie. W oczach miał łzy.
- Ty chyba jesteś niezrównoważony - odparłem i przypomniałem sobie o szpitalnej bieli pomieszczenia, co objawiło się parsknięciem. - Gdzie jest mój telefon? - zmarszczyłem brwi, obchodząc blat i zbliżając się do niego.
- Nie wiem - załgał. Przełknął nerwowo ślinę, cofając się do lodówki. Kiedy nie miał już jak uciec, chwyciłem go za ubrania i przydusiłem do lodówki. Jęknął i spojrzał na mnie ze strachem w oczach.
- Masz mnie stąd wypuścić, oddać telefon i wskazać drogę powrotną do centrum, rozumiesz? - wysyczałem przez zaciśnięte zęby. On tylko pokiwał nerwowo głową. Kiedy go puściłem, odetchnął.
- Ja po prostu... - zaczął drżącym głosem, po czym po prostu wybuchnął płaczem, przywierając do mojego ramienia. Odruchowo, choć trochę niepewnie, objąłem go i przedostaliśmy się na kanapę.
Kiedy trochę się uspokoił, pociągając nosem zaczął opowiadać o kochanku, który go zdradził i porzucił. Stary, oklepany jak świat scenariusz.
- I to z kobietą! - mówił, a ja tylko spoglądałem na niego z udawanym współczuciem i poklepywałem po ramieniu. Cała ta sytuacja była dla mnie żenująca, ale przynajmniej widziałem drogę do wydostania się stąd.
W pewnym momencie, gdy tak zawodził, zacząłem mu naprawdę współczuć.
- Wiesz... w sumie, to ja też przeżyłem zdradę - zacząłem. - Ale niejedną. Takashi nagminnie mnie zdradzał. Cholera, możemy zapalić? - zapytałem, a gospodarz przytaknął. Wydmuchał nos i wyszliśmy na balkon. Obaj zapaliliśmy te same Pianissimo, choć wydmuchiwane z jego ust pachniały inaczej niż gdy robił to Takashi. Mimo to owiała mnie chmura sentymentu i doprowadziła do nostalgicznej paplaniny. Nie spodziewałem się, że takie wygadanie coś da. Dało i to całkiem dużo. Spotkawszy kogoś, kto mnie rozumiał, przestałem czuć tak ogromny ciężar. Mimo wszystko, cieszyłem się, że go spotkałem.
- Wiesz... jesteś do niego trochę podobny - powiedział, wpatrując się w martwe budynki. Spojrzałem na niego uważniej, a on także skierował swój wzrok na mnie. - Do mojego byłego. Od razu cię zauważyłem. Potem, jak wylałeś na mnie tego drinka... wyżyłem się na tobie, wyobrażając sobie, że to podobieństwo czyni cię chociaż cząstką niego.
- Było minęło - odparłem i uśmiechnąłem się do niego. On odwzajemnił ten gest i wskazał mi drogę powrotną. Gdy zakładałem buty, z tylnej kieszeni spodni wyciągnął mój telefon i podał mi go. Za jego plecami siedział ciekawski kot.
- Ja... przepraszam - wydusił z siebie, gdy stałem w progu. - I dziękuję - dokończył, po czym pocałował mnie w policzek.
- Tak... to... cześć - wydukałem i pobiegłem schodami w dół, zupełnie ignorując obecność windy tuż przed moim nosem.
Zza chmur wydobywało się słońce. Odetchnąłem świeżym powietrzem i podążyłem w stacji kolejowej. Telefon zakomunikował wybicie godziny trzynastej trzydzieści oraz przybycie nowej wiadomości od nieznanego numeru. Zmarszczyłem brwi i otworzyłem ją.
Dziękuję.

Uśmiechnąłem się pod nosem, kręcąc głową. Nastał czas, by pojechać do Toshiyi, wykąpać się i przebrać.
Jechałem przez około pół godziny, a gdy w końcu dostałem się do mieszkania basisty, mieszkanie okazało się zamknięte. Szarpałem się z drzwiami przez kilka minut, by ostatecznie po prostu przekląć pod nosem. Wezbrała we mnie złość, lecz powstrzymałem ją. Sięgnąłem telefon i zadzwoniłem do tego patyczka ze szparkami. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci... Oczywiście nie odebrał. Przekląłem pod nosem i postanowiłem pojechać do Daisuke. Oczywiście znów straciłem na tym trochę czasu i nim się zorientowałem, było już po piętnastej, a bateria w telefonie błagała o dostęp do prądu. Stałem przed mieszkaniem Kaoru i Die'a, słysząc jak krzątają się w środku. Kiedy zadzwoniłem do drzwi, doszły do mnie ciężkie kroki Kaoru i rzeczywiście otworzył, a raczej szarpnął lider. Nie wyglądał na zadowolonego. Wydarł się i zanim zdążyłem cokolwiek wyartykułować, zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Zapukałem do nich.
- Kaoru? Die? Halo, możecie mi otowrzyć? - zacząłem uderzać najpierw dłonią, a później pięścią w drzwi. Ostatecznie uderzyłem w nie z impetem i podparłem ścianę niedaleko wejścia do mieszkania i wyciągnąłem z kieszeni fajki. Wtedy ujrzałem otwarte drzwi naprzeciw. W ich progu stała starsza kobieta ze zmarszczonymi brwiami, kręcąca głową z dezaprobatą:
- Wy młodzi kochankowie, gejuchy, hałasu chociaż nie róbta! - powiedziała, a ja westchnąłem rozdzierająco i po prostu ruszyłem schodami w dół. Wypadłem z budynku i zapaliłem w spokoju, choć ręka trzęsła mi się jakbym był nieźle pod wpływem.
Niebo się chmurzyło, a mi brakowało jedynie tego, by się rozpadało. Nie minęło dużo czasu, a drzwi obok mnie otworzyły się i z budynku wypadł Die. Początkowo mnie nie zauważył, tak leciał przed siebie, ale postąpił kilka kroków i odwrócił się. Zobaczył mnie stojącego przy ścianie i chyba się przeraził, bo na jego twarzy zaigrało zaskoczenie pomieszane ze strachem.
- Shinji - powiedział cicho i zaczął do mnie podchodzić, gdy z nieba lunął deszcz. Podszedł szybko do mnie, choć wystarczyła chwila, by z jego włosów spływały krople deszczu. Staliśmy pod niewielkim daszkiem, obejmującym wyjście i przestrzeń obok niego. Die przeklął.
Uśmiechnąłem się do niego, a on skonsternowany biedak, przez chwilę nie wiedział, czy mam zamiar się roześmiać czy może zacząć płakać.
- Wyglądasz strasznie... - odparł.
- Bo tak się czuję - rzekłem z westchnieniem i zerknąłem na zegarek. - A do spotkania z Takashim zostały mi dwie godziny. Byłem już u Toshiyi, ale go nie zastałem, teraz Kaoru... co się w ogóle stało zeszłej nocy?
Daisuke przez chwilę patrzył na mnie kompletnie skonsternowany.
- To ty niczego nie pamiętasz? - zapytał, a ja pokręciłem głową.
- Jako ostatni pamiętam moment, gdy Toshiya próbował grać na konsoli stopami.
Die zamrugał. Raz, drugi trzeci.
- No powiedz mi w końcu! - upomniałem się.
- Wyszliśmy do klubu.
- No tyle to ja się mogłem domyślić po tym, że obudziłem się u tego psychola w łóżku.
- Dlaczego nazywasz Toshiyę psycholem, on tylko chciał cię rozluźnić, dorzucając ci... - Daisuke urwał, widząc moją minę. Na pewno nie przypominałem Miss Japonii, a mina Die'a mówiła, że bliżej mi było już do tego pieprzonego bazyliszka.
- Niczego nie pamiętam, bo Toshiya dołożył mi jakieś pierdolone piguły, jakbym był jakąś pieprzoną cnotką niewydymką z pierwszego lepszego klubu dla niewyżytych starców? - wysyczałem przez zęby.
- No tak jakoś... - odpowiedział Die i widząc moje pełne wściekłości spojrzenie, kierowane prosto w niego, od razu sprostował - Ale my nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Ja nie zdążyłem zareagować, a Kaoru nawet niczego nie widział.
- Ukręcę mu łeb. Jak Boga...
- Jesteś niewierzący - wtrącił Daisuke.
- No i co?!
- To nie koniec - powiedział gitarzysta i poczekał aż odetchnę.
- Co jeszcze? - zapytałem, uspokoiwszy się w stopniu, w jakim może się uspokoić rozjuszony mężczyzna, którego ego zostało naruszarpnięte tak mocno, jak nigdy przedtem.
- Poszliśmy do tego klubu i tam... spotkaliśmy Takashiego - powiedział, a ja zostałem wbity w ziemię. Strach przeszył mnie jak strzała i na ułamek sekundy zatrzymał serce - więc ty, chcąc wywołać jego zazdrość, pocałowałeś mnie. A on też był z jakimś facetem. Blondynem chyba.
Upadłem na kolanach i zastygłem w dramatycznej pozie.
- A potem przypałętał się ten drugi, który potem miał zabrać cię do siebie, ale Toshiya mówił, że cię odbił i... - Die urwał i ukucnął obok mnie.
Po moich policzkach płynęły dramatyczne łzy, a żeby dodać tej scenie jeszcze więcej dramaturgii, deszcz zaczął padać pod kątem i się z tymi łzami mieszał.
Zawsze miałem szansę uciec, zapomnieć, wrócić do zdradzonego kochanka w mieszkaniu o psychodelicznie białych ścianach.
- Die - odparłem. Spojrzał na mnie z powagą, w jego oczach widziałem, że oczekuje najgorszego. - Musisz mnie zawieźć do Takashiego.

niedziela, 5 lipca 2015

[10/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Dzień dobry. Przed Wami kolejna część "Give me a sign", myślę że przedostatnia będą jeszcze dwie, chyba że wyrazicie chęć, abym dodała jedną mega notkę z połączonymi rozdziałami.
Zapraszam~

*
- Wszystko świetnie, tylko Starbucks'ów w samym Tokyo jest 283 - powiedział Toshiya.
- To żaden problem - odparłem. - Z Takashim chodziliśmy tylko do jednego.
Spojrzałem na Toshiyę. Zacząłem się śmiać. Przed oczami miałem wszystkie te dni spędzone u Die'a i Kaoru, później próbę powrotu i pobyt w czterech ścianach Toshiyi. Nie chciało mi się wierzyć, że to już koniec, choć tęskniłem za Takashim, jak cholera. Nie mogłem uwierzyć, że położymy się na naszym wspólnym łóżku, że będziemy się kochać, a ze snu wybudzi mnie zapach jego porannego papierosa. Drżącą dłonią powędrowałem do kieszeni spodni i wyjąłem z niej paczkę papierosów. Równie rozedrganymi rękami wsadziłem rulonik między wargi i zapaliłem. Pianissimo Peche brzmiało prawie jak Sakamoto Takashi. Westchnąłem. Dopiero po chwili ujrzałem parę wpatrzonych we mnie oczu i skonsternowanego Toshiyę.
- Wiesz już, jaki był twój błąd? - zapytał Toshiya.
- Nie trzymałem go krótko? Przestałem dbać o atrakcyjność?
Basista pokręcił głową z uśmiechem.
- Musicie pogadać - odparł.
Kiedy wypaliłem do końca papierosa, zalegliśmy przed telewizorem, oglądając jakieś głupie programy i komentując je. Popijaliśmy przy tym oczywiście piwo i śmialiśmy się do rozpuku. Później przenieśliśmy się na konsolę. Prawie jak mojego pierwszego dnia tutaj. Wieczorem wpadli Kaoru i Die. Jak stwierdzili, przyszli "zobaczyć, jak sobie radzimy". Gdy Toshiya z Kaoru zabrali się za browary, my z Die'm wyszliśmy zapalić. Na dworze było pochmurno, z nieba lekko siąpił deszcz, choć w każdej chwili mogło lunąć. Zarzuciliśmy na głowy kaptury i ruszyliśmy przed siebie.
- Błagam - zaczął Die, patrząc na mnie jak szczeniaczek. Rozbawiło mnie to. - tylko mi nie mów, że zrobiłeś przy nim coś głupiego.
- Poza przeleceniem przypadkowego gościa w klubie, to nie.
Papieros wypadł Die'owi spomiędzy warg. Zatrzymał się, patrząc jak postępuję kilka kroków do przodu i obracam się do niego. Wlepiał we mnie oczy z rozdziawionymi ustami.
- Żartujesz, prawda? - powiedział.
- Nie, nie żartuję - odparłem, przewracając oczami. - Zostawiłem go, jestem wolny.
- Ale... Chyba wy razem nie...
- Chodźmy dalej, Die - puściłem mu oczko, a on tylko odchrząknął, westchnął głęboko i zrównał ze mną kroku. Ruszyliśmy naprzód.
- Widzę, że wciąż je palisz - odparł Daisuke, wskazując ruchem głowy na paczkę wystającą z mojej kieszeni.
- Tak, Pianissimo. To trochę ironiczne, bo z tymi wszystkimi targającymi mną emocjami powinienem być raczej fortissimo.
- Przeciwieństwa się dopełniają - rzucił sentencjonalnie, po czym zaczęliśmy się śmiać.
- Naprawdę wciąż wierzysz w takie bzdury? - zapytałem, ocierając gorzkie łzy spod oczu.
- Nie, już nie - odpowiedział, zerkając za siebie w okno domu Toshiyi, jakby spodziewał się wyglądającego z okna Kaoru. Uśmiechał się.
- Nadal próbujecie swoich sił w eksperymentowaniu z nowymi doznaniami? - rzuciłem sugestywnie. Jestem pewien, że gdyby Die pił teraz kawę, oplułby się nią. Parsknąłem śmiechem.
- Za to, co dla ciebie zrobiliśmy, powinieneś nas całować po rękach! - powiedział, po czym zacisnął usta w wąską szparkę.
- Nie martw się, tylko żartuję.
- Zmieniłeś się, Shinji.
Uraczyłem go spojrzeniem pełnym szczerego zaskoczenia.
- Zmieniłem? - zapytałem inteligentnie.
- Tak, zmieniłeś. Kiedy do nas przyszedłeś, byłeś na skraju załamania, a teraz się śmiejesz. Jednak seks swoje robi. - puścił do mnie oczko, a ja nie wiedziałem, gdzie podziać wzrok.
- Chyba powinniśmy już wracać - zmieniłem temat, a on wybuchnął śmiechem.
Zawróciliśmy. Rozmawialiśmy jeszcze o jakichś bzdurach - zmianie mojej fryzury czy konflikcie z Kyo. Kiedy dotarliśmy z powrotem, zarówno Toshiya, jak i Kaoru byli już po pierwszym kuflu i lekko rozweseleni, zapraszali nas do siebie. Trudno było im odmówić.
Nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem.

Świadomość przywracało mi natrętne pulsowanie w głowie. Przychodziła wraz z narastającym w skroniach bólem i poczuciem skamieniałego ciała. Prawie jak po ataku bazyliszka. Prawie, bo wątpię, żeby legendarny potwór zabawiał się z czterema pijanymi muzykami. Przetarłem oczy i otworzyłem je. Uderzyła mnie jasność pomieszczenia, w którym przebywałem, więc zmrużyłem oczy. Wyglądały pewnie jak szparki Toshiyi, kiedy się uśmiechał. Odkryłem się niezdarnie. Moje dłonie były jak gumowe drągi, nad którymi posiadałem względną kontrolę. Kołdra spłynęła na podłogę. Jęknąłem męczeńsko i podniosłem się do siadu, ale był to zdecydowanie zły pomysł, więc skończyłem z powrotem w pozycji horyzontalnej. Dopiero wtedy zarejestrowałem, że jestem kompletnie nagi. Otworzyłem szerzej oczy i spojrzałem na sufit. Coś tu było nie tak. Rozejrzałem się na boki i czułem, jak blednę. To nie był pokój Toshiyi. Ani salon Die'a. Ani nawet sypialnia Takashiego i moja. To był zupełnie obcy pokój, którego ściany były białe pokryte poziomymi paskami szarymi i zielonymi. Po mojej prawej stronie stała biała półeczka, a kawałek dalej znajdowała się wbudowana szafa i ustawione do niej prostopadle ogromne okno. Podniosłem się gwałtownie do siadu, czego pożałowałem, choć zawładnął mną strach.
Co się właściwie stało?!
W mojej głowie głowie kłębiły się myśli. Od tych pozytywnych, że wynajęliśmy z Toshiyą pokój w jakimś hotelu, po te bardziej pesymistyczne, iż zaraz drzwi otworzy Daisuke aż po te, które aż strach przywoływać - że przespałem się z jakimś nieznajomym gościem, który może mieć HIVa albo - co gorsza - z kobietą. Panika przejęła kontrolę nad moimi gumowymi rękami, którymi panicznie szukałem telefonu - pod poduszką, na półce - gdziekolwiek. Wtedy usłyszałem kroki dobiegające z korytarza. Klamka opadła powoli w dół, a drzwi lekko zaskrzypiały. W progu stał on - koleś pachnący Pianissimo, którego przeleciałem w klubie. Stał tam z kubkiem kawy i talerzem na tacy, a ujrzawszy mnie, uśmiechnął się. Odetchnąłem z ulgą i opadłem z powrotem na łóżko.
- Za dużo wypiłeś, tygrysie? - zapytał.
Moje oczy automatycznie otworzyły się szerzej. Skierowałem ku niemu zaskoczone spojrzenie. Poznał mnie? Odchrząknąłem.
- Cieszysz się, że to ja otworzyłem drzwi? - zapytał, siadając na brzegu dwuosobowego łóżka.
- Cieszę się, że nie masz cycków - odparłem bez namysłu i spojrzałem na niego. Chyba palnąłem coś głupiego, bo podniosł się i ułożył tacę ze śniadaniem na półeczce, a włosy zasłaniały tego twarz.
- Powinieneś zjeść albo chociaż wypić kawę, wczoraj sporo wypiłeś.
Spojrzałem na niego.
- No co ty.
- Usiądź - odparł stanowczo, choć z dozą czułości. Co jak co, ale tego awanturnika o czułość bym nie posądził. Czyżby typ tsundere? Mimo wszystko posłuchałem go i usiadłem. On tylko położył mi tacę na nogach i usiadł w nogach łóżka.
- A ty? - zapytałem.
- Już jadłem.
- Mhm - mruknąłem tylko i postanowiłem bliżej poznać się z kawą. Była smaczna, mocna i idealna na kaca. Chyba znał się na rzeczy. Kiedy zabrałem się za jedzenie zwykłej kanapki, on patrzył na mnie jak zaczarowany. - Hm? Chcesz czegoś? - zapytałem.
- Nie - odwrócił twarz w stronę okna. Włosy zasłoniły jego policzki, ale wiedziałem, że się rumieni. Nigdy nie spodziewałbym się, że znajdę kogoś żywcem wziętego z mangi shounen-ai. Nie, żebym takowe czytał.
- Ok - wzruszyłem ramionami i wróciłem do konsumpcji. Po posiłku poczułem się lepiej. On wziął tacę z resztkami, a ja oparłem się o chłodną ścianę za mną. Odetchnąłem i rozejrzałem się raz jeszcze. Na podłodze porzucone były moje ubrania i jakiś party box. Po raz kolejny zadałem sobie pytania o wydarzenia zeszłej nocy, lecz nie byłem w stanie przypomnieć sobie niczego. Postanowiłem poczekać na kolegę zeszłej nocy. Przyszedł.
- Czy my... - zacząłem i urwałem. Po iskierkach w jego oczach byłem pewien, że wie, co mam na myśli.
- Czy my co? - zapytał, unosząc brwi do góry i zakładając ramiona na piersiach.
- No wiesz... zeszłej nocy...
- Co zeszłej nocy? - zgrywał głupa. Westchnąłem z irytacją i spojrzałem mu w oczy.
- Uprawialiśmy seks? - zapytałem, a mężczyzna zrobił się czerwony niczym piwonia.
- Jesteś idiotą! - krzyknął i zniknął wraz z hukiem zamykanych drzwi. Westchnąłem z irytacją.
To nie będzie łatwe - pomyślałem, po czym wstałem i zebrałem swoje rzeczy z podłogi.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

[9/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Jakiś czas temu wena postanowiła, że i tak dała mi za wiele, więc po prostu odeszła. Może być to po prostu "gorszy czas" i mam nadzieję, że niedługo minie. Na razie staram się po prostu pisać. Powoli zbliża się koniec "Give me". Zapraszam~

*
Nie miałem pojęcia, kiedy urwał mi się film. Pamiętam, że przeleciałem tego chłopaczka w toalecie, później tańczyliśmy i piliśmy... I w tym miejscu mam dziurę. Pamiętam ciepło jego ciała na moim, jego chętne wilgotne wargi, smakujące alkoholem i pianissimo oraz plamę na białej koszuli. Pamiętam jego ciasność i przytłumione dudnienie basów w klubowym kiblu. Westchnąłem. Czułem się strasznie. Zanim otworzyłem oczy, usłyszałem cichy pomruk obok siebie i poczułem, jak ktoś porusza się pod pościelą, trącając mnie w udo.
- Zaparz mi kawę, kochanie - usłyszałem głos, którego nie mogłem rozpoznać przez chrypkę.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem ciemną czuprynę. Z przerażeniem stwierdziłem, że jestem nagi, a nieprzyjemny szum w głowie odszedł w zapomnienie.
- Um... - przez chwilę zastanawiałem się, jak zawołać partnera. - Obudziłeś się już? - zapytałem z wahaniem.
- Tak, tygrysie - spod kołdry wychylił się Toshiya z na wpół przymkniętymi oczami, a ja odetchnąłem z ulgą.
- Dziękuję - stwierdziłem entuzjastycznie, przytulając go mocno.
- Nie ma sprawy, możemy to zrobić jeszcze raz - odrzekł z uśmiechem i zaczął zniżać się w głąb łóżkowych ciemności.
- Nie - powiedziałem szybko i pociągnąłem go do góry do siebie. - Nie trzeba.
- Za to robisz kawę - odparł, próbując zepchnąć mnie z łóżka stopami. Dałem za wygraną.

Powłóczyłem się do kuchni i wstawiwszy wodę, opadłem na blat. Jęknąłem coś i wyruszyłem na poszukiwania tabletek. Woda zagotowała się dokładnie wtedy, gdy z głębi jednej z szafek wydobyłem opakowanie przeciwbólowych tabsów. Zalałem kawy i wziąłem je razem z tabletkami. Niestety w drodze moja ręka niekontrolowanie postanowiła się zakołysać, a kawa chlupnęła na moją nagą stopę. Na szczęście nie było jej za wiele, więc nie poczułem jej gorąca, lecz była słodka, więc westchnąłem z irytacją. Zostawiłem kawę Toshiyi przy łóżku, swoją popiłem i postawiłem obok jej, po czym wyszedłem.
- Hej, gdzie idziesz? - zapytał basista.
- Pod prysznic - odparłem i zmarnowany ruszyłem do łazienki. Czułem wzrok Toshiyi na swoim tyłku i wiedziałem, że się uśmiecha. Prawie, jakby mówił "Dobry tygrys, popisałeś się". Zaskakującym dla mnie był fakt, że w ciągu wczorajszego wieczora nie zerknąłem na telefon ani razu. Toshiya oddał mi go jeszcze przed imprezą w klubie, ale... Wtedy serce podeszło mi do gardłąa. Zaczęło bić mocniej, szybciej, jak szalone, żołądek skurczył się do rozmiaru orzeszka, a nogi w kolanach niebezpiecznie zadrżały. Przecież wczoraj ktoś napisał, a ja byłem niemal pewien, że to Takashi. Wziąłem głęboki wdech i wypuściłem powietrze. Przypomniał mi się zapach Pianissimo zeszłej nocy. Cholera, nigdy bym nie przeleciał tego gbura, gdyby nie ten pieprzony zapach. Miałem wrażenie, że znów znajduję się w punkcie wyjścia, a podświadomie wyczuwałem, iż czas kurczy się niemiłosiernie. Dobrze wiedziałem, że zwieńczeniem mojej ucieczki do Kaoru i Daisuke oraz tej pseudo-terapii, jaką serwował mi Toshiya jest spotkanie z Takashim. Świadomość nieubłagalnie przemijającego czasu wstrząsnęła moim ciałem, gdy woda spływała po nagim ciele. Miałem wrażenie, że jestem już bardzo blisko rozwiązania.
Wykąpałem się szybko, a gdy wyszedłem z łazienki, poczułem przyjemny zapach. Toshiya był w kuchni, robił śniadanie. Ubrałem się i dołączyłem do niego. Uśmiechnął się do mnie, patrząc swoimi wąskimi szparkami w moje oczy. Nie minęło dużo czasu, a siedzieliśmy, jedząc śniadanie w ciszy. Przypomniałem sobie o telefonie. Wyjąłem go z kieszeni i już miałem odblokować, ale Toshiya położył dłoń na ekranie.
- Niech poczeka - powiedział z uśmiechem. - Niech się trochę pomartwi, poszuka cię.
- Nie zrobi tego. On wie, że ja wrócę - odparłem.
- No właśnie. Niech straci tę pewność - Toshiya patrzył na mnie tymi nieszczęsnymi szparkami, a ja miałem ochotę mu przyłożyć. Chciałem już wracać - do mieszkania i Takashiego.
- To w ogóle możliwe? - mruknąłem od niechcenia.
- Oczywiście - odparł Toshiya i zaczął grzebać w telefonie. Ja swój schowałem. Po chwili basista pokazał mi otwartą rozmowę. Była to wiadomość prywatna na jednym z komunikatorów. Wiadomość do Sagi. A właściwie zdjęcie. Patrzyłem przez chwilę ze zmarszczonymi brwiami w ekran, a po chwili pobladłem. To byłem ja w klubie, całujący się z tym kolesiem, którego oblałem w tłumie innych ludzi. Nawet nie znałem jego imienia.
- To koniec - stęknąłem spanikowany.
Toshiya parsknął. Spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Można z tego nakręcić dramę - roześmiał się, a ja uśmiechnąłem. Po śniadaniu wyszedłem zapalić Pianissimo.
Kiedy wróciłem, Toshiya wciąż siedział w tym samym miejscu. Miał odchyloną głowę do tyłu, a spomiędzy jego warg sunęła strużka białego dymu. Towarzyszył temu cichy szmer powietrza. Był wtedy taki eteryczny.
- Wiesz co, Shinji? - powiedział cicho, po czym znów się zaciągnął. Stałem jak wryty. - Ty wrócisz. A on znowu zacznie grać niedostępnego. Ale ty wtedy nie staniesz się potulnym kotkiem. Będziesz tygrysem. Następnym razem - obrócił głowę i spojrzał na mnie mętnie - będziesz go trzymał za wszelką cenę. Nie wolno ci się tak łatwo poddawać ani tym bardziej uciekać.
Zgasiła papierosa i wstał. Przeciągnął się i podrapał w kroku, tracąc zupełnie swoją patetyczność.
- Ech - westchnął - ty znowu śmierdzisz jego papierosami - spojrzał na mnie. - Nie udało mi się cię odkochać, więc musisz do niego wrócić, rozumiesz?
Pokiwałem tylko głową zaskoczony. I wtedy coś jakby zaskoczyło - zupełnie nagle i niespodziewanie. Jakby ktoś włączył światło, odkręcił kurek i wartkim strumieniem wlał świadomość prosto do mojego umysłu. Takashi chciał mnie zatrzymać. To wszystko nie było jego wymysłem, niewyrzyciem ani potrzebą. On przez cały czas kontynuował misternie utkaną prowokację, bym go zatrzymał. Przynajmniej tak uważał Toshiya, ale wydawało mi się to całkiem prawdopodobne. Moje serce zalała ulga - że jest szansa, aby to zatrzymać, że będę mógł wrócić, że Takashi... gdzieś tam w środku zapewne mnie kocha, choć nie przyznałby tego tak łatwo. Wyobrażałem go sobie pewnego siebie, postawnego, z dumnie wypiętą piersią i uśmiechem na twarzy.
- A jeśli on kogoś sobie znalazł? - pomyślałem głośno, za co skarciłem się w myślach.
Toshiya spojrzał na mnie. W jego uśmiechu tkwiła odpowiedź na moje pytanie. Wyczytałem ją z milczących ust.
- To i tak będzie tylko prowokacją - powiedziałem, a basista pokiwał głową. Uśmiechnąłem się. Tak prawdziwie i szczerze. W mojej głowie przemawiała jedna przewodnia myśl, która sprawiała, że miałem ochotę skakać i krzyczeć z radości.
Takashi mnie kocha.

Gdyby tylko w praktyce to wszystko było takie łatwe.
- Ale... co teraz? - zapytałem nieśmiało.
Toshiya uniósł telefon do góry. Podszedłem do niego. Uśmiechał się w ten typowy dla siebie sposób. Zmarszczyłem brwi. Pod wysłanym przez niego zdjęciem widniała odpowiedź:
Jutro 18:00 Starbucks

Przez chwilę wpatrywałem się w ekran z otępieniem. Wyrwał mnie z niego głos Toshiyi:
- Wszystko świetnie, tylko Starbucks'ów w samym Tokyo jest 283.