poniedziałek, 27 stycznia 2014

[12/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

Ciąg dalszy Torowych wypocin. Zapraszam.

12.

Mimo, że moje spojrzenie błądziło niespokojnie po wszystkim dookoła, wyłapałem Takashiego z wymownie uniesioną brwią - geście wyrażającym wręcz kpinę, co wywołało nieprzyjemne wyobrażenie Sakamoto z rozkwaszonym nosem. Zadrżałem niekontrolowanie.
- No proszę, proszę... ty jeszcze tutaj. Nawet z kolegą - powiedział lider, a zza jego pleców wyszło dwóch starszych uczniów - Kyoji Yamanaka i Seiji Imamura. Czułem, jak niekontrolowanie przylepiam się mocniej do ściany. Mój wzrok błądził od żarówki, ukrytej w suficie, przez Takashiego, moich oprawców, aż do drzwi i padał na moje stopy. Chciałem uciec, ale wiedziałem, że nie miałem już szans.Wtedy stało się coś kompletnie niespodziewanego. Sakamoto natychmiastowo wciągnął mnie za sobą do jednej z łazienkowych kabin. Wpadłem na niego, a on szybko zamknął drzwi na klucz. Nie patrzył na mnie. Chwilę zajęło mi, zanim się podniosłem. Słyszałem przekleństwa i walenie w drzwi. Moi oprawcy szarpali klamkę, po chwili usłyszałem głos Ruki i trzask zamykanych drzwi. Wyszli. Wtedy skierowałem wzrok znów na Takashiego. Moje serce waliło niespokojnie, wręcz arytmicznie... sam nie wiedziałem, czy to ze stresu czy przez Sakamoto, którego oddech czułem na swojej szyi, a jedna jego ręka, przylegała ciasno do mojego boku i opierała się dłonią o drzwi. Dopiero wtedy zorientowałem się, że stoimy w ciasnej kabinie prawie przytuleni do siebie. Odskoczyłem od niego, jednocześnie uderzając łokciem w ścianę.
- Ał - stęknąłem.
- Masz u mnie dług - stwierdził Sakamoto, uśmiechając się. Odkluczył drzwi i zerknął na mnie. Musiałem wyglądać co najmniej dziwnie, bo roześmiał się melodyjnie. Nigdy wcześniej nie wyglądał tak olśniewająco, jak w tamtej chwili... może właśnie to był prawdziwy śmiech Takashiego?
Długo mi nie zajęło, by otworzyć drzwi, wyjść pospiesznie z kabiny i prawie obijając się o pisuar dopaść drzwi do łazienki. Wyszedłem z niej, słysząc za plecami śmiech Sakamoto, w głowie mając jego cudowny uśmiech, a w gardle walące serce, które akurat w tamtej chwili chciało za wszelką cenę się wydostać. Oparłem się plecami o ścianę i odetchnąłem, przymykając na chwilę oczy. Oddychałem ciężko i znów czułem nieznośne drżenie nóg w kolanach.
- Hej, Shinji! - usłyszałem znajomy głos. - Co ci? - zapytał Yuu, podbiegając do mnie. - Jesteś strasznie blady...
- No co ty - mruknąłem pod nosem.
- Co się stało?
Nic, to tylko Takashi. Pieprzony Takashi, jego idiotyczne dłonie, głupi oddech na mojej szyi i jeszcze głupszy uśmiech.
- Nic, to tyl... - urwałem. Otworzyły się łazienkowe drzwi obok mnie. Sakamoto wyszedł, przykuwając spojrzenie zarówno moje, jak i Shiroyamy. Zatrzymał się na chwilę, spoglądając na nas, a ja widziałem uśmieszek, błąkający się w kąciku jego ust i zacisnąłem wargi. Gdzieś w powietrzu wisiał zajadliwy komentarz, ale na szczęście nie padł na głos. Sprawnie się zwinął z miejsca zdarzenia i zostałem sam z Shiroyamą oraz niedobitkami anonimowego tłumu. Spojrzałem na przyjaciela z przerażeniem.
- Chodź, zwijamy się stąd - powiedział, wykonując głową gest w stronę korytarza głównego.
- Ale dopiero co przyszedłeś...
- Tylko nie mam zamiaru natknąć się na nich ani narażać na to ciebie. Wychodzimy - odparł poważnie.
Jakoś nie miałem najmniejszej ochoty oponować,więc zgodziłem się i wyszliśmy ze szkoły. Odetchnąłem wiosennym i ciepłym, choć nieduszącym powietrzem. Uśmiechnąłem się do siebie, gdy szliśmy w stronę centrum. Poprawiłem torbę na ramieniu. Cisza nie potrwała długo, gdyż zagadał mnie Aoi:
- Właściwie... co dokładnie się stało?
- Dopadli mnie i chcieli zlać, ale Sakamoto wciągnął mnie do kabiny w łazience... ot cała historia - powiedziałem najbardziej obojętnie jak tylko mogłem (próbowałem sam siebie przekonać, że "wciągnął mnie do kabiny" wcale nie brzmi dziwnie).
- Na pewno? Nic poza tym się nie stało?
- Nie... - odparłem nieoczekiwanie bez przekonania.
Yuu przyjrzał mi się.
- Shinji... - zapytał, patrząc na mnie badawczo z pobłażliwym uśmiechem (nie cierpiałem tego spojrzenia!), ale starałem się ten fakt ignorować, więc wybąkałem bez zaangażowania:
- Tak?
- Co sądzisz o Takashim?
W moim brzuchu znów wybuchła rewolucja, a nogi stawały się miękkie. Każdy mój krok wydawał mi się "głębszy" i opanował mnie strach, że zaraz się przewrócę. Cholera, zrobił to specjalnie!
Co o nim sądzę? Jest skończonym kretynem... po prostu. Nie lubię go - to na pewno - nie lubię od pierwszego spojrzenia na jego denerwującą osobę, ale... nie mogłem dłużej ukrywać, że robi ze mną coś dziwnego. Im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym większy miałem mętlik w głowie.
- Hm? - ponaglił mnie "przyjaciel" (który przez jedno niefortunne pytanie przybrał aparycji chochlika... byłem pewny, że zadał je celowo).
- Jest... W sumie, to go nie znam... w końcu widujemy się jedynie od paru dni i to przez kilka godzin dziennie. To niewiele.
Wtedy przypomniał mi się ojciec... Po powrocie do domu znów będę musiał się użerać z tą "dziwną atmosferą", sfrustrowaną matką i wywyższającym się bratem... To wydawało się zdecydowanie ponad moje siły i nawet alternatywa myślenia o Takashim była przyjemniejsza od konfundowania nad przyszłymi zwłokami ojca, matki z depresją w psychiatryku i wizją mieszkania u którejś z ciotek z braciszkiem...
- Tak po prostu - spojrzałem na wnętrze swojej dłoni. Westchnąłem. Czułem, jak Yuu obok mnie uśmiecha się, przygryzając lekko dolną wargę. - Wiesz... pasowałby ci kolczyk w dolnej wardze - powiedziałem, chcąc zmienić temat.
- Serio? Nigdy o tym nie myślałem...
Potem rozmawialiśmy o jakichś bzdurach, które pomogły mi myślami oderwać się od problemów.
- Słuchaj, ty miałeś mieć ten projekt na zaliczenie, nie?
- A tak... - odparłem obojętnie. - Co z tego?
- Jak wam idzie? - zaczął dopytywać.
- Nie mamy niczego, serio...
- Termin się nieubłaganie zbliża...
- Wiem, wiem. No ale... tak zawsze wychodzi, że próbujemy się do tego zabrać i kończymy z niczym.
- A czy... nie wydaje ci się, że Sakamoto podoba się Haruki?
Spojrzałem na niego. Haruki chyba naprawdę mu się podobała, ale nie miałem serca go okłamywać.
- Mam wrażenie, że nie tyle mu się podoba, co... - zrobiłem krótką pauzę, by ostatecznie zebrać znów plączące się myśli. - Takashi ma w sobie coś, przez co działa jak pierdolony magnes - powiedziałem prawie na jednym wydechu. -  ...na dziewczyny oczywiście - dodałem po chwili. Na ustach Shiroyamy już znów pojawił się ten denerwujący uśmiech.
- Ej, nie rób tak! Lepiej mi powiedz, co z twoją mamą.
- Jest o dziwo dobrze. To było dziwne, ale jest tak, jakby zapomniała o tym... incydencie z piwem i fajkami, bo już naprawdę nic do ciebie nie ma.
- Właśnie... a propos fajek - uśmiechnąłem się do niego szeroko i z ogromnymi pokładami szczerej bezinteresownej sympatii nałogowca na głodzie.
Mrucząc coś pod nosem (żeby nie powiedzieć bluzgając) wygrzebał z kieszeni paczkę i mi ją podał, a ja wziąłem tytoniowy rulonik i zapaliłem.
- Masz u mnie dług - odparł.
Gdzieś już to słyszałem - pomyślałem, wydmuchując z ust kłąb białego dymu.
Wtedy przypomniałem sobie, jak on to robił. W głowie powstała wizja jego ust, wydmuchujących równą białą strużkę. Nawet to robił w sposób tak niezwykły, że aż zapierał dech w piersiach. Właściwie... po co ja o nim myślałem? Przecież to wredna szuja, chodząc z jedną dziewczyną, podrywa inne... i jest cholernie idealny, a tego powinno mu się kategorycznie zabronić.
- Shinji? - poczułem na sobie skonfundowane spojrzenie Yuu i sam skierowałem na niego swój wzrok. - Odleciałeś - stwierdził, spoglądając na peta pod moimi nogami. Nawet nie zauważyłem, kiedy wypadł z moich ust i zgasł, wypalony do samego filtra. Westchnąłem cicho, acz głęboko. Moje myśli znów spuszczone że smyczy pognały w sobie tylko znanym kierunku niczym (już) bezpańskie psy. To było takie denerwujące! Nawet nad sobą nie mogłem zapanować!
- Ja go po prostu nie cierpię! - wykrzyczałem wręcz. Yuu zdziwił się, odsuwając ode mnie nieznacznie.
- Shinji, uspokój się. Co z tobą ostatnio? Nie dość, że jesteś jakiś nieobecny, to jeszcze masz dziwne wyskoki, nigdy wcześniej tak...
- Bo to wszystko przez tego idiotę! Po co on w ogóle tu przyszedł? No tak, żeby podrywać Haruki.
Widziałem, jak źrenice Shiroyamy zwężają się i marszczy brwi. Poniosło mnie. Wiedziałem, że nie powinienem tego mówić, ale było już za późno.
- Kto? - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Sakamoto - palnąłem.
Widziałem rozszerzające się nozdrza Yuu, gdy wypuszczał głęboko zaczerpnięte powietrze i jego twarz, do której napływała fala czerwoności. Widziałem też wściekłość, malującą się w ściągniętych brwiach i wyczuwalną w gęstniejącej atmosferze.
- Ale to... - zacząłem, próbując wybrnąć z sytuacji, lecz dokładnie wtedy rozdzwonił się telefon Shiroyamy. Chwycił go i zamaszystym ruchem odebrał połączenie.
- Co?! - powiedział (wykrzyczał?) do słuchawki, kierowany chwilową złością. Nie musiało minąć dużo czasu, by zbladł jak ściana i wyskomlał ulegle - Już lecę, mamo.
Odłożył telefon po skończonym połączeniu, a ja... to nie tak, że nie było mi go szkoda, po prostu nie potrafiłem nie zginać się wpół ze śmiechu. Czułem na sobie jego karcące spojrzenie, ale wiedziałem też, że znamy się zbyt długo, by uznał to za obrazę jego niewątpliwego majestatu. Niestety chyba doszczętnie zepsułem mu humor, bo pożegnał się dość zdawkowo i poszedł. Ochłonąłem dopiero wtykając do ust filtr papierosa i zaciągając się tytoniem po raz pierwszy. Właściwie tylko ten jeden raz przynosił upragnione ukojenie, każdy kolejny był rutynowy. Byle skończyć.
Kiedy na miarę ówczesnych możliwości ukojony przydeptywałem obcasem peta, usłyszałem za sobą krzyki godowe godne małp. Obejrzawszy się, zobaczyłem pędzącą w moją stronę chmarę napakowanych licealistów. Mimo wady wzroku, nie musiałem im się szczególnie przyglądać, by wiedzieć, że jest to banda, na której czele stoi Ruka. Ukojenie jakoś zupełnie naturalnie ze mnie wyparowało, a ja niewiele myśląc, zacząłem biec przed siebie. Nawet się nie oglądałem, uważałem tylko na przejściach, choć... wątpiłem, by kogokolwiek (może poza Yuu, kiedy już mu przejdzie złość albo zauroczenie Haruki) poruszył fakt mojej śmierci. Nie, to brzmi zbyt poważnie. W każdym razie pędziłem ile sił w kończynach i nawet nie spostrzegłem, kiedy wylądowałem bez zgrai osiłków na karku, za to tuż przed hotelem Ibuki - tak, dokładnie tym, w którym ulokowany był Sakamoto. Przygryzłem wargę, tylko błagając, żeby nie zobaczył mnie - szalenie nieestetycznie spoconego, zziajanego i zapewne jeszcze ze strachem, ukrytym w oczach. Zatrzymałem się i osunąłem na rozgrzane słońcem betonowe płyty obok wejścia. Dyszałem przez chwilę. Całe szczęście, że hotel umieszczony był w jednej z mniejszych uliczek, przy głównej mogliby mnie dorwać. Właściwie nawet nie byłem pewien, kiedy ich zgubiłem. Drżącymi dłońmi sięgnąłem do kieszeni spodni i wyciągnąłem z niej paczkę fajek. Wsadziłem jedną do ust i zapaliłem. Tym razem nie doznałem nieprzemożnego uczucia ukojenia, nawet drobnego odstresowania. Po prostu gorycz obrzydliwego tytoniu uświadamiała mi, że zawsze przecież mogło być gorzej. Po wtarciu peta w beton, odetchnąłem i przymknąłem na chwilę oczy. Moje serce wciąż waliło niespokojnie. Kiedy je otworzyłem, odskoczyłem jak oparzony, ujrzawszy kogoś tuż obok. Był to Takashi. Ukucnął obok mnie i palił.
- Zawsze tak reagujesz? - zapytał, nawet na mnie nie patrząc - jego wzrok skierowany był niezmiennie w dal.
- Jak? - rzuciłem, brzmiąc jak roztrzęsiona nastolatka po nieudanym ataku gwałciciela-posiadacza tentakli. Wcale nie miałem takiego zamiaru. O dziwo nie zobaczyłem na jego twarzy szyderczego uśmiechu ani żadnego wyrazu pogardy względem mojej osoby. Podsunął mi tylko papierosa do ust, a ja zamknąłem wargi na jego filtrze i zaciągnąłem się z zawzięciem narkomana. Nieważnym był fakt, że paliłem wcześniej. Moją uwagę bardziej absorbował fakt, że jego papieros miał przyjemnie słodki posmak, a filtr był mokry. Wtedy pomyślałem, że mógłbym umrzeć... co szybko przerodziło się w kolejne z głupich pytań.
Ciekawe, czy on by za mną tęsknił?
Nie, to było zdecydowanie zbyt głupie. Skarciłem się chwilę później w myślach, choć jego bliskość powodowała raczej chaos w mojej głowie.
Zerkałem na niego, gdy wypalał tytoniowy rulonik do końca, gdy gasił go zupełnie tak, jak ja chwilę wcześniej - na betonowej płycie i zostawiając tam peta. Gdy wstawał z właściwą sobie lekkością i spoglądał w moją stronę.
- Ja... - pozbierałem się szybko, acz trochę niezdarnie z ziemi i zająkałem - ja już muszę iść - powiedziałem, nawet na niego nie patrząc, za to czując jego wzrok na sobie. Widziałem kątem oka, jak obraca się na pięcie, a sam mocno speszony (co się ze mną działo?!) poszedłem w swoją stronę. Nie wiedziałem, co było grane, ale to chyba moi szkolni oprawcy mnie tak wykończyli. Wcale a wcale mi się to nie podobało.
- Tygrysie - usłyszałem za plecami miękki głos, więc się odwróciłem. Przy wejściu stał Takashi, olśniewający jak zawsze. - Widzimy się jutro, musimy skończyć twój projekt.
- Jasne - odparłem i wróciłem do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz