czwartek, 10 kwietnia 2014

[One Shot] Follow the night light [Kaoru/Die] (Dir en grey)

Tytuł: Follow the night light
Paring: Kaoru/Die (Dir en grey)
Gatunek: ?
Rating: brak
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Tytuł od deadmana, jak zwykle wyszło coś innego niż było w zamyśle. Zapraszam.

*
Po prostu szedłem.
Podążaj za światłem - szeptał głos w mojej głowie. - Podążaj za światłem nocy.
- Noc nie może mieć światła - wymamrotałem.
Podążaj za nocnym światłem, nie zbocz z drogi, pamiętaj - głos był nieugięty, więc szedłem dalej. Westchnąłem tylko, wyrzucając na ziemię niedopałek i chwilę później sięgając po kolejną dawkę tytoniu. Robiłem spore kroki, na zewnątrz siąpił deszcz. Nie było zimno, miałem na sobie tylko czarny t-shirt z nadrukiem i cienką kurtkę również w tymże kolorze. Miałem przez chwilę wrażenie, że ziemia, którą zostawiam za sobą, znika. Jakbym zostawiał za sobą coś bezpowrotnego. Tytoń znajomo gryzł mnie w gardło. Szedłem ulicą, na której moje stopy spoczywały od lat co najmniej dziesięciu. Więc dlaczego w tamtej chwili czułem się kompletnie obco? Mijający mnie ludzie wydawali się być cieniami, a przejeżdżające samochody jakby prowadziły się same. Nigdy wcześniej nie czułem się tak samotny, jak w tamtej chwili.
- Podążaj za...
Ze snu wydobył mnie ostry dźwięk budzika. Mamrocząc pod nosem coś o niewyspaniu, ociężale podniosłem rękę i cały ten ciężar spuściłem na budzik, który z hukiem spadł na podłogę, lecz nie powstrzymało go to przed porannym jazgotem. Nie cierpiałem go, ale tylko w ten sposób mogłem wydobyć się ze snu... Właściwie, to skłamałem. Mógł być tu jeszcze Die, który wyszeptałby mi coś zbereźnego do ucha albo dotknąłby w sposób, który burzył pracę organizmu, pobudzając krew. Mógłby nawet wylać na mnie kubeł zimnej wody, byleby tu do cholery był. Nie było go. Jedno miejsce w ogromnym dwuosobowym łóżku pozostawało wciąż puste.
Wstałem, umyłem się, ubrałem, zjadłem śniadanie i pojechałem na próbę. Kiedy wychodziłem, spojrzałem karcącym wzrokiem na budzik, który zupełnie przypadkiem znalazł się na drugim końcu sypialni i przestał działać. Mój dom był stosunkowo jasny. Ponoć tak było najzdrowiej i najtaniej. Na dobrą sprawę i tak nie spędzałem tam zbyt wiele czasu, więc uznałem to za kwestię drugoplanową w konfrontacji z europejskim wydaniem „THE UNRAVELING”, nadplanową chorobą Kyo, pracą nad nowym singlem i jeszcze planami w kwestii amerykańskiej trasy. Zapomniałbym jeszcze o wydaniu DVD z ostatniej trasy koncertowej.
Napawany optymizmem przed kolejnym dniem zaganiania moich drogich podopiecznych (bardziej eufemistycznie się tej zgrai nie dało nazwać) do roboty, udałem się do studia. Gdy wszedłem do tchnącego codzienną szarością pomieszczenia, pierwszym co wyprowadziło mnie z równowagi był Kyo, który smacznie spał na kanapie. Później w oczy rzucili mi się Toshiya i Die, którzy rzucali coś sobie oraz Shinya siedzący w grubym swetrze w kącie sali. Westchnąłem, zamykając za sobą drzwi. Włosy Die'a znów wracały do czerwieni.
Po długich i mozolnych próbach wzięcia się do roboty, skończyliśmy na piwie. Zdecydowanie był to dobry wybór, choć denerwującym było, jak nieźle już wstawiony Kyo zaczął opowiadać jakiejś rozchichotanej dziewczynie z boku, że "lider zachowywał się dziś, jakby miał PMS". Właściwie przed przypomnieniem mu, kto znajduje się całkiem niedaleko powstrzymał mnie głos Daisuke.
- Kaoru, nie przeszkadzałoby ci, gdyby ktoś dołączył?
Oczywiście, że nie, ale jak będzie się do ciebie przystawiał, rozszarpię go na miejscu.
- Jasne, że nie. O co ty mnie pytasz? - odparłem, rozsiadając się wygodniej w czerwonym fotelu. Wziąłem kufel i upiłem z niego kilka porządnych łyków ulubionego piwa. Odstawiając naczynie na stół, z ciekawością obserwowałem Die'a, który machał do kogoś ręką. Shinya z Toshiyą szeptali coś sobie nawzajem, chichocząc. Moja żuchwa cudem tylko nie spotkała się z ziemią, gdy zobaczyłem naprawdę ładną brunetkę. Była szczupła i seksowna, ale jednocześnie nie brakowało jej dobrego smaku. Od razu było widać, że to jedna z tych "porządniejszych", ale nie awanturniczych - takich, które prosperują na najlepsze żony. Zmroziło mnie na chwilę i musiałem znów skąpać wargi w złocistym napoju, gdy obejmował ją w pasie, przyciągał do siebie i przytulał. Gest miał być krótki i wyglądać dość subtelnie, ale widziałem, co się za tym kryło.
Właśnie wtedy przypomniałem sobie słowa...
Podążaj za światłem nocy...
 Jednak pomyślałem, że bardziej przydałoby mi się coś, czym łatwiej się urżnąć niż "światło nocy".
- Kaoru - zaczął Toshiya. Chciał powiedzieć coś idiotycznego, a odezwał się tylko przez ilość alkoholu we krwi.
- Czego chcesz, Hara? - zapytałem nieprzyjemnie, próbując wysączyć piwo do ostatniej kropelki. Ukradkiem zerknąłem w stronę Daisuke, który właśnie siedział obok swojej kobiety, rozebranej już z płaszcza, trzymając rękę na zagłówku za jej szyją. Była naprawdę urodziwa - niemocny, acz wyrazisty makijaż komponował się ze zwiewnymi lokami. Zwróciłem wzrok z powrotem na Toshiyę, który przyglądał mi się... z niepokojącym obłędem w oczach.
- Dlaczego tak się gapisz na Fumiko? Czyżbyś był zazdrosny? - zapytał "pijackim szeptem".
- Taktowny jak zawsze, może najpierw wytrzeźwiej? - dopiero po chwili zorientowałem się, że zrobiłem największą z możliwych głupot. Ale już wtedy to nie było ważne. Patrzyłem na Die'a, który wstawał, uśmiechając się czarująco do kobiety i dając jej bardzo subtelnego, niemal niezauważalnego buziaka w policzek. Zrobiło mi się duszno, więc kiedy tylko Die zniknął z zasięgu mojego wzroku, kierując się do baru (zapewne po drinka dla swojej piękności), a ja skorzystałem z okazji, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Przy okazji zapaliłem, próbując okiełznać myśli. Jak mogłem być tak naiwny jeszcze w tym wieku? Nie, kłamstwem by było, gdybym wyrzucał sobie naiwność.
Jestem po prostu w nim zakochany - stwierdziłem gorzko, wydmuchując z ust biały dym. Przyznałem się przed samym sobą. On miał kogoś, ja od kilku lat nie potrafiłem myśleć o nikim innym (jak ja wytrzymałem kilka lat u jego boku?). Czara goryczy powoli się przelewała. Wróciłem do lokalu tylko, by chwycić swoją kurtkę, odkleić od siebie pijanego Toshiyę i zdezerterować. Przecież Die był hetero.
W domu uznałem, że wcale nie jestem pijany i zapałałem wielką chęcią, aby to zmienić. Kolejnego dnia mieliśmy sesję, ale do tego czasu powinienem wytrzeźwieć. W końcu było jeszcze przed północą.
Włączyłem telewizor, lecz po chwili tępego błądzenia po coraz to głupszych programach, wyłączyłem go kosztem katowania odtwarzacza DVD. Odstawiłem puszkę z piwem na stoliczek obok kanapy, wstałem, podszedłem do telewizora i pochyliłem się nad półką z płytami. W oczy rzuciła mi się tylko ukochana kinówka Gundama, na której widok uśmiechnąłem się pod nosem. Wkładając ją do odtwarzacza czułem się trochę, jakbym odbywał jakiś rytuał. Dziwne uczucie.
W każdym razie włączyłem ją i kiedy już miałem siadać, chwycić puszkę z piwem oraz rozkoszować się czasem tylko dla siebie poza całą tą zgrają, która doprowadzała mnie do szewskiej pasji, właśnie wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Podszedłem do nich i otworzyłem z impetem.
- To tylko ja - roześmiał się mój niespodziewany gość, jakby na znak swoich dobrych intencji unosząc do góry siatkę, przez którą prześwitywał napis "Asahi".
Na nowych przyjaciół odpowiedziałem uśmiechem w pełni niewinnym i bezinteresownym.
Podążaj za światłem nocy - wyszeptał mistyczny głos w mojej głowie. Podążałem. Drogą pochyłą w dół zapomnienia.
- To takie idiotyczne - pomyślałem. - Przecież noc nie ma świateł.
- Gundam? - zapytał ze zdziwieniem Daisuke, przekroczywszy próg salonu i zerkając z zaciekawieniem na kolorowe obrazki migające w plastikowym pudle. Tak, wyglądał wtedy jak urocze dziecko - takie, któremu po prostu się nie odmawia.
- Sentymentalny się robisz na stare lata, Kaoru - stwierdził.
- Tak wyszło - odparłem wymijająco.
- Mogę pobyć trochę sentymentalny z tobą?
- Oczywiście - odpowiedziałem z uśmiechem, starając się jak najlepiej zatuszować łomoczące serce.
Oglądaliśmy więc Gundama, popijając kolejne i kolejne piwo z puszki aż do czasu, gdy Die oparł się o mnie, przysypiając najwyraźniej, co niezmiernie mnie zdziwiło. Odgarnąłem włosy z jego twarzy.
- Mam cię zanieść do sypialni czy sam to zrobisz? - zapytałem.
- Jestem zwłokami, nie widzisz? - stwierdził z uśmiechem, nie otwierając oczu.
Wziąłem go na ręce i zaniosłem na swoje łóżko. Skulił się i wtulił twarz w poduszkę pod swoją głową.
Uśmiechnąłem się na ten widok. Poszedłem wyłączyć telewizor, po czym położyłem się obok niego. Na swoich policzkach czułem rumieńce śmiałości. Piwo powodowało delikatny szum w głowie, a on leżał przede mną zupełnie niewinnie. Czy w ten sposób podążałbym za światłem nocy?
Zasnąłem.
Rano obudziłem się pierwszy. Po skutkach wieczornego picia nie było ani śladu, a Daisuke jeszcze spał. Marszczył brwi, jakby bolała go głowa. A może to przez promień słońca, który padał na jego twarz? No tak, słońce jest przecież światłem dnia. Nie ma światła nocy, ponieważ księżyc jedynie odbija światło, które pada na niego od słońca. Można powiedzieć, że jest bezwartościowy. Nie ma energii, potrafi tylko odbijać. Jest jak pośrednik. A gwiazdy? Tu, w Tokio uliczne światła szyldów i latarni zakłócają gwiazdy. Z daleka nocą nad Tokio rozpościera się świetlna powłoka, przez którą nawet one nie potrafią się przebić.
Może trzeba się stąd w końcu wynieść? Ale niebo wszędzie jest takie samo...
- Dzień dobry, Kaoru.

2 komentarze:

  1. Szczerze powiedziawszy czekałam tu na coś, co nie jest to Alice nine. A że jest o dirze - tym lepiej! ;)
    Ostatni akapit jest bardzo intrygujący, tak jak sam ten motyw z podążaniem za światłem nocy, zaczerpnięty z tekstu piosenki (tak?). słyszałam ją, ale nie pamiętm dobrze. W sumie nie wiem, czy dobrze zrozumiałam tego ficka, ale raczej nie zrozumiałam zachowania Die. Brakowało mi czegoś... no bo Die niby był z jakąś kobietą, niby wcześniej był z Kaoru, teraz znowu do niego przyszedł i... co? A Kaoru tak po prostu powitał go w drzwiach i dalej byli ze sobą? Hm...
    Mimo wszystko podobał mi się fick - jest dobrze napisany, z odrobiną tajemniczości.
    Ah, no i nawiązanie do trasy po Ameryce... od razu mi się przypomniało jak to marzyłam, żeby w moje urodziny być z nimi w Chicago... ;_; cóż...
    Życzę weny, a i chętnie przeczytałabym tu jeszcze coś podobnego :3

    OdpowiedzUsuń
  2. To było... Takie torche smutne, ale urocze.
    Ale odczuwam niedosyt ._. (mało mi, mało...)
    i lekkie nie zrozumienie, co sie stało z ta laską i czemu die tak se po prostu przyszedł? Hmmm chyba pozostanie to tajemnicą.
    Ogólnie fick był bardzo ładnie napisany, bardzo mi sie podobał.
    Przeczytałabym chętnie coś jescze, w podobnym klimacie *-*


    Weny :)

    OdpowiedzUsuń