Od
autora: Wena nie opuszcza, a tygrysia ciekawość okazuje się być
całkiem motywująca. Zapraszam~
Tym
razem obiad miał zrobić Die, a ponieważ w ich domu magicznie
zabrakło środków czystości i paru innych niebywale ważnych
przyrządów, ja w roli tragarza wybrałem się z Kaoru do sklepu.
-
Dlaczego nie kazaliście mi gotować obiadu? - zapytałem, by tylko
zagłuszyć niekomfortową ciszę.
-
Żebyś nas zatruł za powierzenie ci dzisiejszych porządków?
Podziękuję - odparł z uśmiechem. W jego oku pojawił się jakiś
błysk sympatii. Chyba wcale nie o mnie chodziło. - Poza tym lubię
kuchnię Die'a - dokończył. Wyszło szydło z worka.
Na
mojej twarzy także zagościł uśmiech. Spojrzałem na trzymany w
dłoniach telefon i odblokowałem go.
-
Do łazienki też z nim chodzisz? - zapytał zgryźliwie lider.
-
Tak - odparłem, spoglądając w okno. - Chyba tak.
-
Jeśli do dziś nie napisał, to chyba nie jest tego wart -
powiedział, rozglądając się przed skręceniem na parking sklepu.
-
On nie, ale jego dłonie tak - odparłem.
Uśmiechnął
się.
-
Więc walcz, tygrysie - odrzekł, po czym zaciągnął ręczny i
spojrzał wprost na mnie.
Oczywiście
to mi przydzielony został obowiązek noszenia koszyka z zakupami i
chodzenia za liderem. On jedynie wrzucał produkty do koszyka i
prowadził mnie w coraz głębsze odmęty sklepu.
-
Ja... - zacząłem, kiedy znów siedzieliśmy w samochodzie. -
Odszedłem od niego. To miał być koniec. Walka nie ma sensu, gdy
walczę tylko ja.
Kaoru
westchnął i wydał z siebie tylko krótki pomruk:
-
Hm...
Nastała
jedna z tych niezręcznych chwil milczenia, w trakcie których nikt
nie wie co powiedzieć, a atmosfera gęstnieje do stopnia groźnego
dla życia. Słowa muszą zostać wypowiedziane, jakiekolwiek by one
nie były.
-
Zdradzał mnie - wykrztusiłem z siebie. - Wracał cuchnący kimś
obcym, z cudzym włosami na koszulce i spermą na udach.
Słyszałem,
jak Kaoru z cichym świstem wciąga powietrze głęboko do płuc.
-
A ja dawałem mu wracać...
-
I na tym polega twój problem - wtrącił się Niikura. - To twoja
wina.
Spojrzałem
na niego z niezrozumieniem. Naprawdę zamierzał zwalać to na mnie?
-
Hę? - zapytałem tylko, przybierając minę, która zapewne swoją
śmiesznością przypominała wyraz twarzy, jakiego nie powstydziłby
się leniwiec.
-
Pozwoliłeś mu wracać. Trzeba było go odrazu ukrócić.
Zamrugałem
raz, drugi. Nie dowierzałem, że powiedział mi coś takiego, jednak
ostatecznie uśmiechnąłem się pod nosem. No tak, w końcu właśnie
w ten sposób postąpiłby lider. Gdybym tamtej nocy przespał się z
Daisuke, on z całą pewnością wyznaczyłby kochankowi godzinę
policyjną. Parsknąłem. Naprawdę wyobraziłem sobie Kaoru w
policyjnej czapce i z czarną pałką w ręce czekającego przed
drzwiami.
-
Całe pięć minut spóźnienia, dzisiaj będzie dildo - mówił
Kaoru w mojej głowie. To było dla mnie stanowczo za wiele. Moja
twarz stała się czerwona jak burak, a w oczach zbierały się łzy
od powstrzymywanego śmiechu. Sam nie wiedziałem, czy śmieszniejsza
była wizja Kaoru-policjanta czy może skruszonego Daisuke. Czy
naprawdę tak zachowuje się ktoś, kto dopiero odszedł od miłości
swojego życia? Od Sagi - czystej perfekcji?
-
Chcę się dzisiaj napić - stwierdziłem zanim Kaoru zdążył
zapytać o mój gwałtownie pogarszający się stan. - Może małe
przyjęcie z okazji przybycia nowego współlokatora?
Kaoru
się zgodził. Nie wiem, jakie nieistniejące siły perswazji
zadziałały, ale może po prostu podkusiła go wizja rozluźnienia
się i nieprzejmowania piątym kołem u wozu? Die także wyjątkowo
dobrze przyjął ten pomysł.
Właśnie
wtedy, gdy siedzieliśmy przy stole i piliśmy zwykłe piwo
sprzedawane w puszkach. Przede mną siedział Die, Kaoru zniknął w
łazience. Andou otwierał kolejną puszkę. W momencie, kiedy
spragniony zapomnienia chciałem pociągnąć kolejny łyk, nastąpił
nagły zwrot akcji, a przynajmniej tak mi się wydawało. Mój wzrok
spoczął na leżącym tuż obok telefonie. Zawibrował, informując
o przybyciu nowej wiadomości. Wtedy rozległo się też ciche
syknięcie piwa otwieranego przez Die'a i szmer otwieranych przez
Kaoru drzwi. Poczułem się sparaliżowany. Takashi nie dawał o
sobie zapomnieć nawet na chwilę. Drżącymi dłońmi wziąłem
telefon i odblokowałem go.
Tylko do końca tygodnia rabat -50% na wszystkie produkty marki Nike w sieci sklepów...
To
był jeden z tych momentów, kiedy jedynym słusznym działaniem
okazywało się opróżnienie zawartości stojącej nieopodal puszki.
A później kolejnej i kolejnej. Die spojrzał znacząco na Kaoru.
-
Co napisał? - zapytał Die, zwracając się do mnie.
-
Jest obiżka na najka w tym sklepie - zacząłem pijacko zawodzić.
-
Co on napisał? - dopytywał.
-
Takashi nic, to reklama - powiedziałem i zacząłem chichotać jak
ropucha. Pijana ropucha.
Daisuke
tylko westchnął zrezygnowany i oparł się o Kaoru. Lider zaś
mruknął pod nosem i po chwili namysłu powiedział:
-
Młody, chcesz go odzyskać?
-
Co, najka? Ale ja już mam najki - mówiłem, kołysząc się. Może
nie byłem aż tak nawalony, ale nie chciałem myśleć o Takashim. A
na pewno nie miałem nastroju na poważne rozmowy.
-
Weź go na dwór, zrobię kawę i wezmę tabsy, zaraz go ogarniemy -
odrzekł Kaoru do Die'a. Andou tylko skinął głową i zaczął mnie
zbierać z podłogi. Zaprowadził mnie na balkon, gdzie uwiesilem się
na balustradzie. Die zapalił.
-
Nie udawaj już - powiedział, wydmuchując spomiędzy warg kłąb
dymu. Westchnąłem, wyciągając w jego kierunku dłoń. Położył
na niej paczkę papierosów. Pianissimo Peche.
-
Od kiedy ty, do cholery, palisz Pianissimo Peche?! - obruszyłem się,
a serce zaczęło mi walić jak oszalałe
-
Nie palę, ale ty musisz się z niego wyleczyć.
Obok
papierosów położył zapalniczkę.
-
Chyba jednak wolę się stąd rzucić...
-
To się rzucaj, ale najpierw zapal jednego, dobrze ci zrobi -
powiedział, paląc swój nikotynowy rulonik.
Otworzyłem
je, a pod moim nosem uniósł się kłębuszek niewidzialnego dymu,
który roztaczał wspomnienia wspólnych poranków, gdy zapach
tytoniu wybudzał mnie ze snu i nagimi stopami kroczyłem po chłodnej
podłodze w stronę kameralnego balkonu. Wyciągnąłem jednego z
papierosów i wsadziłem go do ust. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić,
Die sam zręcznie mi go zapalił. Zaciągnąłem się. Tak samo, jak
wtedy, gdy podsuwał mi go Takashi. Ze swoich ust do moich. I
zaciągałem się nim tak głęboko, jakbym wzdychał z tęsknoty za
jego ciałem ostatniej nocy. Poranne słońce paliło moją twarz, a
chłód poranka szczypał ramiona. On wydawał się nieczuły
na te pogodowe niuanse, ale ja po prostu obejmowałem go w pasie,
przytulając się do jego pleców. Paliliśmy razem. Raz on raz ja.
Żaden papieros nigdy nie był tak smaczny, jak ten wyjęty spomiędzy
jego miękkich warg. Odsunąłem papierosa i otworzyłem oczy. Było
kompletnie ciemno, na niebie skrzyły tylko pojedyncze gwiazdy.
Księżyc skrył się gdzieś za chmurami, a ja zostałem sam.
Papieros w mojej dłoni spalił się do połowy. Wstrząsnął mną
chłód nocy i wróciłem do salonu.
-
Namyśliłeś się? - zapytał Kaoru.
-
Nie wiem, Niikura, ale chyba powinienem iść już spać -
odpowiedziałem.
Lider
zdziwił się, ale skinął jedynie głową, posprzątał szybko
niepotrzebne puszki i uciekli z Die'm do siebie. Zostałem sam. Ze
swoimi myślami, pustym telefonem, paczką Pianissimo Peche i
zakrytym chmurami księżycem. Bez Takashiego i spojrzenia jego
czekoladowych oczu, utkwionego tylko we mnie. Bez jego dłoni
błądzących ślepo pod moją koszulką, prowokując ciało do
niekontrolowanych drżeń. Gdzie się podziały nasze szczęśliwe
dni, Takashi?
Myślałam, że reszta to one shoty. A to miłe zaskoczenie. Cóż, ten rozdział jest smutny, że prawie mi się zachciało płakać. Ale w sumie jestem tak rozstrojona, że mogę się rozpłakać w każdej chwili XD. Muszę przeczytać kolejny rozdział już jestem ciekawa co w nim jest.
OdpowiedzUsuń