Tytuł: Spadamy 2
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek:
Raiting: 12+
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Na prośbę Syo postanowiłam napisać kontynuację ostatniego One Shota. Najlepiej zapoznać się z nim przed lekturą poniższego tekstu.
Black Cherry pewnie będzie zadowolona z takiego obrotu spraw, ale niczego nie zdradzam.
Pragnę jeszcze zaznaczyć, że trochę zmieniłam formę tekstu, dodając cytaty piosenek.
Zapraszam.
Black Cherry pewnie będzie zadowolona z takiego obrotu spraw, ale niczego nie zdradzam.
Pragnę jeszcze zaznaczyć, że trochę zmieniłam formę tekstu, dodając cytaty piosenek.
Zapraszam.
Spadam
Nie
czuję ciała
I
tylko błagam
O
łaskę trwania, jeszcze
"Spadam"
Coma
– Nie
– odpowiedziałem.
Leżał
za moimi plecami, więc go nie widziałem, ale mogłem wyczuć
zaskoczenie. Nie spodziewał się odpowiedzi, choć szybko zamaskował
emocje. Cokolwiek nie targnęłoby jego ciałem, sercem czy ustami,
lubił szybko maskować dowody swojego człowieczeństwa. Już po
chwili był idealnie chłodny, bezwzględny i pozbawiony słabości.
Przekręcił
się.
W
głowie zaświtał mi obraz poprzedniego dnia. Zapach hiacyntów,
głos Takashiego i dwie czupryny.
Fioletowa
narzuta leżała porzucona na podłodze.
Takashi
jeszcze nie wstał.
Dziwne,
pomyślałem.
Poczułem
ciepły oddech na plecach, a ciałem wstrząsnął dreszcz.
Oczami
wyobraźni widziałem dwie pary oczu utkwione we mnie. W uszach
słyszałem nieprzyjemny pisk, zakręciło mi się w głowie.
Ciemnowłosy mężczyzna miał równie ciemne oczy, jak on, ale
zamiast kojarzyć się z czekoladą, przypominały dwie kuleczki,
którymi pluszowe zabawki obserwowały świat. Konsternacja tej
chwili zagęszczała atmosferę i powodowała nieprzyjemną ciszę.
Dusiliśmy się. Takashi miał zmrużone powieki i nieznacznie
ściągnięte brwi, a jego twarz wyrażała jawne niezadowolenie, że
mu przerwano.
Nogi
przywarły mi do podłogi, zupełnie jakby ktoś wtopił podeszwy
butów w ziemię.
– Idziesz
pierwszy do łazienki? – zapytał, przerywając ciszę. Jego głos
pozbawiony był chłodu, jakim raczyliśmy się przez ostatnie
miesiące. Brzmiał jak pierwsze prześwity słońca spomiędzy
burzowych chmur.
– Nie,
możesz iść – odpowiedziałem.
– Poczekam
– stwierdził. Jego oddech zostawił po sobie plamę chłodu na
moich plecach. Nie powiedziałem nic, pogrążając się z powrotem
we wspomnieniu poprzedniego wieczoru.
– Wróciłeś
– powiedział, a właściwie rzucił słowa w przestrzeń z
chłodem, jakby zwracał się do kogoś pozbawionego znaczenia albo
może nawet nieistniejącego.
Co
to ma znaczyć? Co tu się dzieje? Co ty robisz? Kto to jest?
Dlaczego mnie zdradzasz?
Żadne
z desperackich pytań rodem z kiepskiej telenoweli nie zdawało się
adekwatne, więc po prostu rzuciłem, równie chłodno i bezosobowo,
jak on:
– Wróciłem.
Czułem,
że w oczach kotłują się łzy. Chcą za wszelką cenę popłynąć
po policzkach, wlecieć mi do nosa. Pragną, bym ich posmakował,
jakby zamierzały przekazać mi smakuj nas, jesteśmy słone
jak twoje życie. Wreszcie spadłyby na podłogę i na
zawsze naznaczyły to miejsce smutkiem.
– Kto
to jest? – odezwał się ciemnowłosy mężczyzna. Miał na sobie
rozchełstaną koszulę, której jeden guzik zapodział się na
podłodze. Pod swoimi stopami ujrzałem czarne spodnie i marynarkę
do kompletu. Gdybym tylko miał w sobie wystarczająco sił, by się
ruszyć, udusiłbym go, pobił na śmierć albo wyrzucił przez okno.
Wcale nie czułem furii, przemawiała przeze mnie rozpacz.
– To
ja idę pod prysznic – stwierdził po chwili Takashi. Czułem, jak
podnosi się z łóżka. To takie zabawne uczucie, jakby materac stał
się lżejszy.
– Dobrze
– stwierdziłem, otulając się szczelniej kołdrą. Pozostawił po
sobie tylko chłód.
– Mój
chłopak – odparł Takashi zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć.
Spojrzałem
na niego z wyrzutem.
– I
mówisz to tak...? – Załamał mi się głos. Gardło było
nieznośnie suche i zaciśnięte, więc przez chwilę nie mogłem
wydobyć z siebie nawet jęku.
– Tak
po prostu – łaskawie skończył za mnie Takashi, wciąż patrząc
w moim kierunku idealnie czekoladowymi oczami. Siedział tam,
odgrywając ten swój teatrzyk. On zawsze grał. Gdy się poznaliśmy
i gdy wiązałem z nim swoją przyszłość, a nawet kiedy przestałem
– zawsze miał nad wszystkim kontrolę. Był w końcu aktorem
idealnym. Wtedy coś we mnie pękło.
Za
kryształową ścianą słów
Za
nieprzebytym lasem kłamstw
Chowa
się ze mną dobry duch
Pod
niebem wiatr pogania los, zatacza łuk
"Sierpień"
Coma
– Co
ty sobie wyobrażasz? – Głos brzmiał, jakby wcale nie należał
do mnie, co wcale by mnie nie zdziwiło. Formułka była tak
oklepana, że mogłaby równie dobrze dochodzić z włączonego
telewizora, audiobook'a lub stanowić fragment kłótni sąsiadów –
tych z dołu, z góry, z boku... Jednak ekran telewizora był czarny,
na odtwarzaczu lśniła czerwona diodka – wyłączony,
mówiła, a cisi sąsiedzi najwidoczniej pławili się w swoim
obrzydliwym szczęściu, oglądając po cichu telewizję i migdaląc
się na kanapie. Albo spokojnie spali. Albo po prostu robili
cokolwiek, czego ja w tamtej chwili nie mogłem. Tak bardzo
zazdrościłem im, że nie mieli Takashiego, z którym trzeba się
użerać, którego trzeba zawsze tolerować, wiecznie się z nim
zgadzać i akceptować każdy wybór pod groźbą obrazy majestatu. –
Jesteś kompletnie popieprzony, Takashi. Nie widzisz, ile dla ciebie
robię? Zrezygnowałem z całego dotychczasowego życia, pracuję na
nas, wracam i witam cię uśmiechem, a ty posuwasz się do czegoś
takiego. Masz mnie, ale co z tego – przecież ja ci nie wystarczam!
– Głos wciąż brzmiał, jakby pochodził z przeciętnej
telenoweli. – Pieprzony, cudowny Takashi.
Takashi
leżał wsparty na łokciu, a w jego spojrzeniu narastała ciekawość.
Mężczyzna
obok niego, otrząsnął się z szoku. Wstał, zaczął zbierać
swoje ubrania z podłogi i zakładać je na siebie pospiesznie,
drżącymi dłońmi. Na Takashiego nawet nie spojrzał, a sam
Sakamoto zbyt zajęty był mną, by zwrócić na niego uwagę.
Nareszcie to ja byłem w centrum uwagi. Choć wcale nie miałem
pewności, czy rzeczywiście było z czego się cieszyć.
– Niestety
nie zdążyłem być pieprzony, wszedłeś w złym
momencie. Powinieneś otworzyć drzwi trochę później –
stwierdził z krzywym uśmieszkiem.
– Nawet
teraz będziesz robił sobie z tego żarty, tak? – powiedziałem.
Mój głos nareszcie do mnie pasował - łącznie ze swoim żałosnym
rozedrganiem i rozmywającymi się granicami pomiędzy słowami.
– Czy
ty kiedykolwiek pomyślałeś co ty robisz?
Zmarszczyłem
brwi.
– Co ja robię?
– zapytałem z nieudawanym zaskoczeniem. Bo co ja mogłem w tej
sytuacji robić? To on mnie zdradzał.
– Snujesz
się od domu do pracy, zupełnie nie masz dla mnie czasu. Ale gdyby
tylko o czas chodziło. Kompletnie straciłeś mną zainteresowanie.
Czy tobie w ogóle na mnie zależy?
O
tak, to też było bardzo w stylu Takashiego. Odwracanie kota ogonem.
Czułem, jak powoli wzbiera we mnie złość.
– Oczywiście,
że mi zależy, to ty mnie zdradzasz! –
odpowiedziałem, podnosząc głos.
– Bo mnie do tego zmuszasz!
– Jak
niby?! – Tym razem moja złość docierała do niebezpiecznej
granicy.
– Nie
okazując mi zainteresowania. Olewając mnie, ignorując moje
starania.
– Jakie
starania? – zmarszczyłem brwi.
– No
właśnie – przewrócił oczami, siadając na brzegu łóżka
okrakiem i opierając łokcie na kolanach. Spojrzał na mnie. –
Widzisz? Niczego nie widzisz.
– Czego
miałem nie widzieć? Tego faceta, z którym przed chwilą się
obściskiwałeś? Może malinek na szyi, gdy wracałeś do domu nad
ranem? Karteczek z telefonem w kieszeniach spodni? Czego miałem nie
widzieć, Takashi?!
– Mnie
nie widziałeś, Shinji – powiedział, patrząc na mnie z żalem.
Był taki pełen cierpienia i rozpaczy. Jego performans trwał, a on
odgrywał główną rolę.
Emocje
kotłowały się we mnie. Uderzały sercem o wszystkie pobliskie
organy, wykrzywiały twarz w grymasie, próbowały wycisnąć z oczu
łzy, ale żeby nie pozwolić im na to, wbiłem paznokcie we wnętrze
dłoni. Miałem ochotę go uderzyć, skrzywdzić. Rozpacz na jego
twarzy powodowała ambiwalencję emocji – współczucie pomieszane
z poczuciem niesprawiedliwości, złością, żalem...
Dość! – krzyczało
coś we mnie.
– Wynoś
się stąd – powiedział głos, który do złudzenia przypominał
mój. Musiał być mój. Czy ja kazałem Takashiemu się wynosić?
Rozpacz
na jego twarzy sięgnęła zenitu.
– Torashi
– powiedział miękko – tak, jak nie mówił od miesięcy. –
Torashi – powtórzył, a ja czułem, jak miękną mi kolana. Jego
głos się załamał. – Wyjaśnimy to, jak zawsze.
Chciałem
powiedzieć, że nie wyjaśnimy niczego. Że niczego już nie ma, bo
on wszystko zniszczył. Wszystko, doszczętnie.
– Przepraszam
– wyszeptał, a ja po prostu opadłem na łóżko.
Byłem
skończony.
Przecież
on nie umiał przepraszać.
Nasza
łazienka biała, mała i prosta, a prysznic niewielki. Znajomy
chlupot dochodził aż za niedomknięte drzwi sypialni. Chciałem
nałożyć kołdrę na głowę i wmówić sobie, że to wszystko nie
istnieje. Że tak naprawdę ostatnie miesiące wcale nie miały
miejsca. A może nawet, że wcale go nie poznałem? Tak byłoby
łatwiej. Gdyby Takashi nagle zniknął, a ja wciąż byłbym tym
samym zakompleksionym, samotnym sobą.
To
nie tak, że Takashi nie zrobił niczego dla mnie. Przeciwnie...
To
był dzień jak każdy inny, spotkanie jak każde inne i mężczyzna
jak każdy inny, a mimo to nie potrafiłem opanować podrygujących
nóg, walącego serca i pocących się dłoni, które tylko stanowiły
kolejny powód do zdenerwowania. Kiedy poczułem jego dotyk na swoim
przedramieniu, myślałem że wybuchnę.
– Nie
musisz się trzymać za brzuch – stwierdził, spoglądając na mnie
badawczo. Jesteśmy na siebie skazani, mówił jego
wzrok. A może nawet jesteśmy dla siebie stworzeni?
– Wiem,
nie trzymam – stwierdziłem, próbując się uśmiechnąć, co
zapewne wypadło bardzo sztucznie. Pozwoliłem mu wziąć swoją rękę
i odłożyć na kolano.
Wystarczyła
chwila, by Takashi parsknął śmiechem.
– Znowu
to zrobiłeś – stwierdził.
– Co?
– zapytałem z nieudawanym zaskoczeniem.
– Znowu
trzymasz się za brzuch.
– Ja
nie... – urwałem, czując dłoń odruchowo zaciskającą się na
materiale koszulki... na brzuchu! Musiałem bezwiednie się za niego
łapać, kiedy czułem dyskomfort. – Nie zauważyłem –
wybrnąłem.
Takashi
znów zaśmiał się melodyjnie. Jak ja lubiłem jego śmiech...
Wtedy też tak pomyślałem. A głos w mojej głowie był obrzydliwie
słodki, piskliwy i przesycony złudzeniem.
– Wstydzisz
się go? – Trafił w dziesiątkę.
– Już
nie.
– A
wstydziłeś? – Uniósł brew, krytycznym okiem spoglądając na
mój brzuch. – Wygląda normalnie – stwierdził.
– Już.
– To
znaczy? – przewrócił oczami zniecierpliwiony.
– Jak
byłem mały, miałem trochę za dużo ciała. To spowodowało
problemy w szkole z innymi uczniami. W liceum zabrałem się za
siebie i schudłem, a to – uniosłem do góry dłoń - musi być
nawyk...
Wtedy
Takashi zrobił ostatnią rzecz, jakiej bym się po nim spodziewał.
Chwycił mnie za nadgarstek ręki, która dociśnięta była do
brzucha i złożył na wierzchu dłoni krótki pocałunek.
– Nie
masz się czego wstydzić – odparł z czarującym uśmiechem. Tak
czarującym, że nawet gdyby opowiadał mi o krasnoludkach w swoim
ogródku, uwierzyłbym mu na słowo. Choć wiedziałem, że nawet nie
ma ogródka. Poczułem się niezręcznie, choć jego gest był
urzekający, postanowiłem wybrnąć żartem:
– Powinienem
się zarumienić jak dziewczyna? - zapytałem.
– Tak,
chcę to zobaczyć!
Właściwie,
zawdzięczałem mu całkiem sporo. Nie tylko zdobycie pewności
siebie czy oswojenie się z własnym ciałem, ale także kwestie
łóżkowe. Jako kochanek Takashi był świetnym partnerem. Właśnie,
partnerem. Nie prowadziliśmy niezdrowej rywalizacji, choć w tej
sferze naszego życia nie brakowało pikanterii. Nauczyliśmy się od
siebie tolerancji, cierpliwości i empatii... Chociaż nie wiem, jak
można mówić o empatyczności zdrajcy. Właściwie dlaczego
przestaliśmy uprawiać seks?
Szarość
ściany zdawała się przytłaczająco ciemna. Trzask wody
uderzającej o brodzik ustał. Takashi wyłączył wodę, wyszedł
spod prysznica i zaczął się wycierać. Pomyślałem, że zaraz tu
przyjdzie. Miałem udawać, że śpię? A może po prostu wstać,
ubrać się i wyjść? I już nigdy nie wrócić?
Moje
rozmyślania przerwał Takashi, wchodząc do sypialni kompletnie
nagi. Ujrzałem jego nagie uda, gdy podszedł do mnie i położył
dłoń na czole. Musiał się schylić, a wtedy przed oczami miałem
jego krocze oraz brzuch. Czułem zapach jego skóry i płynu do
kąpieli, którego zawsze używał. Jeśli odejdę, czy nie będzie
mi tego brakowało? Płyn mogłem sam kupić i wąchać z
zawziętością nałogowca, ale on... Czy nie tęskniłbym za nim za
bardzo?
Spojrzałem
w górę i ujrzałem jak marszczy brwi. Nasze spojrzenia spotkały
się na moment.
– Nie
masz gorączki, co ci?
Zdradziłeś
mnie i jeszcze pytasz, co mi?!
Nie
chciałem prowokować kolejnej kłótni, więc siedziałem cicho.
Za
czym będę tęsknił bardziej – prawem do głosu czy jego
pachnącym ciałem, czekoladowymi oczami i...
– Wstajesz?
– zapytał, najwidoczniej skonsternowany moją bezczynnością.
– Chyba
zrezygnuję z pracy – odparłem beznamiętnie.
Widziałem,
jak jego brwi się marszczą.
– Nie
możesz, nie opłacimy wszystkiego bez twojej pensji – powiedział
rzeczowo. – Koszt czynszu wzrósł pierwszy raz od lat.
Zadziwiające.
Wczoraj nie mówił tak racjonalnie.
– Chodź,
zrobimy razem śniadanie. – Wyglądał nawet zachęcająco.
Czy
chciałem je z nim robić? Czy chciałem robić z nim cokolwiek,
wiedząc, że gdybym zatrzymał się po drodze, by kupić fajki,
pieprzonego batona albo pobiegłbym za kimś, komu wypadł z kieszeni
portfel – wystarczyła chwila, by wejść sypialni i zobaczyć, jak
posuwa jakiegoś...
– Nie.
Na
jego twarzy w pierwszej kolejności pojawiło się niedowierzanie.
– No
chodź, na pewno jesteś głodny – ciągnął niezrażony, jakby
myślał, że się przesłyszał.
– Nie
– powiedziałem już pewniej. W jego ciemnych tęczówkach ujrzałem
cień lęku.
– Nie
wygłupiaj się, Tygrysie.
– Nie.
– Ty...
– zaczął, ale przerwałem mu – dokładnie tak, jak on przerywał
mi przez cały ten czas:
– Ja
mam cię dość, Takashi. Nie chcę cię widzieć na oczy. Masz trzy
godziny, żeby się spakować i wyprowadzić.
– Grozisz
mi? – prychnął.
– Tak
– usiadłem, a on się odsunął. – Ty się wyniesiesz albo ja. A
ze sobą zabiorę całą niezbędną do opłacenia czynszu wypłatę.
– Nie
bądź niemądry...
– Jestem
bardzo mądry. Nie wątp w to nigdy więcej.
Uśmiechnął
się, prychnął i nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Poszedł po
szlafrok, zarzucił go na ramiona i luźno związał w pasie.
– To
koniec, Takashi.
Wcale
nie chciałem cofnąć się do momentu, w którym go poznałem i
sprawić, by to nigdy nie nastąpiło. Gdybym tak zrobił, nie
poczułbym niesamowitej satysfakcji, jaką kryły za sobą te
słowa. Nigdy, zawsze, koniec – to tabu dla ludzi
ogarniętych strachem. Nie chciałem się bać. Chciałem odetchnąć
pełną piersią i powiedzieć...
– Zdradziłeś
mnie, nie masz prawa pytać, co mi.
Mój
głos był spokojny, a na twarzy gościł uśmiech.
Nie spodziewałam się takiego zakończenia, ale raczej to nie mogło inaczej się skończyć. Chciałabym przeczytać o nich coś szczęśliwego, w końcu Takashi nie zawsze musi właśnie tak postępować. W sumie muszę dodać to, że zakończenie wygląda tak jakby miała być dalej kontynuacja tego.
OdpowiedzUsuńTego się nie spodziewałam. Czyżby "Spadamy" miało stać się dłuższym opowiadaniem? :D
UsuńPrzyjemnie się to czyta i właściwe, to mogłoby się stać dłuższym opowiadaniem :)
OdpowiedzUsuń