Tytuł: Spadamy
Paring: Tora/Saga
(Alice Nine)
Gatunek:
Raiting: 12+
Ostrzeżenia: brak
Krótki
opis: Do związku Shinjiego i Takashiego wkradła się
niezgoda. Nie uprawiali seksu od miesięcy, a zamiast porannego dzień
dobry w ich sypialni rozbrzmiewa jedno z mniej lub bardziej
niewybrednych przekleństw. Choć Tora zamyka za sobą drzwi z
nadzieją na godziny słodkiego zapomnienia dawniej pełnego pasji a
dziś wypalającego się związku, wszystko dookoła sprowadza się
tylko do jednego - Takashiego.
Od
autora: Przepraszam za brak aktywności w ostatnich dniach,
tygodniach, a nawet miesiącach. Moje życie idzie się trochę
dziwacznym krokiem (czasem mam wrażenie, że jest po prostu kulawe)
i pomimo tego, że wciąż piszę i to twory różne, nie tylko do
fandomu j-rockowego, bardzo ciężko mi cokolwiek skończyć. Dziś
zapraszam na twór nieco melancholijny, choć mam nadzieję, że nie
przytłaczający.
Myślę
o znalezieniu bety, więc jeśli znalazłby się ktoś chętny, to
proszę o kontakt na gg.
Napomknę
też, że komentarze bardzo motywują do dalszej pracy ^.^
*
– Cholera
– zaklął Takashi, odrzucając kołdrę do tyłu. – Dlaczego
mnie nie obudziłeś?
– Myślałem,
że zostajesz dziś w domu – wetknąłem głowę pomiędzy drzwi a
framugę. Takashi obrzucił mnie pełnym obrzydzenia spojrzeniem.
– Wyglądasz
paskudnie – stwierdził Sakamoto. Zmarszczyłem brwi i stanąłem w
progu. Założywszy ręce na piersiach, zacząłem mówić:
– Słuchaj,
wiem, że nie lubisz się spóźniać i wstałeś lewą nogą, ale...
– Właśnie
jeszcze nie wstałem – wycedził przez zęby Takashi, po czym
pełnym gracji ruchem usiadł na brzegu łóżka. Przetarł twarz
dłońmi, mrucząc coś niewybrednego pod nosem, a ja powstrzymałem
się przed kilkoma słowami krytyki, które skończyłyby się
niechybną kłótnią. A przecież kto chciałby zaczynać dzień od
wyrzutów? Na pewno nie ja, niezależnie od tego, jak bardzo
Takashiemu by się one nie należały.
– Nieważne
– stwierdziłem cicho, z westchnieniem, za którym kryły się
wszystkie żale. Spojrzenie czekoladowych oczu przeszywało mnie na
wylot. Zrobiłbym wszystko, żeby teraz uwolnić się od
zaciskającego boleśnie żołądek wspomnienia minionej fascynacji.
Kiedyś jego wzrok pełen był wigoru, niemego zainteresowania. Samym
spojrzeniem mówił Jesteś
wyjątkowy, Shinji. Podszedłem
do lustra przysłaniającego drzwi szafy i poprawiłem krawat. Czułem
ten wzrok na plecach, ale przynajmniej nie musiałem patrzeć na jego
pełen pretensji wyraz twarzy. – Zrobiłem ci kawę, jest na
blacie, lepiej się pospiesz – stwierdziłem, poprawiając krawat.
– Roztyłeś
się, Shinji. – Takashi wstał i w kilku krokach przeszedł do
łazienki, w której zamknął się na klucz.
Odetchnąłem
i spojrzałem na odbicie w lustrze. Oczy podkreślone były sinymi
kręgami, a cera wyglądała na ziemistą i zmatowioną. Czy właśnie
tak wyglądało szczęście?
Poczułem
ciążar zegarka na nadgarstku, który skłonił mnie, by zerknąć
na godzinę.
– Wychodzę!
– powiedziałem w stronę drzwi łazienkowych, jednak odpowiedziało
mi tylko głuche stuknięcie tubki z pastą do zębów o umywalkę.
Pozwoliłem sobie jeszcze na ciche westchnięcie. To nie będzie
łatwy dzień.
Firma,
w której pracowałem nazywała się GT i miała swoją siedzibę w
Tokio. Był to jeden z tych ogromnych wieżowców, które pięły się
w górę, jakby chciały sięgnąć samego nieba. W szybach odbijały
się szarości nieba, zupełnie jakby drapacz chmur chciał się
stopić z otoczeniem. W rzeczywistości budynek był bardzo
nowoczesny i zadbany, choć lubiłem go tylko na zewnątrz.
Wejście
stanowiła para przeszklonych rozsuwanych drzwi. Za nimi na nowo
przybyłych (zresztą na tych staro też) dwa cerbery strzegące
wejścia do piekieł. W rzeczywistości cerbery miały
imiona – Hans i Chris byli wyrośniętymi Amerykaninami (doprawdy,
kto dał posadę Amerykanom poza budką z lodami albo posadą dziadka
klozetowego?!) po trzydziestce, którzy chyba całą swoją pensję
ładowali w karnety na rozmaite siłownie. A przynajmniej o tym
świadczyła ich nieprzyjazna aparycja. Za każdym razem, gdy mijałem
ich z wymuszonym uśmiechem, nachodziła mnie konkluzja, że zawsze
wolałem twory o mniejszych gabarytach i mniej rozbudowanej tkance
mięśniowej. Wtedy przed oczami stawała perfekcyjna sylwetka
Takashiego, którą kiedyś dotykałem z takim namaszczeniem.
Widziałem, jak wije się pod tym dotykiem, śmieje z moich żartów,
a komplementy zbywa ironicznymi uwagami, za którymi kryło się
nieme dziękuję.
A
to był dopiero początek.
Przedostanie
się do wind graniczyło z cudem, gdyż hol wypełniony był
rozgadanymi ludźmi w bezosobowo granatowych uniformach. Szczególnie
upierdliwe bywało to, gdy za dotkniętymi szarością strojami kryły
się persony z krwi i kości, a każda z nich wymagała właśnie
mojej uwagi.
– Dzień
dobry, panie Takazawa.
– Miło
pana widzieć, panie Matsumoto.
– Pani
Sano, wygląda pani dziś olśniewająco.
I
właśnie wtedy, gdy już miałem się zbliżać do pani Takemoto,
której od dwóch miesięcy obiecywałem, że pójdę z nią na
posiłek, do czego, pomimo niezaprzeczalnych powabów kobiety,
szczególnie się nie paliłem, rozległ się donośny głos:
– Proszę,
miejcie mnie w swojej opiece! – wykrzyczał jakiś młodzieniaszek,
kłaniając się przed skrępowanym garniturem mężczyzną.
Ktoś
zaczął klaskać, zaczęło się robić coraz bardziej gwarno.
Zmarszczyłem brwi. Dlaczego było tu tak tłoczno? Wszyscy powinni
siedzieć przy biurkach i pracować, a nie stać i rozmawiać w
najlepsze. Sam chciałem jak najszybciej pogrążyć się w pracy,
żeby tylko nie utknąć w rzece myśli o sprawach, których nie
mogłem zmienić. Takie rozważania skręcały żołądek,
umieszczały w gardle niemożliwą do przełknięcia kulę
nieszczęścia i skutkowały otępieniem. A na to przecież nie
mógłem sobie pozwolić. W końcu byłem w pracy.
Gdy
w końcu przecisnąłem się do wind, ujrzałem dwóch mężczyzn w
przybrudzonych ogrodniczkach, którzy rozmawiali żywo gestykulując.
Gdzieś nieopodal nich stała beztrosko skrzynka z narzędziami.
Rozmawiali w jakimś wstrętnym potocznym żargonie, który nijak nie
pasował do ekskluzywnej firmy, w której się znajdowali.
Wtedy
rozległ się krzyk:
– Kto
to widział, żeby zamykać schody drapacza chmur w kraju szczególnie
narażonym na trzęsienia ziemi?! – ryknął męski baryton.
Skrzywiłem
się. Rozpoznałbym go wszędzie.
Pan
Minamoto był moim przełożonym. Należał do tych głośnych
mężczyzn, którym wydaje się, że mają pod sobą cały świat.
Gdy tylko główny dyrektor usuwał się z zasięgu wzroku (a raczej
słuchu), zachowywał się, jakby ludzie byli jego niewolnikami, a
nie współpracownikami. Nigdy go nie lubiłem, choć wiedziałem, że
nie mogę tego nijak okazać. Był wstrętnym podczłowiekiem, ale
chociaż w jednym miał rację – zamykanie schodów graniczyło z
zaawansowanym stadium głupoty.
Do
swoistej uległości byłem przyzwyczajany przez lata. Nigdy nie
widziałem niczego złego w przestrzeganiu zasad czy szacunku wobec
senpai'ów. Przeciwnie. Zło zaczęło się pewnego
piątkowego wieczoru, kiedy jeszcze Takashi i ja mieliśmy w zwyczaju
celebrowanie początku weekendu...
*
RAINBOW
– krzyczał napis zrobiony z rzędów kolorowych świateł ponad
wejściem do lokalu.
– Naprawdę,
Shinji? – Takashi zdobył się na ostatki sceptycyzmu. – Kręcą
cię drag queen, tabletki gwałtu w drinkach i seks w obskórnym,
śmierdzącym spermą kiblu?
Próbował
mnie zniechęcić cały dzień. Zaczął od wstrętnej porannej kawy,
do której wsypał chyba dziesięć łyżeczek cukru. Później nawet
się ze mną nie pożegnał, tylko wyszedł bez słowa, zostawiając
mnie samego. Gdy wyszedłem do pracy, zorientowałem się, że wyjął
mi z torby fajki – przez krótką chwilę miałem ochotę pojechać
do niego i wydłubać mu oczy, obciąć język albo wsadzić całą
tę paczkę do nosa. Ale po chwili stwierdziłem, że Takashi ze
zdeformowanym nosem nie byłby już tak pociągający. Kogo ja
oszukiwałem? Miałem na jego punkcie istną obsesję.
Co
nie znaczyło, że miałem zamiar odpuścić planowane od dawna
wyjście do jednego z najpopularniejszych klubów.
Przez
cały dzień wysyłał mi wiadomości, choć wiedział, że zazwyczaj
nie używam telefonu w pracy, tego dnia najwidoczniej zatroszczył
się, by zaryczał ile sił w głośnikach. Wszyscy obrzucili mnie
pełnymi oburzenia spojrzeniami, choć zrobili to najkrócej jak się
tylko dało. Najgorszy okazał się pan Minamoto, który akurat
usłyszał dzwonek z korytarza. Wpadł jak torpeda i niczym
bazyliszek szukający ofiary, której mógłby spojrzeć w oczy,
wiódł wzrokiem po wypełnionej biurkami i pracownikami sali. Gdyby
zignorować klepanie w klawiaturę, stukot tańca długopisu na
papierze i cichego buczenia ksera, powiedziałbym, że panowała tam
idealna cisza. Nikt nie chciał spojrzeć w oczy bazyliszkowi, więc
każdy pogrążony był w pracy. Telefon spoczywał pod moim udem i w
myślach błagałem bogów, by Takashi nie napisał kolejnej
wiadomości. Moje modły nie zostały wysłuchane, bo telefon
rozbrzmiał, a ja czułem na sobie spojrzenie bazyliszka, jego gorący
śmierdzący oddech owiewał moje ciało, czułem ciepło jego
ogromnego pyska tuż obok. On tu jest – chciałem
pisnąć. Czułem się, jakby ktoś wrzucił mnie do Jurajskiego
Parku.
– Co
pan sobie wyobraża, panie Arano?! – usłyszałem jego podniesiony
głos.
– Amano
– poprawiłem go, pokornie wbijając wzrok w swoje biurko.
– Co?
– widziałem kątem oka, jak krzywi twarz w niezrozumieniu.
– Amano
– powtórzyłem. – Nazywam się Amano.
Zmarszczył
brwi. Szykowałem się już na dyscyplinarne zwolnienie z pracy, ale
on tylko wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je głośno
nosem. Czułem, jak włoski na skórze stają mi dęba, w stopach
zaczynają grasować mrówki, a dłonie stają się wilgotne.
– Co
pan powiedział? – powtórzył, tym razem cicho, kierując wzrok
prosto na mnie.
– Przepraszam,
zapomniałem wyciszyć telefon. – Stwierdziłem, że mimo wszystko
nie chcę stracić pracy – na pewno nie teraz, kiedy wraz z
Takashim w końcu znaleźliśmy niebotycznie drogie mieszkanie w
okolicach centrum.
– Mam
nadzieję, że to się więcej nie powtórzy, panie Amano –
wycedził i odszedł.
Gdy
trzasnęły drzwi, wypuściłem powietrze z płuc. Zacząłem
słyszeć, jak ludzie przerzucają kartki.
Tego
było za wiele. Już miałem wyjąć telefon i zrugać Takashiego –
postraszyć go wyrzuceniem na noc na kanapę, wycieraczkę, albo –
jeszcze lepiej – wizytą u mojej mamy. Takashi nie lubił mojej
mamy, a moja mama bardzo lubiła swatać mnie ze starymi koleżankami
z dzieciństwa. Byliśmy u niej tylko raz i wątpię, byśmy
kiedykolwiek wrócili w dwuosobowym składzie.
I
właśnie wtedy zobaczyłem wiadomość, która sprawiła, że
poczułem, jak przyspiesza bicie mojego serca. Wystarczyło jedno
słowo, by odgonić wszystkie troski.
Zgoda.
Spotkaliśmy się pod klubem. Kolorowe neony aż biły po oczach, a Takashi po kolejnej nieudanej próbie przekonania mnie, że pójście tam wcale nie jest dobrym pomysłem, przyjął minę naburmuszonego dziecka. Stwierdził, że skoro musi tam iść, przynajmniej będzie manifestował swoje niezadowolenie. Oczywiście nie powiedział tego wprost, ale znałem go już na tyle dobrze, by wyczytać to z jego twarzy.
Do
środka praktycznie go wciągnąłem, płacąc przy wejściu za nas
obu.
Wnętrze
rozśwetlały niebieskie światła, a butelki za barem mieniły się
wszystkimi kolorami tęczy. Barman był szczupły, postawny i może
nawet trochę podobny do Takashiego. Poszedł do jednego ze stolików
w rogu, mrucząc mi do ucha nazwę drinka, a ja ruszyłem w stronę
baru. Barman był czarujący – ładnie się uśmiechał (za
ładnie!) i zręcznie mnie obsługiwał. Obok szklanki wypełnionej
kolorowym alkoholem stanęło złociste piwo.
– Proszę
– powiedział. – Na koszt firmy.
Jego
wzrok był pełen napięcia i nie mogłem powstrzymać uśmiechu,
który cisnął mi się na twarz.
– Tak,
dziękuję – odparłem, a gdy tylko obróciłem się w stronę
stolika, przy którym siedział Takashi, zmroziło mnie. Ktoś stał
naprzeciwko niego. Był obrócony plecami do mnie, miał na sobie
tylko dobrze skrojony garnitur w kolorze nocnego nieba. Czułem, jak
krew odpływa mi z twarzy. Albo do twarzy, cholera wie. Nawet nie
pamiętam, kiedy podchodziłem do stolika i do dziś pozostaje dla
mnie zagadką, jakim cudem nie rozlałem ani kropli z niesionych
naczyń. Za to w mojej pamięci perfekcyjnie odznaczył się szelest
materiału i głuchy dźwięk stawianych na lepkim blacie naczyń.
– Dzień
dobry – powiedziałem i dopiero wtedy wyprostowałem się,
spoglądając prosto na jegomościa. – Panie Minamoto –
wychrypiałem, bo moje gardło nagle stało się niesamowicie suche.
– Znacie
się? – Sagashi z zaciekawieniem uniósł jedną brew i pochwycił
szklankę z drinkiem w dwa palce. – Nie wziąłeś mi słomki,
Torashi.
– Torashi?
– Pan Minamoto spojrzał na mnie z rosnącym zaskoczeniem.
– Tak...
zaraz wrócę – odparłem i zdezerterowałem.
Przy
barze zamrugał do mnie barman.
– Już
przyszedłeś po więcej? – zapytał, uśmiechając się
dwuznacznie.
– Bogowie,
nie – odpowiedziałem chyba trochę za szybko, bo na twarzy
mężczyzny zaledwie przez moment zaigrało rozczarowanie.
– To
twój facet? – oparł łokcie na blacie i przechylił się w moją
stronę.
Kiwnąłem
tylko głową, nie do końca pewny intencji młodego barmana. Jego
jasne włosy błysnęły złotem w sztucznym świetle, które teraz
miało ciepłą żółtą barwę. Z sali obok dobiegało głośne
dudnienie. W sali było niewiele osób, wszyscy siedzieli
przypadkowo, choć oni nie mieli dla mnie najmniejszego znaczenia.
– Nie
powinieneś przegonić tego faceta w garniaku? – zapytał,
przypatrując mi się z coraz większym niezrozumieniem.
– To
mój przełożony.
Słyszałem,
jak wciąga powietrze ze świstem.
– Ciężka
sprawa, stary. – Wychylił się, by zza mojego ramienia zerknąć
na stolik, przy którym siedział Takashi. – Może to cię przekona
– odparł i skinął głową w tamtym kierunku.
Cóż.
Nie
pamiętam momentu, w którym chwyciłem pana Minnamoto za jego
kosztowny garnitur. Nie wiem też, kiedy zamachnąłem się, by
uderzyć go prosto w twarz. Pamiętam za to twardość kości
policzkowej i żuchwy na pięści. A nawet jego głuchy krzyk i
moment, w którym zatoczył się do tyłu.
Jako
taką przytomność przywrócił mi Takashi, mówiąc.
– Shinji,
wychodzimy.
Wyszliśmy.
To był jeszcze ten czas, gdy miał mnie w garści. Wystarczyło
jedno słowo, a ja...
– Shinji
– ciszę przecięło moje imię, w jego ustach brzmiało jak
najpiękniejszy wyraz, jaki kiedykolwiek wymyślono.
– Tak?
– zapytałem, gdy jego głos zaczął tonąć w ciszy.
– Długo
ci to zajęło. Zdążył mnie już nieźle zmacać. Dlaczego
zadajesz się z takimi zbokami?
– To
mój przełożony.
Przez
chwilę miałem wrażenie, że jego sylwetka tężeje, a w oczach
pojawia się coś, czego dotychczas nie było mi dane dojrzeć.
– A
więc to tak – mruknął tylko pod nosem i wróciliśmy do domu.
Tej nocy kochaliśmy się z pasją, jakiej nie doświadczyliśmy
jeszcze długo później...
*
Wystarczyło
samo usłyszenie tonu jego głosu, by podnieść mi ciśnienie. Nie
dość, że znaleźliśmy się w bardzo niekomfortowej sytuacji, to
jeszcze w to wszystko wmieszany jest Takashi, a o nim, będąc w
pracy, próbowałem zapomnieć.
Ostatnimi
czasy nie układało nam się za dobrze. Nasz związek stał się
rutynowy i pozbawiony radości z codziennego przebywania ze sobą. Aż
dziwiłem się, że Takashi pozostaje taki bierny. On nigdy nie
wykazuje pasywnej postawy, kiedy coś zakłóca jego wypracowywaną
przez lata rzeczywistość. W gruncie rzeczy gdzieś w głębi serca
bałem się najgorszego... Było źle.
Jestem
pewien, że ten obrzydliwy troglodyta (lub bazyliszek, jak kto woli)
na tę wieść zacząłby skakać z radości i już zostałbym
zobligowany do podania numeru telefonu, buta i obowiązkowo palca.
Tak się składało, że pan Minamoto o Takashim nie wiedział nic. A
ja nie zamierzałem mu niczego mówić.
Odwórciłem
się na pięcie i podążyłem w przeciwnym kierunku, lustrując wzór
karo na połyskujących płytkach podłogowych. Wbrew mojej woli
wzory zlewały się w spójne wspomnienie...
*
2015年4月
(kwiecień
2015)
Ten
dzień miał być wyjątkowy. Zamówiłem nowy garnitur i dokupiłem
do niego buty. Z miesięcznym wyprzedzeniem zabukowałem miejsce w
jednej z ekskluzywnych restauracji w centrum Tokio. Byłem tam
wcześniej, by upewnić się, że mamy odpowiednie miejsce. I jeszcze
zanim zdołałem zamówić wino, przyszedł on. Miał nienagannie
ułożone włosy, sam też był w garniturze, a na jego szyi
spoczywał krawat w kolorze ciemnej wiśni. Serce podeszło mi do
gardła. Chciałem mu powiedzieć, że wygląda pięknie, ale to nie
pasowało do niego. Wyglądał tak, że miałem ochotę wziąć go do
ekskluzywnej łazienki i zrobić coś zupełnie nieekskluzywnego.
Zabójczy Takashi w zabójczym garniturze z typową dla siebie
nonszalancją opadł na krzesło i wskazał mi odpowiednią pozycję
w karcie.
Wino
miało tylko nieznacznie ciemniejszą barwę niż jego krawat, choć
on uparcie twierdził, że jest bardziej śliwkowe.
– Nie
wiem, to ty jesteś kobietą w tym związku – stwierdziłem.
Czułem, jak alkohol odznacza się piekącymi kręgami na policzkach.
– W
takim razie ty jesteś najgorszym mężczyzną na świecie. Nie
potrafisz wybrać wina, unikasz kontaktu wzrokowego i krzywo wiążesz
krawat.
– Hej,
ja nie uni...! – oburzyłem się, ale on po prostu wstał, odstawił
kieliszki na bok stolika i przechyliwszy się w moją stronę, zaczął
poprawiać mi krawat. Jego palce były sprawne i zgrabne. Materiał
wyglądał, jakby był stworzony, by ślizgać się między nimi. Tym
urokliwym gestem zamknął mi usta.
– Od
razu lepiej – mruknął, uśmiechając się z zadowoleniem do
swojego dzieła i wtedy złapał moje spojrzenie. Nie mogłem się
nie uśmiechnąć ani nie utrzymywać kontaktu wzrokowego. Takashi
działał jak magnez z dodatkiem super glue – gdy raz do siebie
przyciągnął, nie można było się już od niego oderwać.
Wtedy
niesamowicie mi imponował. Nonszalancja, z jaką poprawiał krawat,
rozpinał guziki koszuli czy odgarniał włosy z twarzy, zaciskała
żołądek, gardło i wywoływała ciasnotę w spodniach. Westchnąłem
raz, drugi, trzeci, już mnie miał.
Takashi
miał to do siebie, że naprawdę był, jakby wysmarował się tym
cholernym super glue – gdy chciało się od niego oderwać, trzeba
było zedrzeć z siebie skórę. A ja z czasem zacząłem żałować,
że nie jestem wężem.
Jednak
jeszcze nie tamtego wieczora. Wtedy siedziałem taki urzeczony i
beznadziejnie zakochany, patrząc na te jego pełne usta, cienkie
brwi i ciemne oczy. Spoglądając na zgrabne dłonie, szczupłe
ramiona i smukły tors, który – byłem tego pewny – miałem
posmakować jeszcze tej nocy. Posmakowałem.
– Zamilkłeś
– rzekł Takashi, przecinając ciszę. – Aż tak cię
onieśmielam?
– Nie
onieśmielasz mnie, tylko urzekasz – odparłem i zadowolony z
siebie, rozsiadłem się wygodniej. Gdy upiłem łyk wina i ze
stłumionym obrusem odgłosem odstawiłem kieliszek na stół, on
zdawał się tylko czekać aż podniosę wzrok. Jego wargi
rozciągnęły się w uśmiechu, a mój żołądek niebezpiecznie
skurczył do rozmiarów pistacji. Oczywiście bez łupiny.
– Więc
dlaczego ode mnie uciekasz, Shinji?
Jego
głos przyozdobiony był cichym pomrukiem, a gdy wypowiadał moje
imię, poczułem przeszywający ciało dreszcz. Gdy poprawiłem się
na siedzeniu, poczułem, jak w nogę wbija mi się malutkie
pudełeczko ograniczone przestrzenią wnętrza kieszeni.
Przypomniałem sobie jego granatowy kolor i pokrywający je atłasowy
materiał.
– Nie
uciekam – stwierdziłem – podziwiam.
– Nie
ma czego – przewrócił oczami i przeczesał palcami włosy,
odchylając przy tym szyję i ukazując kusząco wystającą grdykę.
Stwierdziłem, że decydowanie jest co podziwiać. Wsunąłem dłoń
do kieszeni i dotknąłem pudełeczka. Chwilę zastanawiałem się,
czy je wysunąć. Nie powinienem robić tego za wcześnie
Wtedy
rozległ się podniesiony głos mężczyzny siedzącego obok w
towarzystwie kobiety w średnim wieku.
– To
oburzające! – krzyknął, zwracając na siebie uwagę wszystkich
dookoła. Widziałem kątem oka, jak Takashi zwraca na niego znudzone
spojrzenie. – Nie zgadzam się, by oni... oni... mogli wejść w
związek małżeński! To poważna sprawa, Bóg tego zabrania!
No
tak, całkiem niedawno, bo na początku kwietnia umożliwiono parom
jednopłciowym zawierać związek małżeński. Większość
Japończyków po prostu przemilczała temat i przeszła z tym do
porządku dziennego, ale musieli znaleźć się też fanatycy. Ich
skrajnie niepacyfistyczne poglądy zbiegały się zazwyczaj z
wyznaniem, co było dla mnie niekończącą się zagadką. W końcu
niezależnie od tego, co ktoś sobie myśli i w co wierzy, nie
powinien ingerować w życie innych.
– Ależ
kochanie, spokojnie. Jesteśmy w restauracji. – Siedząca naprzeciw
kobieta subtelnie próbowała zwrócić mu uwagę, ale ten niczym
niezrażony wstał, znów podnosząc głos:
– Nie
pozwolę, by mój syn zadawał się z takimi ludźmi!
– Kochanie,
nie martw się, nie pozwolimy. – Coraz bardziej zaniepokojona
kobieta próbowała ugłaskać swojego męża.
– Żałosne
– usłyszałem ciche syknięcie Takashiego. Spojrzałem na niego,
unosząc brew w niemym pytaniu. – Ten facet, kobieta, jak i idea
zawierania małżeństw.
Poczułem
rozchodzący się po ciele chłód, a Takashi zwilżył gardło
łykiem wina.
– Ile
miłości jest w tym, kiedy ludzie potrzebują jakiegoś archaicznego
obrządku, żeby przypieczętować swoje domniemane uczucie? –
kontynuował. – Jeszcze ta idiotyczna przysięga, która nic nie
zmienia.
– Jaka
przysięga? – zmarszczyłem brwi.
– ... i
ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską –
mówił. – Słowa niczego nie zmieniają. Jeśli ktoś zechce
zdradzić, to po prędzej czy później zdradzi. Czytałeś Makbeta?
Idea zła, która raz pojawi się w ludzkim umyśle, jeśli nie
zostanie zniszczona w zarodku, spełni się. Zdrada jest tylko
kolejną ideą.
– Dzień
dobry, co panom podać? – Koło naszego stolika stanął młody
kelner.
Takashi
zamknął mi usta na dobre, choć wcale się z nim nie zgadzałem.
Gdyby
tak było, wylądowałbym w łóżku z tym barmanem o blond włosach.
Choć może po prostu zniszczyłem ideę w zarodku, mówiąc mu, że
jestem zajęty?
*
Pudełeczko
spoczęło na biurku w pracy pod monitorem, a ja ilekroć o nim
myślałem, tylko bardziej się denerwowałem niemożnością
przedostania na wyższe piętro.
– Gdzie
jest dozorca?! – ryknął Minamoto. Najchętniej wepchnąłbym mu
pięść do gardła, ale w jednym miał rację (już drugim) –
klucz z całą pewnością dzierżył dozorca. Mój szef wykazywał
coraz większe zdolności logicznego myślenia i łączenia faktów –
ten dzień stawał się coraz dziwniejszy.
Minuty
ciągnęły się niemiłosiernie, szczególnie kiedy postawny
mężczyzna (ochrzczony też mianem bazyliszka), zauważył moją
obecność i obrzucił spojrzeniem, które mogłoby mówić Masz
szczęście, że cię nie wywaliłem na zbity pysk. Sam
szczęściem bym tego nie nazwał – prędzej jego skłonnościami
do posiadania kozła ofiarnego – syndromu rodem ze szkoły
średniej. Oczywiście, czasem wyprowadzał mnie z równowagi, ale
zazwyczaj nie miał wielkiego pola do popisu, mimo wszystko on wcale
nie znajdował się na samej górze, a po pewnym wybryku znajdował
się na szczycie listy do odstrzału. Nie będę wdawał się w
szczegóły wspomnianego wydarzenia. Wystarczy informacja, że do
dziś, gdy widzę stary dobry boiler z wodą do zalania herbaty, mam
ochotę wybuchnąć śmiechem. Szczególnie, choć to nie zdarza się
często, gdy w pobliżu jest właściciel firmy. Oczami wyobraźni
widzę go zlanego od pasa w dół. Dobrze, że cała
sprawa nie miała tragicznych skutków, bo oparzenie miejsc
niewątpliwie strategicznych może być wyjątkowo
niekorzystne dla ogólnej kondycji.
Minęły
może dwa kwadranse, gdy dzięki dozorcy, który niewątpliwie
uratował sytuację, mogłem spocząć na standardowym fotelu,
oczywiście granatowym. Spoglądając na uniformy wszystkich dookoła,
zacząłem się zastanawiać, czy właściciel czasem nie ma jakiejś
obsesji. Może to po prostu kolor oczu jego kochanki? Albo kochanka.
Małe
pudełeczko stojące pod monitorem łatwo wtapiało się w otoczenie.
Włączyłem komputer i zacząłem pracować, ale słowa Takashiego
wracały do mnie jak mantra, a pudełeczko ściągało mój wzrok,
jakby zamiast typowego granatu, przybrało kolor jaskrawej żółci
lub seledynu. Starałem się skupić ze wszystkich sił. Rzadko
bywały takie dni, gdy praca stawała się dla mnie męką
powracających myśli zamiast zwyczajowych godzin słodkiego
zapomnienia.
W
końcu zdenerwowany wziąłem to pudełeczko i wcisnąłem do wnętrza
stojącego kalendarza z widokami na Hokkaido. Tak będzie
lepiej – pomyślałem.
W
końcu zawsze chcieliśmy wyjechać na Hokkaido.
Gdy
wybiło południe, przed moim biurkiem jak na zawołanie wyrósł pan
Tanaka. Był to niewysoki mężczyzna o przyjemnej aparycji
przywodzącej na myśl uśmiechniętego pana zza biurka. Tanaka
jednocześnie był tym, który codziennie pilnował, abym prawidłowo
się odżywiał, punkt dwunasta pojawiając się obok i susząc mi
głowę o zrealizowanie przerwy na lunch.
Nie
można było mu odmówić, szczególnie, gdy wspominał o posiłku ze
swoją żoną. Pani Tanaka była kobietą, która zawsze stawiała na
swoim. Oczywiście nie była krnąbrna czy niemiła – znała swoje
miejsce w społeczeństwie, ale nikt nie potrafił jej odmówić,
choć swoją aparycją nie przypominała ucieleśnienia męskich
sennych marzeń. Dla mnie musiałaby być Takashim. Tym dawnym,
cholernym Takashim, który miał w sobie na tyle odwagi, żeby gdzieś
mnie wyciągnąć, zaciągnąć do łóżka albo przygotować
kolację. Mógł nawet upierać się, że zrobił ją sam, choć ja
wiedziałem, że została zamówiona z pobliskiej restauracji – i
tak wywoływało to szeroki uśmiech na mojej twarzy. Myślał o
mnie.
– Chodźmy
– stwierdziłem, celując myszką w przcisk „uśpij”.
– Dobry
wybór – przytaknął Tanaka.
Poszliśmy
do lokalu, który posiadał jakże odkrywczą nazwę ラーメン (rāmen)
i jak nietrudno się domyślić, słynął z podawania właśnie tej
potrawy. Nie minęło dużo czasu od przekroczenia progu do momentu,
gdy udon wyślizgiwał się spomiędzy pałeczek, a jajko pływało
radośnie w wywarze.
Wtedy
ujrzałem kątem oka, jak obok Tanaki siada niewielka brunetka z
włosami ściętymi na boba błyszącycmi w sztucznym świetle.
– Dzień
dobry – przywitała się, uśmiechając szeroko. Pani Tanaka. A jej
mąż nic nie mówił o tym, że do nas dołączy. – Możecie jeść
beze mnie.
– Dzień
dobry, kochanie – powiedział, witając ją ciepłym spojrzeniem,
choć ja wiedziałem, że po prostu unika moich iskierek mordu w
oczach.
– Dzień
dobry – odpowiedziałem kobiecie i wróciłem do rozpracowywania
swojego posiłku, pełen nadziei, że małżonkowie zajmą się sobą
i zapomną o moim istnieniu. Nawet siorbanie ograniczyłem do
minimum.
– Jak
w pracy? – zapytał mężczyzna, pochylając się nad swoją
miseczką z zupą.
– Ciężko,
dzisiaj znów musiałam jechać do biura na drugim końcu miasta,
żeby zweryfikować ilość towaru, bo akurat w tamtym budynku
kompletnie wysiadł prąd.
– Nie
mają zasilania awaryjnego?
– Mają,
ale nie działa. – Pani Tanaka otrzymała swój ramen i
podziękowawszy, mówiła dalej – O czym dowiedzieli się dopiero
dzisiaj.
– Ciężka
sprawa – stwiedził pan Tanaka ze współczuciem.
– Ale
nie rozmawiajmy o pracy...
Kiedy
z głośnym siorbnięciem wciągnąłem do ust grubą nitkę udonu,
wzrok kobiety spoczął na mnie.
– Co
z tobą, Shinji? – zwróciła się do mnie. Mówili mi obydwoje po
imieniu, ale ja nie mogłem się przyzwyczaić, by przestać nazywać
ich państwem Tanaka.
Wiedziałem,
jakie pytanie padnie zaraz, więc starałem się chwilę tę jak
najbardziej przeciągnąć w czasie.
– Co
ma ze mną być? – otarłem brodę z wywaru i skupiłem wzrok na
pozostałej w misce porcji zupy. Za dużo, by zdezerterować pod
pretekstem pracy i za mało, by zapchać sobie nim usta aż do końca
przerwy na lunch.
Pani
Tanaka, a właściwie Kyoko, przewróciła oczami.
– Przecież
widzę. Chodzisz taki struty... – ucichła, jakby zastygając na
chwilę w zamyśleniu. – Dziewczyna cię znowu rzuciła? –
powiedziała tak szybko, jak tylko potrafiła.
Dziękowałem
bogom, że nie miałem w ustach jedzenia, bo niewątpliwie
przyozdobiłoby stół tłustą mozaiką.
– Znowu?
– wykrztusiłem z siebie, choć powinienem raczej
zapytać Dziewczyna?
– Miesiąc
temu, pamiętasz? Byłeś w tak wisielczym nastroju, że już
chciałam bukować ci miejsce na oddziale psychiatrycznym.
– Dzięki
– odparłem, gryząc się w język, by zamiast sarkastycznych
podziękowań nie wyrzucić z siebie niecenzuralnej wiązanki.
Miesiąc
temu... to pewnie było dokładnie wtedy, gdy...
Ten
dzień był naprawdę cudowny. Nie dość, że obrzydliwy Minamoto
rozchorował się tak obłożnie, że nie mógł wstać rano do
pracy, to jeszcze praca szła mi tak lekko jak nigdy. Co więcej, w
trakcie przerwy na lunch, załapaliśmi się z Tanaką do jednego z
najpopularniejszych barów sushi, w którym czas oczekiwania wynosi
trzy lata. Trzy! A my dostaliśmy się tam w trakcie pięciu minut!
Czułem się jak jakiś VIP, dyrektor ogromnej firmy albo nawet sam
cesarz. Posiłek był wyśmienity, czułem się jak nowonarodzony.
Jednak
nie tylko absurdalne zbiegi okoliczności stanowiły powód do
uśmiechu na twarzy. Wyjątkowość kryła się w samej dacie,
ponieważ zbiegała z dniem, w którym przestałem być singlem.
Najlepszy punkt programu miał dopiero nadejść – właśnie
dlatego załatwiłem sobie wcześniejsze wyjście z pracy i pożegnany
sugestywnym uśmiechem Tanaki (do dziś nie wiem, czy myślał wtedy
o wyśmienitym sushi czy jednak domyślał się, dlaczego wychodzę
wcześniej), wyszedłem. Zdążyłem na metro i o wcześniejszej
godzinie nie było ono zwyczajowo zapchane.
Szczęk
zamka i uginająca się pod ciężarem dłoni klamka. Ciche
skrzypięcie drzwi (powinienem je w końcu naoliwić), szelest
wieszanej kurtki, stukot odstawianych butów. Każda czynność
odznaczała się swoim własnym charakterystycznym odgłosem.
Stwierdziłem, że nie ma w tym nic poza zupełnie niepasującą do
okoliczności autorefleksją, więc podszedłem do sprzętu i
włączyłem muzykę, która sączyła się cichą melodią,
docierając do każdego zakamarka w mieszkaniu. Wtedy zajrzałem do
przyniesionej siatki z zakupami. Były tam wszystkie składniki na
jego ulubione panierowane owoce morza. Oczami wyobraźni widziałem
jego szeroki uśmiech. Ten dzień zapowiadał się naprawdę
cudownie, nawet maszynka do ryżu uśmiechała się do mnie wyjątkowo
przyjaźnie. Przewiązałem w pasie fartuch w zielone grochy, po czym
wziąłem się do dzieła.
Spędziłem
w kuchni godzinę, niczym przykładna kura domowa, więc pozostała
tylko kwestia stworzenia odpowiedniego klimatu. Takashi twierdził,
że świece na stole i kwiat w wazonie są zbyt tandetne i
przereklamowane, a ja podzielałem jego zdanie. Nie czułem też
potrzeby kładzenia na stół obrusa ani strojenia pokoju dodatkowymi
światełkami. Przyciemniłem trochę światło, które mieliśmy
zamontowane, a prezent przewiesiłem na oparciu krzesła. Nie
potrzebowaliśmy dodatkowego tworzenia klimatu. W końcu nie chodziło
o żadne świeczki, kwiatki, obrus ani nic takiego, tylko o nas i
wspólny miły wieczór.
Minęła
ósma, potem dziewiąta. Takashi zwykle wracał po siódmej, przez co
zaczynałem się niepokoić. Wykonałem pierwszy telefon, jednak nie
odebrał.
Gdy
dochodził kwadrans po dziesiątej, obiad był już całkiem zimny.
Moje nogi podrygiwały pod stołem ze zdenerwowania, a ja zaczynałem
rozważać zgłoszenie zaginięcia na policję. Albo obdzwonienie
wszystkich szpitali w okolicy. Albo – jeszcze lepiej... I właśnie
wtedy zadzwonił dzwonek.
Nie
pamiętam momentu, kiedy wstawałem z krzesła ani tych kroków,
które niewątpliwie musiałem przejść, kierując się do drzwi. To
było bardziej tak, jakbym się teleportował – w jednej sekundzie
siedziałem na krześle, a w kolejnej już stałem pod drzwiami,
drżącymi dłońmi przekręcając brzęczący pęczek kluczy. Płyta
już dawno się skończyła, więc wszystkie dźwięki wybijały się
w głuchej ciszy. Przede mną stał mężczyzna w niebieskim mundurze
i z czapką na głowie. Tuż za nim chwiała się znajoma postać,
która interesowała mnie o wiele bardziej.
– Czy
mieszka tu pan Takashi Sakamoto? – zapytał mężczyzna.
Przytaknąłem
chyba nieco zbyt entuzjastycznie, bo zmierzył mnie tylko wzrokiem i
niepewnie odsunął się, by ukazać chwiejącą się za nim
sylwetkę. Był to niewątpliwie Takashi, choć w postaci skąpanej w
cieniu nie mogłem ujrzeć za wiele. Dopiero kiedy postąpił kilka
chybotliwych kroków w moim kierunku, dojrzałem ogromnego siniaka
pod jego okiem i ślady pojedynczych zadrapań.
– Pan
Sakamoto uczestniczył w bójce ulicznej, po krótkiej wizycie na
ostrym dyżurze postanowił wrócić tutaj – mówił mężczyzna,
ale ja już go nie słuchałem, zbyt zajęty przytrzymywaniem
Takashiego i przytulaniem do siebie.
– Jeszcze
jeden taki numer a sam zjadę. Albo najpierw zabiję ciebie. Albo
jedno i drugie – miotałem się, obejmując go mocno.
Nawet
nie zauważyłem kiedy mężczyzna zniknął, zostawiając ciemność
za otwartymi drzwiami.
– Jak
to się stało? – dopytywałem, delikatnie przemywając jego rany.
Nie, żeby w szpitalu tego nie zrobili, jednak ja stwierdziłem, że
wolę osobiście o to zadbać, a Takashi chyba wolał nie przeżywać
kolejnego pompatycznego wybuchu.
– Wracałem
z pracy i jedna ze sklepowych wystaw przykuła moją uwagę. –
Spojrzał na mnie, a ja przytaknąłem na znak, że ma kontynuować.
– Wtedy poczułem... Ał, to boli!
– Przepraszam
– odparłem.
– Ktoś
na mnie napadł, później straciłem przytomność.
– Okradli
cię? – zapytałem.
– Nie,
chyba ktoś ich przegonił. Nawet nie wiem, jak trafiłem na
pogotowie, ale obudziłem się już tam.
– Zbadali
cię, prawda?
– Chyba
żartujesz – prychnął. – Wszystko ze mną dobrze, to tylko
siniak pod okiem i kilka zadraśni... Ał! Mówiłem, żebyś uważał.
– Powinieneś
się przebadać – stwierdziłem, odsuwając wacik od jego twarzy i
wyciągając maść, by posmarować nią zadrapania. Siniak mienił
się już warstwą żelu na stłuczenia. – To niebezpieczne,
straciłeś przytomność!
Takashi
skrzywił się, pokazując mi wyraźnie, że maniera nadopiekuńczej
kwoki wcale nie przypadła mu do gustu.
– To
tylko omdlenie, jak coś się stanie...
– To
będzie za późno – przerwałem mu. Obdarzył mnie tylko pełnym
wyraźnego niezadowolenia spojrzeniem, a ja odwzajemniłem je.
Ostatecznie przewrócił oczami.
– Traktujesz
mnie gorzej niż własna matka.
– Do
niej nie przychodziłeś pobity.
– Skąd
wiesz?
– A
tak się składa...
– Wiesz
co, chyba jednak nie powinienem tu wracać. – Wstał. – Może
lepiej prześpię się u Naoyukiego? – Takashi zawsze wiedział
czym zamknąć mi usta. Fala otrzeźwienia umysłu nadeszła szybciej
niż zazwyczaj.
– Po
prostu się martwię – wyszeptałem, ujmując jego dłoń.
– Ty
panikujesz, Shinji. A ja jestem dorosły i umiem o siebie zadbać –
odparł przyciszonym głosem, pozwalając mi się przyciągnąć.
Później odgarnął moje przydługie włosy za uszy i powiedział
cicho ze swoimi wargami tuż nad moimi. – Choć w niektórych
kwestiach potrzebuję twojej pomocy.
Widziałem
jego uśmiech, a już po chwili czułem go na własnych ustach,
smakując go znów i znów, wciąż od nowa. Język miał miękki i
gorący, a jego ciało sprawiało wrażenie niesamowicie spragnionego
kontaktu fizycznego. Moje pragnienie narastało z każdym
pocałunkiem, zaciśnięciem dłoni na włosach czy przebiegnięciem
palcami po rozgrzanej skórze. Aż do sypialni, w której Takashi
opadł na łóżko, a ja wpiłem się w jego szyję. Zaśmiał się,
gdy owiałem ją oddechem, a ucichł, gdy moje wargi zetknęły się
z pulsującym punktem. Dłoń, którą trzymał między kosmykami
moich włosów rozluźniła się, by po chwili opaść bezwładnie na
materac. Punkt pod ustami wciąż pulsował rytmicznie.
– Takashi?
Mimo
to nikt nie odpowiedział.
Takashi
zemdlał, więc tak czy siak wylądował w szpitalu, gdzie
podejrzewano u niego wstrząśnienie mózgu, więc został na
obserwacji.
*
Nie
widziałem nic dziwnego w tym, że dzień później wyglądałem jak
zombie. Ale żeby od razu podejrzewać mnie o konszachty z płcią
przeciwną? W sumie Kyoko nie mijała się bardzo z prawdą – choć
nie było to ani zerwanie ani dziewczyna, wciąż chodziło o drugą
połówkę.
Dziś
wspominam to wszystko z niejaką czułością. Byłem wtedy
niesamowicie przerażony, ale jednak gdzieś w środku cieszyłem
się, że akurat ja mogłem być wtedy przy nim. Jeszcze wtedy nasza
relacja wyglądała inaczej, choć już zmierzała w kierunku
niechybnej zagłady, do której dążyła w chwili, gdy pani Tanaka
pożerała mnie ciekawskim spojrzeniem.
– Musisz
się ustatkować, Shinji – stwierdziła tonem znawcy. – Nie
stajesz się coraz młodszy, wypadałoby w końcu się ożenić.
Musisz nam ją oczywiście najpierw przedstawić – stwierdziła i
spojrzała na męża, oczekując aprobaty. Otrzymała ją niemal od
razu.
– Oczywiście
– przytaknął i wrócił do jedzenia ramenu.
– Zrobisz
tak, prawda Shinji? – świdrowała mnie spojrzeniem, a mi nie
pozostawało nic, jak po prostu się z nią zgodzić:
– Tak,
oczywiście – odparłem, choć w duchu miałem ochotę się
roześmiać z jej miny, gdybym przedstawił jej Takashiego. Pan
Tanaka ma się rozumieć także nie był świadom moich preferencji.
Uważałem, że tak jest bezpieczniej – zbudowałem przyjazną
relację i nie chciałem, by moje upodobania ją zniszczyły. Poza
tym nikogo nie powinno obchodzić to, z kim chodzę do łóżka.
– Dobry
chłopiec – stwierdziła pani Tanaka, uśmiechając się szeroko.
Biurko
w pracy było czyste, a krzesło zachęcająco obrócone w moją
stronę. Zajęcia aż same prosiły, bym zagłębił się w nie do
reszty i zniknął, uciekając przed ignorującym mnie od miesięcy
Takashim. Nie wypadało rozmawiać. Praca była podwójnie pożyteczna
– wykonywanie powierzonych zajęć samo w sobie należało do moich
obowiązków, ale także było powodem do dumy. Miało też znaczenie
na mniejszą skalę – indywidualne zapomnienie warte było
harowania od bladego świtu do nocy. Naprawdę nie chciałem myśleć
o rzeczach trapiących mnie najbardziej.
Dzień
minął szybko. Za szybko. Przemienił się w noc, błękit nieba
spowił granat, a wszystko skąpane zostało w mroku. Zapewne jeszcze
rok temu entuzjastycznie wyglądałbym przez okno i odliczał
ostatnie minuty pracy, nie mogąc doczekać się, by utonąć w
ukochanych ramionach.
Dlaczego
właściwie nie rozstaliśmy się z Takashim? Skoro nie potrafiliśmy
się dogadać, a nasza miłość przypominała zwiędłą roślinę.
*
Rozwód rodziców odbił się na mnie bardziej niż mógłbym przypuszczać. Właściwie Naoki był tylko ojczymem, ale zawsze traktował mnie jak ojciec. Mimo, że nie grzałem już miejsca w gronie pyskatych nastolatków, tylko należałem do odpowiedzialnych dorosłych i mogłem z dumą stwierdzić, że
stanowiłem jeden z pełnoprawnych elementów maszyny społecznej,
mimo to w jednym momencie poczułem się mały i bezradny jak
przeciętny szczeniak.
– Jak
myślisz, Takashi, co dzieje się ze znikającą miłością? –
zapytałem pewnej ponurej nocy, gdy po prostu siedzieliśmy obok
siebie, skąpani w mroku podobnym do tego, który wyglądał na mnie
zza okna podczas ostatnich godzin pracy.
Sakamoto
zastygł wpatrzony w dal, a gdy się odezwał, jego słowa były
miękkie:
– Miłość
jest jak niezapominajka – mimo swojego symbolicznego znaczenia
wciąż pozostaje tylko rośliną, a rośliny mogą zwiędnąć. –
Wyobraziłem sobie mały niebieski kwiatek, który przeżywając
największą życiową tragedię kurczy się w sobie, a jego drobne
płatki nabierają barwy mokrej ziemi z poświatą granatu. – Wtedy
staje się zapominajką.
*
Zapominajka
stała się symbolem utraconej miłości i myślałem o niej za
każdym razem, gdy wracałem do domu. Chciałem to zmienić. Małe
kwiatki, choć spoglądały na mnie tylko z wnętrza skołatanego
umysłu, wzbudzały odrazę.
Tak
naprawdę nigdy ich nie widziałem. Niezapominajek.
Gdy
przekroczyłem próg mieszkania, na półce w korytarzu stał szklany
wazon, z którego ironicznie spoglądał na mnie bukiet ciasno
skupionych chabrów o intensywnym kolorze. Kwiaty roztaczały
przyjemny zapach. Nie minęło dużo czasu, by przez ciszę
pogrążonego w mroku nocy korytarza przedarł się przeciągły
jęk. Takashi doznawał rozkoszy, której nie doświadczyliśmy od
miesięcy tej niemej niezgody. Miałem wrażenie, że nie odczuwałem
podniecenia od bardzo dawna i dopiero ten dźwięk zbudził mojego
małego przyjaciela po wielu dniach snu. Myśli zaczęły płatać figle. Przez krótką, pełną dziecięcej naiwności chwilę
pomyślałem, że może Takashi usłyszał dźwięk otwieranych drzwi
i postanowił dać mi zaproszenie. Może leży tam, czeka na mnie, a
może...
Drzwi
zaskrzypiały cicho i głucho, jakby wraz ze wszystkimi naszymi
namiętnościami i one pogrążyły się w zapomnieniu. Małe
niebieskie zapominajki nie miały prawa, by zakwitnąć na grobie
naszej miłości.
Dźwięk
odbijał się od ścian, wpadał do moich uszu i mącił w głowie
bardziej niż obraz dwóch splecionych ze sobą ciał. Rozpoznałem
odznaczającą się na śliwkowej narzucie jasną czuprynę
Takashiego i dojrzałem drugą – kruczoczarną, nieznajomą.
Obudziło
mnie poranne słońce, niedyskretnie wdzierające się pod powieki.
Przetarłem oczy i otworzyłem je, by ujrzeć rażące światło
odbijające się od białego sufitu. Ściany sypialni pozostawały
ciemnoszare, jak zawsze. Poczułem, jak ciało nieznacznie porusza
się za moimi plecami.
– Już
nie śpisz? – Pokój przeciął głos Takashiego z tak dobrze znaną
mi poranną chrypką.
Ten one shot był wspaniały, choć liczyłam trochę na szczęśliwsze zakończenie. Dawno nic nie czytałam z tym paringiem. Nie wiem co mogę jeszcze napisać. Zakończenie trochę zbiło mnie z tropu. Saga go zdradził, a Tora dalej spał z nim w jednym łóżku. Na dodatek podobają mi się opisane uczucia, ten one shot jest świetnie napisany. Właściwe to bardzo lubię Twoje opowiadania z tym paringiem. Tak sobie myślę, że często Twoje opiwadania łamią mi serce.
OdpowiedzUsuńDziękuję serdecznie za komentarz.
UsuńPowiedzenie, że twórczość, nieważne jak bardzo niszowa by ona nie była, oddziałuje na czytelnika jest chyba najlepszym komplementem nawet dla takiego pismaka, jak ja.
Zaczynam darzyć Sagę najszczerszą niechęcią. >.< To kolejny fic, w którym robisz z niego żmiję. xD Jak można mówić ukochanej osobie, że się roztyła? ;;
OdpowiedzUsuńWyłapałam błąd: "Nikt nie chciał spojrzeć w oczy bazyliszkowi, więc każdy pokrążony był w pracy" - powinno być "pogrążony". ;) I pod koniec jest jeszcze powtórzenie. Dwa razy napisałaś "powieki". Nie zmienia to oczywiście faktu, że dla mnie jesteś literackim geniuszem. :* A Saga dostanie ode mnie porządnego kopa w dupę. =.=
Dziękuję bardzo, poprawione~
UsuńNo cóż, Saga to nadal tylko facet. A że zaczął mieć Torashiego dosyć, więc mu ciśnie :D
Ale tak serio, chciałam po prostu pokazać, że ich relacje się popsuły. Tusza mi najzwyczajniej pasowała - jest wystarczająco typowa, ale jednocześnie dla Tory bolesna, w końcu kiedyś miał na tym tle problem.
Bardzo dziękuję za komentarz i cieszę się, że wywołuję u Ciebie takie emocje.
(Kop Sagę do woli, ja popatrzę, jak masuje sobie ten zgrabny tyłeczek. Torashi dołączy~)
Literacki geniusz to chyba trochę wygórowana opinia jak na takiego skromnego pismaka, jakim jestem, niemniej dziękuję. <3
Hej:)
OdpowiedzUsuńZapomniałam, że jestem w obserwatorach bloga i teraz sobie o nim przypomniałam... Przepraszam:)!
Dziwna jestem, ale lubię nieszczęśliwe zakończenia.Osobowość Sagi też mi odpowiada. Tora przypomina mi Tota z jednego z moich opowiadań:).
Bardzo mi się podobało:).
Pozdrawiam i zapraszam do mnie bo czuję reaktywację:)
Rena X
Dziękuję serdecznie za komentarz. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. :)
UsuńJa lubię zakończenia połowiczne, niejasne, może nawet otwarte, choć czasem szczęśliwe są niezbędne.
Mam nadzieję, że reaktywacja się uda. :)