Od
autora: Jakiś czas temu wena postanowiła, że i tak dała mi za
wiele, więc po prostu odeszła. Może być to po prostu "gorszy
czas" i mam nadzieję, że niedługo minie. Na razie staram się
po prostu pisać. Powoli zbliża się koniec "Give me".
Zapraszam~
*
Nie
miałem pojęcia, kiedy urwał mi się film. Pamiętam, że
przeleciałem tego chłopaczka w toalecie, później tańczyliśmy i
piliśmy... I w tym miejscu mam dziurę. Pamiętam ciepło jego ciała
na moim, jego chętne wilgotne wargi, smakujące alkoholem i
pianissimo oraz plamę na białej koszuli. Pamiętam jego ciasność
i przytłumione dudnienie basów w klubowym kiblu. Westchnąłem.
Czułem się strasznie. Zanim otworzyłem oczy, usłyszałem cichy
pomruk obok siebie i poczułem, jak ktoś porusza się pod pościelą,
trącając mnie w udo.
-
Zaparz mi kawę, kochanie - usłyszałem głos, którego nie mogłem
rozpoznać przez chrypkę.
Otworzyłem
oczy i zobaczyłem ciemną czuprynę. Z przerażeniem stwierdziłem,
że jestem nagi, a nieprzyjemny szum w głowie odszedł w
zapomnienie.
-
Um... - przez chwilę zastanawiałem się, jak zawołać partnera. -
Obudziłeś się już? - zapytałem z wahaniem.
-
Tak, tygrysie - spod kołdry wychylił się Toshiya z na wpół
przymkniętymi oczami, a ja odetchnąłem z ulgą.
-
Dziękuję - stwierdziłem entuzjastycznie, przytulając go mocno.
-
Nie ma sprawy, możemy to zrobić jeszcze raz - odrzekł z uśmiechem
i zaczął zniżać się w głąb łóżkowych ciemności.
-
Nie - powiedziałem szybko i pociągnąłem go do góry do siebie. -
Nie trzeba.
-
Za to robisz kawę - odparł, próbując zepchnąć mnie z łóżka
stopami. Dałem za wygraną.
Powłóczyłem
się do kuchni i wstawiwszy wodę, opadłem na blat. Jęknąłem coś
i wyruszyłem na poszukiwania tabletek. Woda zagotowała się
dokładnie wtedy, gdy z głębi jednej z szafek wydobyłem opakowanie
przeciwbólowych tabsów. Zalałem kawy i wziąłem je razem z
tabletkami. Niestety w drodze moja ręka niekontrolowanie postanowiła
się zakołysać, a kawa chlupnęła na moją nagą stopę. Na
szczęście nie było jej za wiele, więc nie poczułem jej gorąca,
lecz była słodka, więc westchnąłem z irytacją. Zostawiłem kawę
Toshiyi przy łóżku, swoją popiłem i postawiłem obok jej, po
czym wyszedłem.
-
Hej, gdzie idziesz? - zapytał basista.
-
Pod prysznic - odparłem i zmarnowany ruszyłem do łazienki. Czułem
wzrok Toshiyi na swoim tyłku i wiedziałem, że się uśmiecha.
Prawie, jakby mówił "Dobry tygrys, popisałeś się".
Zaskakującym dla mnie był fakt, że w ciągu wczorajszego wieczora
nie zerknąłem na telefon ani razu. Toshiya oddał mi go jeszcze
przed imprezą w klubie, ale... Wtedy serce podeszło mi do gardłąa.
Zaczęło bić mocniej, szybciej, jak szalone, żołądek skurczył
się do rozmiaru orzeszka, a nogi w kolanach niebezpiecznie zadrżały.
Przecież wczoraj ktoś napisał, a ja byłem niemal pewien, że to
Takashi. Wziąłem głęboki wdech i wypuściłem powietrze.
Przypomniał mi się zapach Pianissimo zeszłej nocy. Cholera, nigdy
bym nie przeleciał tego gbura, gdyby nie ten pieprzony zapach.
Miałem wrażenie, że znów znajduję się w punkcie wyjścia, a
podświadomie wyczuwałem, iż czas kurczy się niemiłosiernie.
Dobrze wiedziałem, że zwieńczeniem mojej ucieczki do Kaoru i
Daisuke oraz tej pseudo-terapii, jaką serwował mi Toshiya jest
spotkanie z Takashim. Świadomość nieubłagalnie przemijającego
czasu wstrząsnęła moim ciałem, gdy woda spływała po nagim
ciele. Miałem wrażenie, że jestem już bardzo blisko rozwiązania.
Wykąpałem
się szybko, a gdy wyszedłem z łazienki, poczułem przyjemny
zapach. Toshiya był w kuchni, robił śniadanie. Ubrałem się i
dołączyłem do niego. Uśmiechnął się do mnie, patrząc swoimi
wąskimi szparkami w moje oczy. Nie minęło dużo czasu, a
siedzieliśmy, jedząc śniadanie w ciszy. Przypomniałem sobie o
telefonie. Wyjąłem go z kieszeni i już miałem odblokować, ale
Toshiya położył dłoń na ekranie.
-
Niech poczeka - powiedział z uśmiechem. - Niech się trochę
pomartwi, poszuka cię.
-
Nie zrobi tego. On wie, że ja wrócę - odparłem.
-
No właśnie. Niech straci tę pewność - Toshiya patrzył na mnie
tymi nieszczęsnymi szparkami, a ja miałem ochotę mu przyłożyć.
Chciałem już wracać - do mieszkania i Takashiego.
-
To w ogóle możliwe? - mruknąłem od niechcenia.
-
Oczywiście - odparł Toshiya i zaczął grzebać w telefonie. Ja
swój schowałem. Po chwili basista pokazał mi otwartą rozmowę.
Była to wiadomość prywatna na jednym z komunikatorów. Wiadomość
do Sagi. A właściwie zdjęcie. Patrzyłem przez chwilę ze
zmarszczonymi brwiami w ekran, a po chwili pobladłem. To byłem ja w
klubie, całujący się z tym kolesiem, którego oblałem w tłumie
innych ludzi. Nawet nie znałem jego imienia.
-
To koniec - stęknąłem spanikowany.
Toshiya
parsknął. Spojrzałem na niego z wyrzutem.
-
Można z tego nakręcić dramę - roześmiał się, a ja
uśmiechnąłem. Po śniadaniu wyszedłem zapalić Pianissimo.
Kiedy
wróciłem, Toshiya wciąż siedział w tym samym miejscu. Miał
odchyloną głowę do tyłu, a spomiędzy jego warg sunęła strużka
białego dymu. Towarzyszył temu cichy szmer powietrza. Był
wtedy taki eteryczny.
-
Wiesz co, Shinji? - powiedział cicho, po czym znów się zaciągnął.
Stałem jak wryty. - Ty wrócisz. A on znowu zacznie grać
niedostępnego. Ale ty wtedy nie staniesz się potulnym kotkiem.
Będziesz tygrysem. Następnym razem - obrócił głowę i spojrzał
na mnie mętnie - będziesz go trzymał za wszelką cenę. Nie wolno
ci się tak łatwo poddawać ani tym bardziej uciekać.
Zgasiła
papierosa i wstał. Przeciągnął się i podrapał w kroku, tracąc
zupełnie swoją patetyczność.
-
Ech - westchnął - ty znowu śmierdzisz jego papierosami - spojrzał
na mnie. - Nie udało mi się cię odkochać, więc musisz do niego
wrócić, rozumiesz?
Pokiwałem
tylko głową zaskoczony. I wtedy coś jakby zaskoczyło - zupełnie
nagle i niespodziewanie. Jakby ktoś włączył światło, odkręcił
kurek i wartkim strumieniem wlał świadomość prosto do mojego
umysłu. Takashi chciał mnie zatrzymać. To wszystko nie było jego
wymysłem, niewyrzyciem ani potrzebą. On przez cały czas
kontynuował misternie utkaną prowokację, bym go zatrzymał.
Przynajmniej tak uważał Toshiya, ale wydawało mi się to całkiem
prawdopodobne. Moje serce zalała ulga - że jest szansa, aby to
zatrzymać, że będę mógł wrócić, że Takashi... gdzieś tam w
środku zapewne mnie kocha, choć nie przyznałby tego tak łatwo.
Wyobrażałem go sobie pewnego siebie, postawnego, z dumnie wypiętą
piersią i uśmiechem na twarzy.
-
A jeśli on kogoś sobie znalazł? - pomyślałem głośno, za co
skarciłem się w myślach.
Toshiya
spojrzał na mnie. W jego uśmiechu tkwiła odpowiedź na moje
pytanie. Wyczytałem ją z milczących ust.
-
To i tak będzie tylko prowokacją - powiedziałem, a basista pokiwał
głową. Uśmiechnąłem się. Tak prawdziwie i szczerze. W mojej
głowie przemawiała jedna przewodnia myśl, która sprawiała, że
miałem ochotę skakać i krzyczeć z radości.
Takashi mnie kocha.
Gdyby
tylko w praktyce to wszystko było takie łatwe.
-
Ale... co teraz? - zapytałem nieśmiało.
Toshiya
uniósł telefon do góry. Podszedłem do niego. Uśmiechał się w
ten typowy dla siebie sposób. Zmarszczyłem brwi. Pod wysłanym
przez niego zdjęciem widniała odpowiedź:
Jutro 18:00 Starbucks
Przez
chwilę wpatrywałem się w ekran z otępieniem. Wyrwał mnie z niego
głos Toshiyi:
-
Wszystko świetnie, tylko Starbucks'ów w samym Tokyo jest 283.
Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziLu. To było świetne. Nie mam pomysłu na bardziej se sensowny komentarz.
OdpowiedzUsuńKażdy pozytywny komentarz podbudowuje mnie na duchu i motywuje do dalszego pisania, nawet króciutki, więc dziękuję serdzecznie. ^^
Usuń