środa, 17 lutego 2016

[One Shot] „Spadamy” [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Spadamy
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek:
Raiting: 12+
Ostrzeżenia: brak
Krótki opis: Do związku Shinjiego i Takashiego wkradła się niezgoda. Nie uprawiali seksu od miesięcy, a zamiast porannego dzień dobry w ich sypialni rozbrzmiewa jedno z mniej lub bardziej niewybrednych przekleństw. Choć Tora zamyka za sobą drzwi z nadzieją na godziny słodkiego zapomnienia dawniej pełnego pasji a dziś wypalającego się związku, wszystko dookoła sprowadza się tylko do jednego - Takashiego.
Od autora: Przepraszam za brak aktywności w ostatnich dniach, tygodniach, a nawet miesiącach. Moje życie idzie się trochę dziwacznym krokiem (czasem mam wrażenie, że jest po prostu kulawe) i pomimo tego, że wciąż piszę i to twory różne, nie tylko do fandomu j-rockowego, bardzo ciężko mi cokolwiek skończyć. Dziś zapraszam na twór nieco melancholijny, choć mam nadzieję, że nie przytłaczający.
Myślę o znalezieniu bety, więc jeśli znalazłby się ktoś chętny, to proszę o kontakt na gg.
Napomknę też, że komentarze bardzo motywują do dalszej pracy ^.^


*
– Cholera – zaklął Takashi, odrzucając kołdrę do tyłu. – Dlaczego mnie nie obudziłeś?
– Myślałem, że zostajesz dziś w domu – wetknąłem głowę pomiędzy drzwi a framugę. Takashi obrzucił mnie pełnym obrzydzenia spojrzeniem.
– Wyglądasz paskudnie – stwierdził Sakamoto. Zmarszczyłem brwi i stanąłem w progu. Założywszy ręce na piersiach, zacząłem mówić:
– Słuchaj, wiem, że nie lubisz się spóźniać i wstałeś lewą nogą, ale...
– Właśnie jeszcze nie wstałem – wycedził przez zęby Takashi, po czym pełnym gracji ruchem usiadł na brzegu łóżka. Przetarł twarz dłońmi, mrucząc coś niewybrednego pod nosem, a ja powstrzymałem się przed kilkoma słowami krytyki, które skończyłyby się niechybną kłótnią. A przecież kto chciałby zaczynać dzień od wyrzutów? Na pewno nie ja, niezależnie od tego, jak bardzo Takashiemu by się one nie należały.
– Nieważne – stwierdziłem cicho, z westchnieniem, za którym kryły się wszystkie żale. Spojrzenie czekoladowych oczu przeszywało mnie na wylot. Zrobiłbym wszystko, żeby teraz uwolnić się od zaciskającego boleśnie żołądek wspomnienia minionej fascynacji. Kiedyś jego wzrok pełen był wigoru, niemego zainteresowania. Samym spojrzeniem mówił Jesteś wyjątkowy, Shinji. Podszedłem do lustra przysłaniającego drzwi szafy i poprawiłem krawat. Czułem ten wzrok na plecach, ale przynajmniej nie musiałem patrzeć na jego pełen pretensji wyraz twarzy. – Zrobiłem ci kawę, jest na blacie, lepiej się pospiesz – stwierdziłem, poprawiając krawat.
– Roztyłeś się, Shinji. – Takashi wstał i w kilku krokach przeszedł do łazienki, w której zamknął się na klucz.
Odetchnąłem i spojrzałem na odbicie w lustrze. Oczy podkreślone były sinymi kręgami, a cera wyglądała na ziemistą i zmatowioną. Czy właśnie tak wyglądało szczęście?
Poczułem ciążar zegarka na nadgarstku, który skłonił mnie, by zerknąć na godzinę.
– Wychodzę! – powiedziałem w stronę drzwi łazienkowych, jednak odpowiedziało mi tylko głuche stuknięcie tubki z pastą do zębów o umywalkę. Pozwoliłem sobie jeszcze na ciche westchnięcie. To nie będzie łatwy dzień.

Firma, w której pracowałem nazywała się GT i miała swoją siedzibę w Tokio. Był to jeden z tych ogromnych wieżowców, które pięły się w górę, jakby chciały sięgnąć samego nieba. W szybach odbijały się szarości nieba, zupełnie jakby drapacz chmur chciał się stopić z otoczeniem. W rzeczywistości budynek był bardzo nowoczesny i zadbany, choć lubiłem go tylko na zewnątrz.
Wejście stanowiła para przeszklonych rozsuwanych drzwi. Za nimi na nowo przybyłych (zresztą na tych staro też) dwa cerbery strzegące wejścia do piekieł. W rzeczywistości cerbery miały imiona – Hans i Chris byli wyrośniętymi Amerykaninami (doprawdy, kto dał posadę Amerykanom poza budką z lodami albo posadą dziadka klozetowego?!) po trzydziestce, którzy chyba całą swoją pensję ładowali w karnety na rozmaite siłownie. A przynajmniej o tym świadczyła ich nieprzyjazna aparycja. Za każdym razem, gdy mijałem ich z wymuszonym uśmiechem, nachodziła mnie konkluzja, że zawsze wolałem twory o mniejszych gabarytach i mniej rozbudowanej tkance mięśniowej. Wtedy przed oczami stawała perfekcyjna sylwetka Takashiego, którą kiedyś dotykałem z takim namaszczeniem. Widziałem, jak wije się pod tym dotykiem, śmieje z moich żartów, a komplementy zbywa ironicznymi uwagami, za którymi kryło się nieme dziękuję.
A to był dopiero początek.
Przedostanie się do wind graniczyło z cudem, gdyż hol wypełniony był rozgadanymi ludźmi w bezosobowo granatowych uniformach. Szczególnie upierdliwe bywało to, gdy za dotkniętymi szarością strojami kryły się persony z krwi i kości, a każda z nich wymagała właśnie mojej uwagi.
– Dzień dobry, panie Takazawa.
– Miło pana widzieć, panie Matsumoto.
– Pani Sano, wygląda pani dziś olśniewająco.
I właśnie wtedy, gdy już miałem się zbliżać do pani Takemoto, której od dwóch miesięcy obiecywałem, że pójdę z nią na posiłek, do czego, pomimo niezaprzeczalnych powabów kobiety, szczególnie się nie paliłem, rozległ się donośny głos:
– Proszę, miejcie mnie w swojej opiece! – wykrzyczał jakiś młodzieniaszek, kłaniając się przed skrępowanym garniturem mężczyzną.
Ktoś zaczął klaskać, zaczęło się robić coraz bardziej gwarno. Zmarszczyłem brwi. Dlaczego było tu tak tłoczno? Wszyscy powinni siedzieć przy biurkach i pracować, a nie stać i rozmawiać w najlepsze. Sam chciałem jak najszybciej pogrążyć się w pracy, żeby tylko nie utknąć w rzece myśli o sprawach, których nie mogłem zmienić. Takie rozważania skręcały żołądek, umieszczały w gardle niemożliwą do przełknięcia kulę nieszczęścia i skutkowały otępieniem. A na to przecież nie mógłem sobie pozwolić. W końcu byłem w pracy.
Gdy w końcu przecisnąłem się do wind, ujrzałem dwóch mężczyzn w przybrudzonych ogrodniczkach, którzy rozmawiali żywo gestykulując. Gdzieś nieopodal nich stała beztrosko skrzynka z narzędziami. Rozmawiali w jakimś wstrętnym potocznym żargonie, który nijak nie pasował do ekskluzywnej firmy, w której się znajdowali.
Wtedy rozległ się krzyk:
– Kto to widział, żeby zamykać schody drapacza chmur w kraju szczególnie narażonym na trzęsienia ziemi?! – ryknął męski baryton.
Skrzywiłem się. Rozpoznałbym go wszędzie.
Pan Minamoto był moim przełożonym. Należał do tych głośnych mężczyzn, którym wydaje się, że mają pod sobą cały świat. Gdy tylko główny dyrektor usuwał się z zasięgu wzroku (a raczej słuchu), zachowywał się, jakby ludzie byli jego niewolnikami, a nie współpracownikami. Nigdy go nie lubiłem, choć wiedziałem, że nie mogę tego nijak okazać. Był wstrętnym podczłowiekiem, ale chociaż w jednym miał rację – zamykanie schodów graniczyło z zaawansowanym stadium głupoty.
Do swoistej uległości byłem przyzwyczajany przez lata. Nigdy nie widziałem niczego złego w przestrzeganiu zasad czy szacunku wobec senpai'ów. Przeciwnie. Zło zaczęło się pewnego piątkowego wieczoru, kiedy jeszcze Takashi i ja mieliśmy w zwyczaju celebrowanie początku weekendu...

*
RAINBOW – krzyczał napis zrobiony z rzędów kolorowych świateł ponad wejściem do lokalu.
– Naprawdę, Shinji? – Takashi zdobył się na ostatki sceptycyzmu. – Kręcą cię drag queen, tabletki gwałtu w drinkach i seks w obskórnym, śmierdzącym spermą kiblu?
Próbował mnie zniechęcić cały dzień. Zaczął od wstrętnej porannej kawy, do której wsypał chyba dziesięć łyżeczek cukru. Później nawet się ze mną nie pożegnał, tylko wyszedł bez słowa, zostawiając mnie samego. Gdy wyszedłem do pracy, zorientowałem się, że wyjął mi z torby fajki – przez krótką chwilę miałem ochotę pojechać do niego i wydłubać mu oczy, obciąć język albo wsadzić całą tę paczkę do nosa. Ale po chwili stwierdziłem, że Takashi ze zdeformowanym nosem nie byłby już tak pociągający. Kogo ja oszukiwałem? Miałem na jego punkcie istną obsesję.
Co nie znaczyło, że miałem zamiar odpuścić planowane od dawna wyjście do jednego z najpopularniejszych klubów.
Przez cały dzień wysyłał mi wiadomości, choć wiedział, że zazwyczaj nie używam telefonu w pracy, tego dnia najwidoczniej zatroszczył się, by zaryczał ile sił w głośnikach. Wszyscy obrzucili mnie pełnymi oburzenia spojrzeniami, choć zrobili to najkrócej jak się tylko dało. Najgorszy okazał się pan Minamoto, który akurat usłyszał dzwonek z korytarza. Wpadł jak torpeda i niczym bazyliszek szukający ofiary, której mógłby spojrzeć w oczy, wiódł wzrokiem po wypełnionej biurkami i pracownikami sali. Gdyby zignorować klepanie w klawiaturę, stukot tańca długopisu na papierze i cichego buczenia ksera, powiedziałbym, że panowała tam idealna cisza. Nikt nie chciał spojrzeć w oczy bazyliszkowi, więc każdy pogrążony był w pracy. Telefon spoczywał pod moim udem i w myślach błagałem bogów, by Takashi nie napisał kolejnej wiadomości. Moje modły nie zostały wysłuchane, bo telefon rozbrzmiał, a ja czułem na sobie spojrzenie bazyliszka, jego gorący śmierdzący oddech owiewał moje ciało, czułem ciepło jego ogromnego pyska tuż obok. On tu jest – chciałem pisnąć. Czułem się, jakby ktoś wrzucił mnie do Jurajskiego Parku.
– Co pan sobie wyobraża, panie Arano?! – usłyszałem jego podniesiony głos.
– Amano – poprawiłem go, pokornie wbijając wzrok w swoje biurko.
– Co? – widziałem kątem oka, jak krzywi twarz w niezrozumieniu.
– Amano – powtórzyłem. – Nazywam się Amano.
Zmarszczył brwi. Szykowałem się już na dyscyplinarne zwolnienie z pracy, ale on tylko wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je głośno nosem. Czułem, jak włoski na skórze stają mi dęba, w stopach zaczynają grasować mrówki, a dłonie stają się wilgotne.
– Co pan powiedział? – powtórzył, tym razem cicho, kierując wzrok prosto na mnie.
– Przepraszam, zapomniałem wyciszyć telefon. – Stwierdziłem, że mimo wszystko nie chcę stracić pracy – na pewno nie teraz, kiedy wraz z Takashim w końcu znaleźliśmy niebotycznie drogie mieszkanie w okolicach centrum.
– Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy, panie Amano – wycedził i odszedł.
Gdy trzasnęły drzwi, wypuściłem powietrze z płuc. Zacząłem słyszeć, jak ludzie przerzucają kartki.
Tego było za wiele. Już miałem wyjąć telefon i zrugać Takashiego – postraszyć go wyrzuceniem na noc na kanapę, wycieraczkę, albo – jeszcze lepiej – wizytą u mojej mamy. Takashi nie lubił mojej mamy, a moja mama bardzo lubiła swatać mnie ze starymi koleżankami z dzieciństwa. Byliśmy u niej tylko raz i wątpię, byśmy kiedykolwiek wrócili w dwuosobowym składzie.
I właśnie wtedy zobaczyłem wiadomość, która sprawiła, że poczułem, jak przyspiesza bicie mojego serca. Wystarczyło jedno słowo, by odgonić wszystkie troski.

Zgoda.

Spotkaliśmy się pod klubem. Kolorowe neony aż biły po oczach, a Takashi po kolejnej nieudanej próbie przekonania mnie, że pójście tam wcale nie jest dobrym pomysłem, przyjął minę naburmuszonego dziecka. Stwierdził, że skoro musi tam iść, przynajmniej będzie manifestował swoje niezadowolenie. Oczywiście nie powiedział tego wprost, ale znałem go już na tyle dobrze, by wyczytać to z jego twarzy.
Do środka praktycznie go wciągnąłem, płacąc przy wejściu za nas obu.
Wnętrze rozśwetlały niebieskie światła, a butelki za barem mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Barman był szczupły, postawny i może nawet trochę podobny do Takashiego. Poszedł do jednego ze stolików w rogu, mrucząc mi do ucha nazwę drinka, a ja ruszyłem w stronę baru. Barman był czarujący – ładnie się uśmiechał (za ładnie!) i zręcznie mnie obsługiwał. Obok szklanki wypełnionej kolorowym alkoholem stanęło złociste piwo.
– Proszę – powiedział. – Na koszt firmy.
Jego wzrok był pełen napięcia i nie mogłem powstrzymać uśmiechu, który cisnął mi się na twarz.
– Tak, dziękuję – odparłem, a gdy tylko obróciłem się w stronę stolika, przy którym siedział Takashi, zmroziło mnie. Ktoś stał naprzeciwko niego. Był obrócony plecami do mnie, miał na sobie tylko dobrze skrojony garnitur w kolorze nocnego nieba. Czułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Albo do twarzy, cholera wie. Nawet nie pamiętam, kiedy podchodziłem do stolika i do dziś pozostaje dla mnie zagadką, jakim cudem nie rozlałem ani kropli z niesionych naczyń. Za to w mojej pamięci perfekcyjnie odznaczył się szelest materiału i głuchy dźwięk stawianych na lepkim blacie naczyń.
– Dzień dobry – powiedziałem i dopiero wtedy wyprostowałem się, spoglądając prosto na jegomościa. – Panie Minamoto – wychrypiałem, bo moje gardło nagle stało się niesamowicie suche.
– Znacie się? – Sagashi z zaciekawieniem uniósł jedną brew i pochwycił szklankę z drinkiem w dwa palce. – Nie wziąłeś mi słomki, Torashi.
– Torashi? – Pan Minamoto spojrzał na mnie z rosnącym zaskoczeniem.
– Tak... zaraz wrócę – odparłem i zdezerterowałem.
Przy barze zamrugał do mnie barman.
– Już przyszedłeś po więcej? – zapytał, uśmiechając się dwuznacznie.
– Bogowie, nie – odpowiedziałem chyba trochę za szybko, bo na twarzy mężczyzny zaledwie przez moment zaigrało rozczarowanie.
– To twój facet? – oparł łokcie na blacie i przechylił się w moją stronę.
Kiwnąłem tylko głową, nie do końca pewny intencji młodego barmana. Jego jasne włosy błysnęły złotem w sztucznym świetle, które teraz miało ciepłą żółtą barwę. Z sali obok dobiegało głośne dudnienie. W sali było niewiele osób, wszyscy siedzieli przypadkowo, choć oni nie mieli dla mnie najmniejszego znaczenia.
– Nie powinieneś przegonić tego faceta w garniaku? – zapytał, przypatrując mi się z coraz większym niezrozumieniem.
– To mój przełożony.
Słyszałem, jak wciąga powietrze ze świstem.
– Ciężka sprawa, stary. – Wychylił się, by zza mojego ramienia zerknąć na stolik, przy którym siedział Takashi. – Może to cię przekona – odparł i skinął głową w tamtym kierunku.
Największa szuja, jaką dane mi było poznać Pan Minamoto siedział na krześle, które przeznaczone było dla mnie. Jedna jego dłoń błądziła pod stołem, dotykając nogi Takashiego, a on po prostu siedział. Jego ciemne spojrzenie wbite było we mnie, jakby tylko czekał aż wreszcie się obrócę i zrobię z tym...
Cóż.
Nie pamiętam momentu, w którym chwyciłem pana Minnamoto za jego kosztowny garnitur. Nie wiem też, kiedy zamachnąłem się, by uderzyć go prosto w twarz. Pamiętam za to twardość kości policzkowej i żuchwy na pięści. A nawet jego głuchy krzyk i moment, w którym zatoczył się do tyłu.
Jako taką przytomność przywrócił mi Takashi, mówiąc.
– Shinji, wychodzimy.
Wyszliśmy. To był jeszcze ten czas, gdy miał mnie w garści. Wystarczyło jedno słowo, a ja...
– Shinji – ciszę przecięło moje imię, w jego ustach brzmiało jak najpiękniejszy wyraz, jaki kiedykolwiek wymyślono.
– Tak? – zapytałem, gdy jego głos zaczął tonąć w ciszy.
– Długo ci to zajęło. Zdążył mnie już nieźle zmacać. Dlaczego zadajesz się z takimi zbokami?
– To mój przełożony.
Przez chwilę miałem wrażenie, że jego sylwetka tężeje, a w oczach pojawia się coś, czego dotychczas nie było mi dane dojrzeć.
– A więc to tak – mruknął tylko pod nosem i wróciliśmy do domu. Tej nocy kochaliśmy się z pasją, jakiej nie doświadczyliśmy jeszcze długo później...

*
Wystarczyło samo usłyszenie tonu jego głosu, by podnieść mi ciśnienie. Nie dość, że znaleźliśmy się w bardzo niekomfortowej sytuacji, to jeszcze w to wszystko wmieszany jest Takashi, a o nim, będąc w pracy, próbowałem zapomnieć.
Ostatnimi czasy nie układało nam się za dobrze. Nasz związek stał się rutynowy i pozbawiony radości z codziennego przebywania ze sobą. Aż dziwiłem się, że Takashi pozostaje taki bierny. On nigdy nie wykazuje pasywnej postawy, kiedy coś zakłóca jego wypracowywaną przez lata rzeczywistość. W gruncie rzeczy gdzieś w głębi serca bałem się najgorszego... Było źle.
Jestem pewien, że ten obrzydliwy troglodyta (lub bazyliszek, jak kto woli) na tę wieść zacząłby skakać z radości i już zostałbym zobligowany do podania numeru telefonu, buta i obowiązkowo palca. Tak się składało, że pan Minamoto o Takashim nie wiedział nic. A ja nie zamierzałem mu niczego mówić.
Odwórciłem się na pięcie i podążyłem w przeciwnym kierunku, lustrując wzór karo na połyskujących płytkach podłogowych. Wbrew mojej woli wzory zlewały się w spójne wspomnienie...

*
2015年4月
(kwiecień 2015)
Ten dzień miał być wyjątkowy. Zamówiłem nowy garnitur i dokupiłem do niego buty. Z miesięcznym wyprzedzeniem zabukowałem miejsce w jednej z ekskluzywnych restauracji w centrum Tokio. Byłem tam wcześniej, by upewnić się, że mamy odpowiednie miejsce. I jeszcze zanim zdołałem zamówić wino, przyszedł on. Miał nienagannie ułożone włosy, sam też był w garniturze, a na jego szyi spoczywał krawat w kolorze ciemnej wiśni. Serce podeszło mi do gardła. Chciałem mu powiedzieć, że wygląda pięknie, ale to nie pasowało do niego. Wyglądał tak, że miałem ochotę wziąć go do ekskluzywnej łazienki i zrobić coś zupełnie nieekskluzywnego. Zabójczy Takashi w zabójczym garniturze z typową dla siebie nonszalancją opadł na krzesło i wskazał mi odpowiednią pozycję w karcie.
Wino miało tylko nieznacznie ciemniejszą barwę niż jego krawat, choć on uparcie twierdził, że jest bardziej śliwkowe.
– Nie wiem, to ty jesteś kobietą w tym związku – stwierdziłem. Czułem, jak alkohol odznacza się piekącymi kręgami na policzkach.
– W takim razie ty jesteś najgorszym mężczyzną na świecie. Nie potrafisz wybrać wina, unikasz kontaktu wzrokowego i krzywo wiążesz krawat.
– Hej, ja nie uni...! – oburzyłem się, ale on po prostu wstał, odstawił kieliszki na bok stolika i przechyliwszy się w moją stronę, zaczął poprawiać mi krawat. Jego palce były sprawne i zgrabne. Materiał wyglądał, jakby był stworzony, by ślizgać się między nimi. Tym urokliwym gestem zamknął mi usta.
– Od razu lepiej – mruknął, uśmiechając się z zadowoleniem do swojego dzieła i wtedy złapał moje spojrzenie. Nie mogłem się nie uśmiechnąć ani nie utrzymywać kontaktu wzrokowego. Takashi działał jak magnez z dodatkiem super glue – gdy raz do siebie przyciągnął, nie można było się już od niego oderwać.
Wtedy niesamowicie mi imponował. Nonszalancja, z jaką poprawiał krawat, rozpinał guziki koszuli czy odgarniał włosy z twarzy, zaciskała żołądek, gardło i wywoływała ciasnotę w spodniach. Westchnąłem raz, drugi, trzeci, już mnie miał.
Takashi miał to do siebie, że naprawdę był, jakby wysmarował się tym cholernym super glue – gdy chciało się od niego oderwać, trzeba było zedrzeć z siebie skórę. A ja z czasem zacząłem żałować, że nie jestem wężem.
Jednak jeszcze nie tamtego wieczora. Wtedy siedziałem taki urzeczony i beznadziejnie zakochany, patrząc na te jego pełne usta, cienkie brwi i ciemne oczy. Spoglądając na zgrabne dłonie, szczupłe ramiona i smukły tors, który – byłem tego pewny – miałem posmakować jeszcze tej nocy. Posmakowałem.
– Zamilkłeś – rzekł Takashi, przecinając ciszę. – Aż tak cię onieśmielam?
– Nie onieśmielasz mnie, tylko urzekasz – odparłem i zadowolony z siebie, rozsiadłem się wygodniej. Gdy upiłem łyk wina i ze stłumionym obrusem odgłosem odstawiłem kieliszek na stół, on zdawał się tylko czekać aż podniosę wzrok. Jego wargi rozciągnęły się w uśmiechu, a mój żołądek niebezpiecznie skurczył do rozmiarów pistacji. Oczywiście bez łupiny.
– Więc dlaczego ode mnie uciekasz, Shinji?
Jego głos przyozdobiony był cichym pomrukiem, a gdy wypowiadał moje imię, poczułem przeszywający ciało dreszcz. Gdy poprawiłem się na siedzeniu, poczułem, jak w nogę wbija mi się malutkie pudełeczko ograniczone przestrzenią wnętrza kieszeni. Przypomniałem sobie jego granatowy kolor i pokrywający je atłasowy materiał.
– Nie uciekam – stwierdziłem – podziwiam.
– Nie ma czego – przewrócił oczami i przeczesał palcami włosy, odchylając przy tym szyję i ukazując kusząco wystającą grdykę. Stwierdziłem, że decydowanie jest co podziwiać. Wsunąłem dłoń do kieszeni i dotknąłem pudełeczka. Chwilę zastanawiałem się, czy je wysunąć. Nie powinienem robić tego za wcześnie
Wtedy rozległ się podniesiony głos mężczyzny siedzącego obok w towarzystwie kobiety w średnim wieku.
– To oburzające! – krzyknął, zwracając na siebie uwagę wszystkich dookoła. Widziałem kątem oka, jak Takashi zwraca na niego znudzone spojrzenie. – Nie zgadzam się, by oni... oni... mogli wejść w związek małżeński! To poważna sprawa, Bóg tego zabrania!
No tak, całkiem niedawno, bo na początku kwietnia umożliwiono parom jednopłciowym zawierać związek małżeński. Większość Japończyków po prostu przemilczała temat i przeszła z tym do porządku dziennego, ale musieli znaleźć się też fanatycy. Ich skrajnie niepacyfistyczne poglądy zbiegały się zazwyczaj z wyznaniem, co było dla mnie niekończącą się zagadką. W końcu niezależnie od tego, co ktoś sobie myśli i w co wierzy, nie powinien ingerować w życie innych.
– Ależ kochanie, spokojnie. Jesteśmy w restauracji. – Siedząca naprzeciw kobieta subtelnie próbowała zwrócić mu uwagę, ale ten niczym niezrażony wstał, znów podnosząc głos:
– Nie pozwolę, by mój syn zadawał się z takimi ludźmi!
– Kochanie, nie martw się, nie pozwolimy. – Coraz bardziej zaniepokojona kobieta próbowała ugłaskać swojego męża.
– Żałosne – usłyszałem ciche syknięcie Takashiego. Spojrzałem na niego, unosząc brew w niemym pytaniu. – Ten facet, kobieta, jak i idea zawierania małżeństw.
Poczułem rozchodzący się po ciele chłód, a Takashi zwilżył gardło łykiem wina.
– Ile miłości jest w tym, kiedy ludzie potrzebują jakiegoś archaicznego obrządku, żeby przypieczętować swoje domniemane uczucie? – kontynuował. – Jeszcze ta idiotyczna przysięga, która nic nie zmienia.
– Jaka przysięga? – zmarszczyłem brwi.
– ... i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską – mówił. – Słowa niczego nie zmieniają. Jeśli ktoś zechce zdradzić, to po prędzej czy później zdradzi. Czytałeś Makbeta? Idea zła, która raz pojawi się w ludzkim umyśle, jeśli nie zostanie zniszczona w zarodku, spełni się. Zdrada jest tylko kolejną ideą.
– Dzień dobry, co panom podać? – Koło naszego stolika stanął młody kelner.
Takashi zamknął mi usta na dobre, choć wcale się z nim nie zgadzałem.
Gdyby tak było, wylądowałbym w łóżku z tym barmanem o blond włosach. Choć może po prostu zniszczyłem ideę w zarodku, mówiąc mu, że jestem zajęty?

*
Pudełeczko spoczęło na biurku w pracy pod monitorem, a ja ilekroć o nim myślałem, tylko bardziej się denerwowałem niemożnością przedostania na wyższe piętro.
– Gdzie jest dozorca?! – ryknął Minamoto. Najchętniej wepchnąłbym mu pięść do gardła, ale w jednym miał rację (już drugim) – klucz z całą pewnością dzierżył dozorca. Mój szef wykazywał coraz większe zdolności logicznego myślenia i łączenia faktów – ten dzień stawał się coraz dziwniejszy.
Minuty ciągnęły się niemiłosiernie, szczególnie kiedy postawny mężczyzna (ochrzczony też mianem bazyliszka), zauważył moją obecność i obrzucił spojrzeniem, które mogłoby mówić Masz szczęście, że cię nie wywaliłem na zbity pysk. Sam szczęściem bym tego nie nazwał – prędzej jego skłonnościami do posiadania kozła ofiarnego – syndromu rodem ze szkoły średniej. Oczywiście, czasem wyprowadzał mnie z równowagi, ale zazwyczaj nie miał wielkiego pola do popisu, mimo wszystko on wcale nie znajdował się na samej górze, a po pewnym wybryku znajdował się na szczycie listy do odstrzału. Nie będę wdawał się w szczegóły wspomnianego wydarzenia. Wystarczy informacja, że do dziś, gdy widzę stary dobry boiler z wodą do zalania herbaty, mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Szczególnie, choć to nie zdarza się często, gdy w pobliżu jest właściciel firmy. Oczami wyobraźni widzę go zlanego od pasa w dół. Dobrze, że cała sprawa nie miała tragicznych skutków, bo oparzenie miejsc niewątpliwie strategicznych może być wyjątkowo niekorzystne dla ogólnej kondycji.
Minęły może dwa kwadranse, gdy dzięki dozorcy, który niewątpliwie uratował sytuację, mogłem spocząć na standardowym fotelu, oczywiście granatowym. Spoglądając na uniformy wszystkich dookoła, zacząłem się zastanawiać, czy właściciel czasem nie ma jakiejś obsesji. Może to po prostu kolor oczu jego kochanki? Albo kochanka.
Małe pudełeczko stojące pod monitorem łatwo wtapiało się w otoczenie. Włączyłem komputer i zacząłem pracować, ale słowa Takashiego wracały do mnie jak mantra, a pudełeczko ściągało mój wzrok, jakby zamiast typowego granatu, przybrało kolor jaskrawej żółci lub seledynu. Starałem się skupić ze wszystkich sił. Rzadko bywały takie dni, gdy praca stawała się dla mnie męką powracających myśli zamiast zwyczajowych godzin słodkiego zapomnienia.
W końcu zdenerwowany wziąłem to pudełeczko i wcisnąłem do wnętrza stojącego kalendarza z widokami na Hokkaido. Tak będzie lepiej – pomyślałem.
W końcu zawsze chcieliśmy wyjechać na Hokkaido.

Gdy wybiło południe, przed moim biurkiem jak na zawołanie wyrósł pan Tanaka. Był to niewysoki mężczyzna o przyjemnej aparycji przywodzącej na myśl uśmiechniętego pana zza biurka. Tanaka jednocześnie był tym, który codziennie pilnował, abym prawidłowo się odżywiał, punkt dwunasta pojawiając się obok i susząc mi głowę o zrealizowanie przerwy na lunch.
Nie można było mu odmówić, szczególnie, gdy wspominał o posiłku ze swoją żoną. Pani Tanaka była kobietą, która zawsze stawiała na swoim. Oczywiście nie była krnąbrna czy niemiła – znała swoje miejsce w społeczeństwie, ale nikt nie potrafił jej odmówić, choć swoją aparycją nie przypominała ucieleśnienia męskich sennych marzeń. Dla mnie musiałaby być Takashim. Tym dawnym, cholernym Takashim, który miał w sobie na tyle odwagi, żeby gdzieś mnie wyciągnąć, zaciągnąć do łóżka albo przygotować kolację. Mógł nawet upierać się, że zrobił ją sam, choć ja wiedziałem, że została zamówiona z pobliskiej restauracji – i tak wywoływało to szeroki uśmiech na mojej twarzy. Myślał o mnie.
– Chodźmy – stwierdziłem, celując myszką w przcisk „uśpij”.
– Dobry wybór – przytaknął Tanaka.

Poszliśmy do lokalu, który posiadał jakże odkrywczą nazwę ラーメン (rāmen) i jak nietrudno się domyślić, słynął z podawania właśnie tej potrawy. Nie minęło dużo czasu od przekroczenia progu do momentu, gdy udon wyślizgiwał się spomiędzy pałeczek, a jajko pływało radośnie w wywarze.
Wtedy ujrzałem kątem oka, jak obok Tanaki siada niewielka brunetka z włosami ściętymi na boba błyszącycmi w sztucznym świetle.
– Dzień dobry – przywitała się, uśmiechając szeroko. Pani Tanaka. A jej mąż nic nie mówił o tym, że do nas dołączy. – Możecie jeść beze mnie.
– Dzień dobry, kochanie – powiedział, witając ją ciepłym spojrzeniem, choć ja wiedziałem, że po prostu unika moich iskierek mordu w oczach.
– Dzień dobry – odpowiedziałem kobiecie i wróciłem do rozpracowywania swojego posiłku, pełen nadziei, że małżonkowie zajmą się sobą i zapomną o moim istnieniu. Nawet siorbanie ograniczyłem do minimum.
– Jak w pracy? – zapytał mężczyzna, pochylając się nad swoją miseczką z zupą.
– Ciężko, dzisiaj znów musiałam jechać do biura na drugim końcu miasta, żeby zweryfikować ilość towaru, bo akurat w tamtym budynku kompletnie wysiadł prąd.
– Nie mają zasilania awaryjnego?
– Mają, ale nie działa. – Pani Tanaka otrzymała swój ramen i podziękowawszy, mówiła dalej – O czym dowiedzieli się dopiero dzisiaj.
– Ciężka sprawa – stwiedził pan Tanaka ze współczuciem.
– Ale nie rozmawiajmy o pracy...
Kiedy z głośnym siorbnięciem wciągnąłem do ust grubą nitkę udonu, wzrok kobiety spoczął na mnie.
– Co z tobą, Shinji? – zwróciła się do mnie. Mówili mi obydwoje po imieniu, ale ja nie mogłem się przyzwyczaić, by przestać nazywać ich państwem Tanaka.
Wiedziałem, jakie pytanie padnie zaraz, więc starałem się chwilę tę jak najbardziej przeciągnąć w czasie.
– Co ma ze mną być? – otarłem brodę z wywaru i skupiłem wzrok na pozostałej w misce porcji zupy. Za dużo, by zdezerterować pod pretekstem pracy i za mało, by zapchać sobie nim usta aż do końca przerwy na lunch.
Pani Tanaka, a właściwie Kyoko, przewróciła oczami.
– Przecież widzę. Chodzisz taki struty... – ucichła, jakby zastygając na chwilę w zamyśleniu. – Dziewczyna cię znowu rzuciła? – powiedziała tak szybko, jak tylko potrafiła.
Dziękowałem bogom, że nie miałem w ustach jedzenia, bo niewątpliwie przyozdobiłoby stół tłustą mozaiką.
– Znowu? – wykrztusiłem z siebie, choć powinienem raczej zapytać Dziewczyna?
– Miesiąc temu, pamiętasz? Byłeś w tak wisielczym nastroju, że już chciałam bukować ci miejsce na oddziale psychiatrycznym.
– Dzięki – odparłem, gryząc się w język, by zamiast sarkastycznych podziękowań nie wyrzucić z siebie niecenzuralnej wiązanki.
Miesiąc temu... to pewnie było dokładnie wtedy, gdy...

Ten dzień był naprawdę cudowny. Nie dość, że obrzydliwy Minamoto rozchorował się tak obłożnie, że nie mógł wstać rano do pracy, to jeszcze praca szła mi tak lekko jak nigdy. Co więcej, w trakcie przerwy na lunch, załapaliśmi się z Tanaką do jednego z najpopularniejszych barów sushi, w którym czas oczekiwania wynosi trzy lata. Trzy! A my dostaliśmy się tam w trakcie pięciu minut! Czułem się jak jakiś VIP, dyrektor ogromnej firmy albo nawet sam cesarz. Posiłek był wyśmienity, czułem się jak nowonarodzony.
Jednak nie tylko absurdalne zbiegi okoliczności stanowiły powód do uśmiechu na twarzy. Wyjątkowość kryła się w samej dacie, ponieważ zbiegała z dniem, w którym przestałem być singlem. Najlepszy punkt programu miał dopiero nadejść – właśnie dlatego załatwiłem sobie wcześniejsze wyjście z pracy i pożegnany sugestywnym uśmiechem Tanaki (do dziś nie wiem, czy myślał wtedy o wyśmienitym sushi czy jednak domyślał się, dlaczego wychodzę wcześniej), wyszedłem. Zdążyłem na metro i o wcześniejszej godzinie nie było ono zwyczajowo zapchane.
Szczęk zamka i uginająca się pod ciężarem dłoni klamka. Ciche skrzypięcie drzwi (powinienem je w końcu naoliwić), szelest wieszanej kurtki, stukot odstawianych butów. Każda czynność odznaczała się swoim własnym charakterystycznym odgłosem. Stwierdziłem, że nie ma w tym nic poza zupełnie niepasującą do okoliczności autorefleksją, więc podszedłem do sprzętu i włączyłem muzykę, która sączyła się cichą melodią, docierając do każdego zakamarka w mieszkaniu. Wtedy zajrzałem do przyniesionej siatki z zakupami. Były tam wszystkie składniki na jego ulubione panierowane owoce morza. Oczami wyobraźni widziałem jego szeroki uśmiech. Ten dzień zapowiadał się naprawdę cudownie, nawet maszynka do ryżu uśmiechała się do mnie wyjątkowo przyjaźnie. Przewiązałem w pasie fartuch w zielone grochy, po czym wziąłem się do dzieła.
Spędziłem w kuchni godzinę, niczym przykładna kura domowa, więc pozostała tylko kwestia stworzenia odpowiedniego klimatu. Takashi twierdził, że świece na stole i kwiat w wazonie są zbyt tandetne i przereklamowane, a ja podzielałem jego zdanie. Nie czułem też potrzeby kładzenia na stół obrusa ani strojenia pokoju dodatkowymi światełkami. Przyciemniłem trochę światło, które mieliśmy zamontowane, a prezent przewiesiłem na oparciu krzesła. Nie potrzebowaliśmy dodatkowego tworzenia klimatu. W końcu nie chodziło o żadne świeczki, kwiatki, obrus ani nic takiego, tylko o nas i wspólny miły wieczór.
Minęła ósma, potem dziewiąta. Takashi zwykle wracał po siódmej, przez co zaczynałem się niepokoić. Wykonałem pierwszy telefon, jednak nie odebrał.
Gdy dochodził kwadrans po dziesiątej, obiad był już całkiem zimny. Moje nogi podrygiwały pod stołem ze zdenerwowania, a ja zaczynałem rozważać zgłoszenie zaginięcia na policję. Albo obdzwonienie wszystkich szpitali w okolicy. Albo – jeszcze lepiej... I właśnie wtedy zadzwonił dzwonek.
Nie pamiętam momentu, kiedy wstawałem z krzesła ani tych kroków, które niewątpliwie musiałem przejść, kierując się do drzwi. To było bardziej tak, jakbym się teleportował – w jednej sekundzie siedziałem na krześle, a w kolejnej już stałem pod drzwiami, drżącymi dłońmi przekręcając brzęczący pęczek kluczy. Płyta już dawno się skończyła, więc wszystkie dźwięki wybijały się w głuchej ciszy. Przede mną stał mężczyzna w niebieskim mundurze i z czapką na głowie. Tuż za nim chwiała się znajoma postać, która interesowała mnie o wiele bardziej.
– Czy mieszka tu pan Takashi Sakamoto? – zapytał mężczyzna.
Przytaknąłem chyba nieco zbyt entuzjastycznie, bo zmierzył mnie tylko wzrokiem i niepewnie odsunął się, by ukazać chwiejącą się za nim sylwetkę. Był to niewątpliwie Takashi, choć w postaci skąpanej w cieniu nie mogłem ujrzeć za wiele. Dopiero kiedy postąpił kilka chybotliwych kroków w moim kierunku, dojrzałem ogromnego siniaka pod jego okiem i ślady pojedynczych zadrapań.
– Pan Sakamoto uczestniczył w bójce ulicznej, po krótkiej wizycie na ostrym dyżurze postanowił wrócić tutaj – mówił mężczyzna, ale ja już go nie słuchałem, zbyt zajęty przytrzymywaniem Takashiego i przytulaniem do siebie.
– Jeszcze jeden taki numer a sam zjadę. Albo najpierw zabiję ciebie. Albo jedno i drugie – miotałem się, obejmując go mocno.
Nawet nie zauważyłem kiedy mężczyzna zniknął, zostawiając ciemność za otwartymi drzwiami.

– Jak to się stało? – dopytywałem, delikatnie przemywając jego rany. Nie, żeby w szpitalu tego nie zrobili, jednak ja stwierdziłem, że wolę osobiście o to zadbać, a Takashi chyba wolał nie przeżywać kolejnego pompatycznego wybuchu.
– Wracałem z pracy i jedna ze sklepowych wystaw przykuła moją uwagę. – Spojrzał na mnie, a ja przytaknąłem na znak, że ma kontynuować. – Wtedy poczułem... Ał, to boli!
– Przepraszam – odparłem.
– Ktoś na mnie napadł, później straciłem przytomność.
– Okradli cię? – zapytałem.
– Nie, chyba ktoś ich przegonił. Nawet nie wiem, jak trafiłem na pogotowie, ale obudziłem się już tam.
– Zbadali cię, prawda?
– Chyba żartujesz – prychnął. – Wszystko ze mną dobrze, to tylko siniak pod okiem i kilka zadraśni... Ał! Mówiłem, żebyś uważał.
– Powinieneś się przebadać – stwierdziłem, odsuwając wacik od jego twarzy i wyciągając maść, by posmarować nią zadrapania. Siniak mienił się już warstwą żelu na stłuczenia. – To niebezpieczne, straciłeś przytomność!
Takashi skrzywił się, pokazując mi wyraźnie, że maniera nadopiekuńczej kwoki wcale nie przypadła mu do gustu.
– To tylko omdlenie, jak coś się stanie...
– To będzie za późno – przerwałem mu. Obdarzył mnie tylko pełnym wyraźnego niezadowolenia spojrzeniem, a ja odwzajemniłem je. Ostatecznie przewrócił oczami.
– Traktujesz mnie gorzej niż własna matka.
– Do niej nie przychodziłeś pobity.
– Skąd wiesz?
– A tak się składa...
– Wiesz co, chyba jednak nie powinienem tu wracać. – Wstał. – Może lepiej prześpię się u Naoyukiego? – Takashi zawsze wiedział czym zamknąć mi usta. Fala otrzeźwienia umysłu nadeszła szybciej niż zazwyczaj.
– Po prostu się martwię – wyszeptałem, ujmując jego dłoń.
– Ty panikujesz, Shinji. A ja jestem dorosły i umiem o siebie zadbać – odparł przyciszonym głosem, pozwalając mi się przyciągnąć. Później odgarnął moje przydługie włosy za uszy i powiedział cicho ze swoimi wargami tuż nad moimi. – Choć w niektórych kwestiach potrzebuję twojej pomocy.
Widziałem jego uśmiech, a już po chwili czułem go na własnych ustach, smakując go znów i znów, wciąż od nowa. Język miał miękki i gorący, a jego ciało sprawiało wrażenie niesamowicie spragnionego kontaktu fizycznego. Moje pragnienie narastało z każdym pocałunkiem, zaciśnięciem dłoni na włosach czy przebiegnięciem palcami po rozgrzanej skórze. Aż do sypialni, w której Takashi opadł na łóżko, a ja wpiłem się w jego szyję. Zaśmiał się, gdy owiałem ją oddechem, a ucichł, gdy moje wargi zetknęły się z pulsującym punktem. Dłoń, którą trzymał między kosmykami moich włosów rozluźniła się, by po chwili opaść bezwładnie na materac. Punkt pod ustami wciąż pulsował rytmicznie.
– Takashi?
Mimo to nikt nie odpowiedział.
Takashi zemdlał, więc tak czy siak wylądował w szpitalu, gdzie podejrzewano u niego wstrząśnienie mózgu, więc został na obserwacji.

*
Nie widziałem nic dziwnego w tym, że dzień później wyglądałem jak zombie. Ale żeby od razu podejrzewać mnie o konszachty z płcią przeciwną? W sumie Kyoko nie mijała się bardzo z prawdą – choć nie było to ani zerwanie ani dziewczyna, wciąż chodziło o drugą połówkę.
Dziś wspominam to wszystko z niejaką czułością. Byłem wtedy niesamowicie przerażony, ale jednak gdzieś w środku cieszyłem się, że akurat ja mogłem być wtedy przy nim. Jeszcze wtedy nasza relacja wyglądała inaczej, choć już zmierzała w kierunku niechybnej zagłady, do której dążyła w chwili, gdy pani Tanaka pożerała mnie ciekawskim spojrzeniem.
– Musisz się ustatkować, Shinji – stwierdziła tonem znawcy. – Nie stajesz się coraz młodszy, wypadałoby w końcu się ożenić. Musisz nam ją oczywiście najpierw przedstawić – stwierdziła i spojrzała na męża, oczekując aprobaty. Otrzymała ją niemal od razu.
– Oczywiście – przytaknął i wrócił do jedzenia ramenu.
– Zrobisz tak, prawda Shinji? – świdrowała mnie spojrzeniem, a mi nie pozostawało nic, jak po prostu się z nią zgodzić:
– Tak, oczywiście – odparłem, choć w duchu miałem ochotę się roześmiać z jej miny, gdybym przedstawił jej Takashiego. Pan Tanaka ma się rozumieć także nie był świadom moich preferencji. Uważałem, że tak jest bezpieczniej – zbudowałem przyjazną relację i nie chciałem, by moje upodobania ją zniszczyły. Poza tym nikogo nie powinno obchodzić to, z kim chodzę do łóżka.
– Dobry chłopiec – stwierdziła pani Tanaka, uśmiechając się szeroko.

Biurko w pracy było czyste, a krzesło zachęcająco obrócone w moją stronę. Zajęcia aż same prosiły, bym zagłębił się w nie do reszty i zniknął, uciekając przed ignorującym mnie od miesięcy Takashim. Nie wypadało rozmawiać. Praca była podwójnie pożyteczna – wykonywanie powierzonych zajęć samo w sobie należało do moich obowiązków, ale także było powodem do dumy. Miało też znaczenie na mniejszą skalę – indywidualne zapomnienie warte było harowania od bladego świtu do nocy. Naprawdę nie chciałem myśleć o rzeczach trapiących mnie najbardziej.
Dzień minął szybko. Za szybko. Przemienił się w noc, błękit nieba spowił granat, a wszystko skąpane zostało w mroku. Zapewne jeszcze rok temu entuzjastycznie wyglądałbym przez okno i odliczał ostatnie minuty pracy, nie mogąc doczekać się, by utonąć w ukochanych ramionach.

Dlaczego właściwie nie rozstaliśmy się z Takashim? Skoro nie potrafiliśmy się dogadać, a nasza miłość przypominała zwiędłą roślinę.

*
Rozwód rodziców odbił się na mnie bardziej niż mógłbym przypuszczać. Właściwie Naoki był tylko ojczymem, ale zawsze traktował mnie jak ojciec. Mimo, że nie grzałem już miejsca w gronie pyskatych nastolatków, tylko należałem do odpowiedzialnych dorosłych i mogłem z dumą stwierdzić, że stanowiłem jeden z pełnoprawnych elementów maszyny społecznej, mimo to w jednym momencie poczułem się mały i bezradny jak przeciętny szczeniak.
– Jak myślisz, Takashi, co dzieje się ze znikającą miłością? – zapytałem pewnej ponurej nocy, gdy po prostu siedzieliśmy obok siebie, skąpani w mroku podobnym do tego, który wyglądał na mnie zza okna podczas ostatnich godzin pracy.
Sakamoto zastygł wpatrzony w dal, a gdy się odezwał, jego słowa były miękkie:
– Miłość jest jak niezapominajka – mimo swojego symbolicznego znaczenia wciąż pozostaje tylko rośliną, a rośliny mogą zwiędnąć. – Wyobraziłem sobie mały niebieski kwiatek, który przeżywając największą życiową tragedię kurczy się w sobie, a jego drobne płatki nabierają barwy mokrej ziemi z poświatą granatu. – Wtedy staje się zapominajką.

*
Zapominajka stała się symbolem utraconej miłości i myślałem o niej za każdym razem, gdy wracałem do domu. Chciałem to zmienić. Małe kwiatki, choć spoglądały na mnie tylko z wnętrza skołatanego umysłu, wzbudzały odrazę. 
Tak naprawdę nigdy ich nie widziałem. Niezapominajek.
Gdy przekroczyłem próg mieszkania, na półce w korytarzu stał szklany wazon, z którego ironicznie spoglądał na mnie bukiet ciasno skupionych chabrów o intensywnym kolorze. Kwiaty roztaczały przyjemny zapach. Nie minęło dużo czasu, by przez ciszę pogrążonego w mroku nocy korytarza przedarł się przeciągły jęk. Takashi doznawał rozkoszy, której nie doświadczyliśmy od miesięcy tej niemej niezgody. Miałem wrażenie, że nie odczuwałem podniecenia od bardzo dawna i dopiero ten dźwięk zbudził mojego małego przyjaciela po wielu dniach snu. Myśli zaczęły płatać figle. Przez krótką, pełną dziecięcej naiwności chwilę pomyślałem, że może Takashi usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i postanowił dać mi zaproszenie. Może leży tam, czeka na mnie, a może...
Drzwi zaskrzypiały cicho i głucho, jakby wraz ze wszystkimi naszymi namiętnościami i one pogrążyły się w zapomnieniu. Małe niebieskie zapominajki nie miały prawa, by zakwitnąć na grobie naszej miłości.
Dźwięk odbijał się od ścian, wpadał do moich uszu i mącił w głowie bardziej niż obraz dwóch splecionych ze sobą ciał. Rozpoznałem odznaczającą się na śliwkowej narzucie jasną czuprynę Takashiego i dojrzałem drugą – kruczoczarną, nieznajomą.

Obudziło mnie poranne słońce, niedyskretnie wdzierające się pod powieki. Przetarłem oczy i otworzyłem je, by ujrzeć rażące światło odbijające się od białego sufitu. Ściany sypialni pozostawały ciemnoszare, jak zawsze. Poczułem, jak ciało nieznacznie porusza się za moimi plecami.
– Już nie śpisz? – Pokój przeciął głos Takashiego z tak dobrze znaną mi poranną chrypką.

6 komentarzy:

  1. Ten one shot był wspaniały, choć liczyłam trochę na szczęśliwsze zakończenie. Dawno nic nie czytałam z tym paringiem. Nie wiem co mogę jeszcze napisać. Zakończenie trochę zbiło mnie z tropu. Saga go zdradził, a Tora dalej spał z nim w jednym łóżku. Na dodatek podobają mi się opisane uczucia, ten one shot jest świetnie napisany. Właściwe to bardzo lubię Twoje opowiadania z tym paringiem. Tak sobie myślę, że często Twoje opiwadania łamią mi serce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie za komentarz.
      Powiedzenie, że twórczość, nieważne jak bardzo niszowa by ona nie była, oddziałuje na czytelnika jest chyba najlepszym komplementem nawet dla takiego pismaka, jak ja.

      Usuń
  2. Zaczynam darzyć Sagę najszczerszą niechęcią. >.< To kolejny fic, w którym robisz z niego żmiję. xD Jak można mówić ukochanej osobie, że się roztyła? ;;
    Wyłapałam błąd: "Nikt nie chciał spojrzeć w oczy bazyliszkowi, więc każdy pokrążony był w pracy" - powinno być "pogrążony". ;) I pod koniec jest jeszcze powtórzenie. Dwa razy napisałaś "powieki". Nie zmienia to oczywiście faktu, że dla mnie jesteś literackim geniuszem. :* A Saga dostanie ode mnie porządnego kopa w dupę. =.=

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, poprawione~
      No cóż, Saga to nadal tylko facet. A że zaczął mieć Torashiego dosyć, więc mu ciśnie :D
      Ale tak serio, chciałam po prostu pokazać, że ich relacje się popsuły. Tusza mi najzwyczajniej pasowała - jest wystarczająco typowa, ale jednocześnie dla Tory bolesna, w końcu kiedyś miał na tym tle problem.
      Bardzo dziękuję za komentarz i cieszę się, że wywołuję u Ciebie takie emocje.
      (Kop Sagę do woli, ja popatrzę, jak masuje sobie ten zgrabny tyłeczek. Torashi dołączy~)
      Literacki geniusz to chyba trochę wygórowana opinia jak na takiego skromnego pismaka, jakim jestem, niemniej dziękuję. <3

      Usuń
  3. Hej:)
    Zapomniałam, że jestem w obserwatorach bloga i teraz sobie o nim przypomniałam... Przepraszam:)!

    Dziwna jestem, ale lubię nieszczęśliwe zakończenia.Osobowość Sagi też mi odpowiada. Tora przypomina mi Tota z jednego z moich opowiadań:).

    Bardzo mi się podobało:).
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie bo czuję reaktywację:)
    Rena X

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie za komentarz. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. :)
      Ja lubię zakończenia połowiczne, niejasne, może nawet otwarte, choć czasem szczęśliwe są niezbędne.
      Mam nadzieję, że reaktywacja się uda. :)

      Usuń