Tytuł: Wiadomość
Paring: TenTen/Zill [Saburo] (KuRt/Moran)
Gatunek: ?
Rating: G
Rating: G
Ostrzeżenia: Nic, nie lubię spoilerów
Od autora: Napisane już sporo czasu temu. Następnie wrzucę pewnie kolejną część "Rei". Zapraszam.
Obudziły mnie słoneczne promienie, które wąskimi smugami wpadały do niewielkiej klitki, służącej za sypialnię. Zatrzymywały się na moich powiekach. Ściągnąłem brwi, czując wścibskie słońce, które złośliwie za cel obrało sobie podrażnienie moich biednych oczu! Gdy już się z nimi uporałem żmudnym pocieraniem, tchnięty euforycznym dreszczem, chwyciłem za telefon. Uśmiechnąłem się pod nosem, wybierając numer Saburo. Czułem się jak idiotycznie bezgranicznie zakochany nastolatek, ale nie przeszkadzało mi to, dopóki czerpałem z tego szczęście. Rozradowany oczekiwałem aż usłyszę jego cudownie pobrzmiewający poranną chrypką głos. Przez tę pierwszą chwilę, kiedy słyszę „dzień dobry” w słuchawce, zawsze mam wrażenie, że jest tuż obok i całuje mnie w czoło. Zupełnie niekontrolowanie na mojej twarzy zarysował się szeroki uśmiech.
Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość.
Zdziwiłem się. Uśmiech momentalnie zszedł z mojej twarzy, ustępując miejsca zaskoczeniu. Wybrałem numer Saburo jeszcze raz. Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Wzruszyłem ramionami, wzdychając głęboko. Pomyślałem, że pewnie spał. Nie chciałem go obudzić, więc się rozłączyłem. Później ziewnąłem i przeciągnąłem się. Myśląc o perspektywie ówczesnego dnia, na mojej twarzy znów pojawił się uśmiech. Przecież skoro on spał, ja mogłem wybrać się do lokum miłości mojego życia i obudzić ją w jakiś szaleńczo zabawny sposób. Próbując wydostać się z sypialni, ze zdziwieniem odkryłem zamknięte drzwi – zwykle tego nie robiłem. Przekręciłem klucz. Widocznie musiałem być bardzo zmęczony – pomyślałem. Niestety zanim na dobre wydostałem się z pokoju, czekała mnie kolejna niespodzianka w postaci Soana, który przysypiał wsparty plecami o wystającą framugę drzwi. Obok niego leżała paczka Pianissimo. Trąciłem go stopą.
- Co ty tu robisz? Dałbyś chociaż fajkę – stwierdziłem z rozbawieniem, przyglądając się grymasowi, który pojawił się na jego zmęczonej twarzy. Spojrzał na mnie rozczochrany, z podkrążonymi oczami.
- Taira… - był najwidoczniej zaspany, ale całe szczęście mnie rozpoznał.
- Coś się stało? Daj fajkę – uśmiechnąłem się, wyciągając rękę, ale on tylko spojrzał na mnie dziwnie i uśmiechnął się smutno. To zaczęło mnie niepokoić.
- Nie, nic – wstał, a ja minąłem go zaspanego, drapiącego się po głowie i skierowałem do łazienki. Już nawet fajki nie chciałem, bo coś tu było wyraźnie nie tak.
Po ogarnięciu się, z powrotem wyszedłem na korytarz, na którym czekał na mnie Soan.
- Taira? – zaczepił mnie.
- Tak? – spojrzałem na niego.
- Wszystko dobrze?
- Jasne, jadę do Saburo – rozpromieniłem się i zostawiłem go samego. Zamknąłem się w sypialni w celu ubrania czegoś stosowniejszego od piżamy do wyjścia na światło dzienne. Gdy misternie wybrany strój specjalnie na spotkanie z epicentrum mojego jestestwa znalazł się na moim ciele, już miałem wychodzić. Położyłem dłoń na klamce, gdy usłyszałem głos Soana, dobiegający z korytarza. Był czymś wyraźnie podenerwowany.
- No normalnie, nie wie! …skąd mam…? I co mam teraz z nim zrobić? Tak, na pewno nie żartuje! …wiem, wszyscy jesteśmy zestresowani - mówił, a ja oczami wyobraźni widziałem napięcie na jego twarzy - Postaram się, pa.
Nacisnąłem klamkę i wyszedłem, przywdziewając na twarz beztroski uśmiech.
- Jesteś głodny? – zapytałem w celu uniknięcia idiotycznych pytań pokroju „słyszałeś moją rozmowę?”. Zresztą w tamtej chwili nawet jego dziwne zachowanie nie było ważne. Liczył się fakt, że tego dnia odbywała się rocznica. – Trochę się spieszę do Saburo, ale to nic, mogę zrobić coś na szybko.
- Nie jestem. Zawiozę cię – powiedział beznamiętnie. To stawało się coraz dziwniejsze. Powietrze gęstniało.
- Nie musisz, dam sobie radę – dodałem jeszcze z wymuszonym uśmiechem, chcąc jak najszybciej wyjść.
- To nie jest propozycja – odparł. Chyba nie miałem wyboru. Posiadałem złe przeczucia i jedynie w ten sposób mogłem dowiedzieć się, co jest grane.
- Jedziemy do Saburo, prawda? – spytałem, kiedy już siedzieliśmy w samochodzie, chcąc się upewnić. W połączeniu z gęstą atmosferą, dziwną sytuacją i poczuciem, że stało się coś złego, sam nie wiedziałem, czy lepsza byłaby odpowiedź twierdząca czy przecząca.
Na nosie perkusisty opierała się para ciemnych okularów. Spod jednego ze szkiełek wypłynęła przezroczysta łza. Zmroziło mnie. Wtedy wiedziałem, że coś było nie tak i chciałem jak najszybciej zobaczyć się z Saburo.
Soan skłamał. Wcale nie pojechaliśmy do Saburo. Wylądowaliśmy za to w mieszkaniu wokalisty Moran, Hitomiego. Wysiadłem jeszcze przed perkusistą i pędem pobiegłem do drzwi mieszkania muzyka. Bywałem tam wcześniej. Z Saburo. Wokalista otworzył drzwi i poczęstował mnie swoim zupełnie niewesołym uśmiechem.
- Gdzie jest Saburo? Co z nim? – zacząłem wypytywać, przestraszony nie na żarty.
- Nie żyje – odpowiedział Hitomi bez najmniejszych skrupułów. Moje serce zaczęło walić jak szalone. Przewróciłem oczyma, spoglądając w górę. Przestąpiłem z nogi na nogę i westchnąłem ciężko.
- To jakiś żart, prawda? – zapytałem lekko drżącym głosem z wymuszonym uśmiechem na ustach.
- Zmarł tydzień temu – kontynuował. Te słowa wlewały się do moich uszu, ale zdawały się być kompletnie obce. Jakby wyrwane z innego wymiaru, nie posiadające prawa istnienia. – Rozchorował się i zmarł. Ty z kolei zamknąłeś się u siebie na tydzień i nikogo nie wpuszczałeś. Nie pamiętasz?
- Ale…dziś jest rocznica – pomyślałem.
Nie wierzyłem. To nie mogła być prawda, przecież pamiętałbym, gdyby tydzień temu wydarzyło się coś tak znaczącego. Atmosfera coraz bardziej gęstniała. Hitomi przyglądał mi się wciąż z tym samym wypracowanym wyrazem obojętności na twarzy. Soan znalazł się za mną, nawet nie wiedziałem kiedy, ale w tamtej chwili czułem jego wzrok na swoich plecach. Odwróciłem się i wybiegłem na dwór. Musiałem zapalić. Drżącą dłonią wyjąłem paczkę fajek z kieszeni, wyciągnąłem jedną, lecz wypuściłem rulonik tytoniu na ziemię, zanim jeszcze przytknąłem go do ust. Wziąłem więc drugi i zapaliłem, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Bez niego nagle wszystko wydawało się puste i duszące. Zaciągnąłem się mocno. Drżałem – moje serce, płuca, żołądek, wątroba…czułem, jak niemiarowo dygocą wszystkie moje narządy. Tak samo z moimi dłońmi, miękkimi w kolanach nogami…całym ciałem. Czułem, jakbym zaraz miał się przewrócić. Paliłem.
Na jego grobie nie pozostawiłem kwiatów. W zamian za to mimo dzielącego nas grubego kamienia, oddałem mu ostatni pocałunek.