Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dir en grey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dir en grey. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2015

[One Shot] "Rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom" [Kyo/Saga] (Dir en grey/Alice Nine)

Tytuł: Rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom
Paring: Kyo (Dir en grey)/Saga (Alice Nine)
Gatunek: Chyba powinnam stworzyć własny xD
Rating: 12+
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Ten paring to nie jest żaden żart. Zainteresowanych zapraszam do lektury~
PS. Nawet ich pseudonimy do siebie nie pasują. xD

*
Widział go chyba raz. Wiedział, do jakiej należał wytwórni, nawet kto zauważył jego zespolik. Nigdy nie interesowały go jednak zakrawające na muzykę popularną brzmienia, więc nie wnikał w to. Jego twarz mogła pojawiać się na ogromnych bilboardach czy na okładkach gazet, jednak niczym niewzruszony Tooru starał się nie zwracać uwagi na środki masowego przekazu niezwiązane bezpośrednio z nim samym lub jego zespołem. Taki już właśnie był - twardo stąpający po ziemi, choć publicznie jego poglądy bywały bardzo radykalnie traktowane. A czasem po prostu kłamał. Taki już był Tooru. Pan niczym niewzruszony, w stylowym garniturze oczywiście specjalnie zaprojektowanym dla szanowanego muzyka, lawirował pomiędzy mniej lub bardziej przypadkowymi gośćmi, czasem sekundę dłużej przykuwając uwagę do jednej z niebrzydkich kobiet, których na przyjęciu było co niemiara. Właśnie gdzieś z kolorowego tłumu wyrosła sylwetka dojrzałego mężczyzny w kwiecie wieku, w nienagannym stroju, z worami pod oczami od przepicia - Kyo aż za dobrze je znał, by nie poznać przyczyny ich powstania - i niezwykle urokliwym uśmiechem. Chyba właśnie ten uśmiech pogrążył Tooru kompletnie. Odwzajemnił grymas (bo inaczej nie dało się nazwać miny, która pojawiła się na twarzy wokalisty), czym wywołał u swojego rozmówcy wybuch śmiechu. Skojarzył mu się wtedy z wysypującymi się koralikami. Sam nie wiedział, skąd w jego głowie takie dziwne myśli. Przestąpił z nogi na nogę. Jego garnitur był wyjątkowo wygodny. Zlustrował wzrokiem stojącego przed nim mężczyznę z niejednej okładki. Był chuderlawy, wręcz trochę kościsty. Miał karykaturalnie duży nos i wystającą grdykę. Do tego perfekcyjnie wyregulowane brwi i delikatny makijaż. Typ idealny dla zakompleksionej panienki szukającej wrażeń. Rewelacyjnie.
- A to jest Sakamoto, poznajcie się - powiedział Daisuke i zanim Tooru zdążył jakkolwiek zaoponować, ten już kluczył gdzieś pomiędzy tłumem w stronę Kaoru rozmawiającego z dziewczyną odzianą w wyjątkowo wydekoltowaną sukienkę. Zmarszczył się jakoś tak nienaturalnie. Tooru mógł przypominać w tamtej chwili żółwia, niewiele go to interesowało. Za to coraz mniej podobała mu się perspektywa spędzenia nocy w tłumie kompletnie obcych wykrzywionych w konwulsjach własnych sztuczności ludzi.
- Chyba nie najlepiej się tu czujesz - odrzekł Sakamoto z szarmanckim uśmiechem. - Ja także nie przepadam za przeludnionymi przyjęciami pełnymi wymuszonej sztuczności. Może urwiemy się szybciej i wyskoczymy na piwo?
No tak, z tą twoją śliczną buźką dopasowanie do wystawnego bankietu, przyjęcia czy cholera wie co to jest, na pewno stanowi problem... - pomyślał Tooru, lecz tylko uśmiechnął się paskudnie do towarzysza rozmowy i odrzekł:
- Ty stawiasz.

Nie miał wyrzutów sumienia, wyciągając pieniądze od kogoś mniej znanego, wpływowego i zamożnego. Sam zaproponował, więc Kyo mógł wytyczyć warunki.
Oczywiście wylądowali w jakimś obskurnym lokalu godnym atencji Tooru może jakieś dwadzieścia lat wcześniej - takie skojarzenie narzuciło się wokaliście, kiedy przekroczyli próg pub'u. W głośnikach rozbrzmiewały jakieś rockowo-metalowe starocie. Metallica, Rolling Stones, Red Hot Chili Peppers, a nawet trochę Coopera. Wstrząsnął nim nagły napad kaszlu, gdy zupełnie przypadkowo zaciągnął się mieszanką papierosowego dymu, alkoholowych oparów i smrodu starej piwnicy. Klimatycznie. Jego sceptycyzm zmalał, gdy usiedli przy stoliku i kolana same zaczęły podrygiwać w rytm przyjemnej muzyki. Czuł na sobie wzrok tego szczeniaka. Kyo dobrze wiedział, jak kończą się takie wypady na jedno piwo - zwracaniem treści pod klubem przy opieprzającym go Kaoru, który później bierze go na ręce i zawozi do swojego domu "żeby nie wywołać niepotrzebnego skandalu". Oczywiście tylko w towarzystwie Daisuke, który zabijałby go samym spojrzeniem, a w myślach z całą pewnością przerabiałby na mielonkę. Istnieje jeszcze jeden scenariusz, kiedy Kyo opamięta się z alkoholem we właściwym momencie i ląduje w jakimś obskurnym motelu. Ale chłopaczek, którego Daisuke przedstawił jako Sakamoto, nie był powabną panienką z dużymi piersiami. Przeciwnie.
- Co przywiało tak znanego muzyka jak ty na przyjęcie tego typu? - zapytał, popijając łyka ze swojego kufla. Robił to wszystko z jakąś okropną gracją. Scenariusz drugi stawał się coraz bardziej prawdopodobny.
- Obowiązki i lider suszący głowę - Kyo znów przywołał na twarzy swój przeuroczy uśmiech, którym wystraszyłby nawet najsympatyczniejszego labradora.
Sakamoto odpowiedział zawadiackim grymasem i pociągnął temat.
Po dwóch godzinach i kilku kuflach, Tooru stwierdził, że Sakamoto, a właściwie Takashi, wcale nie jest taki zły. Dużo wie o muzyce, a jego zawadiacki uśmiech całkiem zaczął mu się podobać. Zdążył już przyrzec, że kupi najnowszy album Alice Nine, przyjdzie na ich koncert, a nawet będzie krzyczał pod samą sceną. Oczywiście wszystko w żartach i odpowiednim stanie upojenia alkoholowego. 
Kiedy wyszli, a właściwie wytoczyli się z do dziś dla Tooru bezimiennego pubu, byli już najlepszymi przyjaciółmi.
- Czyli jednak mnie lubisz? - zapytał Takashi, zdecydowanie mniej pijany, choć nie można by rzec, że nieogarnięty poalkoholowym stanem wesołości.
- No jasne, uwielbiam - odrzekł Tooru z głupawym pijackim uśmieszkiem.
- Mimo tych złowrogich spojrzeń, które na początku rzucałeś? - Sakamoto przystanął, a wraz z nim zatrzymał się starszy od niego muzyk.
- Jakich złowrogich? Spodobałeś mi się od samego początku - odrzekł Kyo, zbliżając się do towarzysza. - Lubię takich wymuskanych grzecznych chłopców - dodał i zostawił na wargach Sagi pijacki odcisk własnych ust.
Gdy Tooru chciał odsunąć się od towarzysza, Takashi nie pozwolił mu na to, przyciągając wokalistę do siebie, by pogłębić pocałunek. Całowali się tak pijacko, niechlujne - jak to robią dwaj mężczyźni utopieni w alkoholowej ekstazie. Gdy rozdzielili się, Saga wpadł na genialny pomysł.
- Hej kocie - odezwał się do starszego. Już wcale nie był taki grzeczny. - Kupmy wino, wynajmijmy pokój i zajmijmy się ważniejszymi sprawami.
Zanim do Kyo dotarły słowa wypowiedziane przez młodszego mężczyznę, już ochoczo kiwał głową. Wylądowali w dwudziestoczterogodzinnym sklepie na rogu. Zza lady łypała na nich młoda kasjerka, trochę przestraszona. Na szczęście ich nie rozpoznała, może było za ciemno, a może oni zbyt pijani by nadać im jakąkolwiek formę. W każdym razie Saga wybrał półwytrawne czerwone wino i sam za nie zapłacił - w końcu to on miał stawiać.
Kiedy zaczął rozglądać się w poszukiwaniu partnera, tamten gdzieś zniknął. Takashi zmarszczył czoło, podziękował i schowawszy portfel do kieszeni, wyszedł ze sklepu. Nawet nie zdążył dobrze się rozejrzeć, gdy w jego kieszeni zaczął wibrować telefon. Wyciągnął go, odrzucił przychodzące połączenie, wyłączył i wtedy jak spod ziemi wyrósł Kyo. Na jego twarzy błąkał się uśmiech pięciolatka, który zburzył koledze jego zamek z piasku, a w ręce trzymał czerwoną różę obwiązaną kiczowatą różową wstążeczką w kropki.
- To dla ciebie za dzisiejszy wieczór - odrzekł, zasłaniając usta dłonią, by nie wybuchnąć śmiechem. Takashi zrobił to za niego.
- Poczekaj tygr... - urwał, pąsowiejąc na chwilę, by przywołać na twarz poprzedni uśmiech. -... kocie. Dasz mi ją, jak będziemy na miejscu - puścił oczko wokaliście i ruszyli na podbój Shibuyi. Takashi dobrze wiedział, w którą stronę podążyć. Nie minęło dużo czasu, gdy zaczęli mijać finezyjne budynki rodem wyjęte z różnych miast świata i epok. Saga wszedł do jednego z tych normalniejszych przypominającego wręcz nowoczesny biurowiec. Podszedł do automatu, uiścił opłatę i z butelką w ręce podążył do pokoju. Rzucił Kyo tylko jedno znaczące spojrzenie, którego wymowa pozostała przez wokalistę od razu zrozumiana.
Pokój był zwyczajny. Jak każdy hotelowy posiadał duże łóżko, jakiś stoliczek z krzesłami i osobne drzwi do łazienki. Był schludny i przyjemnie pachniał świeżością. Muzycy w zupełnie naturalny sposób po prostu usiedli na łóżku. Saga zza pazuchy swojego płaszcza wyjął otwieracz i zaczął mocować się z korkiem wina, a Tooru położył się, układając obok różę i patrzył na basistę. Obserwował jego zgrabne palce. Na jego twarzy sam rozciągał się szeroki uśmiech, nawet nie był w stanie nad nim zapanować. Wyciągnął dłoń i z typową pijacką niezdarnością dotknął jego uda. Saga spojrzał na niego dokładnie w tym momencie, kiedy korek wyszedł z szyjki ciemnej butelki.
- Nie mamy kieliszków - odparł Kyo z udawanym wyrzutem, w rzeczywistości wciąż nie mogąc powstrzymać głupawego uśmieszku.
- Będziemy musieli wypić z szalenie nieromantycznego gwinta - odrzekł Saga, upijając łyk. Strużka bordowego napoju spłynęła z jego kącika do brody.
Właśnie wtedy w głowie Tooru zaczęły rodzić się niebezpieczne myśli. Myślał o spijaniu czerwonego wina z ust młodszego, o tym jak bardzo pedalsko gładka jest jego wydepilowana skóra i jak gorące wnętrze... Już wtedy Kyo był stracony.

Kiedy do zakamarków domowej przestrzeni zaczął dochodzić szczęk otwieranego zamka drzwi wejściowych, Shinji leżał w łóżku. Był przykładnie ubrany w tradycyjną piżamkę z bardzo grzeczną książką w nienagannych dłoniach. Wyglądał przykładnie, ładnie, ale obrzydliwie grzecznie i wymuskanie. Był nienaturalny. Kiedy Takashi wkroczył do pokoju, zlustrowało go spojrzenie znad okularów. Sakamoto miał ochotę zrzygać mu się na twarz. Dobrze wiedział, skąd te pokłady fałszywości. Shinji nigdy taki nie był.
Takashi podszedł do niego sprawnie, wyrwał mu z rąk książkę, szybkim ruchem boleśnie zrzucił z nosa okulary i pozostawił odcisk czerwonych od wina ust na jego wargach. Nie miał zamiaru przepraszać, choć pachniał obcymi męskimi perfumami, a spomiędzy jego ust wyzierała obrzydliwa alkoholowa woń. Shinji wiedział, a Takashi był tej wiedzy świadomy. Hedonizm umierał w konfrontacji z Shinjim, by po upojnej nocy narodzić się na nowo. Takashi nie znał innej drogi, by osiągnąć wolność, a Amano wcale nie miał ochoty dłużej się na to godzić. Jednak nie był w stanie opanować zapadającego się w materacu ciała i mrowiących opuszków palców błagających jedynie o to, by poczuć miękkość włosów Sagi.

poniedziałek, 19 maja 2014

[One Shot] "Syndrom" Kaoru/Die (Dir en grey)

Tytuł: Syndrom
Paring: Kaoru/Die (Dir en grey)
Gatunek: fluff(?)
Rating: G
Ostrzeżenia: raczej brak
Od autora: Choć syndrom to zespół objaw stanu chorobowego, opowiadanie nie ma nic wspólnego z placówkami medycznymi ani ślęczeniem całymi dniami w łóżku z gorączką. Znowu Kaoru i Die. Zapraszam :)

*
Die chlał. Wlewał w siebie hektolitry alkoholu po próbach, nagraniach, koncertach. Oczywiście nie oszczędzał się na żadnej z imprez nawet dzień przed występem, a myśleliśmy nawet, że w domu po godzinach samotnie nie robi niczego poza piciem. Można powiedzieć, że w tamtym czasie dopisał alkohol do pierwszego poziomu piramidy potrzeb według Maslowa (potrzeby fizjologiczne). Każdego wieczoru czekał chwilę na ewentualne zaproszenie na piwo, pakując gitarę, a kiedy żadnej nie otrzymał, żegnał się z nami zdawkowym "Cześć". Następnie przychodził rano z coraz bardziej podkrążonymi oczami. Obserwowałem go i codziennie stawał się coraz bledszy, chudszy i niklejszy... miałem wrażenie, że mi umyka. Że pochłania go alkohol, jakby miał się niedługo z nim zlać.
- Koniec na dziś - ogłosiłem po przegraniu Sustain the untruth. Toshiya wydał z siebie okrzyk zadowolenia i poklepał Shinyę po plecach, mówiąc coś do niego, Kyo zaczął zbierać kartki ze stolika, a Die odłączył kabel, zdjął gitarę i uważnie włożył ją do pokrowca. - Die, zostań proszę po próbie.
Poczułem na sobie spojrzenie Kyo.
- Nareszcie - niby odchrząknął wokalista i schował nuty do torby, po czym jak najszybciej się ulotnił, mówiąc tylko "do jutra".
Równie szybko zebrali się Toshiya z Shinyą. Die zastygł pochylony nad swoim instrumentem.
Usiadłem na krześle, które stało przy stole i spojrzałem na niego. Westchnąłem głęboko, w końcu trzeba było odbyć tę rozmowę.
- Die? - zacząłem.
- Tak? - zapytał cicho, zapinając swoją gitarę i przeszukując wszystkie kieszonki, jakby robił wszystko, żeby na mnie nie patrzeć.
- Musimy porozmawiać.
- O czym? - zapytał zdawkowo, znów odpinając znów pokrowiec.
- Cholera, Die. Spójrz na mnie, jak z tobą rozmawiam.
- Muszę się spakować - powiedział wciąż tym samym tonem - jednostajnym, chłodnym i bez wyrazu.
- Spakujesz się później - rzekłem, wstałem, przykucnąłem za nim i i chwyciłem go za ramię, by obrócić do siebie. W jego oczach przez chwilę pojawił się błysk zaskoczenia moją gwałtownością. Pewnie nawet nie spodziewał się, że go dotknę. Wtedy stracił równowagę, zachwiał się i już spadał na swoją gitarę, kiedy chwyciłem go za ręce i pociągnąłem w swoją stronę. Wylądował na mnie, z ustami na mojej szyi, niemal przyprawiając mnie o gorączkę. Czułem, jak krew uderza mi do głowy, a serce wali jakby za dwa. Mieliśmy tylko porozmawiać. Miałem tylko się dowiedzieć, co jest nie tak, dla dobra zespołu oczywiście. Personalnie mogliśmy być kimkolwiek, ale Die musiał prawidłowo wykonywać swoją pracę, a z dnia na dzień wydawał się być coraz słabszy.
Po raz pierwszy od tygodni na jego twarzy zobaczyłem grę emocji - najpierw zażenowanie z nutą zakłopotania, później konsternacja, a na końcu poczerwieniał i odskoczył ode mnie, lądując z impetem na swojej gitarze. Coś gruchnęło.
- Kurwa - przeklął i zaczął pospiesznie rozpinać pokrowiec. Szybko znalazłem się przy nim i widziałem, jak drżącymi dłońmi wydobywał swój ulubiony instrument i przejeżdżał po podłużnym pęknięciu na gryfie. - Jak...? - zapytał przez zaciśnięte zęby. Przez chwilę miałem wrażenie, że zaraz się rozpłacze.
- Die... - zacząłem.
- Nie, Kaoru - przerwał mi, pospiesznie spakował gitarę i wstał, biorąc ją ze sobą. - Teraz nie mam czasu ani nastroju, pogadamy kiedy indziej.
- Die, kiedy indziej będzie za późno, musimy porozmawiać tera...
- Z całym szacunkiem liderze, są sprawy ważne i ważniejsze - odparł i po prostu wyszedł, trzaskając drzwiami.
Miałem ochotę przekląć najbardziej siarczyście, jak tylko potrafię, ale to i tak niczego by nie zmieniło.

Spędziłem w studio jeszcze dobrą godzinę, brzdąkając coś bezmyślnie na gitarze.
Kiedy wyszedłem na dwór, najpierw spakowałem gitarę do samochodu, a później poszedłem zapalić do drugiego wejścia, przy którym stał kosz. Po drodze napotkałem przeszkodę, której kontury zlały się z wszechobecnym mrokiem tej bezksiężycowej nocy. Był nią jakiś głupi kamień. Znalazł się tam nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Westchnąwszy, odrobiłem braki tytoniowego dymu w płucach i pojechałem do domu. Po drodze zadzwoniłem do Daisuke, ale nie odebrał. W mojej głowie tworzył się obraz biednego Die'a samotnie zapijającego ból po uszkodzeniu gitary. Przekląłem pod nosem i zmieniłem trasę.
Późnym wieczorem drogi były puste, więc dojazd nie zajął mi dużo czasu.
Najpierw zapukałem grzecznie do drzwi, następnie zerkając co chwilę na wyświetlacz telefonu, przeczekałem minimum w postaci piętnastu sekund i zapukałem znowu, później uderzałem pięścią w drzwi, aż w końcu wybrałem numer Die'a i już miałem dzwonić, kiedy mi otworzył. Miał ręcznik przewiązany w pasie, a twarz okalały strąki przydługich, mokrych włosów. Wtedy poczułem irracjonalność. Było mi głupio, że dałem się ponieść emocjom i jakimś swoim wydumanym wyobrażeniom. Nigdy wcześniej się tak nie działo, więc dlaczego spanikowałem?
- Kaoru, mówiłem ci, że pogadamy jutro - powiedział znowu tym tonem człowieka, który stracił wszystko.
- Tak wiem, ale to naprawdę sprawa niecierpiąca zwłoki - stwierdziłem, próbując być jak najbardziej przekonujący.
- No dobrze, ale pozwól mi się ubrać - stwierdził, idąc do mieszkania. Zostawienie otwartych drzwi miało stanowić zaproszenie, które oczywiście od razu przyjąłem, wślizgując się jak szczur do dusznego mieszkania. Przez chwilę miałem wrażenie, że Die był hermetycznie zamknięty przez cały ten czas. Zniknął za drzwiami swojej sypialni, a ja usadowiłem się w niewielkim salonie. W lustrze skierowanym w stronę sypialni, widziałem jego nagie plecy, które przykrył czarną jak smoła koszulką. Przełknąłem nerwowo ślinę. Czułem się, jakbym dobrowolnie zapędził się w kozi róg. Ile czasu już minęło od kiedy sprawy zawodowe zaczęły mieszać się z prywatnymi? Od tamtej pory czułem się jak najgorszy lider na świecie, ale nie byłem w stanie nic z tym zrobić. W końcu miałem tylko pomóc Die'owi, nie mieszając do tego swoich spraw.
Wszedł, powłócząc nogami i stanął przede mną z założonymi rękami. Patrzył gdzieś w bok, jakby unikał kontaktu wzrokowego ze mną. Czekał, aż pierwszy się odezwę. Co mu, do cholery, było?
- Die, co ci jest? - zapytałem.
- Nic mi nie jest Kaoru, jeśli przyszedłeś tu tylko po to, żeby prawić mi kazania, to możesz już wychodzić, bo nie zamierzam tego słuchać.
- Nie będę prawił ci kazań, przecież wiem, że nie masz dwunastu lat - aż wstałem, by na niego spojrzeć. - Ale jesteśmy przyjaciółmi, do cholery. Wszyscy widzimy, że coś jest nie tak. Jeśli nie chcesz powiedzieć mi, to powiedz Shinyi, Toshiyi albo Kyo...
- Po co, skoro i tak wszyscy się o tym dowiecie? - zapytał zły, marszcząc brwi i chwytając się za skronie.
- Bo my mamy dość patrzenia, jak się wyniszczasz, Die.
- Wyjdź już, Kaoru.
Chciałem coś powiedzieć, ale powstrzymałem się.
- Dobranoc - powiedziałem tylko.
- Biorę na jutro wolne, dobranoc.
Wyszedłem. Moja desperacja sięgnęła zenitu. Jak mogłem mu pomóc? Postanowiłem zadzwonić do Kyo.
- I jak? - zapytał bez ogródek.
- Witaj, Kyo. Nijak. Próbowałem z nim porozmawiać, rozwalił gitarę, wziął na jutro wolne i nic mi nie powiedział. Wiesz, co mu jest? - zapytałem zrezygnowany.
Po drugiej stronie słuchawki zapadło wymowne milczenie i po chwili rozległo się westchnięcie.
- Kaoru, jesteś takim samym idiotą jak on.
- O co ci chodzi? - zapytałem, wydobywając z kieszeni paczkę fajek i odpalając jedną.
- Przerżnij go w końcu, to będzie spokój.
- Kyo! - krzyknąłem, ale odpowiedział mi tylko przerywany sygnał. - Kurwa - przekląłem siarczyście.
Wtedy telefon znów zaczął wibrować w mojej dłoni, więc nie patrząc nawet na wyświetlacz, wcisnąłem zieloną słuchawkę i wydarłem się - Kyo, do kurwy nędzy, przestań robić ze mnie zakochanego idiotę! Nie mam już piętnastu lat i nie zamierzam mówić Die'owi...
- Kaoru? - z drugiej strony odezwał się zaskoczony Die. - O czym nie zamierzasz mi mówić?
Zamarłem. Spędziłem bardzo długą chwilę ze słuchawką w dłoni przy uchu, na moment nawet zapomniałem, jak się oddycha. W mojej głowie było tylko jedno treściwe kurwa.
- Cześć Die, po co dzwonisz? - postanowiłem udawać głupiego. Może nie zrozumiał, nie dosłyszał, była chwilowa awaria sieci i przerywało albo... kogo ja oszukuję?
- Właściwie... chciałem z tobą porozmawiać... - powiedział znów tym głosem pozbawionym wyrazu.
- Będę za dwie minuty.
- Ok, czekam - powiedział i rozłączył się. Moje serce waliło jak szalone. Może w tym ćmiku było coś dopalającego? Jeśli tak, błagałem o właściwości halucynacyjne. Tak, oddałbym wszystko, żeby Die cofnął mnie w progu, mówiąc że żadnego telefonu nie było.
Niestety Die mi otworzył i bez słowa wpuścił do środka. Zdawało się tam trochę mniej duszno niż za pierwszym razem, a kiedy doszedłem do salonu, ujrzałem otwarte górą okno. Dopiero wtedy zobaczyłem leżące w kącie skotłowane ubrania, brudne naczynia ustawione w nierówny rządek na stole i porozrzucane gdzieniegdzie puszki po piwie. Miałem wrażenie, że poprzednim razem byłem zbyt zdenerwowany, żeby ujrzeć cały ten nieporządek. Spojrzałem na swoje dłonie. Drżały. Wtedy Die postawił przede mną kubek parującej kawy i usiadł obok. Chwyciłem kubek do ręki i niemal nie wylałem, więc odstawiłem go z powrotem.
- O czym chciałeś porozmawiać? - zacząłem, spoglądając na drugiego gitarzystę. Trzymał kubek przez przydługie rękawy starego swetra. Przytknął naczynie do ust i dmuchał w nie. Kiedy na niego patrzyłem, nasuwało mi się tylko jedno słowo: kruchy.
- Chcę odejść - powiedział.
Zamrugałem, przyglądając mu się uważniej. Ściągnąłem brwi.
- Co? - zapytałem inteligentnie. Miałem niewyobrażalnie wielką nadzieję, że się przesłyszałem.
- Przecież słyszałeś, Kaoru - spojrzał na mnie znad kubka. Moje imię w jego ustach w tamtej chwili brzmiało niewiarygodnie gładko i przyjemnie. - Chcę odejść z Dir En Grey. Pojutrze dostarczę ci wypowiedzenie.
- Ale Die...
- Nie, Kaoru - znowu.
- Daj mi chociaż powód - nie mogłem oderwać od niego wzroku. Dopadło mnie wrażenie, że z każdą chwilą oddala się coraz bardziej ode mnie. Jak pociąg, który próbuję dogonić, ale on ciągle przyspiesza i przyspiesza, a mi coraz bardziej brakuje sił w nogach. W końcu przewracam się. Milczał. W trakcie tej gęstej od niejasności ciszy, miałem wrażenie, że biegnę coraz szybciej, a on jest coraz dalej i dalej... Aż potarłem udo dolną częścią dłoni.
- Kaoru... - zawahał się. - Ja nie muszę ci się tłumaczyć - powiedział. - Ale... znasz to uczucie, kiedy... przepełnia cię niewyobrażalna pustka, cała rzeczywistość zaczyna dusić, ty zaczynasz się dusić... - powiedział i popił kawę. Skrzywił się nieznacznie. Musiała być gorzka. Dlaczego zrobił sobie gorzką, skoro nigdy takiej nie pił? - Zgubiłem siebie. Już nie wiem, kim jestem, co czuję...
Moje serce waliło. Waliło jak młot, czułem się okropnie zdezorientowany. Nie spodziewałem się tego.
- Die, to... - z jego oczu bił smutek. Najzwyczajniejsze na świecie nieszczęście. Jak mogłem go zatrzymywać? - ... widzimy się pojutrze, tak?
- Nie, wyślę ci rezygnację mailem albo faxem.
- Dobrze - odwróciłem od niego wzrok. - To wszystko, co chciałeś mi powiedzieć?
- Tak - jego głos był tak chłodny, że sam już nie wiedziałem, czy choć trochę żałuje tej decyzji. Może rzeczywiście rezygnacja z zespołu dobrze mu zrobi? Choć znając jego prędzej odetnie się od wszystkich i będzie pił jeszcze więcej. Wstał, zrobiłem to samo. Odprowadził mnie do drzwi i otworzył je przede mną. - Żegnaj, Kaoru - odparł szeptem. Mógłbym przysiąc, że po jego policzku spłynęła krystaliczna łza, ale kiedy na niego spojrzałem, dostrzegłem jedynie wzorcową obojętność.
- Do zobaczenia, Die - powiedziałem i wyszedłem.
- A odnośnie poprzedniego... - zaczął mówić cicho, gdy znajdowałem się już za granicą progu. Obróciłem się w jego stronę - ... kocham cię, Kaoru.

niedziela, 4 maja 2014

[One Shot] Kran, Yamamoto-haikankou i (nie)fortunna awaria prądu [Kaoru/Die] (Dir en grey)

Tytuł: Kran, Yamamoto-haikankou i (nie)fortunna awaria prądu
Paring: Kaoru/Die (Dir en grey)
Gatunek: Komedia, fluff(?)
Rating: G
Ostrzeżenia: przekleństwa, gejoza, humor(?) autorki
Od autora: Spłodzone w przypływie chwili i przeokropnego nastroju. Mam nadzieję, że z uśmiechem na ustach przyjmiecie tę miniaturkę i może Wam też poprawi ona humor. Wciąż zapraszam do wzięcia udziału w ankiecie znajdującej się po prawej stronie bloga i zapraszam~

*
Kap.
Kap.
Kap.
Kurwa. Zaraz dostanę cholery z tym kranem.
Siedziałem na kanapie, czekając na hydraulika już czwartą godzinę. Właściwie po jaką cholerę kupiłem mieszkanie z salonem łączonym z kuchnią? Nawet nie miałem gdzie się schować. Na domiar złego mój telefon rozładował się do zera, a w całym bloku akurat zabrakło prądu. Pogoda do najprzyjemniejszych nie należała, a piec, ogrzewający mieszkanie działał tylko po dostarczeniu odpowiedniej ilości woltów. Próbowałem skupić się na lekturze - ktoś ostatnio polecał mi antologię Murakamiego. Próbowałem czytać w myślach i na głos (czułem się, jakbym wrócił do pierwszej klasy szkoły podstawowej), ale nawet to nie pomogło, ponieważ przebijało się to cholerne kapanie. Próbowałem wziąć gitarę i brzdąkać... Jedyny problem, że nawet, kiedy uderzałem w struny do czerwoności palców i przyciskałem je do bladości opuszków, nawet wtedy w moją głowę wwiercał się znienawidzony dźwięk. Bezradny położyłem się na kanapie. Jak mogłem zostawić klasyka w studio?
Położyłem dłoń na czole. Z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. Zamknąłem oczy i próbowałem wyłączyć wszystkie bodźce, by uciąć sobie drzemkę. No dalej, Kaoru, poczuj się jak w trasie - siedemdziesiąt dwie godziny bez snu, dwa koncerty, przepity cały polski koncern alkoholowy. Dalej, dasz radę.
Kap.
Kap.
Kao...
Kao...
Cholera, już mam omamy, że kran mnie woła - przemknęło mi przez głowę, gdy poczułem szturchanie. - Świetnie, ta woda doprowadzi mnie do szaleństwa - pomyślałem. - Chwila. Ten głos wcale nie brzmi jak kran.
- Kaoru, wstawaj!
Otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą Daisuke.
- Daisuke? - zapytałem jakże inteligentnie. - Czyżbyś zrezygnował z posady gitarzysty na rzecz bycia hydraulikiem?
Wtedy doszedłem do wniosku, że kapanie ustało. Może Die rzeczywiście znał się na rzeczy?
- Nie, ale miałeś niedokręcony kran w kuchni. Poza tym ponoć umówiłeś się z Kyo, który właśnie rzuca czym popadnie, wspominając jak ostatnio się spóźnił i go op...
- Już, starczy - odparłem z uśmiechem. - Dobrze cię mieć, Die. Zostań na noc.
- Ale Kyo... - wtrącił Andou.
- Mam piwo w lodówce, a przed nami długa noc - powiedziałem, spoglądając przez okno. Zmierzchało.
- Ty wiesz, jak mnie przekonać - na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. O tak, perspektywa nocy bez idiotycznego kranu, w zimnym mieszkaniu bez prądu i z ciepłym Daisuke, który po dwóch piwach stawał się bardziej potulny niż zazwyczaj była zdecydowanie lepszą alternatywą od czekania w nieskończoność na hydraulika.

Kolejnego dnia obudziło mnie światło lampki nocnej, która skierowana była prosto na moje oczy. Wyciągnąłem rękę, żeby ją wyłączyć i wtedy poczułem przytulonego kurczowo do moich pleców Daisuke, któremu zapewne było bardzo zimno w nocy. Uśmiechnąłem się pod nosem. Wtedy mój cudowny telefon uznał, że to idealny moment, aby się uruchomić, oznajmiając że zostało jeszcze piętnaście procent baterii. Wpisałem kod pin i odłożyłem go na półkę. Die wtulił się mocniej, mrucząc coś pod nosem.
- Co mówisz? - zapytałem.
- Olej ich, bierzemy dzisiaj wolne, w końcu jesteś liderem - powiedział. Zaśmiałem się i obróciłem tak, by być przodem do niego. Widziałem jego uśmiech i ledwo rozchylone powieki. Taki zaspany wyglądał naprawdę uroczo, więc nie mogłem się oprzeć, by go pocałować... raz, drugi... Wtedy zawibrował mój telefon.
- Już nas wzywają? - mruknął Die z rozczarowaniem.
Spojrzałem na ekran.
wiadomość od: Yamamoto-haikankou*
treść: Bardzo mi przykro, Panie Kaoru, lecz z powodu wielu odwlekających się wezwań nie zdążę do Pana dzisiaj przyjść. Proszę o kontakt w celu ustalenia nowego terminu naprawy Pana kranu. Pozdrawiam, K. Yamamoto
- Nie, Die... - odłożyłem urządzenie i zwróciłem się z powrotem w stronę kochanka. - Nie wzywają. Ale cieszę się, że przyszedłeś.
___________________________________________________
*haikankou (配管工) to po jap. hydraulik; Japończycy często zamiast końcówki san dodają nazwę wykonywanego zawodu do nazwiska (np. często spotykane jest ...-sensei)

czwartek, 10 kwietnia 2014

[One Shot] Follow the night light [Kaoru/Die] (Dir en grey)

Tytuł: Follow the night light
Paring: Kaoru/Die (Dir en grey)
Gatunek: ?
Rating: brak
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Tytuł od deadmana, jak zwykle wyszło coś innego niż było w zamyśle. Zapraszam.

*
Po prostu szedłem.
Podążaj za światłem - szeptał głos w mojej głowie. - Podążaj za światłem nocy.
- Noc nie może mieć światła - wymamrotałem.
Podążaj za nocnym światłem, nie zbocz z drogi, pamiętaj - głos był nieugięty, więc szedłem dalej. Westchnąłem tylko, wyrzucając na ziemię niedopałek i chwilę później sięgając po kolejną dawkę tytoniu. Robiłem spore kroki, na zewnątrz siąpił deszcz. Nie było zimno, miałem na sobie tylko czarny t-shirt z nadrukiem i cienką kurtkę również w tymże kolorze. Miałem przez chwilę wrażenie, że ziemia, którą zostawiam za sobą, znika. Jakbym zostawiał za sobą coś bezpowrotnego. Tytoń znajomo gryzł mnie w gardło. Szedłem ulicą, na której moje stopy spoczywały od lat co najmniej dziesięciu. Więc dlaczego w tamtej chwili czułem się kompletnie obco? Mijający mnie ludzie wydawali się być cieniami, a przejeżdżające samochody jakby prowadziły się same. Nigdy wcześniej nie czułem się tak samotny, jak w tamtej chwili.
- Podążaj za...
Ze snu wydobył mnie ostry dźwięk budzika. Mamrocząc pod nosem coś o niewyspaniu, ociężale podniosłem rękę i cały ten ciężar spuściłem na budzik, który z hukiem spadł na podłogę, lecz nie powstrzymało go to przed porannym jazgotem. Nie cierpiałem go, ale tylko w ten sposób mogłem wydobyć się ze snu... Właściwie, to skłamałem. Mógł być tu jeszcze Die, który wyszeptałby mi coś zbereźnego do ucha albo dotknąłby w sposób, który burzył pracę organizmu, pobudzając krew. Mógłby nawet wylać na mnie kubeł zimnej wody, byleby tu do cholery był. Nie było go. Jedno miejsce w ogromnym dwuosobowym łóżku pozostawało wciąż puste.
Wstałem, umyłem się, ubrałem, zjadłem śniadanie i pojechałem na próbę. Kiedy wychodziłem, spojrzałem karcącym wzrokiem na budzik, który zupełnie przypadkiem znalazł się na drugim końcu sypialni i przestał działać. Mój dom był stosunkowo jasny. Ponoć tak było najzdrowiej i najtaniej. Na dobrą sprawę i tak nie spędzałem tam zbyt wiele czasu, więc uznałem to za kwestię drugoplanową w konfrontacji z europejskim wydaniem „THE UNRAVELING”, nadplanową chorobą Kyo, pracą nad nowym singlem i jeszcze planami w kwestii amerykańskiej trasy. Zapomniałbym jeszcze o wydaniu DVD z ostatniej trasy koncertowej.
Napawany optymizmem przed kolejnym dniem zaganiania moich drogich podopiecznych (bardziej eufemistycznie się tej zgrai nie dało nazwać) do roboty, udałem się do studia. Gdy wszedłem do tchnącego codzienną szarością pomieszczenia, pierwszym co wyprowadziło mnie z równowagi był Kyo, który smacznie spał na kanapie. Później w oczy rzucili mi się Toshiya i Die, którzy rzucali coś sobie oraz Shinya siedzący w grubym swetrze w kącie sali. Westchnąłem, zamykając za sobą drzwi. Włosy Die'a znów wracały do czerwieni.
Po długich i mozolnych próbach wzięcia się do roboty, skończyliśmy na piwie. Zdecydowanie był to dobry wybór, choć denerwującym było, jak nieźle już wstawiony Kyo zaczął opowiadać jakiejś rozchichotanej dziewczynie z boku, że "lider zachowywał się dziś, jakby miał PMS". Właściwie przed przypomnieniem mu, kto znajduje się całkiem niedaleko powstrzymał mnie głos Daisuke.
- Kaoru, nie przeszkadzałoby ci, gdyby ktoś dołączył?
Oczywiście, że nie, ale jak będzie się do ciebie przystawiał, rozszarpię go na miejscu.
- Jasne, że nie. O co ty mnie pytasz? - odparłem, rozsiadając się wygodniej w czerwonym fotelu. Wziąłem kufel i upiłem z niego kilka porządnych łyków ulubionego piwa. Odstawiając naczynie na stół, z ciekawością obserwowałem Die'a, który machał do kogoś ręką. Shinya z Toshiyą szeptali coś sobie nawzajem, chichocząc. Moja żuchwa cudem tylko nie spotkała się z ziemią, gdy zobaczyłem naprawdę ładną brunetkę. Była szczupła i seksowna, ale jednocześnie nie brakowało jej dobrego smaku. Od razu było widać, że to jedna z tych "porządniejszych", ale nie awanturniczych - takich, które prosperują na najlepsze żony. Zmroziło mnie na chwilę i musiałem znów skąpać wargi w złocistym napoju, gdy obejmował ją w pasie, przyciągał do siebie i przytulał. Gest miał być krótki i wyglądać dość subtelnie, ale widziałem, co się za tym kryło.
Właśnie wtedy przypomniałem sobie słowa...
Podążaj za światłem nocy...
 Jednak pomyślałem, że bardziej przydałoby mi się coś, czym łatwiej się urżnąć niż "światło nocy".
- Kaoru - zaczął Toshiya. Chciał powiedzieć coś idiotycznego, a odezwał się tylko przez ilość alkoholu we krwi.
- Czego chcesz, Hara? - zapytałem nieprzyjemnie, próbując wysączyć piwo do ostatniej kropelki. Ukradkiem zerknąłem w stronę Daisuke, który właśnie siedział obok swojej kobiety, rozebranej już z płaszcza, trzymając rękę na zagłówku za jej szyją. Była naprawdę urodziwa - niemocny, acz wyrazisty makijaż komponował się ze zwiewnymi lokami. Zwróciłem wzrok z powrotem na Toshiyę, który przyglądał mi się... z niepokojącym obłędem w oczach.
- Dlaczego tak się gapisz na Fumiko? Czyżbyś był zazdrosny? - zapytał "pijackim szeptem".
- Taktowny jak zawsze, może najpierw wytrzeźwiej? - dopiero po chwili zorientowałem się, że zrobiłem największą z możliwych głupot. Ale już wtedy to nie było ważne. Patrzyłem na Die'a, który wstawał, uśmiechając się czarująco do kobiety i dając jej bardzo subtelnego, niemal niezauważalnego buziaka w policzek. Zrobiło mi się duszno, więc kiedy tylko Die zniknął z zasięgu mojego wzroku, kierując się do baru (zapewne po drinka dla swojej piękności), a ja skorzystałem z okazji, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Przy okazji zapaliłem, próbując okiełznać myśli. Jak mogłem być tak naiwny jeszcze w tym wieku? Nie, kłamstwem by było, gdybym wyrzucał sobie naiwność.
Jestem po prostu w nim zakochany - stwierdziłem gorzko, wydmuchując z ust biały dym. Przyznałem się przed samym sobą. On miał kogoś, ja od kilku lat nie potrafiłem myśleć o nikim innym (jak ja wytrzymałem kilka lat u jego boku?). Czara goryczy powoli się przelewała. Wróciłem do lokalu tylko, by chwycić swoją kurtkę, odkleić od siebie pijanego Toshiyę i zdezerterować. Przecież Die był hetero.
W domu uznałem, że wcale nie jestem pijany i zapałałem wielką chęcią, aby to zmienić. Kolejnego dnia mieliśmy sesję, ale do tego czasu powinienem wytrzeźwieć. W końcu było jeszcze przed północą.
Włączyłem telewizor, lecz po chwili tępego błądzenia po coraz to głupszych programach, wyłączyłem go kosztem katowania odtwarzacza DVD. Odstawiłem puszkę z piwem na stoliczek obok kanapy, wstałem, podszedłem do telewizora i pochyliłem się nad półką z płytami. W oczy rzuciła mi się tylko ukochana kinówka Gundama, na której widok uśmiechnąłem się pod nosem. Wkładając ją do odtwarzacza czułem się trochę, jakbym odbywał jakiś rytuał. Dziwne uczucie.
W każdym razie włączyłem ją i kiedy już miałem siadać, chwycić puszkę z piwem oraz rozkoszować się czasem tylko dla siebie poza całą tą zgrają, która doprowadzała mnie do szewskiej pasji, właśnie wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Podszedłem do nich i otworzyłem z impetem.
- To tylko ja - roześmiał się mój niespodziewany gość, jakby na znak swoich dobrych intencji unosząc do góry siatkę, przez którą prześwitywał napis "Asahi".
Na nowych przyjaciół odpowiedziałem uśmiechem w pełni niewinnym i bezinteresownym.
Podążaj za światłem nocy - wyszeptał mistyczny głos w mojej głowie. Podążałem. Drogą pochyłą w dół zapomnienia.
- To takie idiotyczne - pomyślałem. - Przecież noc nie ma świateł.
- Gundam? - zapytał ze zdziwieniem Daisuke, przekroczywszy próg salonu i zerkając z zaciekawieniem na kolorowe obrazki migające w plastikowym pudle. Tak, wyglądał wtedy jak urocze dziecko - takie, któremu po prostu się nie odmawia.
- Sentymentalny się robisz na stare lata, Kaoru - stwierdził.
- Tak wyszło - odparłem wymijająco.
- Mogę pobyć trochę sentymentalny z tobą?
- Oczywiście - odpowiedziałem z uśmiechem, starając się jak najlepiej zatuszować łomoczące serce.
Oglądaliśmy więc Gundama, popijając kolejne i kolejne piwo z puszki aż do czasu, gdy Die oparł się o mnie, przysypiając najwyraźniej, co niezmiernie mnie zdziwiło. Odgarnąłem włosy z jego twarzy.
- Mam cię zanieść do sypialni czy sam to zrobisz? - zapytałem.
- Jestem zwłokami, nie widzisz? - stwierdził z uśmiechem, nie otwierając oczu.
Wziąłem go na ręce i zaniosłem na swoje łóżko. Skulił się i wtulił twarz w poduszkę pod swoją głową.
Uśmiechnąłem się na ten widok. Poszedłem wyłączyć telewizor, po czym położyłem się obok niego. Na swoich policzkach czułem rumieńce śmiałości. Piwo powodowało delikatny szum w głowie, a on leżał przede mną zupełnie niewinnie. Czy w ten sposób podążałbym za światłem nocy?
Zasnąłem.
Rano obudziłem się pierwszy. Po skutkach wieczornego picia nie było ani śladu, a Daisuke jeszcze spał. Marszczył brwi, jakby bolała go głowa. A może to przez promień słońca, który padał na jego twarz? No tak, słońce jest przecież światłem dnia. Nie ma światła nocy, ponieważ księżyc jedynie odbija światło, które pada na niego od słońca. Można powiedzieć, że jest bezwartościowy. Nie ma energii, potrafi tylko odbijać. Jest jak pośrednik. A gwiazdy? Tu, w Tokio uliczne światła szyldów i latarni zakłócają gwiazdy. Z daleka nocą nad Tokio rozpościera się świetlna powłoka, przez którą nawet one nie potrafią się przebić.
Może trzeba się stąd w końcu wynieść? Ale niebo wszędzie jest takie samo...
- Dzień dobry, Kaoru.

niedziela, 13 października 2013

[9/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

Bardzo dziękuję, Amidamaru. Wielokropki postaram się poprawić i bardzo Ci dziękuję za tę uwagę oraz za cały komentarz, aż się wzruszyłam ; ;
W gruncie rzeczy ostatni rozdział miałam już wcześniej napisany i gdyby nie Twój komentarz, pewnie by tu nie zagościł.
Ostatni rozdział nie jest absolutnie niczym odkrywczy, ale przecież całe opowiadanie miało być "lekkie, łatwe i przyjemne". Zapraszam na końcówkę:



Patrzyłem oniemiały na sylwetkę Tsurugiego. Przyszedł po resztę rzeczy? Milczał, patrząc na mnie. Bynajmniej nie wyglądał, jakby przyszedł po resztę rzeczy z uwagi na dwie wielkie wypchane torby, które miał ze sobą. W jego oczach ujrzałem smutek. Mimowolnie wstałem, podszedłem do niego i przygarnąłem, by przytulić. Nawet nie myślałem, co robię. Nawet nie wiedziałem, czy to mój skołatany umysł płata takie figle, lecz ciepło ciasno wtulonego we mnie ciała mówiło coś zupełnie innego. 
- Kao… - zaczął, a ja milczałem, czekając cierpliwie, aż kontynuuje. – Gdy byłem z Mao… gdy zaczął mnie całować, rozbierać i… - przerwał, a we mnie zaczęło wrzeć. - … uprawialiśmy seks… - westchnąłem głośno, lecz Tsurugi kontynuował po kolejnej chwili milczenia - … ja zrozumiałem, że nie kocham jego, tylko ciebie, Kaoru. 
Zamarłem. W głowie miałem kompletny mętlik, choć wszystko sprowadzało się do jednej optymistycznej myśli - kocha mnie. Przez chwilę stałem jak wryty, by spojrzeć w jego oczy i pocałować prosto w usta. Oddał pocałunek, a ja go pogłębiłem. Gest ten wyrażał tęsknotę ostatnich chwil. Nie zwracając już uwagi na nic, daliśmy się pochłonąć. Trafiliśmy do krainy zmysłów, niczym nabuzowane hormonami dzieciaki. Nawet mi to nie przeszkadzało. On sam pociągnął mnie do sypialni, położył się, wciągnął mnie na siebie i zaczął pospiesznie rozbierać. Chaotyczne ruchy miały w sobie jednak jakiś element czułości. Nigdy wcześniej nie kochaliśmy się tak świadomie, bez ukłucia żalu, wynikającego z efemeryczności każdego gestu, chwili bliskości. Od teraz wiedzieliśmy, że nietrwała „wieczność” stoi przed nami otworem. Wiedziałem to przede wszystkim ja. Kochaliśmy się, jak nigdy dotąd. 

Leżałem, obejmując go w pasie z głową wspartą na torsie. Słyszałem jego jeszcze trochę za szybko bijące serce. Uśmiechnąłem się, czując smukłe palce, błądzące w kosmykach moich włosów. 
- Tsu – wymruczałem. 
- Taak? – zapytał z nutką radości w głosie. Nie musiałem na niego patrzeć, by wiedzieć, że się uśmiecha. 
- Wyrzucił cię? 
Usłyszałem jego ciche westchnięcie. 
- Właściwie po tym, jak my… z Mao… przyszedł Mizuki… 
Spojrzałem na niego, opierając się brodą o jego mostek. Uniosłem do góry jedną brew. 
- I? 
- Wtedy się kłócili… aż mnie wyrzucili... 
Zbił mnie z tropu. 
- I przy… 
- Nie – przerwał mi – to nie tak. Uświadomiłem sobie to już wcześniej, zanim jeszcze Mizuki wszedł… zresztą… n​ie mówmy już o tym… bo ja kocham tylko Ciebie, Kaoru. 
Uśmiech zakochanego idioty wrócił na moją twarz. Pomimo świadomości, że zaraz zniknie, bo jest równie efemeryczny jak my, pozwoliłem głupiej radości mną zawładnąć.

poniedziałek, 25 lutego 2013

[8/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

Słyszałem upuszczane kluczyki na ziemię. Nie musiałem na niego patrzeć, by widzieć kumulujące się w oczach łzy. Odepchnąłem od siebie Mizukiego.
- Co ty robisz, idioto? – warknąłem i zarejestrowałem tylko jego idiotyczny uśmieszek, bo już zrywałem się z kanapy, by biec za Tsurugim. Wypadłem z mieszkania i widziałem jego sylwetkę. Poziom adrenaliny w organizmie zwiększył się wprost proporcjonalnie z siłą moich mięśni. Biegłem za nim, gdy zobaczyłem, że wpada zapłakany w czyjeś ramiona. Po chwili zarejestrowałem, że był to Mao. Spojrzał na mnie znad ramienia Tsurugiego. W jego oczach widziałem chorą satysfakcję i wtedy się we mnie zagotowało. Podbiegłem bliżej. Zdyszany, rozłączyłem ich jednym ruchem ciągnąc Masao za ramię. Nawet się nie zorientowałem, kiedy moja pięść dotknęła jego twarzy. Przewrócił się, a ja mordowałem go wzrokiem. W jego oczach ujrzałem strach, który jeszcze bardziej mnie nakręcał.
 - Kao… - Tsurugi kierował się w naszą stronę.
 - Nie będziesz go krzywdził. Nie będziesz się bawił nim, ani jego uczuciami. Już nigdy więcej!
Masao wstał i nim się zorientował, znów mu przyłożyłem. Wtedy podbiegł do mnie Tsurugi.
 - Co ty robisz?! - mówił, odpychając mnie i pomagając wokaliście wstać. Uśmiechnąłem się smutno.
- Czyli to już koniec - pomyślałem. - Cóż…przykro mi, że tak to się skończyło - powiedziałem, odchodząc. Zarejestrowałem jeszcze, jak Tsurugi pomaga Masao wstać. Wróciłem do siebie, zamknąłem drzwi i uderzyłem w nie pięścią. Pozwoliłem mu odejść, ale przecież tego chciał. Położyłem się do łóżka. Chciałem jak najszybciej zasnąć. W przypływie skrajnej desperacji doszedłem do wniosku, że mogę nawet nigdy się nie budzić. Nie potrafiłem się nawet rozpłakać, a złość stopniowo zastępowana była przerażającą pustką. W mojej głowie krążyło wiele myśli, ale każda z nich zdawała się być emocjonalnie bezwartościowa. Nie spałem do rana. W mieszkaniu panowała cisza. Leniwie wstawało ironiczne słońce, a na zewnątrz słychać było pierwsze samochody, pospieszne kroki przechodniów i inne miejskie odgłosy. Przełknąłem ślinę. Jedynym, co było w stanie zapełnić moje serce stała się myśl, że może Tsurugi za chwilę pojawi się w progu mojego mieszkania, lecz napawała je tylko bólem, więc wolałem tego typu niedorzecznych przypuszczeń nawet nie dopuszczać do myśli. Zrobiły to same bez mojej zgody. Kłujący ból wyrzutów, kierowanych do samego siebie, Mao, Mizukiego i całego świata, a nawet do woli Tsurugiego. Mój żołądek był niemiłosiernie ściśnięty, przez co miałem wrażenie, że nawet po wypiciu porannej kawy, zostałaby ona w tempie natychmiastowym zwrócona. Czułem się obrzydzony samym sobą i wszystkimi wydarzeniami poprzedniego dnia. Potrzebowałem czasu. Najchętniej nie wpuszczałbym do mojego małego, jeszcze przesiąkniętego zapachem kochanka światka nikogo. Tkwiłbym tu przez kolejne dziesiątki lat i zdechł, jak zwierzę. Zawsze krytykowałem użalanie się nad sobą, lecz dopiero wtedy zrozumiałem jego faktyczną istotę, uświadomiłem sobie, że mimo braku sensu, po prostu przychodziło i nie dało się odgonić. Wtedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Raz. Drugi. Trzeci. Spojrzałem na nie i usłyszałem szczęk klucza w zamku. Nie ruszałem się z miejsca, wpatrując tępo w drzwi, gdy otwierały się powoli, ukazując sylwetkę gościa.




C.D.N

sobota, 16 lutego 2013

[7/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

07.


- Kaoru…Mao…Kaoru…Mao… – słyszałem czyjś przytłumiony głos. Niewyraźne słowa dochodziły do mnie. Barwa zdecydowanie była znajoma. Tsurugi? Każde słowo zdawało się być wypowiedziane przez kogoś, kto znajdował się coraz bliżej i bliżej… Moje imię jako ostatnie zostało wyszeptane wprost do mojego ucha, gdy obudziłem się, otwierając szeroko oczy i biorąc głęboki haust powietrza do płuc. Ken siedział na brzegu łóżka, w dłoni miał telefon i coś na nim najwidoczniej pisał.
- Tsu?
Odwrócił się przodem do mnie i uśmiechnął dość nikle.
- Tak? – zapytał.
- I jak?
- Napisał – powiedział już ciszej, a jakikolwiek cień uśmiechu zniknął z jego twarzy. Odłożył telefon i przysunął się do mnie. – Nie wiem, co mam robić, Kaoru.
Najlepiej daj mi wrzucić go do studni za wszystkie wypłakane przez ciebie łzy z powodu jego iście dupnych zachcianek.

Westchnąłem, gryząc się w język, by nie wypowiedzieć żadnej ze zgryźliwych myśli.
- Co czujesz? – zapytałem za to bezpiecznie.
- Nie wiem – odparł cicho.
Wtedy poczułem, że nagle coś we mnie pękło.

- A czujesz coś do mnie? Po co ja w ogóle się na cokolwiek silę, skoro nigdy nie usłyszałem od ciebie, że chcesz ze mną być, tylko ciągle o Mao! Zasrany Masao niech się pieprzy z kim chce! Zdradził cię po raz kolejny, znowu chcesz mu zaufać?!
Spojrzał na mnie zaskoczony. Nie dziwię mu się, rzadko kiedy puszczają mi nerwy na tyle, bym mówił, co mi ślina na język przyniesie. Żeby przerwać krępującą ciszę, przyciągnąłem go do siebie i pocałowałem. Na początku zdawał się być niepewny, lecz później się ośmielił.
Kochaliśmy się.
Zdyszany z uśmiechem na ustach, wsparty na moim torsie przeczesywał kosmyki włosów, należących do mnie.

- Wiesz Kaokao… - zaczął jakby od niechcenia, wciąż bawiąc się zniszczonym owłosieniem na mojej głowie.
- Słucham cię.
- Kocham cię – wyszeptał. – Tak naprawdę zakochałem się w tobie od naszego pierwszego spotkania, wiesz?
Zamurowało mnie.

- Mao…dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę kochałem ciebie. Dziękuję, że byłeś i jesteś przez cały ten czas.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc tylko przytuliłem go do siebie pewnie. W tamtej chwili czułem się, jak pan wszechświata. Uśmiech sam z siebie zagościł na mojej twarzy.
- Mamy dziś próbę – zaczął – więc powiem mu, jak to wygląda i wrócę do ciebie wieczorem, dobrze?
To wszystko było tak piękne, że aż wydawało mi się zupełnie nierealne, niczym sen.
- Dobrze – przytaknąłem. Pocałował mnie jeszcze przelotnie w usta i poszedł się szykować. Zrobił to dość sprawnie i wyszedł z domu. Chciałem go podwieźć, ale mówił, że sam chętnie się przejedzie.
Siedziałem więc sam w domu. Zdążyłem pójść po zakupy i wziąć się za sprzątanie, gdy otrzymałem wiadomość od Kyo:
Wciąż jestem kurwa w szpitalu, mówią, że mnie nie wypuszczą przynajmniej przez następne jebane dwa tygodnie.

Westchnąłem lekko podirytowany, ale po chwili w mojej głowie pojawiła się wizja kolejnych dwóch tygodni spędzonych z Tsurugim. Zapowiadało się naprawdę ciekawie. Tym bardziej, że z tego, co mówił za kilka dni mają tygodniowe wolne.
Roześmiałem się. Jeszcze rok temu w życiu coś takiego nie przyszłoby mi do głowy, że przerwa w pracy może być pozytywna, oczywiście poza ewentualnymi wakacjami czy wieczornym piwem, którego również dawno nie piłem. Zmieniłem się.

Zrobiłem sobie przerwę w sprzątaniu, żeby wypić kawę, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Zerknąwszy na zegarek, uznałem, że Ken musiał wcześniej skończyć próbę. Otworzyłem drzwi. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie stał w nich Tsurugi.
Zmarszczyłem brwi. Czego chciał ode mnie Mizuki?
- Coś się stało? – zapytałem.

- Nie, chciałem tylko wejść i powiedzieć ci o czymś – mówił niby zwyczajnie, ale coś było zdecydowanie nie tak.
Mimo to, jak na gospodarza przystało wpuściłem go do środka i wskazałem drogę do salonu, w którym stała kanapa. Usadowił się na jednym jej końcu, a ja na drugim.
- Zatem o czym chciałeś mi powiedzieć?
- O czymś baardzo ważnym – uśmiechnął się do mnie po swojemu, przybliżył i położył dłoń na moim kolanie, którą próbowałem strącić i odsunąć się od niego, lecz on zbliżał się coraz bardziej, nachalniej, nieprzerwanie próbując umiejscowić rękę w tym samym miejscu. Nagle mnie pocałował, nawet nie zauważyłem, kiedy zdołał na tyle zmniejszyć dzielący nas dystans. Wtedy usłyszałem aż za dobrze znany sobie głos.
- Kao… - Tsurugi urwał w połowie słowa.

[6/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

06.


Wróciłem do swojego lokum. Siedziałem na kanapie przed włączonym telewizorem, którego nawet nie oglądałem, mordując wzrokiem leżący na stoliku naprzeciw mnie telefon. Czekałem na jakikolwiek sygnał. Właściwie dostałem ich już kilka w postaci wiadomości. Pierwsza była od jakiejś porno-wróżki, druga od Kyo, trzecia oferowała wygranie jakiejś bajońskiej ilości pieniędzy, a czwarta była jakąś cholerną pomyłką. Siedziałem jak zahipnotyzowany, nawet nie słysząc grającego w tle pudła. Czułem się potwornie źle. Właściwie nawet nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Nigdy nie przejmowałem się w takim stopniu nikim, nie odczuwałem takiego stresu. W końcu przypomniałem sobie o pierwszej i ostatniej słodyczy mojego życia – gitarze. Wstałem i poszedłem po nią, zacząłem brzdąkać coś przypadkowego. Nie lubiłem takiego niepraktycznego ćwiczenia - jak już grać, to coś konkretnego, ale tego dnia wybitnie nie miałem ochoty klepać starego repertuaru. Nawet się nie zorientowałem, kiedy przypadkowe brzdąkanie przeszło płynnie w pierwsze dźwięki do The Pledge w wersji unplugged. Uśmiechnąłem się pod nosem. Przymknąłem oczy, wsłuchując się w gitarę, lecz w pewnym momencie zaczął mi przeszkadzać krzykliwy prezenter w telewizji i piskliwy głos jakiejś gościnnie występującej Japonki. Wyłączyłem go i zacząłem znów grać. W głowie zaczęła pobrzmiewać dialogująca z moją druga gitara. Zacząłem się powoli rozluźniać. Jakby świat dookoła mimo mojego istnienia w nim, przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Wyjątkowe chwile, gdy gitara nie łączyła się z rutynową pracą i mobilizacją reszty. W końcu zawsze, gdy zacząłem grać, reszta zbierała się nawet, jeśli zdecydowanie nie mieli na to ochoty. Telefon zaczął wibrować. Przestałem grać i położyłem prawą dłoń na strunach, by przestały brzmieć. Spojrzałem na wyświetlacz i przyglądałem mu się jeszcze przez chwilę, po czym powoli wyciągnąłem do niego rękę i chwyciłem niespiesznie. Odblokowałem klawiaturę. Nowa wiadomość od Tsurugiego.


Cześć Kaokao, czekam na Ciebie pod wytwórnią :*

Kamień spadł mi z serca.

Odłożyłem gitarę na kanapę, wziąłem tylko kluczyki i telefon, zmieniłem obuwie, po czym wyszedłem. Niecałe pół godziny później parkowałem pod wytwórnią, z której wyszedł uśmiechnięty Tsurugi. Podchodził do mnie, gdy ujrzałem w drzwiach Mao, piorunującego mnie wściekłym spojrzeniem. Nie zwróciłem na niego większej uwagi, witając się z Ken’em. Pocałowałem go krótko na przywitanie, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do domu. Mówił przez całą drogę.
- No i wtedy Mizuki oblał Akiego wodą, a Aki kazał mu się wynosić…to tak śmiesznie brzmiało, bo powiedział to ze stoickim spokojem, jak zwykle – opowiadał radośnie, gestykulując. Nieważne, jak bardzo niepoważny by wtedy nie był, lubiłem go w takim stanie, wydawał się być naprawdę szczęśliwy. – Mizuki udał obrażone dziecko i poszedł – kontynuował. - Potem Mao chciał, żebyśmy też wyszli… - wytężyłem słuch.
- Tak? Po co?
- Pytał mnie, co z nami… - Tsurugi widocznie posmutniał.
Odchrząknąłem głośno.
- I co mu odpowiedziałeś?
- Ja… - jego głos się załamał - …nie chciałem, żeby odchodził…ale sam to zrobił… Zaczął opowiadać, że z Mizukim to był tylko jednorazowy wyskok, ale nie wiem, czy jestem w stanie mu wybaczyć.
Dojechaliśmy. Zatrzymałem samochód i spojrzałem na niego.
- Tsurugi… - spojrzałem na niego uważnie. Nie czułem łez, nawet nie chciało mi się płakać, tylko dziwne skręcanie w żołądku. Gdy ujrzałem, że się rozpłakał, cała moja pewność siebie i liderowa niezłomność gdzieś uleciały. Wyjąłem kluczyki, wysiadłem i otworzyłem drzwi od strony pasażera. Pochyliłem się nad nim, by wyciągnąć z samochodu. Przytuliłem go mocno. – Możesz u mnie zostać, jak tylko długo zechcesz.
- Ale…Kaoru…
- To żaden problem. Wejdźmy do środka.
Weszliśmy. Posadziłem go na krześle w kuchni i zacząłem robić kolację. Żaden z nas już nic nie mówił.
Postawiłem przed nim kanapki i herbatę. Spojrzał na mnie lekko podpuchniętymi od płaczu oczami i uśmiechnął się smutno. To zdecydowanie nie był ten sam figlarny wyraz twarzy, z którym podawał mi tego ranka śniadanie.
Wtedy doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie uda mi się sprecyzować naszych relacji, ale dopóki on przy mnie trwa, nie może być źle.
 Zjadł i wypił, po czym wziąłem go na ręce i zaniosłem do łóżka. Sam położyłem się obok, objąłem go ciasno i zasnęliśmy.

[5/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

05.


Zdębiałem. Przez chwilę siedziałem po prostu wpatrując się w wyświetlacz telefonu. Gdy się otrząsnąłem, zawładnęła mną złość.

Opcje > usuń wiadomość



Czy na pewno chcesz usunąć wiadomość od: Mao <3?
Tak

Nie wiedziałem, czy robię dobrze, ale nawet nie chciałem tego wiedzieć. Nie mogłem też dopuścić, by Tsurugi znów cierpiał. Z drugiej strony czułem, że właśnie wtedy zacząłem się sam wplątywać w coś ciężkiego. Zresztą wiedziałem o tym, gdy po raz pierwszy kochaliśmy się z Ken’em…i wtedy, gdy usunąłem pierwszego sms’a od Masao.
Odłożyłem jego telefon i przytuliłem ciało ukochanego mocniej do swojego. Pogłaskałem go po głowie.
- Tsuu…chodź, idziemy się położyć.
Wymamrotał coś, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Był uroczy. Zsunąłem go na miejsce obok, on się zwinął, by spać dalej. Wstałem, po czym wziąłem go na ręce i zaniosłem do sypialni. Wtedy dopiero zauważyłem, że schudł jeszcze bardziej. Martwiło mnie to. Położyłem ukochanego na łóżku, po czym sam ulokowałem się obok niego i przytuliłem go. Wymamrotał coś, układając się na moim torsie. Zasnął.
Ja w pierwszej chwili nie mogłem, bijąc się z myślami, ale po chwili doszedłem do wniosku, że to idiotyczne, po czym również pogrążyłem się w krainie Morfeusza.

Gdy się obudziłem, Tsurugi już nie spał. Spojrzałem na niego. Był widocznie zamyślony, a z jego oczu bił wyraźny smutek. Przez krótką chwilę poczułem się zupełnie bezradny. Westchnąłem cicho i przytuliłem go do siebie. Wyrwany z zamyślenia, zwrócił wzrok w moją stronę, a w jego oczach ujrzałem coś jakby przebłysk radości. Uśmiechnął się lekko.
- Dziękuję, Kaoru.
- To nowe przywitanie? Jak ci się spało? – wolałem zmienić temat, bo znów poczułem kłujące wyrzuty sumienia. Wcale nie miał wyrzutów sumienia, a wręcz przeciwnie.
- Nie… Śnił mi się króliczek, wiesz? – uśmiechnął się.
Uniosłem brew.
- Króliczek?
- Tak. Próbował chwycić w zęby swój malutki ogon i kręcił się w kółko, aż upadł. – zaśmiał się.
- Lepiej wstańmy i zróbmy śniadanie, króliczku. – stwierdziłem, kręcąc głową z rozbawieniem – mimo że coś w środku mówiło, iż wcale nie powinno mi być do śmiechu.
Poszliśmy do kuchni. Tsurugi stwierdził, że sam zrobi śniadanie, więc tylko go obserwowałem. Gdy wypiął się, sięgając patelnię. Gdy całkiem przypadkowo ochlapał sobie koszulkę wodą, myjąc talerze. I Gdy zdecydowanie zbyt sugestywnie zerkał w moją stronę, mieszając coś na patelni. Już ani trochę nie przypominał strapionego porannymi smutkami Ken’a. Za to zdecydowanie przypominał Ken’a, który chciał za wszelką cenę wyprowadzić mnie z równowagi. Wierciłem się okropnie, powstrzymując, by nie wstać, wziąć go na ręce i zanieść do sypialni. Tupałem stopą z prędkością ósemek w tempie 180. W końcu Tsurugi odwrócił się w moją stronę z pogodnym pełnym niewinności uśmiechem na ustach oraz dwoma talerzami w rękach. Postawił je na stoliku w kuchni, przy którym siedziałem. Gdy spojrzałem na niego, roześmiał się.
- Kaokao – powiedział, a ja wstałem i przyciągnąłem go do namiętnego pocałunku.
W ten sposób zrobiłem coś, na co miałem ochotę, od kiedy robił śniadanie, w skutku czego śniadanie wystygło, a my wylądowaliśmy w sypialni.
Ubraliśmy się i bez słowa zjedliśmy zimne śniadanie, popijając pospiesznie gorącą kawą. Było późno.
- Kaoru…mamy dzisiaj próbę – odezwał się w końcu.
Po moim ciele przeszedł lodowaty dreszcz. Co, jeśli się dowie o sms’ie?
- Mógłbyś mnie podwieźć? – kontynuował.
- Oczywiście.
W ten sposób zebraliśmy się z mojego lokum w około dziesięć minut.
Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, atmosfera zaczęła gęstnieć, a cisza stawała się coraz bardziej krępująca. Czy on też to odczuwał? Milczałem, dopóki nie dowiozłem go pod sam budynek wytwórni. Zaparkowałem.
- Odprowadzisz mnie? – zapytał Tsurugi z lekkim uśmiechem na ustach. Skinąłem tylko głową ze stoickim spokojem, mimo że w środku czułem się, jakbym z powrotem miał szesnaście lat. Gdy doszliśmy pod drzwi, akurat niedaleko stali Mao z Miaukim i palili, rozmawiając o czymś. Ken zatrzymał się, spojrzał na mnie i pocałował krótko. Uśmiechnąłem się i patrzyłem, jak znika za drzwiami budynku wytwórni z gitarą na plecach. Stałem tam jeszcze chwilę zamyślony, z czego wyrwał mnie mijający moją postać Mao i patrzący na mnie ze ściągniętymi brwiami. Moja twarz przybrała wyrazu „lidera nie do złamania” i wokalista Sadie zniknął. Wracając wciąż miałem w głowie jedno pytanie – co dalej?

[4/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

4.


Następnego dnia zarówno Tsurugi, jak i ja, musieliśmy udać się na próby naszych zespołów. Nasza w gruncie rzeczy minęła tak, jak zawsze – trochę pajacowania Daisuke, zamknięty w swoim świecie Shinya, który co jakiś czas pytał mnie o ewentualne korekty, Toshiya, który znalazł uciechę w towarzyszeniu Die’owi i Kyo, który miał jeden ze swoich „cichych dni”. Przedłużyłem próbę tylko o pół godziny, zmęczony zachowaniem drugiego gitarzysty i basisty – zresztą z tego, co widziałem - podobnie, jak Shinya.
Po skończonej próbie z wyobrażeniem nadchodzącej nocy i - co za tym idzie - nastrojem zadowolonego samca, wspinałem się po schodach na swoje piętro. Nie miałem najmniejszej ochoty czekać na windę. Idąc długim korytarzem, już z daleka ujrzałem postać, skuloną przy drzwiach do mieszkania. Zmarszczyłem brwi, stając przed osobnikiem, który podniósł na mnie swoje zmęczone płaczem oczy. Podałem mu dłoń, a on po niedługiej chwili konsternacji, chwycił ją i wstał. Otworzyłem drzwi mieszkania, zdjąłem buty, po czym ruszyłem za nim do sypialni. Usiadł na łóżku, a ja stanąłem w progu i oparłem się o framugę. Spojrzał na mnie smutno, a gdy z jego oczu zaczęły się lać strumienie łez, podszedłem do niego pospiesznie, usiadłem obok i przytuliłem do siebie jego wątłe ciało.
- On mnie nie chce – mówił przez łzy. – Powiedział, że to była tylko zabawa. Jestem beznadziejny, prawda?
- Cśśś… – uspokajałem go, głaszcząc po plecach. – Nie jesteś.
Jego dalsze słowa za bardzo zmieszały się z płaczem, bym je zrozumiał.

Godzinę później siedziałem na kanapie, a on leżał z głową na moich udach. Głaskałem każdy kosmyk jego włosów, próbując uspokoić. Było tak czy siak lepiej. Spojrzał na mnie z dołu.
- Wiesz… w gruncie rzeczy… Jeśli jemu na mnie nie zależało, to mi na nim też! Nie będę się przecież przejmował kimś, kto mnie po prostu… - jego głos się załamał. - …nie…kocha…
Znów się rozpłakał, siadając na mnie i wtulając się mocno. Objąłem go. Wiedziałem, że to będzie ciężki czas, ale z drugiej strony…to była moja szansa.

Kolejne pół godziny później, siedział na mnie jeszcze z mokrymi od łez oczami, wciąż kurczowo przytulając się do mojego torsu.
- Kaoru-kun…? – zapytał cicho, wręcz nieśmiało.
- Tak?
- Właściwie…co nas łączy? Dlaczego mi pomagasz, skoro jestem dla ciebie tylko…pocieszycielem?
Tym pytaniem zupełnie zbił mnie z tropu.
- Wzajemność – skłamałem. – Ty mnie pocieszasz, więc ja ciebie też, Tsurugi-chan – odrzekłem z nutką rozbawienia w głosie. Poczułem, jak rozluźnia się w moich ramionach.


Nastał wieczór. Słońce zaszło już jakiś czas temu, więc w salonie panował przyjemny półmrok, rozproszony tylko ciepłym światłem lampki przy kanapie oraz migającymi kolorowymi obrazami, wydobywającymi się z telewizora. Siedziałem na kanapie, obejmując Tsurugiego, a on wtulał się we mnie. Zapach mężczyzny, ulokowanego w moich ramionach, drażnił delikatnie nozdrza i mamił zmysły w ten przyjemnie błogi sposób, którego nie dało się uraczyć w trakcie chaotycznego stosunku. Wtuliłem nos w jego włosy i zaciągnąłem się. Mógłbym to robić wiecznie. Nie jeść, nie pić, nie spać, nawet ten cholerny tlen bym oddał, byle mieć go już na zawsze. Choć teraz pojawiła się ku temu okazja. Przybliżyłem usta do jego ucha i chciałem coś do niego wyszeptać, ale nagle usłyszałem wibracje telefonu, leżącego na stoliku przy kanapie. Zerknąłem nieufnie na telefon Tsurugiego, po czym zarejestrowałem, że młodszy gitarzysta zasnął.

Wiadomość tekstowa od: Mao <3
Hej Kocie. Wybacz, popełniłem błąd. Okropny błąd…Właściwie dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak bardzo Cię kocham i potrzebuję…proszę, wróć do mnie…jeśli nie chcesz być już ze mną, nie widzę sensu, by żyć. Kocham Cię…zawsze kochałem…Bez Ciebie całe moje życie jest strasznie ciemne…

[3/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

3.


Kolejny dzień zapowiadał się cudownie - wstaliśmy, wykąpaliśmy się i poszliśmy zrobić sobie śniadanie. Wtedy myślałem, że tak mogłoby być już zawsze. Otworzył lodówkę, ale niestety świeciła ona pustkami. Niezrażony, przeszedł pod moją ręką, gdy opierałem się nią przodem do blatu. Będąc przede mną próbował sięgnąć jajka z górnej półki, ocierając się przy tym swoimi zgrabnymi pośladkami o mnie. Przeszedł mnie dreszcz. Obrócił głowę w moją stronę i uśmiechnął się. Wspominałem już, jak wielbię jego uśmiech?
- Kaoru-kuun, pomożesz? - zerknął na jajka i znów na mnie.
Otworzyłem usta, by coś wydukać, ale nie byłem w stanie wydać z siebie ani jednego dźwięku, więc zamknąłem je. Sięgnąłem tylko pojemnik z jajkami i podałem mu, w zamian za co pocałował mnie przelotnie w nos, po czym przesunął się w bok. Wyjął patelnię z szafki obok kuchenki i sięgnął sól. Obserwując jego specyficzne ruchy, które miały w sobie trochę gracji, z każdą chwilą uświadamiałem sobie jak bardzo brakowało mi każdego szczegółu, naznaczającego właśnie jego obecność.
Podszedłem do niego od tyłu i przytuliłem go, całując w szyję. Oczywiście trochę mnie poniosło i zrobiłem to mocniej, niż zamierzałem, co poskutkowało tym, że Tsurugi wypuścił patelnię z ręki. Niefortunnie spadła ona akurat na moją stopę, ale tylko mocniej przycisnąłem go do siebie. Gitarzysta odwrócił się do mnie przodem. Był smutny. Objął moją szyję i przytulił się, a ja wtuliłem jego wątłe ciało w swoje. Pytania nie były potrzebne. Wiedziałem, co jest grane. Wiedziałem, co z nim. Za dobrze go znałem, by nie wiedzieć.
Momentami sam zastanawiałem się, dlaczego on kochał jego? Z jakiego powodu nie mógł obdarzyć tym uczuciem mnie? Mogłem dać mu wszystko, czego pragnął i potrzebował, ale…byłem tylko pocieszeniem. Tylko i aż. W sumie cieszyłem się, że chociaż to. Te upojne nocy, piękne poranki, wspólnie z nim spędzone i narastająca nadzieja, że może w końcu coś się zmieni, Tsurugi przejrzy na oczy. Mao go nie kochał. Widziałem to. Nie cierpiałem go, tak samo, jak i Mizukiego. Mao bawił się jego kosztem. Czy on w takim razie bawił się moim? Może on był tak samo nieszczęśliwie zakochany, jak ja? Mimo to, teoretycznie Mao i Tsurugi byli parą. Gitarzysta przyjeżdżał do mnie za każdym razem, gdy coś się między nimi działo. Zazwyczaj, gdy…
- Znalazłem… - powiedział cicho, chowając swoją twarz za gąszczem blond czupryny. - …znalazłem koszulkę Mizukiego…była przesączona zapachem Mao. – poczułem, jak drobne ciało w moich ramionach, zaczyna się trząść. – Potem jego spodnie…jakieś nieznane bokserki…Mao był nagi…po chwili Mizuki wyszedł spod prysznica…zaczął się śmiać… - mówił cicho, a ja przytulałem go do siebie coraz mocniej, aż w końcu zacząłem składać czułe pocałunki na jego czole. Doszedłem ustami do skroni. Potem policzka. I w końcu do ust. Zacząłem całować go namiętnie, jakby chcąc spić gorycz z jego ust. Odwzajemniał rozpaczliwie pocałunki. Miałem wrażenie, że próbował utopić w nich swój smutek. A może o nim zapomnieć?

Jego dłonie szybko zaczęły gładzić mój tors. Przyjemność pod wpływem jego dotyku, przeszywała cały mój organizm, wypełniając go unikatową endorfiną.

Niedługo później zniknęliśmy za drzwiami sypialni.



***

Uspokajaliśmy oddechy, gdy znad milczenia, wypełnionego tylko jękami, stęknięciami, wzdychaniami i dyszeniem, odezwał się Tsurugi:

- Kaoru-chan… - powiedział czule, choć w jego głosie dało się słyszeć smutek. – Dlaczego tyle dla mnie robisz? Te wszystkie chwile, które spędziliśmy razem…są dla ciebie tylko chwilami? Czy jesteś jedyną osobą, dla której naprawdę coś znaczę?

Zamilkłem. Nie odpowiedziałem.

- Kaoru…chan? – ponowił cicho. Przytulił się do mnie mocniej, a ja pogłaskałem go po plecach. Chciałem, by mógł być przy mnie już zawsze, ale nie mogłem powiedzieć mu, co naprawdę czułem. Nie mówiłem więc nic i pozwoliłem mu się rozpłakać i bić w mój tors pięścią, jedną dłonią głaszcząc jego włosy, a drugą trzymając go stabilnie częściowo na sobie. Uwielbiałem czuć to wątłe ciało tuż przy swoim. Uwielbiałem smak jego warg, nawet łzy miały w sobie coś cudownego tylko dzięki temu, że były jego.

Cierpiałem w ciszy, której nie zamierzałem zmieniać. Żyłem chwilami, właściwie to dla tych drobnych spotkań. Tsurugi, jakby nie spojrzeć, musiał coś do mnie czuć…chyba, że byłem tylko jego pocieszeniem. Nawet, jeśli miałem nim być, nie było to ważne, w końcu żyłem tymi chwilami.
Uspokajał się w moich ramionach. W końcu zasnął.

Parę godzin później, gdy Tsurugi spał jeszcze na moim torsie, przyszedł do niego sms. Wiedziony ciekawością zerknąłem na wyświetlacz jego telefonu.



Wiadomość tekstowa od: Mao <3
Sory, ciziu…fajnie było, igraszki i te sprawy, ale wszystko się kiedyś kończy. Ciao <3

Przeszył mnie lodowaty dreszcz. Miałem ochotę zerwać się, pójść do niego i mu wpier…niczyć. Potraktował go, jak jakąś cholerną sefu! (aut. sex-friend – zazwyczaj określano tak fanki, które umawiały się ze swoimi idolami na spotkania w wiadomych celach)
Spojrzałem na jego drobne ciało, pogrążoną w śnie twarz, lekko zmarszczone brwi. Westchnąłem. Wiedziałem, że otrzymanie teraz tej wiadomości byłoby dla niego zbyt bolesne.

Opcje > usuń wiadomość



Czy na pewno chcesz usunąć wiadomość od: Mao <3?
Tak

Z pełnym przekonaniem, że tak będzie lepiej, odłożyłem telefon z powrotem na jego miejsce obok łóżka i znów przyjrzałem się blondynowi, smacznie śpiącemu na moim torsie. Widok ten był wystarczająco rozczulający. Nawet nie wiedziałem, kiedy moja dłoń zaczęła gładzić jego włosy. Miał lekko rozchylone wargi i oddychał spokojnie przez sen.
Niedługo później moja „śpiąca królewna” przebudziła się i zerknęła na mnie zdziwiona.
- Miałem dziwny sen – powiedział, rozcierając oczy.
- Jaki? – mruknąłem, przyciągając go do siebie.
- Nie pamiętam – odrzekł cicho, po czym wyciągnął rękę po telefon. Błądził nią chwilę, by chwycić urządzenie i zajrzał na wyświetlacz. Słyszałem, jak wzdycha cicho, odkładając komórkę na jej miejsce i obrócił się na brzuch, kładąc na mnie.
- Kao-chaan… - uśmiechnął się do mnie, opierając brodę na dłoniach.
- Hmm? – mruknąłem.
Tsurugi uśmiechnął się szerzej.
- Mam do ciebie sprawę.
Spojrzałem na niego uważniej, również lekko się uśmiechając. Już wiedziałem, co ma na myśli, lecz mimo to zapytałem:
- Jaką?
Jego twarz nabrała trochę innego wyrazu. Wziął ręce spod brody i objął mnie nogami w biodrach, a ręce ułożył przy mojej głowie, głaszcząc po niej. Gdy jego twarz znalazła się tuż przy mojej, złączyłem nasze wargi. Rozpoczął się taniec języków, wywołujący niebezpiecznie otumaniający szum w głowie i nadprodukcję endorfiny.



Nie żałowałem usunięcia wiadomości Tsurugiego. Wiedziałem, że gdyby ją odebrał, rozkleiłby się. Oczywiście, kiedyś będzie musiał ją przeczytać, ale to dopiero kiedyś.

- Co ty na to, żebyśmy poszli pod prysznic? – wymruczałem wprost do jego ucha.
- Chętnie – blondyn uśmiechnął się i przewrócił ze mnie na plecy, usiadł i wstał, podając mi dłoń z uroczym uśmiechem na ustach. Uniosłem brew i wstałem o własnych siłach, chwyciłem go szybko obejmując w kolanach i na wysokości pleców oraz prowadząc do łazienki. Krzyknął i zaczął się śmiać, obejmując moją szyję. Moje nogi stawały się miękkie w kolanach, gdy przyssał swoje ciepłe wargi do mojej szyi. Na szczęście dochodziłem już do łazienki. Cudem otworzyłem drzwi i postawiłem go na płytkach akurat wtedy, gdy postanowił się odessać. Mój koi przyjrzał się z uśmiechem swojemu dziełu, a ja zobaczyłem w lustrze naprzeciwko pokaźnych rozmiarów malinkę.
- Oddam ci! – powiedziałem, zbliżając się do niego. Postąpił krok do tyłu w stronę prysznica, patrzył wprost w moje oczy, uśmiechając się zadziornie. Zerknął do tyłu, czy jest już dostatecznie blisko i wszedł do kabiny prysznicowej. Dołączyłem do niego, zamykając za sobą drzwi, po czym nie przerywając z nim kontaktu wzrokowego, włączyłem natrysk. Spojrzałem na jego piękną, ozdobioną uśmiechem twarz. Było cudownie. Zdecydowanie nie żałowałem usunięcia tej wiadomości.

[2/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

2.
Przez chwilę wpatrywałem się w drzwi, oniemiały, by wstać, pozbierać rzeczy, wrzucić je do prania i podążyć do łazienki. Łóżko zostawiłem w „porannym nieładzie”, by móc jeszcze raz spojrzeć na miejsce, w którym spoczywała jego sylwetka.

Wszedłem pod prysznic i umyłem się, dokonując codziennego rytuału. Ubrałem bokserki i podszedłem do lodówki. Ujrzałem parę plasterków sera, szynki, jakiś ser topiony, ketchup, kiełbasę i ogórka, ale doszedłem do wniosku, że nawet nie czuję głodu, a wręcz przeciwnie, więc zamknąłem ją i poszedłem ubrać się do końca.
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu.
Godzina: 10:52
Ilość nieodebranych połączeń: 14
Znowu?

- „Przecież próba miała być o…o cholera ósmej.”
Nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że powiedziałem Kyo, iż jak tym razem się spóźni, to mu nogi z du…nieważne. Chwyciłem telefon, pospiesznie spakowałem gitarę i wyszedłem z domu. Gdy zszedłem po schodach z dziewiątego piętra, przypomniałem sobie, że nie zamknąłem drzwi na klucz.
Gdy spojrzałem na zegarek w samochodzie, ukazała mi się godzina 11:28. Natomiast połączenia nieodebrane w jakiś magiczny sposób zwiększyły się do 32.

Gdy w końcu dotarłem na próbę, omal nie rozjeżdżając jakiegoś kota, musiałem zapalić. Paliłem. Pierwszy. Drugi. Trzeci. Myśl, błąkająca się po moim umyśle, że wypadałoby tam w końcu pójść. Czwarty i...okazało się, że opróżniłem z ostatków swoją jedyną paczkę. Ten moment los wybrał na przywoływanie w mojej głowie twarzy, której wcale nie miałem ochoty widzieć i głosu. Później tylko wspomnienia ostatniej nocy. W tamtej chwili drzwi się otworzyły, a z pomieszczenia wyszedł Kyo z fajką w ustach. Zmierzył mnie groźnym spojrzeniem i odpalił, trzymany w ustach zwitek tytoniu. Odwrócił wzrok i palił w ciszy. Był dziwny. Jak nie on.
Wszedłem do budynku, rzucając tylko:
- Za dwie minuty widzę cię w środku.
Prychnął.
- A lider-sama może się kurwa spóźniać?
Zatrzymałem się wpół kroku i odwróciłem w jego stronę.
- Kyo...
- Nie kurwa Kyo! Po chuja się z nim bzykałeś?! Wiedziałeś jak to się skończy!
Wciągnąłem powietrze z głośnym świstem. Nie wiedziałem, że rozniesie się tak szybko. Nawet nie odpowiedziałem,  po prostu wszedłem do sali prób. Shinya pogrążony był we własnym świecie, Die w widoku za oknem, a Toshiya spojrzał na mnie współczująco, gdy tylko wszedłem. Die odwrócił wzrok chwilę później, a zaraz po tym padło pytanie:
- Jesteśmy już wolni lider-sama?
Nie cierpiałem, gdy był taki. Wiedziałem, że wciąż miał do mnie żal.
- Nie. Mam nowe nuty, przegramy zaraz a vista.
Otworzyłem kieszeń w pokrowcu od gitary, ale okazało się, że jest pusta. Westchnąłem głośno.
- Gdzie te nuty? - zapytał Toshiya.
- Idźcie już.
Wtedy wszedł Kyo i zaczął zbierać swoje rzeczy, a Die podszedł do Shinyi, powiedział coś i po chwili wybuchnął śmiechem, widząc jego zdezorientowaną minę.

Do krainy fantazji przedostałem się dopiero po powrocie do domu, gdy w mojej dłoni pojawiło się płynne zbawienie o złotawym zabarwieniu w przezroczystym kuflu. Odetchnąłem głęboko i pociągnąłem pierwszy łyk, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Odłożyłem kufel na podłodze obok fotela i wstałem. Z gracją niedźwiedzia, wstającego po zimowym śnie, podszedłem do drzwi i szarpnąłem nimi.
- Czego? - warknąłem, gdy... Moim oczom ukazała się dobrze znana mi sylwetka, a osobnik rzucił się na moją szyję i przyssał do ust. Objąłem go ciasno w pasie i wciągnąłem do pomieszczenia. Do dziś nie wiem, jakim cudem doszliśmy do kanapy, po drodze przewracając tylko kufel z piwem. Dopiero, gdy byliśmy tuż przy niej, oderwaliśmy się od siebie. Zabrakło nam tchu, bo dyszeliśmy cicho, wciąż z ustami blisko drugich - w gotowości, by znów je złapać.
- To co wczoraj? - mruknąłem, a on tylko uśmiechnął się i popchnął mnie na kanapę, po czym zawisł nad moimi wargami. Objąłem go ciasno ramionami.

- Wypijesz coś?
- Chętnie, Kaoru-kun. - uśmiechnął się.
Nagi poszedłem do kuchni.
- Martini... Resztka sake... Piwo! - ucieszyłem się, idąc w stronę kanapy i przy okazji wdeptując w jakąś ciecz... Przekląłem pod nosem, zły kopiąc szklankę, która doleciała do najbliższej ściany i uderzyła w nią, zatrzymując się. Tsurugi uśmiechnął się do mnie, gdy wręczałem mu jedną z butelek, przy okazji kontemplując wzrokiem jego piękne, nagie ciało. Usiadłem obok, obejmując go jedną ręką.
- To faktycznie działa, Kaoru-kun... - posmutniał.
Objąłem go pewniej, a on wtulił się. Po chwili siedział na moich udach, wtulony w moje ciało. Milczeliśmy zgodnie, gdy on zaczął dłonią drażnić najwrażliwszą część mojego ciała.
- Zróbmy to jeszcze raz, Kaoru-kun - wyszeptał wprost do mojego ucha, a ja czułem jego gorący oddech, owiewający moją szyję. Kątem oka dojrzałem też niebezpieczny uśmieszek, czający się w kącikach jego ust, ale byłem już stracony. Moje dłonie same rozbierały go i błądziły po bladym ciele. Unikatowy zapach jego skóry doprowadzał moje zmysły do szaleństwa, a muskanie jej ustami – krew do wrzenia.