03.quietus
Tup tup tup.
Szedłem przed siebie.
Bu-bum bu-bum.
Serce biło tak boleśnie.
Lewo prawo.
Rozejrzałem się niespokojnie. Nikt czasem za mną nie idzie? Nie…towarzyszy mi
tylko ciemność. Zbliżałem się do domu, spowitego światłem. Tam miałem ujrzeć coś,
czego widzieć nie chciałem. Musiałem zniszczyć brud z mojego życia, albo sam
umrzeć. Czułem bolesną pustkę. Moja egzystencja miała wartość zerową.
Tup tup tup.
Drzwi. A co, jeśli będą zamknięte? Rozejrzałem się. Wyważę je. Pustka przeplata
się z nienawiścią, tworząc otchłań. One dadzą mi siłę.
Moje ciało
przeszył dreszcz, a na twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. W końcu moje
nieszczęście miało zostać zakończone. Jednym ruchem wszystko miało rozpłynąć
się. Moje niebo miało powrócić. Kwiat miał zakwitnąć się na nowo. Otchłań miała
zamienić się w bezpieczny grunt. A gdyby ziemia nie powróciła, niebo wciąż
byłoby niewidzialne, a kwiat zgniły, jak teraz? Wtedy…to bez znaczenia. Liczy
się tylko tu i teraz. Byle dać upust emocjom. Byle zasmakować trującej krwi.
Jej smaku, faktury dłońmi, koloru oczami…posmakować kolor. Wyczuję, czy jest
szkarłatna, brunatna, a może ma jaskrawy odcień?
A moja krew?
Nadgarstek…nie, później jej zasmakuję. Porównam ich smaki. Może to on? Może to
smak mojej krwi, który wyczuwałeś przez skórę, był nieodpowiedni?
Razem z
nim…znikną wszystkie moje zmartwienia, prawda? A przede wszystkim jedno.
Dławiący żal. Już nigdy nie będę gorszy. Spojrzę na niego, na mojej twarzy
zaigra szyderczy uśmiech. Zapytam, czy chce żyć. Zobaczę panikę w jego oczach…
To będzie takie…cudowne! To musi być cudowne! Satysfakcja, że
wreszcie…nareszcie! To ja będę górą. Patrząc, jak skomlesz, błagając o litość,
uśmiechnę się pogardliwie i wypowiem ostatnie kłamstwo…och nie! Nie tak
szybko…spełnienie jest tuż obok. Za tymi drzwiami, w głębi tego domu. Klamka.
Otwarte! Jak nieostrożnie. A może się mnie spodziewa? Może tak naprawdę pragnie
śmierci przez to, co sam mi zrobił? Niemożliwe…ludzie nie są altruistami.
Zrobił to z premedytacją, cholernie egoistycznie.
Czwarta szuflada…chochla i wreszcie upragniony…tasak. Chwytam go. Jest całkiem ciężki i pokaźny. Czuję się niczym dziewczynka z Higurashi no naku koro ni. To takie ekscytujące, choć nigdy nie byłem zapalonym otaku.
Spojrzałem. Obciąłem mu łeb. Poleciał w bok, na ziemię. Postawiłem na nim nogę. Zobaczyłem…krew
Czwarta szuflada…chochla i wreszcie upragniony…tasak. Chwytam go. Jest całkiem ciężki i pokaźny. Czuję się niczym dziewczynka z Higurashi no naku koro ni. To takie ekscytujące, choć nigdy nie byłem zapalonym otaku.
Spojrzałem. Obciąłem mu łeb. Poleciał w bok, na ziemię. Postawiłem na nim nogę. Zobaczyłem…krew
Aki…kocham cię
tak mocno…wciąż…nieważne, co się stało. Te wszystkie chwile, które przeżyliśmy
razem zostały tak okrutnie przekreślone w jednej chwili. Przekreślone przez
niego! On jest temu winien! Ale nie martw się, Aki…już niedługo nasz problem
zostanie rozwiązany. Znów dosięgniemy szczęścia!
Przed wejściem
leży brązowa wycieraczka. Okaerinasai. To takie urocze! Ale Aki nie
poleciał na gówno do wycierania podeszwy buta, którym zmiażdżę jego
głowę…jego…tego, który zabrał mi cały świat…dla kaprysu? Nie obchodzi mnie to.
Buty. Czyli
jednak tu jest. Zostawiam swoje. Chyba nawet z przyzwyczajenia.
Mój ukochany,
będziesz ze mnie dumny, gdy udowodnię ci, że zrobię wszystko dla szczęścia
Twojego, mojego…naszego. Chłód przeszywa moje ciało, mimo że czuję, jak ciepło
jest w pomieszczeniu. To na pewno jego wina. Kiedy on zniknie…powróci ciepło.
Na pewno. On…Aki, on jest temu winien. Dlaczego tego nie widzisz? Nie chcesz? A
może widzisz, ale nie chcesz odwrotu? Przyszedłem tu, by…
Korytarz.
Rozglądam się. Komoda, lustro…można by je rozbić o jego głowę, czyż to nie
urocze? Albo jego głowę o nie. Ach, gdyby miał dwie głowy, mógłbym sprawdzić, w
którym przypadku wykrwawi się szybciej. Kwiatki. Doniczka z kwiatami na komodzie.
Przeszedł mnie dreszcz, a uśmiech zszedł z mojej twarzy. Wiedział? Aki,
powiedziałeś mu? Szydzi ze mnie!
Kuchnia… szuflada
pierwsza – przyprawy. Można by go otruć, ale nie mam czym. Cyjanek potasu.
Szkoda, że nie trzyma go w domu, choć może…? Kto może wiedzieć?
Druga szuflada –
słodycze. Niedługo poczuję słodycz lepszą od każdego wyrobu z dodatkiem cukru
na świecie!
Trzecia szuflada
– sztućce. Łyżeczki, widelczyki, widelce, noże…a gdyby mu wydłubać oczy? Można
to zrobić na tyle sposobów! Zrobię Ci z nich biżuterię, co Ty na to, Aki?
Noże…ale małe…za
małe…
Wyszedłem z
kuchni. Znowu komoda. Kwiaty. Ironicznie fioletowe. Ironicznie kwitnące.
Ironiczne w samej swojej obecności. Nawet ich główki zdają się uśmiechać,
szydzić…wcale nie jestem od niego gorszy! Nie będę…to on zacznie skomleć, jak
pies!
Kwiaty...Wziąłem
je. Podszedłem do okna i wyrzuciłem, lecz na tyle cicho, by nie zostać
usłyszanym.
Tup tup tup.
Schody. Pierwszy stopień. Całym moim ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy usłyszałem
jęk. Moje serce znów zaczęło walić, jak oszalałe, a ciało niekontrolowanie
drżeć. W jednej dłoni trzymałem nóż. Drżała. Druga była zaciśnięta w pięść.
Również drżała. Co się ze mną dzieje? Drugi stopień. Trzeci. Czwarty. Coraz
mocniejsze drżenie. Coraz głośniejsze, intensywniejsze jęki. Drzwi. Tuż przede
mną. Tylko one dzieliły mnie od szczęścia. Miałem ochotę rozpłakać się z
radości, że już zaraz… jeszcze tylko chwila i wszystko zostanie naprawione!
Uczynię to własnymi rękami. Położyłem dłoń na klamce i nacisnąłem ją. Jęki nie
ustawały. Otworzyłem drzwi. Łóżko. Przewrócona butelka. Dwie pary kapci tuż
przy posłaniu. Ciało. Mój Aki cały nagi. Taki, jakiego tylko ja mogłem oglądać!
Widziałem tylko jego nogi, wystające spomiędzy brudnych ud tego…
Wiedziałem, że to
on. Rozpoznałbym go wszędzie. Bezszelestny krok. Pierwszy, drugi…
On nad nim. Ta
bestia! Ten obrzydliwiec! Całował mój świat, spoczywający pod nim, jakby był
nic niewart. Chciał wyładować na moim ukochanym swoje żądze? Dlatego mi go
odebrał?
Podszedłem do
nich. Wtedy Aki otworzył oczy. Poczułem, że uśmiech schodzi z mojej twarzy.
Jedna dłoń dołączyła do drugiej, zaciskając się na rękojeści tasaka,
zamachnąłem się i…chlusnęła krew. Zarżnąłem go, jak świnię. Wtedy do moich oczu
napłynęły łzy szczęścia…
…Aki…dużo
krwi…był ranny…za dużo krwi!...był martwy…zabiłem nie jego, a ich. Przeciąłem
go…Akiego…mojego ukochanego…dlatego…to samo musi stać się ze mną…ale
on…Mizuki…nie żyje…teraz pójdę do Ciebie, mój ukochany. Spotkajmy się w niebie.
Chłód ostrza przy
gardle.
Zamachnięcie.
BÓL.
Ciemność…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz