Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lynch.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lynch.. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 czerwca 2015

[One Shot] "Gołąbek i ja" [Hazuki/Saga] (lynch./Alice Nine)

Tytuł: Gołąbek i ja
Paring: Hazuki (lynch.)/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Ostrzeżenia: -
Od autora: Opowiadanie, które mam zaszczyt Wam przedstawić miało stanowić swoiste pożegnanie z Hazukim. Na pewno już nie wrócę do łączenia go z Akim, do niego samego raczej także, więc postanowiłam za pomocą teraźniejszości pożegnać się z przeszłością. Narratorem jest Hazuki.

*
To zdarzyło się zupełnym przypadkiem. W gruncie rzeczy jedynym, co nas łączyło była wytwórnia płytowa i to właśnie ona pełniła kluczową rolę w konsekwencji dalszych wydarzeń. A właściwie jej błąd. Kto by pomyślał, że spośród dziesiątek zespołów, akurat drogi naszych się skrzyżują? Wszystko było pomyłką. Głupim niedopilnowaniem. Gdy przyszliśmy w czteroosobowym składzie do studia nagrań, wszystkie pomieszczenia były aktualnie zajęte.
- Reo dzwonił, że się spóźni - powiedział Yusuke, a ja skinąłem tylko głową. Nie zadowalała mnie ta wersja wydarzeń, ale nie mogłem nic na to poradzić.
Był już wieczór, robiło się coraz później. Asanao nerwowo podrygiwał nogą, a atmosfera zgęstniała. Nikt nie lubił spóźnień. Drzwi pozostawały wciąż zamknięte i nikt do nas nie przychodził, a było już dziesięć minut po czasie. Wtedy po prostu kazałem moim współpracownikom pozostać przy sali nagrań, a ja podążyłem na zwiady. Pierwszą napotkaną przeze mnie osobą był jakiś pracownik, pierwszy lepszy dźwiękowiec, techniczny czy cholera go tam wie. Podałem numer studia i zapytałem o warunki, a on tylko zmieszał się.
- Zespół lynch. był zapisany na dziś, prawda?
- Z tego, co widziałem na rozpisce, jest tam dzisiaj Alice Nine, właśnie idę w tamtą stronę. Najmocniej przepraszamy za to ogromne nieporozumienie. Postaram się, żeby jeszcze dzisiaj zostali panowie obsłużeni - zgiął się wpół, a ja tylko westchnąłem z irytacją.
Odprowadził mnie do drzwi, pod którym czekali pozostali członkowie zespołu i zguba-Reo.
- Najmocniej przepraszam, zostawiłem gitarę w domu i musiałem się cofnąć - zgiął się wpół, dukając standardową formułkę.
Gdy facet-od-cholera-wie-czego włożył klucz do zamka, o dziwo nie był w stanie go przekręcić. Na jego twarzy zarysowało się zaskoczenie. Wyjął klucz i nacisnął klamkę. Drzwi były otwarte, a w środku w najlepsze bawili się członkowie Alice Nine. Kojarzyłem ich z widzenia, pobieżnie, jako-tako. Słyszałem kiedyś, że Kyo z Dir en grey raz wybzykał jednego z nich. Rozejrzałem się. Perkusista grał na niewidzialnym instrumencie, siedząc na krześle, gitarzysta stroił instrument, marszcząc się jak pomarańcza, wokalista krążył w kółko jak paralita, a na jakimś z dupy wziętym stole siedziały dwa męskie gołąbeczki. Świetnie - pomyślałem. - Trafiłem do przedszkola dla niepełnosprytnych. To zdecydowanie nie był mój szczęśliwy dzień. Usadowiliśmy się gdzieś pod ścianą i czekaliśmy. "Facet" po prostu wyszedł. Jakiś czas później wrócił ktoś inny i wziął na nagrania wszystkich po kolei... wszystkich, tylko nie mnie. Powiedzieli mi, że muszę czekać. W tym czasie zdążyłem się dobrze poprzyglądać tym całym Alice Nine. Wokalista patrzył na mnie jak wiewiórka - z iście zwierzęcym zaciekawieniem, perkusista uśmiechał się za każdym razem, kiedy odwróciłem głowę w jego kierunku. Gitarzysta po prostu siedział i grał. Największym ewenementem były dla mnie dwa gołąbki, które ciągle szeptały sobie jakieś sprośności i macały się po kolanach. Przez cały czas zastanawiałem się tylko, z którym z tych dzieciaczków mógł przespać się Kyo. Na pewno nie z gołąbkami. Kiedy patrzyło się na nich z boku, wyglądali jak pajace. Jeden, w czarnych włosach wydawał się być drugim oczarowany. Jego oczy świeciły niezdrowo, a usta same rozciągały się w szerokim uśmiechu zakochanego idioty. Przez chwilę pomyślałem, że może ćwiczą fanservice, ale dłoń zaciśnięta na kolanie szybko rozwiała moje wątpliwości. Nie wiedziałem, że w całej Japonii znajdzie się ktoś na tyle niewychowany, żeby z taką perfidią okazywać sobie uczucia. Tym bardziej, że nie wyglądali na rozwydrzonych nastolatków. Już bliżej im było do ruchliwych pięciolatków. Jeden siedział na drugim i całował go lekko, zwinnie, ze swoistą przekorą. Drugi zdawał się chcieć być wodzony za nos, bo tylko oddawał i szczerzył się, gdy tamten kładł mu palec na ustach. Migdalili się praktycznie co chwilę, a cała reszta zdawała się nic sobie z tego nie robić. Gdzie ja trafiłem? Członkowie mojego zespołu zmyli się od razu po swoich nagraniach, a ja miałem tu czekać... Doprawdy, to był jakiś absurd. Potem czarny dał zawadiace buziaka w szyję. Przez nich aż przypomniałem sobie, jak dawno nikogo nie bzyknąłem. Dlaczego...? Nie mogłem tego znieść, więc po prostu wstałem i wyszedłem na fajkę. Gdy znalazłem się przy drzwiach, usłyszałem tylko, jak jeden z nich mówi "idę po kawę, zaraz przyjdę". Nie zwróciłem na to szczególnej uwagi, po prostu jak najszybciej wyszedłem na dwór.
Ten dzień to jakiś absurd. Było już zupełnie ciemno. Wyjąłem z kieszeni paczkę fajek i zapalniczkę. Po prostu zaciągnąłem się tytoniem. Na niebie świeciły gwiazdy, były gęsto usiane jak brokat. Uśmiechnąłem się do siebie. Tej nocy niebo było wyjątkowo jasne, a gdzieś niedaleko szeleściła foliowa siatka. Wtedy drzwi otworzyły się, a z budynku King Records wyszedł jeden z gołąbeczków. Zawadiaka. Skrzywiłem się, widząc jego obojętną minę. Wyglądał inaczej. Miałem nadzieję, że może pomyliły mu się drzwi i wcale nie chciał tu przychodzić. Na wszelki wypadek udawałem, że wcale go nie widzę. Niestety żadna forma ignorowania jego obecności nie powstrzymała nachalności jego osoby. Jego spojrzenie było wręcz palące i uznałem je za najbardziej rzeczywistą i dobitną rzecz w nim aż usłyszałem jego głos. Nie mógł mówić do nikogo innego, w końcu tylko ja znajdowałem się przed gmachem wytwórni. Dalsze lekceważenie jego obecności było niemożliwe, więc po prostu odwróciłem się przodem do niego z miną godną zniechęconego leniwca, a on tylko roześmiał się w przyjemnie melodyjny sposób.
- Co mówiłeś? - odezwałem się od niechcenia. Nawet nie chciało mi się silić na uprzejmości.
- Daj mi fajkę - powiedział, zawadiacko przekręcając głowę i zanim zdążyłem otworzyć usta, by powiedzieć, że ich nie mam, bo zgubiłem, wpadły pod samochód, gdy usłyszały jego kroki albo porwała je pobliska wiewiórka, on dodał - masz je w tylnej kieszeni spodni, cholernie wystają.
Zatkał mnie. Na jedną trwającą wieczność chwilę mnie zatkał. On - gołąbek, basista jakiegoś poprockowego zespoliku od PSC.
- Jasne - odparłem z wymuszonym uśmiechem i podałem mu paczkę.
Nawet nie pamiętałem, że chowałem ją do tylnej kieszeni...
Wsadził jednego papierosa do ust i spojrzał na mnie sugestywnie.
- Czyżby druga kieszeń? - na jego twarz wypłynął uśmiech. Czy ten dzieciak mnie podrywał? Przestąpiłem z nogi na nogę. Było zimno. Jakby wraz z nim przyleciał chłód nocy. Zmarszczyłem brwi. Gołąbek był nieznośny.
- Nie powinieneś stać tu ze mną, chyba ktoś na ciebie tam czeka - odrzekłem sucho.
- Zamiast mnie pouczać powinieneś odpalić mi fajkę - powiedział, przybliżając się do mnie z papierosem w ustach. Przewróciłem oczami i wyjąłem zapalniczkę. Znajdował się tak blisko, że pod nosem czułem zapach jego androgynicznych perfum. Woń zdrady unosiła się w gęstniejącym pomiędzy nami powietrzu. Czułem się autentycznie skołowany, jakby pomimo różnicy wieku między nami, w nim znajdowało się coś przytłaczającego moją osobowość. Był górą, choć pod względem wzrostu raczej się nie różniliśmy. Wiedziałem, że jeżeli teraz stąd nie ucieknę, on bez najmniejszych skrupułów rozetnie pieczęć na moich namiętnościach, które zamknąłem już dawno temu. Nie chciało mi się wierzyć, że jeden długonogi wypierdek może tak oddziaływać na mnie. Że ktokolwiek jeszcze potrafi mnie poruszyć. Nonsens. Zerknąłem na niego. Stał bokiem do mnie, więc widziałem jego profil. Miał duży nos i usta, które wyglądały na bardzo miękkie. Nie grzeszył urodą, nie był w moim typie, a mimo to... Cholera. Przyglądałem mu się trochę za długo, gdyż wyłapał to spojrzenie i skierował swój wzrok na mnie. Wypuścił kłąb białego dymu prosto na moją twarz i uśmiechnął się. Zacząłem machać ręką, by rozwiać białe kłąby, lecz zanim zdołałem cokolwiek uczynić, przed moją twarzą pojawił się on i jedynie otworzyłem niemo usta, by coś powiedzieć, a jego wargi już na nich spoczywały. Były miękkie, namiętne i chętne. Wiedziałem, że już nie mogę się wycofać. Ściągnął mnie na samo dno swoich namiętności gdy tylko zobaczyłem go po raz pierwszy. Dopiero w tej chwili uświadomiłem sobie, jak staranna była prowokacja w studio i jak bardzo głupi oraz przewidywalny się okazałem. On wszystko wiedział, on to planował. Wtedy byłem tego pewny.
Nawet nie wiedziałem, kiedy pchnąłem go na ścianę. Papieros upadł na ziemię. Zgasiła go zapewne któraś z nielicznych kropli deszczu, jaki zaczął powoli sączyć się z nieba. Był jak smoła. Oddawałem namiętne pocałunki. W moim sercu coraz wyraźniej rysowało się brzemię.
To on wysunął się spomiędzy moich ramion i pociągnął mnie za koszulkę do środka. To on zwinnie podążył do opustoszałej łazienki, wciągając mnie do jej odmętów za sobą. Widziałem poszarzałe w ciemności płytki. Jego chłodne dłonie błądzące pod moją koszulką, rozbierające mnie z namiętnością, której nie dało się oprzeć. Ja chciałem, pragnąłem go tak bardzo, że nie potrafiłem nad tym zapanować.

Sapaliśmy. Po wszystkim stał jeszcze chwilę przede mną z rozpiętymi spodniami ściągniętymi do kolan. Drugi gołąbek grzecznie czekał. Dyszałem z nim, opierając się o jego plecy, czując ich fakturę na swoich sutkach. Czułem go. Jego skóra była gorąca. Miałem ochotę go zatrzymać, ale on tylko ubrał się i uśmiechnął do mnie wstrętnie. Ostatnim, co pozostawił mi po sobie był ślad mokrych ust na policzku.

Gitarzysta czekał grzecznie. Gdy wróciłem z powrotem do sali nagrań, widziałem, jak Saga leży na kolanach swojego parntera. Myślałem, że spał, ale tylko przez chwilę, bo dźwięk zamykanych drzwi sprawił, że otworzył oczy i spojrzał na mnie. Uśmiechał się, jednak tylko przez chwilę, by powrócić do swojej maski grzecznego kochającego chłopca.

sobota, 4 stycznia 2014

[3/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)

03.quietus

Tup tup tup. Szedłem przed siebie.
Bu-bum bu-bum. Serce biło tak boleśnie.
Lewo prawo. Rozejrzałem się niespokojnie. Nikt czasem za mną nie idzie? Nie…towarzyszy mi tylko ciemność. Zbliżałem się do domu, spowitego światłem. Tam miałem ujrzeć coś, czego widzieć nie chciałem. Musiałem zniszczyć brud z mojego życia, albo sam umrzeć. Czułem bolesną pustkę. Moja egzystencja miała wartość zerową.
Tup tup tup. Drzwi. A co, jeśli będą zamknięte? Rozejrzałem się. Wyważę je. Pustka przeplata się z nienawiścią, tworząc otchłań. One dadzą mi siłę.
Moje ciało przeszył dreszcz, a na twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. W końcu moje nieszczęście miało zostać zakończone. Jednym ruchem wszystko miało rozpłynąć się. Moje niebo miało powrócić. Kwiat miał zakwitnąć się na nowo. Otchłań miała zamienić się w bezpieczny grunt. A gdyby ziemia nie powróciła, niebo wciąż byłoby niewidzialne, a kwiat zgniły, jak teraz? Wtedy…to bez znaczenia. Liczy się tylko tu i teraz. Byle dać upust emocjom. Byle zasmakować trującej krwi. Jej smaku, faktury dłońmi, koloru oczami…posmakować kolor. Wyczuję, czy jest szkarłatna, brunatna, a może ma jaskrawy odcień?
A moja krew? Nadgarstek…nie, później jej zasmakuję. Porównam ich smaki. Może to on? Może to smak mojej krwi, który wyczuwałeś przez skórę, był nieodpowiedni?
Razem z nim…znikną wszystkie moje zmartwienia, prawda? A przede wszystkim jedno. Dławiący żal. Już nigdy nie będę gorszy. Spojrzę na niego, na mojej twarzy zaigra szyderczy uśmiech. Zapytam, czy chce żyć. Zobaczę panikę w jego oczach… To będzie takie…cudowne! To musi być cudowne! Satysfakcja, że wreszcie…nareszcie! To ja będę górą. Patrząc, jak skomlesz, błagając o litość, uśmiechnę się pogardliwie i wypowiem ostatnie kłamstwo…och nie! Nie tak szybko…spełnienie jest tuż obok. Za tymi drzwiami, w głębi tego domu. Klamka. Otwarte! Jak nieostrożnie. A może się mnie spodziewa? Może tak naprawdę pragnie śmierci przez to, co sam mi zrobił? Niemożliwe…ludzie nie są altruistami. Zrobił to z premedytacją, cholernie egoistycznie.
Czwarta szuflada…chochla i wreszcie upragniony…tasak. Chwytam go. Jest całkiem ciężki i pokaźny. Czuję się niczym dziewczynka z Higurashi no naku koro ni. To takie ekscytujące, choć nigdy nie byłem zapalonym otaku.
Spojrzałem. Obciąłem mu łeb. Poleciał w bok, na ziemię. Postawiłem na nim nogę. Zobaczyłem…krew

Aki…kocham cię tak mocno…wciąż…nieważne, co się stało. Te wszystkie chwile, które przeżyliśmy razem zostały tak okrutnie przekreślone w jednej chwili. Przekreślone przez niego! On jest temu winien! Ale nie martw się, Aki…już niedługo nasz problem zostanie rozwiązany. Znów dosięgniemy szczęścia!
Przed wejściem leży brązowa wycieraczka. Okaerinasai. To takie urocze! Ale Aki nie poleciał na gówno do wycierania podeszwy buta, którym zmiażdżę jego głowę…jego…tego, który zabrał mi cały świat…dla kaprysu? Nie obchodzi mnie to.
Buty. Czyli jednak tu jest. Zostawiam swoje. Chyba nawet z przyzwyczajenia.
Mój ukochany, będziesz ze mnie dumny, gdy udowodnię ci, że zrobię wszystko dla szczęścia Twojego, mojego…naszego. Chłód przeszywa moje ciało, mimo że czuję, jak ciepło jest w pomieszczeniu. To na pewno jego wina. Kiedy on zniknie…powróci ciepło. Na pewno. On…Aki, on jest temu winien. Dlaczego tego nie widzisz? Nie chcesz? A może widzisz, ale nie chcesz odwrotu? Przyszedłem tu, by…
Korytarz. Rozglądam się. Komoda, lustro…można by je rozbić o jego głowę, czyż to nie urocze? Albo jego głowę o nie. Ach, gdyby miał dwie głowy, mógłbym sprawdzić, w którym przypadku wykrwawi się szybciej. Kwiatki. Doniczka z kwiatami na komodzie. Przeszedł mnie dreszcz, a uśmiech zszedł z mojej twarzy. Wiedział? Aki, powiedziałeś mu? Szydzi ze mnie!
Kuchnia… szuflada pierwsza – przyprawy. Można by go otruć, ale nie mam czym. Cyjanek potasu. Szkoda, że nie trzyma go w domu, choć może…? Kto może wiedzieć?
Druga szuflada – słodycze. Niedługo poczuję słodycz lepszą od każdego wyrobu z dodatkiem cukru na świecie!
Trzecia szuflada – sztućce. Łyżeczki, widelczyki, widelce, noże…a gdyby mu wydłubać oczy? Można to zrobić na tyle sposobów! Zrobię Ci z nich biżuterię, co Ty na to, Aki?
Noże…ale małe…za małe…
Wyszedłem z kuchni. Znowu komoda. Kwiaty. Ironicznie fioletowe. Ironicznie kwitnące. Ironiczne w samej swojej obecności. Nawet ich główki zdają się uśmiechać, szydzić…wcale nie jestem od niego gorszy! Nie będę…to on zacznie skomleć, jak pies!
Kwiaty...Wziąłem je. Podszedłem do okna i wyrzuciłem, lecz na tyle cicho, by nie zostać usłyszanym.
Tup tup tup. Schody. Pierwszy stopień. Całym moim ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy usłyszałem jęk. Moje serce znów zaczęło walić, jak oszalałe, a ciało niekontrolowanie drżeć. W jednej dłoni trzymałem nóż. Drżała. Druga była zaciśnięta w pięść. Również drżała. Co się ze mną dzieje? Drugi stopień. Trzeci. Czwarty. Coraz mocniejsze drżenie. Coraz głośniejsze, intensywniejsze jęki. Drzwi. Tuż przede mną. Tylko one dzieliły mnie od szczęścia. Miałem ochotę rozpłakać się z radości, że już zaraz… jeszcze tylko chwila i wszystko zostanie naprawione! Uczynię to własnymi rękami. Położyłem dłoń na klamce i nacisnąłem ją. Jęki nie ustawały. Otworzyłem drzwi. Łóżko. Przewrócona butelka. Dwie pary kapci tuż przy posłaniu. Ciało. Mój Aki cały nagi. Taki, jakiego tylko ja mogłem oglądać! Widziałem tylko jego nogi, wystające spomiędzy brudnych ud tego…
Wiedziałem, że to on. Rozpoznałbym go wszędzie. Bezszelestny krok. Pierwszy, drugi…
On nad nim. Ta bestia! Ten obrzydliwiec! Całował mój świat, spoczywający pod nim, jakby był nic niewart. Chciał wyładować na moim ukochanym swoje żądze? Dlatego mi go odebrał?
Podszedłem do nich. Wtedy Aki otworzył oczy. Poczułem, że uśmiech schodzi z mojej twarzy. Jedna dłoń dołączyła do drugiej, zaciskając się na rękojeści tasaka, zamachnąłem się i…chlusnęła krew. Zarżnąłem go, jak świnię. Wtedy do moich oczu napłynęły łzy szczęścia…
…Aki…dużo krwi…był ranny…za dużo krwi!...był martwy…zabiłem nie jego, a ich. Przeciąłem go…Akiego…mojego ukochanego…dlatego…to samo musi stać się ze mną…ale on…Mizuki…nie żyje…teraz pójdę do Ciebie, mój ukochany. Spotkajmy się w niebie.
Chłód ostrza przy gardle.
Zamachnięcie.
BÓL.

Ciemność…

niedziela, 24 listopada 2013

[2/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)


02.decay

W trakcie próby usłyszałem dzwonek telefonu, świadczący o dojściu wiadomości i zarządziłem przerwę. Tego dnia byłem z siebie wyjątkowo zadowolony – planowałem wziąć Akiego na kolację. Miałem już zarezerwowany stolik w restauracji, a nawet pokój hotelowy, żebyśmy mogli ze spokojem się napić i należycie spędzić noc. Uśmiechnąłem się na samą myśl…
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Wiadomość od Akiego…
Wybacz, nie umiem kochać. Nie możemy być razem, ja nie potrafię… Jestem zbyt niedojrzały na Twoje uczucie, to kompletnie inny poziom…wybacz mi. Może jeszcze kiedyś nauczę się kochać… Żegnaj,Hazuki”
Zamrugałem ze zdziwienia i jeszcze raz uważnie przeczytałem wiadomość. Zmroziło mnie. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. Chwilę mi zajęło, zanim byłem w stanie coś zrobić poza wpatrywaniem się w ekran telefonu. Poczułem ścisk w żołądku. Nie mogłem dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Wybrałem numer Akiego. Myślałem, że może to żart, ktoś mu ukradł telefon, albo w najgorszym wypadku pomylił numery, choć nie przypominałem sobie, by znał innego Hazukiego. Nie odebrał. Mimo to we mnie tliła się jeszcze krzta idiotycznej nadziei. Poczułem dłoń na ramieniu. Gdy się odwróciłem, za mną stał Yusuke. Reo z Akinorim śmiali się z czegoś, pokazując sobie bliżej nieokreślone znaki na migi.
- Hazuki? Wszystko dobrze? – zapytał Yusuke, zdejmując dłoń z mojego ramienia.
Przytaknąłem niemrawo.
- Możemy zaczynać?
- Wiesz… Coś mi wypadło, przećwiczcie resztę beze mnie – powiedziałem, pospiesznie wychodząc.
Na dworze uśmiechnęło się do mnie jakże ironiczne słońce. Byłem skołowany. Wpatrywałem się w chodnik. Serce próbowało za wszelką cenę wyrwać się z mojej piersi. Co to miało znaczyć? Wygrzebałem z kieszeni paczkę fajek i odpaliłem jednego. Aki nie lubił tytoniu na mnie, więc będąc z nim bardzo się ograniczałem, ale w tamtej chwili o niczym innym nie marzyłem tak bardzo, jak o zbawiennej dawce trucizny, która wpuszczana do organizmu, przyciągała do siebie cząsteczki stresu, bym mógł wypuścić go wraz z dymem. Wypaliłem jednego. Serce waliło wciąż tak samo. Żołądek wciąż był niemiłosiernie ściśnięty. Do oczu cisnęły się suche łzy, a na domiar złego zaczęły drżeć moje dłonie. Panikowałem. Zapaliłem więc drugiego.
Potrzebowałem wyjaśnienia. „Nie potrafię kochać”? Przecież już przez to przeszliśmy…razem. Zagryzłem wargę. Wtedy postanowiłem do niego pojechać. Podróż dłużyła mi się niemiłosiernie i byłem wyraźnie spięty. Gdy już dotarłem, nikt mi nie otwierał. Czekałem do nocy. Później wróciłem do siebie. Wskoczyłem pod prysznic, ale on też nie był w stanie zmyć ze mnie goryczy. Później wszedłem do łóżka. Nie spałem. Leżałem tępo wpatrzony w sufit. Myślami znajdowałem się kilka miesięcy wcześniej, co dodawało mojej goryczy znamię tortury.
Całą wieczność później niebo zaczęło się rozjaśniać. Słońce powoli pojawiało się za horyzontem. Zwykle wschód po zarwanej nocy mijał mi o wiele szybciej. Powinienem wtedy napisać do Yusuke, że mnie nie będzie… Ostatecznie postanowiłem, że zrobię to później.
Wraz z odejściem Akiego wszystko w jakiś nieprawdopodobny sposób straciło swoją dotychczasową wartość. Gdy w nocy chwyciłem bas, każda melodia falami wypływająca spod moich palców, zdawała się być pusta. Tak, jak ja sam. Odłożyłem go stosunkowo szybko jak na mnie. Lubiłem to, ale w tamtej chwili… Wszystko stało się niczym. Opanowała mnie pustka.
Kilka dni później odwiedzili mnie pozostali członkowie zespołu. Dostali się do mojego domu zupełnym przypadkiem, kiedy wychodziłem po niezbędny do funkcjonowania tytoń (jeśli nie ta, to może następna wreszcie da mi ukojenie…). Równie przypadkowo dowiedziałem się, że Aki spod moich skrzydeł wskoczył prosto w ramiona Mizukiego.

<< Poprzedni rozdział                                                                                                 Następny rozdział >>

piątek, 2 sierpnia 2013

[1/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)

Od autora: Bo wszystko ma swój koniec.

01. Nascency
Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno. Wpadał przez okno sypialni, rzucając srebrzysto-białe światło na ogromną dębową szafę. Widziałem smugę światła tylko kątem oka, gdyż cała moja uwaga skupiona była na leniwym, acz miarowym przeczesywaniu włosów ukochanego, który leżał z głową wspartą na moim torsie. Jedną ręką obejmował mnie w pasie.
Nie mogłem spać. Patrzyłem na jego pogrążoną w śnie twarz. Miał zamknięte powieki, pełne usta, trochę przesuszone. Był taki, jak zwykle, a mimo wszystko coś wzbudzało mój niepokój.
- To absurdalne – pomyślałem – boję się niczego. Przecież nic nie ma prawa się stać.
Dopiero wtedy, stłumiwszy duszące serce uczucie, udało mi się usnąć.
Dziwne.

Obudziłem się. Otworzyłem powoli oczy, rozglądając dookoła, ale czułem tylko ciepło, bijące jeszcze z miejsca obok na łóżku, natomiast Akiego ujrzałem dopiero w drzwiach. Stanął, patrząc na mnie niepewnie. Uśmiechnąłem się do niego, usiadłem i skinąłem głową, by podszedł. Zachwiał się i zaczął zbliżać w moją stronę. Gdy tylko znalazł się w zasięgu moich rąk, złapałem jego dłoń, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem łapczywie. Poczuwszy lekkie drżenie jego ciała, zacisnąłem mocniej palce na jego dłoni. Zaczął się rozluźniać, a ja przybliżyłem się do niego, całując pełne wargi. Wsunąłem między nie język i zacząłem penetrować ich wnętrze. Cudowna chwila. Jedna z tych, które lubiłem najbardziej, gdy mogłem znajdować się zupełnie blisko, nie czując bijącego od niego strachu. Widziałem to już na samym początku, gdy tylko go poznałem. Pierwszy raz zdarzyło się, żebym odczuwał aż tak ogromną potrzebę pomocy komuś. Jemu. Czułem się, jak dziecko, pobudzony hormonami nastolatek, poddając przyjemnemu ciepłu i endorfiną, która rozlewała się po całym moim organizmie. Było pięknie.
Położyłem się na nim, nie przestając całować. Splotłem palce naszych dłoni tuż przy jego twarzy. Byliśmy nadzy. Oderwałem się od jego ust i zacząłem wargami pieścić resztę ciała. Słyszałem ciche jęki. Ja i on byliśmy szczęśliwi, więc nie było w tym nic złego.
Dyszałem, wychodząc z niego i kładąc się obok. Przytulił się do mnie niemal od razu. Właśnie wtedy czułem się panem całego świata.
- Hazuki? – usłyszałem cichy głos.
- Tak? – mruknąłem zadowolony.
- Kocham cię – powiedział ledwo słyszalnie.
Uśmiechnąłem się niekontrolowanie szeroko.
- Zdecydowanie nie pasujesz na zakonnicę, kocie.
Zamilkł.
- Chodź pod prysznic.
- Uhm.
Poszliśmy. Najpierw ja, potem on. Otworzyłem drzwi do kabiny i wpuściłem go, po czym sam dołączyłem. Odkręciłem wodę i przywarłem do jego warg. Woda, spływająca po naszych ciałach tylko wzmagała wrażenia. Kochaliśmy się po raz drugi.
Umyłem dokładnie jego ciało, potem on zrobił to samo z moim. Na jego twarzy prawie w ogóle nie pojawiał się uśmiech.
Gdy go wycierałem, spojrzał na mnie nieśmiało. Pierwszym słowem, który cisnęło się na moje usta było uroczy.
Właściwie to on nauczył mnie szczęścia. Wcześniej żyłem dla siebie, ze sobą…wydawało mi się, że dobrze radzę sobie w życiu, a właśnie ta zwyczajna egzystencja jest szczęściem. Nic bardziej mylnego. Prawdziwą radość z istnienia odnalazłem właśnie w nim.
- Czy… czy ty, Hazuki, na pewno chcesz być ze mną? Ja… nie potrafię kochać.
- Jasne, że chcę. Przecież widzę, że na mnie lecisz, zakonnico – zaśmiałem się, on też. – Miałeś bardzo zgrabny tyłek w tym habicie – uśmiechnąłem się i pocałowałem go namiętnie. Lubiłem zatracać się w uczuciu bliskości jego ust, ciała czy nawet swoistej synchronizacji naszych organizmów. To wszystko było tak przepiękne, słodkie i mdłe, że aż można było tym rzygać, lecz ja zachłysnąłem się ślepym szczęściem miłości, które nie przepada za wymiocinami.
Kochaliśmy się – nie, nie uprawialiśmy seksu. Nigdy tego nie robiliśmy. Zawsze się kochaliśmy. Nieważne, czy to ja jego, czy w późniejszym okresie on mnie…nigdy nie było to mechaniczne, gdyż każdy ruch wypełnialiśmy uczuciami.
Konflikty żegnaliśmy dość szybko. Zdarzyło się, że zbił lustro, by się pociąć. Już nawet nie pamiętam o co poszło, lecz od tamtej pory nie spuszczałem go z oczu.
Było cudownie. Idealnie. Niczym słodycz…ale nieporównywalna do ciastek czy bzów. Słodycz, której smakuje podniebienie serca. Słodycz, która jednocześnie jest…trucizną.

                                                                                                                                  Następny rozdział >>

poniedziałek, 25 marca 2013

[one shot] "Różana chwila" Hazuki(lynch.)xAki(Sadie)

Od autora: Pisane z punktu widzenia Hazukiego.

Kolejny rok.
Stoję w pustym pokoju, spowitym mrokiem. Żaluzje w oknach są zasłonięte. Siedzę na kanapie, obok mnie jest mały stoliczek, a przede mną telewizor. Pomieszczenie nie jest zbyt wielkie, zaś dalej łączy się z kuchnią, acz…czy to ważne?
Sięgam na oślep w kierunku stolika. Pod moimi palcami pojawia się śliski materiał, zaciskam na nim dłoń i zabieram. Dotykam go też drugą dłonią. Badam fakturę. Przed oczami mam karmazynowy kolor…
Zaledwie dwanaście miesięcy temu wszedł do tego pokoju trochę za wcześnie. Wciąż pamiętam iskierkę rozbawienia, która rozbłysła w jego oczach, odbijając się na poruszonych lekko kącikach ust, gdy zobaczył mnie zupełnie nagiego, zaplątanego w czerwoną wstążkę. Wpadłem na genialny pomysł, żeby na urodziny podarować mu siebie.
Na mojej twarzy pojawia się gorzki uśmiech.
Nie ma go. Zniknął. Nieważne, ile razy otwierałbym oczy i przecierał je, chcąc zbudzić się z najgorszego koszmaru, jaki mógł mi się przytrafić, przede mną zawsze widniałaby pustka.
Puszczam śliski materiał karmazynowej wstążki, która osuwa się w dół i spada w nicość.
Moje palce znów wyciągają się w kierunku stolika. Tym razem muszą podążyć dalej, by poczuć ukłucie bólu. Odruchowo odsuwam rękę, by po chwili znów ostrożnie chwycić nią gładką gałązkę pomiędzy kolcami. Przysuwam kwiat do swojej twarzy i topię nos w płatkach, przez chwilę otumaniony zapachem. Nie jestem w stanie opisać go słowami, jest zbyt niezwykły. Mógłbym go jedynie porównać do niego i miejsca w moim życiu, które zajął.
Czuję nieprzyjemne ukłucie żalu gdzieś w duchowym wnętrzu. Tchnięty nagłym kaprysem, odrywam jeden z palców, spoczywających na bezpiecznej łodydze i dotykam kolca stwardniałym opuszkiem. Początkowo delikatnie, później coraz mocniej, aż kolec przebija się przez warstwę naskórka, zostawiając w palcu niewielką dziurkę.
Właściwie po co?
Chwytam znów łagodną część kwiatu i upuszczam go, a on spada w nicość.
Wyciągam znów dłoń, jeszcze dalej, niż poprzednio. Zaciskam palce na metalowej rączce. Przyciągam go do siebie. Czuję chłód metalu na skroni…
Żegnaj.
…i pogrążam się w nicości.

wtorek, 27 listopada 2012

[1/x] Illusion [Hazuki/Aki] (lynch./Sadie)

Tytuł: Illusion
Paring: Hazuki(lynch.)/Aki(Sadie)
Rating: ?
Gatunek: ?
Ostrzeżenia: ?
Od autora: To miało nie ujrzeć światła dziennego...
Dziwne,niezrozumiałe,"moje"...ponoć ciekawe. Obecność następnego rozdziału zależy od komentarzy.
Krótko...
***

Słaniając się na nogach, szedłem lasem. Obraz rozmazywał mi się przed oczami, by po chwili znów nabrać ostrości. Kolory stały się wręcz jaskrawe. Słyszałem szum liści, jakby ktoś kruszył je w moih uszach...nieprzyjemny, za głośny. Ściółka pod moimi stopami zostawała rozkopywana na boki...albo sama się przesuwała. Stanąłem. Mój oddech był przyspieszony , a serce dudniło w klatce piersiowej. Jego huki słyszałem nawet w głowie. Odetchnąłem. Ciężkie nogi i nieprzyjemne zmęczenie zostały zastąpione nagłym przypływem sił. Myśl "mogę wszystko" przyszła wraz z tym impulsem. Wtedy ktoś na mnie wpadł, a ja przewróciłem się na miękką ściółkę. Usiadł na mnie.


- Widzisz to?! Niesamowite! Prawdziwe enty!! - krzyczał.


- Zejdź ze mnie, to zobaczę. - mruknąłem pod nosem. I wtedy ku memu zdziwieniu on zamiast wstać grzecznie, położył się na mnie i wrzasnął wprost do mojego ucha:


- Nie!


Skrzywiłem się.


- Nie tak głośno...


- Okej!


Znów westchnąłem i odwróciłem się na plecy, wciąż leżąc pod nim. Śmiał się. Otworzyłem szerzej oczy, widząc, jak korony drzew kłaniają się w moją stronę. Chmura na niebieskim drzewie była tak blisko...tak blisko! Wysunąłem nieśmiało dłoń w jej stronę, zbliżałem się,a im bliżej była, tym bardziej drzewa się prostowały. Nie czułem ciężaru drugiego ciała na sobie, ale wiedziałem, że wpatruje się we mnie z ciekawością. Chaps! Moja ręka przeniknęła przez chmurę i rozproszyła ją.


- Nie złapiesz, Kocie... - powiedział już ciszej. Spojrzałem na niego, powoli opuszczając rękę w dół, w bok. Spojrzał na nią i szybko złączył nasze dłonie. Uśmiechnął się wbijając brodę w mój mostek. Drugą gładził mój policzek z takim ładnym uśmiechem na ustach. - Dlaczego... - zaczął. Wyraz jego twarzy stopniowo się zmienił. Posmutniał. Miałem ochotę go przytulić, albo zrobić coś, cokolwiek, żeby tylko przywrócić ten uśmiech. - ...dlaczego potrzebowałeś aż tyle, bym mógł się do ciebie zbliżyć?


Milczałem. Enty i niebo o jaskrawoniebieskim kolorze nagle stały się straszne. Błękit raził, a drzewa - zdawało się, jakby miały mnie przygnieść. Bałem się. Zacisnąłem oczy.


- Kocie...nie chciałem. - Zszedł ze mnie, usiadł obok. Wziął moją dłoń i pocałował ją, po czym przycisnął do swojego serca. - Czujesz? Moje serce wali jak oszalałe - zrobił krótką przerwę. - Ja też się boję - powiedział cicho, a jego głos zmieszał się z dźwiękami wiatru. Zniknął wraz z ciepłem na mojej dłoni. Westchnąłem, kładąc głowę na ziemi i zamykając oczy. Znowu zniknął. Zjazd.
Obudziłem się cały zlany potem. Byłem zmęczony, chciałem spać, ale ból w głowie łupał tak, że nie mogłem nawet na chwilę zamknąć oczu. Ledwo wstałem i słaniając się na nogach ruszyłem przed siebie, co chwilę obijając się o drzewa. Obraz zmniejszał się i zwiększał, a ja czułem, jakbym miał nogi miękkie w kolanach, a mimo to musiałem uciekać przed goniącymi mnie roślinami. Doszedłem do jakiejś brązowej ściany, chyba drewnianej i najpierw wbiłem się w nią, a potem osunąłem na ziemię. Drzewa, krzewy i ściółka leśna były już na swoim miejscu. Powoli mijało, ale gorączka nie ustępowała, a wręcz narastała. Dyszałem szybko i nerwowo. Zamknąłem oczy. Nawet nie wiedziałem kiedy straciłem kontakt z rzeczywistością.


Sen. Wreszcie upragniony sen. 


Rozbudził mnie dźwięk palącego się drewna w kominku i naczynia, stawianego na miejscu obok mnie.


- Dlaczego to robisz? - powiedział spokojny głos. Otworzyłem oczy. Byłem we wnętrzu chatki. Przede mną, na stoliku nocnym stał kubek z parującą cieczą, a kawałek dalej w kącie pokoju naprzeciw stolika z dwoma krzesłami, stał kominek, będący jedynym źródłem światła. Przed łóżkiem, na którym leżałem stała postać. W panującym półmroku przez chwilę zaparło mi dech w piersiach, a gdy kobieta chwyciła kubek i pochyliła się nade mną, wypuściłem powietrze. Spojrzała na mnie dziwnie. - Hmm? - domagała się odpowiedzi.


- To jedyny sposób...


- Na co? Usiądź.


Usiadłem, a ona wcisnęła mi do rąk kubek, wypełniony niemal po brzegi gorącą herbatą z cytryną. Prawie ją na mnie wylała.


- Na spotkanie...


- Idiota - westchnęła z rezygnacją, lecz bez złości.


Upiłem łyk herbaty, wciąż milcząc. Nagle zaczął mnie boleć brzuch. Odstawiłem szybko kubek, lecz trochę wylałem na podłogę obok półki. Po chwili wstrząsnął mną dreszcz i spazm, a w ustach pojawiła się kwaśno-gorzka ciecz z elementami stałymi. Mój organizm sam zmusił mnie, bym natychmiast ją wypluł...niestety na siebie i do niedawna pachnącą pościel. Zerwała się i po chwili podtykała mi pod nos miskę.


- Za taką cenę? - zapytała.


- Każdą... - powiedziałem cicho, gdy brała kołdrę, którą byłem okryty.


- Idiota... - powtórzyła. - Zakochany idiota.

C.D.N