sobota, 4 stycznia 2014

[3/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)

03.quietus

Tup tup tup. Szedłem przed siebie.
Bu-bum bu-bum. Serce biło tak boleśnie.
Lewo prawo. Rozejrzałem się niespokojnie. Nikt czasem za mną nie idzie? Nie…towarzyszy mi tylko ciemność. Zbliżałem się do domu, spowitego światłem. Tam miałem ujrzeć coś, czego widzieć nie chciałem. Musiałem zniszczyć brud z mojego życia, albo sam umrzeć. Czułem bolesną pustkę. Moja egzystencja miała wartość zerową.
Tup tup tup. Drzwi. A co, jeśli będą zamknięte? Rozejrzałem się. Wyważę je. Pustka przeplata się z nienawiścią, tworząc otchłań. One dadzą mi siłę.
Moje ciało przeszył dreszcz, a na twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. W końcu moje nieszczęście miało zostać zakończone. Jednym ruchem wszystko miało rozpłynąć się. Moje niebo miało powrócić. Kwiat miał zakwitnąć się na nowo. Otchłań miała zamienić się w bezpieczny grunt. A gdyby ziemia nie powróciła, niebo wciąż byłoby niewidzialne, a kwiat zgniły, jak teraz? Wtedy…to bez znaczenia. Liczy się tylko tu i teraz. Byle dać upust emocjom. Byle zasmakować trującej krwi. Jej smaku, faktury dłońmi, koloru oczami…posmakować kolor. Wyczuję, czy jest szkarłatna, brunatna, a może ma jaskrawy odcień?
A moja krew? Nadgarstek…nie, później jej zasmakuję. Porównam ich smaki. Może to on? Może to smak mojej krwi, który wyczuwałeś przez skórę, był nieodpowiedni?
Razem z nim…znikną wszystkie moje zmartwienia, prawda? A przede wszystkim jedno. Dławiący żal. Już nigdy nie będę gorszy. Spojrzę na niego, na mojej twarzy zaigra szyderczy uśmiech. Zapytam, czy chce żyć. Zobaczę panikę w jego oczach… To będzie takie…cudowne! To musi być cudowne! Satysfakcja, że wreszcie…nareszcie! To ja będę górą. Patrząc, jak skomlesz, błagając o litość, uśmiechnę się pogardliwie i wypowiem ostatnie kłamstwo…och nie! Nie tak szybko…spełnienie jest tuż obok. Za tymi drzwiami, w głębi tego domu. Klamka. Otwarte! Jak nieostrożnie. A może się mnie spodziewa? Może tak naprawdę pragnie śmierci przez to, co sam mi zrobił? Niemożliwe…ludzie nie są altruistami. Zrobił to z premedytacją, cholernie egoistycznie.
Czwarta szuflada…chochla i wreszcie upragniony…tasak. Chwytam go. Jest całkiem ciężki i pokaźny. Czuję się niczym dziewczynka z Higurashi no naku koro ni. To takie ekscytujące, choć nigdy nie byłem zapalonym otaku.
Spojrzałem. Obciąłem mu łeb. Poleciał w bok, na ziemię. Postawiłem na nim nogę. Zobaczyłem…krew

Aki…kocham cię tak mocno…wciąż…nieważne, co się stało. Te wszystkie chwile, które przeżyliśmy razem zostały tak okrutnie przekreślone w jednej chwili. Przekreślone przez niego! On jest temu winien! Ale nie martw się, Aki…już niedługo nasz problem zostanie rozwiązany. Znów dosięgniemy szczęścia!
Przed wejściem leży brązowa wycieraczka. Okaerinasai. To takie urocze! Ale Aki nie poleciał na gówno do wycierania podeszwy buta, którym zmiażdżę jego głowę…jego…tego, który zabrał mi cały świat…dla kaprysu? Nie obchodzi mnie to.
Buty. Czyli jednak tu jest. Zostawiam swoje. Chyba nawet z przyzwyczajenia.
Mój ukochany, będziesz ze mnie dumny, gdy udowodnię ci, że zrobię wszystko dla szczęścia Twojego, mojego…naszego. Chłód przeszywa moje ciało, mimo że czuję, jak ciepło jest w pomieszczeniu. To na pewno jego wina. Kiedy on zniknie…powróci ciepło. Na pewno. On…Aki, on jest temu winien. Dlaczego tego nie widzisz? Nie chcesz? A może widzisz, ale nie chcesz odwrotu? Przyszedłem tu, by…
Korytarz. Rozglądam się. Komoda, lustro…można by je rozbić o jego głowę, czyż to nie urocze? Albo jego głowę o nie. Ach, gdyby miał dwie głowy, mógłbym sprawdzić, w którym przypadku wykrwawi się szybciej. Kwiatki. Doniczka z kwiatami na komodzie. Przeszedł mnie dreszcz, a uśmiech zszedł z mojej twarzy. Wiedział? Aki, powiedziałeś mu? Szydzi ze mnie!
Kuchnia… szuflada pierwsza – przyprawy. Można by go otruć, ale nie mam czym. Cyjanek potasu. Szkoda, że nie trzyma go w domu, choć może…? Kto może wiedzieć?
Druga szuflada – słodycze. Niedługo poczuję słodycz lepszą od każdego wyrobu z dodatkiem cukru na świecie!
Trzecia szuflada – sztućce. Łyżeczki, widelczyki, widelce, noże…a gdyby mu wydłubać oczy? Można to zrobić na tyle sposobów! Zrobię Ci z nich biżuterię, co Ty na to, Aki?
Noże…ale małe…za małe…
Wyszedłem z kuchni. Znowu komoda. Kwiaty. Ironicznie fioletowe. Ironicznie kwitnące. Ironiczne w samej swojej obecności. Nawet ich główki zdają się uśmiechać, szydzić…wcale nie jestem od niego gorszy! Nie będę…to on zacznie skomleć, jak pies!
Kwiaty...Wziąłem je. Podszedłem do okna i wyrzuciłem, lecz na tyle cicho, by nie zostać usłyszanym.
Tup tup tup. Schody. Pierwszy stopień. Całym moim ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy usłyszałem jęk. Moje serce znów zaczęło walić, jak oszalałe, a ciało niekontrolowanie drżeć. W jednej dłoni trzymałem nóż. Drżała. Druga była zaciśnięta w pięść. Również drżała. Co się ze mną dzieje? Drugi stopień. Trzeci. Czwarty. Coraz mocniejsze drżenie. Coraz głośniejsze, intensywniejsze jęki. Drzwi. Tuż przede mną. Tylko one dzieliły mnie od szczęścia. Miałem ochotę rozpłakać się z radości, że już zaraz… jeszcze tylko chwila i wszystko zostanie naprawione! Uczynię to własnymi rękami. Położyłem dłoń na klamce i nacisnąłem ją. Jęki nie ustawały. Otworzyłem drzwi. Łóżko. Przewrócona butelka. Dwie pary kapci tuż przy posłaniu. Ciało. Mój Aki cały nagi. Taki, jakiego tylko ja mogłem oglądać! Widziałem tylko jego nogi, wystające spomiędzy brudnych ud tego…
Wiedziałem, że to on. Rozpoznałbym go wszędzie. Bezszelestny krok. Pierwszy, drugi…
On nad nim. Ta bestia! Ten obrzydliwiec! Całował mój świat, spoczywający pod nim, jakby był nic niewart. Chciał wyładować na moim ukochanym swoje żądze? Dlatego mi go odebrał?
Podszedłem do nich. Wtedy Aki otworzył oczy. Poczułem, że uśmiech schodzi z mojej twarzy. Jedna dłoń dołączyła do drugiej, zaciskając się na rękojeści tasaka, zamachnąłem się i…chlusnęła krew. Zarżnąłem go, jak świnię. Wtedy do moich oczu napłynęły łzy szczęścia…
…Aki…dużo krwi…był ranny…za dużo krwi!...był martwy…zabiłem nie jego, a ich. Przeciąłem go…Akiego…mojego ukochanego…dlatego…to samo musi stać się ze mną…ale on…Mizuki…nie żyje…teraz pójdę do Ciebie, mój ukochany. Spotkajmy się w niebie.
Chłód ostrza przy gardle.
Zamachnięcie.
BÓL.

Ciemność…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz