poniedziałek, 29 czerwca 2015

[9/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Jakiś czas temu wena postanowiła, że i tak dała mi za wiele, więc po prostu odeszła. Może być to po prostu "gorszy czas" i mam nadzieję, że niedługo minie. Na razie staram się po prostu pisać. Powoli zbliża się koniec "Give me". Zapraszam~

*
Nie miałem pojęcia, kiedy urwał mi się film. Pamiętam, że przeleciałem tego chłopaczka w toalecie, później tańczyliśmy i piliśmy... I w tym miejscu mam dziurę. Pamiętam ciepło jego ciała na moim, jego chętne wilgotne wargi, smakujące alkoholem i pianissimo oraz plamę na białej koszuli. Pamiętam jego ciasność i przytłumione dudnienie basów w klubowym kiblu. Westchnąłem. Czułem się strasznie. Zanim otworzyłem oczy, usłyszałem cichy pomruk obok siebie i poczułem, jak ktoś porusza się pod pościelą, trącając mnie w udo.
- Zaparz mi kawę, kochanie - usłyszałem głos, którego nie mogłem rozpoznać przez chrypkę.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem ciemną czuprynę. Z przerażeniem stwierdziłem, że jestem nagi, a nieprzyjemny szum w głowie odszedł w zapomnienie.
- Um... - przez chwilę zastanawiałem się, jak zawołać partnera. - Obudziłeś się już? - zapytałem z wahaniem.
- Tak, tygrysie - spod kołdry wychylił się Toshiya z na wpół przymkniętymi oczami, a ja odetchnąłem z ulgą.
- Dziękuję - stwierdziłem entuzjastycznie, przytulając go mocno.
- Nie ma sprawy, możemy to zrobić jeszcze raz - odrzekł z uśmiechem i zaczął zniżać się w głąb łóżkowych ciemności.
- Nie - powiedziałem szybko i pociągnąłem go do góry do siebie. - Nie trzeba.
- Za to robisz kawę - odparł, próbując zepchnąć mnie z łóżka stopami. Dałem za wygraną.

Powłóczyłem się do kuchni i wstawiwszy wodę, opadłem na blat. Jęknąłem coś i wyruszyłem na poszukiwania tabletek. Woda zagotowała się dokładnie wtedy, gdy z głębi jednej z szafek wydobyłem opakowanie przeciwbólowych tabsów. Zalałem kawy i wziąłem je razem z tabletkami. Niestety w drodze moja ręka niekontrolowanie postanowiła się zakołysać, a kawa chlupnęła na moją nagą stopę. Na szczęście nie było jej za wiele, więc nie poczułem jej gorąca, lecz była słodka, więc westchnąłem z irytacją. Zostawiłem kawę Toshiyi przy łóżku, swoją popiłem i postawiłem obok jej, po czym wyszedłem.
- Hej, gdzie idziesz? - zapytał basista.
- Pod prysznic - odparłem i zmarnowany ruszyłem do łazienki. Czułem wzrok Toshiyi na swoim tyłku i wiedziałem, że się uśmiecha. Prawie, jakby mówił "Dobry tygrys, popisałeś się". Zaskakującym dla mnie był fakt, że w ciągu wczorajszego wieczora nie zerknąłem na telefon ani razu. Toshiya oddał mi go jeszcze przed imprezą w klubie, ale... Wtedy serce podeszło mi do gardłąa. Zaczęło bić mocniej, szybciej, jak szalone, żołądek skurczył się do rozmiaru orzeszka, a nogi w kolanach niebezpiecznie zadrżały. Przecież wczoraj ktoś napisał, a ja byłem niemal pewien, że to Takashi. Wziąłem głęboki wdech i wypuściłem powietrze. Przypomniał mi się zapach Pianissimo zeszłej nocy. Cholera, nigdy bym nie przeleciał tego gbura, gdyby nie ten pieprzony zapach. Miałem wrażenie, że znów znajduję się w punkcie wyjścia, a podświadomie wyczuwałem, iż czas kurczy się niemiłosiernie. Dobrze wiedziałem, że zwieńczeniem mojej ucieczki do Kaoru i Daisuke oraz tej pseudo-terapii, jaką serwował mi Toshiya jest spotkanie z Takashim. Świadomość nieubłagalnie przemijającego czasu wstrząsnęła moim ciałem, gdy woda spływała po nagim ciele. Miałem wrażenie, że jestem już bardzo blisko rozwiązania.
Wykąpałem się szybko, a gdy wyszedłem z łazienki, poczułem przyjemny zapach. Toshiya był w kuchni, robił śniadanie. Ubrałem się i dołączyłem do niego. Uśmiechnął się do mnie, patrząc swoimi wąskimi szparkami w moje oczy. Nie minęło dużo czasu, a siedzieliśmy, jedząc śniadanie w ciszy. Przypomniałem sobie o telefonie. Wyjąłem go z kieszeni i już miałem odblokować, ale Toshiya położył dłoń na ekranie.
- Niech poczeka - powiedział z uśmiechem. - Niech się trochę pomartwi, poszuka cię.
- Nie zrobi tego. On wie, że ja wrócę - odparłem.
- No właśnie. Niech straci tę pewność - Toshiya patrzył na mnie tymi nieszczęsnymi szparkami, a ja miałem ochotę mu przyłożyć. Chciałem już wracać - do mieszkania i Takashiego.
- To w ogóle możliwe? - mruknąłem od niechcenia.
- Oczywiście - odparł Toshiya i zaczął grzebać w telefonie. Ja swój schowałem. Po chwili basista pokazał mi otwartą rozmowę. Była to wiadomość prywatna na jednym z komunikatorów. Wiadomość do Sagi. A właściwie zdjęcie. Patrzyłem przez chwilę ze zmarszczonymi brwiami w ekran, a po chwili pobladłem. To byłem ja w klubie, całujący się z tym kolesiem, którego oblałem w tłumie innych ludzi. Nawet nie znałem jego imienia.
- To koniec - stęknąłem spanikowany.
Toshiya parsknął. Spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Można z tego nakręcić dramę - roześmiał się, a ja uśmiechnąłem. Po śniadaniu wyszedłem zapalić Pianissimo.
Kiedy wróciłem, Toshiya wciąż siedział w tym samym miejscu. Miał odchyloną głowę do tyłu, a spomiędzy jego warg sunęła strużka białego dymu. Towarzyszył temu cichy szmer powietrza. Był wtedy taki eteryczny.
- Wiesz co, Shinji? - powiedział cicho, po czym znów się zaciągnął. Stałem jak wryty. - Ty wrócisz. A on znowu zacznie grać niedostępnego. Ale ty wtedy nie staniesz się potulnym kotkiem. Będziesz tygrysem. Następnym razem - obrócił głowę i spojrzał na mnie mętnie - będziesz go trzymał za wszelką cenę. Nie wolno ci się tak łatwo poddawać ani tym bardziej uciekać.
Zgasiła papierosa i wstał. Przeciągnął się i podrapał w kroku, tracąc zupełnie swoją patetyczność.
- Ech - westchnął - ty znowu śmierdzisz jego papierosami - spojrzał na mnie. - Nie udało mi się cię odkochać, więc musisz do niego wrócić, rozumiesz?
Pokiwałem tylko głową zaskoczony. I wtedy coś jakby zaskoczyło - zupełnie nagle i niespodziewanie. Jakby ktoś włączył światło, odkręcił kurek i wartkim strumieniem wlał świadomość prosto do mojego umysłu. Takashi chciał mnie zatrzymać. To wszystko nie było jego wymysłem, niewyrzyciem ani potrzebą. On przez cały czas kontynuował misternie utkaną prowokację, bym go zatrzymał. Przynajmniej tak uważał Toshiya, ale wydawało mi się to całkiem prawdopodobne. Moje serce zalała ulga - że jest szansa, aby to zatrzymać, że będę mógł wrócić, że Takashi... gdzieś tam w środku zapewne mnie kocha, choć nie przyznałby tego tak łatwo. Wyobrażałem go sobie pewnego siebie, postawnego, z dumnie wypiętą piersią i uśmiechem na twarzy.
- A jeśli on kogoś sobie znalazł? - pomyślałem głośno, za co skarciłem się w myślach.
Toshiya spojrzał na mnie. W jego uśmiechu tkwiła odpowiedź na moje pytanie. Wyczytałem ją z milczących ust.
- To i tak będzie tylko prowokacją - powiedziałem, a basista pokiwał głową. Uśmiechnąłem się. Tak prawdziwie i szczerze. W mojej głowie przemawiała jedna przewodnia myśl, która sprawiała, że miałem ochotę skakać i krzyczeć z radości.
Takashi mnie kocha.

Gdyby tylko w praktyce to wszystko było takie łatwe.
- Ale... co teraz? - zapytałem nieśmiało.
Toshiya uniósł telefon do góry. Podszedłem do niego. Uśmiechał się w ten typowy dla siebie sposób. Zmarszczyłem brwi. Pod wysłanym przez niego zdjęciem widniała odpowiedź:
Jutro 18:00 Starbucks

Przez chwilę wpatrywałem się w ekran z otępieniem. Wyrwał mnie z niego głos Toshiyi:
- Wszystko świetnie, tylko Starbucks'ów w samym Tokyo jest 283.

2 komentarze:

  1. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziLu. To było świetne. Nie mam pomysłu na bardziej se sensowny komentarz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy pozytywny komentarz podbudowuje mnie na duchu i motywuje do dalszego pisania, nawet króciutki, więc dziękuję serdzecznie. ^^

      Usuń