niedziela, 5 stycznia 2014

[11/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

11.

To był pierwszy raz, kiedy poczułem coś tak irracjonalnego, że nigdy bym się do tego nie przyznał, gdyby nie zaistniała sytuacja - było to pragnienie, aby właśnie mnie chciał... Dokładnie wtedy, gdy dziewczyna z nogą w gipsie miała rękę przewieszoną na jego ramieniu, a on obejmował ją w talii. Gdy on szeptał jej coś do ucha z tym swoim figlarnym, trochę zawadiackim uśmiechem. Gdy ona uśmiechała się, chichocząc. Zawsze wydawało mi się, że jest taki niedostępny dla dziewczyn... albo przynajmniej takiego grał. Poczułem się idiotą stulecia... nie, tysiąclecia, a nawet największym durniem ludzkości. W jednej chwili wezbrała we mnie złość, żeby dosłownie po paru sekundach zamienić się w chęć wciśnięcia do najciaśniejszej dziurki.
- Widzisz, mamo? Mówiłem ci, że ogląda się za dziewczynami - jak przez mgłę doszedł do mnie głos brata. Wcale nie chciałem się odwracać - właśnie wtedy pragnąłem, by spojrzał na mnie i bym mógł ujrzeć w jego oczach wyrzuty sumienia. Nic z tego nie miało miejsca. To tylko Takashi. To tylko pieprzony ideał. Przecież to chłopak. Coś we mnie w środku wariowało. Sam nie wiedziałem, czy bardziej nienawidzę tej dziewczyny, którą był tak zaaferowana za to, że śmiała spełniać jego wymagania czy jego samego za to, że dopuścił którąś do siebie aż tak blisko. Odwróciłem się dopiero, gdy poczułem, jak brat szarpie mnie za ramię. Poszedłem za mamą. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, że wpatruje się w moje plecy, ale gdy się odwróciłem, patrzył na nią, gdy coś mu opowiadała.
Wcale na mnie nie patrzył. Wcale mnie nie chciał. To tylko Takashi. Idiota, który mnie nie chce... tak po prostu.
Jadąc samochodem, zastanawiałem się nad tym, w czym ona jest lepsza ode mnie. Na pewno była chudsza, ładniejsza, miała piersi i waginę. Do tego pewnie cudownie długie rzęsy, którymi pewnie mrugała w tempie allegro i Takashi prędzej czy później dostanie przez nią oczopląsu. Tak, wtedy też trafi do szpitala, znienawidzi ją, a później przyjdzie bohaterski przyjaciel-gej. Chwila... jaki gej? I jaki przyjaciel? To było zbyt bezsensowne, żeby wmawiać sobie cokolwiek. Łatwiej dla mnie było po prostu przyjąć brak zainteresowania Takashiego moją osobą. Pieprzony Sakamoto.
Gdy wróciłem do domu, zdjąłem niewygodną koszulę i padłem jak długi na łóżko. Wpadłem w pół-sen, w trakcie którego czułem każdego zamordowanego z zimną krwią motyla w podbrzuszu.
Obudził mnie telefon. Dzwonił do mnie Yuu z propozycją wyjścia na browara.
- Przecież wiesz, że nie mogę - mruknąłem zaspany.
- Shinji, ja muszę... a z kim innym, jak nie z tobą?
Westchnąłem. Nagle poczułem, jakby metaforyczne "motyle" wcale nie zostały zabite, tylko zmutowane w coś dławiącego, niedobrego i mrocznego niczym średniowieczna organizacja kościelna.
- Dobra, widzimy się za pół godziny - powiedziałem i rozłączyłem się. Później leniwym krokiem ruszyłem do łazienki. To był czas, b się ogarnąć i zapomnieć... o całej pieprzonej osobie Takashiego - najlepiej raz na zawsze. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, jak trudne jest zapominanie.
Jakieś czterdzieści minut później spotkaliśmy się w naszym standardowym miejscu. Spóźnił się, ale nie miałem mu tego za złe. Byliśmy już na takiej stopie przyjacielstwa, że wybaczaliśmy sobie mniejsze (przynajmniej dla nas) przewinienia czy faux pas rodzajów wszelakich bez zmrużenia oka. Za to bardzo nie lubiliśmy sobie odmawiać. Alkoholu w szczególności. Lokal jak zawsze był duszny i zatłoczony, a powietrze przesiąknięte
tytoniem i ostrym zapachem trunków. Tym razem nie działo się nic dziwnego, więc po prostu upiliśmy się jak wcześniej, kiedy jeszcze nie było Takashiego. To dziwne, ale już wtedy miałem okropne wrażenie, jakby Sakamoto miał zostać w naszej szkole... albo wręcz jakby był w niej od zawsze. Pijackie rozmowy niebezpiecznie zeszły na temat jego pieprzonej osoby i dokładnie wtedy po raz pierwszy przyznałem, że Takashi jest zbyt cholernie idealny (alkohol buzował wtedy w mojej krwi na tyle, bym pokładał się na stole). Na szczęście Yuu wydawał się niemniej pijany i chyba nie wziął tego do końca na poważnie (o ile informacja w ogóle do niego dotarła). Powiedział, że mam "nie pierdolić". Bardziej żywiołowo zareagował, gdy mu powiedziałem o szpitalnej sensacji i zalecaniu się Takashiego do Haruki (aż dziwnym było, że sam nie zwrócił na to uwagi).
Tamtej nocy wkradliśmy się do jego domu i nikt nie wyszedł nam naprzeciw, mimo że swoim wielkim cielskiem zrzuciłem na podłogę metalowy wazon z ciętymi kwiatami (w głębi ducha dziękowałem jakimś siłom wyższym, że był właśnie z metalu), co wywołało okropny hałas.
- Pokrzywdziłeś kwiatki! - Yuu zaczął się ze mnie śmiać, a ja speszony posprzątałem. W sypialni państwa Shiroyama nie zapaliło się nawet światło, więc grzecznie poszliśmy do pokoju Aoiego i padliśmy na jego łóżko. Powietrze musiało być wtedy duszne od alkoholu.
Gdy obudziliśmy się rano, jego rodziców już nie było.
- To dzisiaj, prawda? - zapytał, siadając i chwytając się za głowę. Szybko pożałował zmiany pozycji i postanowił z powrotem zaszczycić łóżko swoją obecnością.
- Uchh... nawet mi nie przypominaj... dzisiaj wracają, nie? - otworzyłem oczy. Moje serce zaczęło szybciej bić, a kac jakby nagle ustąpił miejsca strachowi. Co dziwniejsze - od razu przeszło mi przez myśl, że  m u s i m y  jak najszybciej dostać się do szkoły, bo przecież nie można zostawić Takashiego na ich pastwę. - Która godzina? - zerwałem się jak oparzony.
- Co ty taki żywiołowy? Dopiero ósma.
- Idę... - zacząłem się zbierać i szybko przetransportowałem do łazienki. Gdy wychodziłem, czekał na mnie skonfundowany Aoi.
- Człowieku, co się dzieje? Gdzie ty się spieszysz? - wyglądał na naprawdę skacowanego.
- Idź spać - powiedziałem i zanim zdążył do niego dojść sens moich słów, wyszedłem z jego domu. Pobiegłem do szkoły. Sam nie wiem, jak to się stało, ale opisałbym to jako nagły przypływ adrenaliny.
Gdy wbiegałem na teren szkoły, przypadkowo na kogoś wpadłem. Ledwo utrzymałem równowagę.
- Ej, gdzie leziesz? - odezwał się nieprzyjemnie typek. To był Ruka - nie był kimś w rodzaju "postrachu szkoły, choć nie wyglądał najprzyjemniej. Nazwałbym go raczej "szkolnym błaznem", co nie zmieniało faktu, iż to ja słynąłem z roli kozła ofiarnego jego i bandy, w której był kimś w rodzaju "mentora". Grupa półgłówków, z których jeden wygląda jak niedorobiony samiec alfa, a reszta jakby niemal dorównywała mu ilorazem inteligencji - ten dzień nie mógł zacząć się cudowniej.
- A, to nasz kochany Shin-chan - widziałem, jak na twarzy lidera pojawia się szyderczy uśmieszek. Zacisnąłem usta, powstrzymując wszelkie odzywki, które mi się w tamtej chwili nasuwały (te o ilorazie inteligencji... a raczej jego braku też) i stanąłem prosto, mężnie wyprężając pierś do przodu. Moja mina chyba mówiła coś w stylu "jestem ponad to", bo Ruka parsknął. - Brakowało mi cię, Shin-chan. Nie było się z kogo nabijać przez te dwa tygodnie - uśmiechnął się znów, pokazując dwóm członkom swojej mini-yakuzy, by do niego podeszli i pokazał im coś niezrozumiałego (może tylko "na migi" byli w stanie zrozumieć?). Moje męstwo malało wprost proporcjonalnie z ich odległością od mojej osoby. Czułem, jak coraz bardziej wali mi serce, a gdzieś przelotnie pojawiła się myśl "dobrze, że nie dopadli Takashiego", którą już po chwili uznałem za absurdalną i niedorzeczną.
To nie było nic specjalnego. Skończyłem z głową w klozecie, a właściwie susząc głowę pod elektroniczną suszarką w łazience. Czułem strach i swoistą apatię. Można powiedzieć, że przyzwyczaiłem się do ich nieobecności, choć faktem jest, iż były to najcudowniejsze dwa tygodnie w ciągu całej mojej edukacji.
Dokładnie ten moment wybrał Takashi, żeby bezpardonowo wparować akurat do tej samej łazienki.
- Wpadłeś po pijaku do rzeki czy to tylko mała przygoda z Yuu, której szczegółów raczej nie chciałbyś zdradzać? - zapytał (co za złośliwa małpa!)... ale skąd on właściwie wiedział, że byłem tej nocy z Shiroyamą? Śledził mnie? A może to tylko moja paranoja... Dokładnie Shinji, uspokój się.
- Nie trafiłeś - powiedziałem od niechcenia (a przynajmniej się starałem). - Ale skąd pomysł, że akurat z Yuu?
I dlaczego właściwie mówisz mu po imieniu, skoro znacie się od niecałego tygodnia?
- Po ostatniej przygodzie pod klubem chyba oczywistym jest, że wiele można się po waszej dwójce spodziewać - uśmiechnął się nieprzyjemnie - zjadliwie i zupełnie nieszczerze.
- Nic nie miało miejsca - zacząłem się tłumaczyć, choć czułem, jak rumieniec samoistnie pojawia się na mojej twarzy. To było takie irytujące. Prawie jak on.
- Co z naszym projektem? - urwał temat najwidoczniej uznając swój pogląd na sprawę za słuszny. Nie podobało mi się to, ale ciągnięcie tematu tylko by go w tym utwierdziło.
- Musimy go zrobić do poniedziałku, prawda? - wyszedłem spod suszarki i oparłem się o ścianę obok niej.
- Tak, do poniedziałku. Zsumujmy, co mamy.
- Hmmm...
Ależ ja już wszystko zsumowałem. W pewnym momencie wpełzł sobie do mojego życia ZBYT idealny gad zwany Takashim, który jest okropny, próżny i bawi się ludzkim kosztem. Jest obleśnie lubiany nawet przez mojego przyjaciela, pożądany przez dziewczyny i je podrywa mimo posiadania jednej (sam go z nią widziałem!), więc jest zwykłym okropnym oszustem. Tak, to do niego zdecydowanie pasowało. Poza tym jest zrozumiały i dziwnie się przy nim czuję.
- W sumie... Nie mamy nic poza paroma zdjęciami - odrzekłem.
- No właśnie, przed tobą jeszcze sporo pracy, w końcu chcesz zaliczyć ten rok, prawda? - uśmiechnął się chyba najpaskudniej, jak tylko potrafił (a mimo to umieścił w tym uśmiechu taką masę uroku, która potrafiłaby wywołać pisk całkiem pokaźnej grupki dziewcząt - innymi słowy wszystkich w jego okolicy).
Westchnąłem.
- Mieliśmy to robić razem - powiedziałem zmarnowany. Miałem już naprawdę dość. Dość bycia kozłem ofiarnym, dość złośliwości, nawet braku jakiejś głupiej dziewczyny miałem dość - choć gdzieś tam w głębi mi na niej nie zależało, ale nie chciałem czuć się gorszy.
- Razem... to tak ładnie brzmi, tygrysie. Chociaż muszę przyznać, że taki wilgotny i skołowany bardziej wyglądasz jak "tygrysiątko".
Wtedy dopiero poczułem się skołowany. Dokładnie ten moment wybrali sobie moi oprawcy, żeby wparować do łazienki i zobaczyć mnie - wilgotne, skołowane tygrysiątko. Spojrzałem na nich. Moje serce przyspieszyło tempo bicia z moderato do allegro vivace... z dodatkową zmianą metrum z 2/4 na 2/32. Chyba po prostu się bałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz