poniedziałek, 29 czerwca 2015

[9/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Jakiś czas temu wena postanowiła, że i tak dała mi za wiele, więc po prostu odeszła. Może być to po prostu "gorszy czas" i mam nadzieję, że niedługo minie. Na razie staram się po prostu pisać. Powoli zbliża się koniec "Give me". Zapraszam~

*
Nie miałem pojęcia, kiedy urwał mi się film. Pamiętam, że przeleciałem tego chłopaczka w toalecie, później tańczyliśmy i piliśmy... I w tym miejscu mam dziurę. Pamiętam ciepło jego ciała na moim, jego chętne wilgotne wargi, smakujące alkoholem i pianissimo oraz plamę na białej koszuli. Pamiętam jego ciasność i przytłumione dudnienie basów w klubowym kiblu. Westchnąłem. Czułem się strasznie. Zanim otworzyłem oczy, usłyszałem cichy pomruk obok siebie i poczułem, jak ktoś porusza się pod pościelą, trącając mnie w udo.
- Zaparz mi kawę, kochanie - usłyszałem głos, którego nie mogłem rozpoznać przez chrypkę.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem ciemną czuprynę. Z przerażeniem stwierdziłem, że jestem nagi, a nieprzyjemny szum w głowie odszedł w zapomnienie.
- Um... - przez chwilę zastanawiałem się, jak zawołać partnera. - Obudziłeś się już? - zapytałem z wahaniem.
- Tak, tygrysie - spod kołdry wychylił się Toshiya z na wpół przymkniętymi oczami, a ja odetchnąłem z ulgą.
- Dziękuję - stwierdziłem entuzjastycznie, przytulając go mocno.
- Nie ma sprawy, możemy to zrobić jeszcze raz - odrzekł z uśmiechem i zaczął zniżać się w głąb łóżkowych ciemności.
- Nie - powiedziałem szybko i pociągnąłem go do góry do siebie. - Nie trzeba.
- Za to robisz kawę - odparł, próbując zepchnąć mnie z łóżka stopami. Dałem za wygraną.

Powłóczyłem się do kuchni i wstawiwszy wodę, opadłem na blat. Jęknąłem coś i wyruszyłem na poszukiwania tabletek. Woda zagotowała się dokładnie wtedy, gdy z głębi jednej z szafek wydobyłem opakowanie przeciwbólowych tabsów. Zalałem kawy i wziąłem je razem z tabletkami. Niestety w drodze moja ręka niekontrolowanie postanowiła się zakołysać, a kawa chlupnęła na moją nagą stopę. Na szczęście nie było jej za wiele, więc nie poczułem jej gorąca, lecz była słodka, więc westchnąłem z irytacją. Zostawiłem kawę Toshiyi przy łóżku, swoją popiłem i postawiłem obok jej, po czym wyszedłem.
- Hej, gdzie idziesz? - zapytał basista.
- Pod prysznic - odparłem i zmarnowany ruszyłem do łazienki. Czułem wzrok Toshiyi na swoim tyłku i wiedziałem, że się uśmiecha. Prawie, jakby mówił "Dobry tygrys, popisałeś się". Zaskakującym dla mnie był fakt, że w ciągu wczorajszego wieczora nie zerknąłem na telefon ani razu. Toshiya oddał mi go jeszcze przed imprezą w klubie, ale... Wtedy serce podeszło mi do gardłąa. Zaczęło bić mocniej, szybciej, jak szalone, żołądek skurczył się do rozmiaru orzeszka, a nogi w kolanach niebezpiecznie zadrżały. Przecież wczoraj ktoś napisał, a ja byłem niemal pewien, że to Takashi. Wziąłem głęboki wdech i wypuściłem powietrze. Przypomniał mi się zapach Pianissimo zeszłej nocy. Cholera, nigdy bym nie przeleciał tego gbura, gdyby nie ten pieprzony zapach. Miałem wrażenie, że znów znajduję się w punkcie wyjścia, a podświadomie wyczuwałem, iż czas kurczy się niemiłosiernie. Dobrze wiedziałem, że zwieńczeniem mojej ucieczki do Kaoru i Daisuke oraz tej pseudo-terapii, jaką serwował mi Toshiya jest spotkanie z Takashim. Świadomość nieubłagalnie przemijającego czasu wstrząsnęła moim ciałem, gdy woda spływała po nagim ciele. Miałem wrażenie, że jestem już bardzo blisko rozwiązania.
Wykąpałem się szybko, a gdy wyszedłem z łazienki, poczułem przyjemny zapach. Toshiya był w kuchni, robił śniadanie. Ubrałem się i dołączyłem do niego. Uśmiechnął się do mnie, patrząc swoimi wąskimi szparkami w moje oczy. Nie minęło dużo czasu, a siedzieliśmy, jedząc śniadanie w ciszy. Przypomniałem sobie o telefonie. Wyjąłem go z kieszeni i już miałem odblokować, ale Toshiya położył dłoń na ekranie.
- Niech poczeka - powiedział z uśmiechem. - Niech się trochę pomartwi, poszuka cię.
- Nie zrobi tego. On wie, że ja wrócę - odparłem.
- No właśnie. Niech straci tę pewność - Toshiya patrzył na mnie tymi nieszczęsnymi szparkami, a ja miałem ochotę mu przyłożyć. Chciałem już wracać - do mieszkania i Takashiego.
- To w ogóle możliwe? - mruknąłem od niechcenia.
- Oczywiście - odparł Toshiya i zaczął grzebać w telefonie. Ja swój schowałem. Po chwili basista pokazał mi otwartą rozmowę. Była to wiadomość prywatna na jednym z komunikatorów. Wiadomość do Sagi. A właściwie zdjęcie. Patrzyłem przez chwilę ze zmarszczonymi brwiami w ekran, a po chwili pobladłem. To byłem ja w klubie, całujący się z tym kolesiem, którego oblałem w tłumie innych ludzi. Nawet nie znałem jego imienia.
- To koniec - stęknąłem spanikowany.
Toshiya parsknął. Spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Można z tego nakręcić dramę - roześmiał się, a ja uśmiechnąłem. Po śniadaniu wyszedłem zapalić Pianissimo.
Kiedy wróciłem, Toshiya wciąż siedział w tym samym miejscu. Miał odchyloną głowę do tyłu, a spomiędzy jego warg sunęła strużka białego dymu. Towarzyszył temu cichy szmer powietrza. Był wtedy taki eteryczny.
- Wiesz co, Shinji? - powiedział cicho, po czym znów się zaciągnął. Stałem jak wryty. - Ty wrócisz. A on znowu zacznie grać niedostępnego. Ale ty wtedy nie staniesz się potulnym kotkiem. Będziesz tygrysem. Następnym razem - obrócił głowę i spojrzał na mnie mętnie - będziesz go trzymał za wszelką cenę. Nie wolno ci się tak łatwo poddawać ani tym bardziej uciekać.
Zgasiła papierosa i wstał. Przeciągnął się i podrapał w kroku, tracąc zupełnie swoją patetyczność.
- Ech - westchnął - ty znowu śmierdzisz jego papierosami - spojrzał na mnie. - Nie udało mi się cię odkochać, więc musisz do niego wrócić, rozumiesz?
Pokiwałem tylko głową zaskoczony. I wtedy coś jakby zaskoczyło - zupełnie nagle i niespodziewanie. Jakby ktoś włączył światło, odkręcił kurek i wartkim strumieniem wlał świadomość prosto do mojego umysłu. Takashi chciał mnie zatrzymać. To wszystko nie było jego wymysłem, niewyrzyciem ani potrzebą. On przez cały czas kontynuował misternie utkaną prowokację, bym go zatrzymał. Przynajmniej tak uważał Toshiya, ale wydawało mi się to całkiem prawdopodobne. Moje serce zalała ulga - że jest szansa, aby to zatrzymać, że będę mógł wrócić, że Takashi... gdzieś tam w środku zapewne mnie kocha, choć nie przyznałby tego tak łatwo. Wyobrażałem go sobie pewnego siebie, postawnego, z dumnie wypiętą piersią i uśmiechem na twarzy.
- A jeśli on kogoś sobie znalazł? - pomyślałem głośno, za co skarciłem się w myślach.
Toshiya spojrzał na mnie. W jego uśmiechu tkwiła odpowiedź na moje pytanie. Wyczytałem ją z milczących ust.
- To i tak będzie tylko prowokacją - powiedziałem, a basista pokiwał głową. Uśmiechnąłem się. Tak prawdziwie i szczerze. W mojej głowie przemawiała jedna przewodnia myśl, która sprawiała, że miałem ochotę skakać i krzyczeć z radości.
Takashi mnie kocha.

Gdyby tylko w praktyce to wszystko było takie łatwe.
- Ale... co teraz? - zapytałem nieśmiało.
Toshiya uniósł telefon do góry. Podszedłem do niego. Uśmiechał się w ten typowy dla siebie sposób. Zmarszczyłem brwi. Pod wysłanym przez niego zdjęciem widniała odpowiedź:
Jutro 18:00 Starbucks

Przez chwilę wpatrywałem się w ekran z otępieniem. Wyrwał mnie z niego głos Toshiyi:
- Wszystko świetnie, tylko Starbucks'ów w samym Tokyo jest 283.

piątek, 26 czerwca 2015

[8/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Dzień dobry. Przykro mi, ale chyba będziecie musieli trochę dłużej czekać na kolejne rozdziały. No chyba, że się ładnie rozkręcę. Tak czy inaczej mam przyjemność zaprosić Was na kolejny rozdział~

*
Na mojej twarzy wymalowała się panika. Strach potem okrył czoło i przez krótką chwilę zapanował nad myślami. Przerażenie ogarniało mnie nie tylko dlatego, że to prawdopodobnie był ostatni telefon, który do mnie wykonał i z braku racjonalnego powodu chęci skontaktowania się ze mną. Najgorszy był moment, w którym Takashi dzwonił, ponieważ właśnie wtedy bzykałem się z Toshiyą w jego pokoju, na jego łóżku. Przez chwilę paranoicznie pomyślałem wręcz, że to wszystko było zaplanowane i teraz Takashi już nigdy nie spojrzy mi w oczy. Wypuściłem głęboko powietrze. Toshiya patrzył na mnie z wyczekiwaniem. Nigdy nie widziałem równie cierpliwego człowieka, jak on. Przełknąłem nerwowo ślinę. Spojrzałem na niego.
- Co teraz? - zapytałem. Próbowałem być pewny, stanowczy i udawać, że wcale nie jestem wyprowadzony z równowagi.
- Teraz ty będziesz robił, a ja zajmę się patrzeniem.
- Hę? - zapytałem. Nie miałem teraz ochoty na gierki słowne.
- Jeszcze nie skończyliśmy twojej terapii - odparł, kładąc dłoń na moim telefonie. Wziął go ode mnie i położył obok siebie. - Za tobą siedzi samotny przystojniak, masz dziesięć minut, żeby zdobyć jego numer, inaczej sam dzwonię do Takashiego i mówię mu, że ma czas na przywiezienie reszty twoich rzeczy do jutra.
To był kolejny raz, kiedy nie wierzyłem, w co się wpakowałem i przyjemniejsza wydawała mi się perspektywa koczowania na klatce schodowej. Westchnąłem, gryząc się w język, gdyż przychodziły mi do głowy słowa co najmniej niewybredne i po prostu wstałem. Kiedy się obróciłem, widziałem tylko tył głowy wspomnianego przez Toshiyę osobnika. Miał ciemne włosy, trochę przydługie, ale jego fryzura wyglądała całkiem ładnie, przynajmniej na tyle, na ile można oszacować ją, patrząc na tył głowy. Gej, po prostu gej. Teraz wydawało mi się to dziwne. To nie tak, że nie byłem świadom swojej orientacji, ale z Takashim czułem się swobodnie. Nasz seks, mieszkanie razem, poranne kawy i wspólne prysznice. "Gej" brzmiał jak coś dziwnego i odstającego od normy, a nasza miłość stanowiła naturalną wartość. Siedzący przy stoliku gej był całkiem przystojny. Gdy zobaczyłem go od przodu, jego włosy zalśniły brązową poświatą. Czułem na sobie spojrzenie jego ciemnych oczu. Może nawet były podobnie czekoladowe, jak te Takashiego?
- Wolne? - zapytałem.
Na jego twarzy zaigrało zaskoczenie, później przewinął się ledwo zauważalny uśmiech. Podczas związku z Takashim nauczyłem się wychwytywać najmniejszy grymas na twarzy.
- Tak - odparł, uśmiechając się tajemniczo.
Był ładny. Jego twarz posiadała ładny owal, oczy były bystre i błyszczące. Miał mały nosek i czerwone usta. Wyglądał młodo, pewnie był na początku swojego dwudziestolecia. Przez niemalże niezauważalnie krótką chwilę poczułem ukłucie wyrzutów sumienia, że to akurat na takiego młodzika padło. Ale przecież nie zamierzałem go krzywdzić. W trochę innych okolicznościach mógłbym przyłożyć sobie otwartą dłonią w czoło.
- Więc... - zacząłem. Kątem oka widziałem podchodzącego do nas kelnera. Szklanka chłopaka była pusta. - Co cię tu sprowadza?
Kelner wziął podłużną wąską szklankę i zaproponował nam jakiś napój. Chłopak odezwał się od razu, pewnie i z charyzmą, nie dając sobie ani chwili do namysłu, jednak miał w sobie jakąś klasę.
- Jeszcze raz to samo - powiedział, patrząc intensywnie na kelnera.
- A pan? - obsługujący nas mężczyzna odwrócił się w moją stronę.
- To samo - odparłem może trochę panicznie, jednak nie chciałem za długo się zastanawiać. Kelner ukłonił się i odszedł.
- Zamawiasz w ciemno? - zapytał, patrząc na mnie. Jego oczy miały w sobie coś świdrująco intensywnego, przez co miałem ochotę stamtąd uciec, ale jednocześnie nie mogłem się oprzeć, by zostać. Już go nie żałowałem. Był ciekawy.
- Tak najłatwiej kogoś poznać - odparłem, patrząc na niego. Jego wzrok się zmienił, coś w jego oczach błysnęło. Chyba byłem na wygranej pozycji.
- Chcesz mnie poznać? Ale chyba nie jesteś stalkerem? - zapytał żartobliwie, mrużąc oczy. Roześmiałem się.
- Nie, raczej nie. Chyba, że czegoś o sobie nie wiem.
Widziałem, jak mój towarzysz oblizuje wargi. Gdzieś w tyle majaczyła sylwetka Toshiyi, jednak niewiele mnie on teraz obchodził. Byłem skupiony na ciemnowłosym chłopaku. Wyglądał młodo, ale z każdą chwilą nabierałem coraz większego wrażenia, że jest dojrzalszy niż wskazywałby na to jego młodzieńczy wygląd.
- Powinienem uciekać? - czułem jego wzrok na swoich ustach. Na policzku zarysowała się mała zmarszczka od uśmiechu.
- Nie musisz, ja nie jem, tylko połykam w całości - odparłem, a on roześmiał się melodyjnie. Miał w sobie coś urokliwego. Pomyślałem nawet, że gdybym nigdy nie spotkał Takashiego, mógłby mnie zauroczyć.
- Panie pożeraczu, ma pan jakieś imię? - zapytał.
Przed nami pojawiły się dwie identyczne szklanki wypełnione czymś kolorowym. Pierwszym, co od razu przyszło mi do głowy były drinki i wcale się nie myliłem.
Mój towarzysz obrysował palcem krawędź szklanki. Kelner zniknął.
- Więc? - dopytał. Sprawiał wrażenie pewnego siebie, a ja z chęcią angażowałem się w tę grę gestów, słów i pozorów.
- Mów mi Tora - odparłem lekko.
- Tora? Temperamentny tygrys o dwóch twarzach? - spojrzał mi głęboko w oczy.
- Dla ciebie mam tylko jedną twarz, kocie - odparłem. Sam byłem niezmiernie zdziwiony własną śmiałością.
- Jaką? - zapytał, kładąc brodę na dłoni. Patrzył na mnie.
Usłyszałem trochę za głośne chrząknięcie Toshiyi. Widziałem kątem oka jak zakłada nogę na nogę i puka palcami w blat.
- Taką, którą mogę ci wyjawić tylko przez telefon - odparłem, uśmiechając się do chłopaka. Roześmiał się.
- No dobra - odparł. Wziął serwetkę i z leżącej obok torby wyjął długopis, którym naskrobał numer, po czym wręczył go mi. Chwyciłem go i złożyłem dwa razy na pół, po czym wstałem i włożyłem go do kieszeni spodni.
- Dzięki - powiedziałem z uśmiechem. W jego oczach widziałem zawód. Chyba chciał skończyć ze mną w jakimś love hotelu. Nie tym razem, kocie - pomyślałem.
Poszedłem do baru. Zapłaciłem za siebie, Toshiyę i chłopaka, po czym skinąłem głową na basistę. Wyszedłem pierwszy.
Gdy za mną wybiegł Toshiya, wręczyłem mu złożoną serwetkę. On rozwinął ją i spojrzał, czy czasem chłopak nie narysował na niej kutasa zamiast napisać numer. Pokiwał tylko głową z aprobatą, a ja schowałem zwitek z powrotem do kieszeni.
- Nieźle, jak na pierwszy raz.
- Pierwszy po tak długim czasie - poprawiłem go. Uśmiechnął się. - Gdzie teraz? - zapytałem.
- Teraz będzie tylko lepiej, idziemy do klubu - odparł, ciągnąc mnie do jakiegoś lokalu w głębi dzielnicy Shinjuku Ni-chōme.

Klub był skąpany w półmroku, pełen kolorowych świateł i dziwnych ludzi. Toshiya pociągnął mnie za rękaw do baru, z którego spoglądały na mnie kolorowe alkohole. Jeszcze zanim zdołałem wyrazić najszczerszą cheć uwalenia się czymś mocnym, on wziął nam jakieś słabe drinki, w których nie było czuć procentów, choć ich smak przypadł mi do gustu.
- Mam być prawdziwym niestereotypowym gejem, a dajesz mi babskie drinki? - zapytałem go z rozbawieniem po upiciu pierwszego łyka. On tylko zaśmiał się. Było dość głośno i trzeba było krzyczeć. Wyciągnął mnie na parkiet i zaczał dygać z kieliszkiem w rytm muzyki. Ja próbowałem tylko nie wylać alkoholu ze swojego. Naprawdę nie byłbym zadowolony, oblewając siebie, Toshiyę, który coraz bardziej się do mnie przybliżał i jeszcze kogoś jeszcze. Ktoś mógłby być bardzo niezadowolony. Oczywiście ziściły się moje najgorsze obawy. A przynajmniej częściowo. Jakiś koleś w tłumie przewrócił się, przez co Toshiya upadł na mnie. Nie wiem, w jaki sposób jego drink wciąż znajdował się w naczyniu. Mój natomiast cały wylał się na białą koszulę mężczyzny za mną. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem wielką kolorową plamę i parę wpatrzonych we mnie ze wściekłością oczu. Masz swoją zabawę, Torashi. Mężczyzna odwrócił się i szybkim krokiem wyszedł, a ja wcisnąłem swój pusty kieliszek do ręki Toshimasie i pobiegłem za nim.
Znalazłem go w łazience. Tutaj muzyka była przytłumiona, odczułem chwilową ulgę. O dziwo łazienka stanowiła puste sanktuarium dla niego i dla mnie. Z kabin nie rozlegał się odgłos pieprzącej się pary ani spłukiwanej prezerwatywy. Stał przy umywalce, widziałem jak papierowym ręcznikiem desperacko pocierał plamę. Poza miejscem tkniętym zwykłym przypadkiem, koszula była śnieżno biała. Chyba trafiłem na pedanta. Westchnąłem ciężko i podszedłem do niego.
- Ja... - już chciałem przeprosić, ale zatrzymało mnie jego pełne wściekłości i zaciętości spojrzenie, którym obdarzył mnie tylko przez chwilę. - Chyba twoja koszula powinna mi zwrócić drinka.
- To chyba TY powinieneś mi odkupić KOSZULĘ - powiedział sztywno.
- Co ty taki sztywny, kolego? - uśmiechnąłem się, zerkając w lustrze na jego interes,
- A co cię to obchodzi? - odburknął.

- Właściwie nic, ale masz jedyną niepowtarzalną szansę, żeby się wyluzować w moim towarzystwie - powiedziałem. Skazałem to na niepowodzenie od samego początku, ale... jego brwi zdawały się być mniej ściągnięte, a on przestał zawzięcie szorować koszulę. Zdziwiłem się. On wyrzucił papier do umywalki i spojrzał na mnie, po czym po prostu wpił się w moje wargi. Byłem tym tak zaskoczony, że poleciałem do tyłu i zatrzymałem się dopiero na stojącej nieopodal ścianie. Odwzajemniłem pocałunek. Czułem delikatny zapach ładnych męskich perfum i pianissimo peche. Gdzieś w tle dudniła jednostajna muzyka. W mojej kieszeni zawibrował telefon.

środa, 24 czerwca 2015

[bonus] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Witajcie moi drodzy. Jak wiadomo, dzisiaj urodziny obchodzi Saga, z tej okazji postanowiłam przygotować zupełnie nieplanowany bonus do opowiadania, które właśnie piszę czyli Give me a sign. To luźna opowieść, można powiedzieć, że swego rodzaju filler związany z Sagą - nie za długi, ale jest. Zapraszam~

*
Jedyny dźwięk, który przebił się przez panującą w mieszkaniu przytłaczającą pustkę było szczęknięcie zamka. Później kroki, szelest ocierającego się materiału dżinsów, dźwięk przesypujących się włosów pod wpływem gestu dłoni. Takashi rozejrzał się po mieszkaniu. Było głucho. Tam panowało coś więcej niż tylko nieznośna cisza. To było jak wrzask milczenia. Sakamoto westchnął. Wiedział, że kiedyś do tego dojdzie. Nawet uśmiechnął się kącikiem ust, a grymas uległ tylko poszerzeniu, gdy zobaczył na blacie kartkę z nabazgranym napisem. Otworzył okno i poklepał się po tylnej kieszeni spodni w poszukiwaniu papierosów, ale mógł co najwyżej kontemplować krągłość swoich pośladków. Westchnął rozdzierająco - a on rozdzierać potrafił, po czym po prostu cofnął się i nie kryjąc niezadowolenia, wyszedł z mieszkania po papierosy. Gdy wrócił, ujrzał otwarte na oścież okno. Na blacie z kolei siedział ptak, wyglądający jak kruk albo przerośnięta wrona. Spojrzał na Takashiego bystrymi oczami, które przypominały dwie świecące kuleczki. W dziobie trzymał kartkę, która jeszcze niedawno spoczywała spokojnie na blacie.
- Nawet się nie waż - zagroził Sakamoto, postępując krok do przodu. Ptak z kolei zatrzepotał parę razy skrzydłami, by zupełnie ignorując Takashiego, po prostu wylecieć przez otwarte okno wraz z kartką. Takashi westchnął podirytowany i zaczął nerwowo poruszać stopą. Zagryzł wargę. Przeczesał włosy. Podszedł do okna, aby drżącą dłonią umieścić papierosa między wargami i z westchnieniem wciągnąć do płuc tytoń. 
On nawet nie wiedział, co na tej kartce było napisane. Jednak Shinji nigdy nie zostawiał tego typu wiadomości. Na dole chodzili ludzie. Było szaro i pochmurno. Nosili ze sobą parasole, na głowach mieli kaptury albo przemoknięte strąki włosów. Takashi strząsał na nich popiół. Był wściekły. Wiedział, że skoro Shinji zachował się w ten sposób, to oznacza tylko, że poszedł po rozum do głowy. Niby był zadowolony, bo wszystko teraz potoczy się zgodnie z pożądanym scenariuszem, ale... Niechcący przygryzł papierosa i gwałtownym ruchem wyjął z kieszeni telefon.
- Sho? Przyjedź do mnie, czekam - odparł i rozłączył się, wytykając głowę przez okno. Wszystko, tylko nie zapach ich wspólnego szczęścia przechadzający się po pokojach mieszkania.
Miał nadzieję, że splugawi je na tyle, aby zapomnieć. Nigdy wcześniej nie uprawiał seksu na ich wspólnym łóżku z kimś innym. Nigdy nie wpuszczał kochanka do środka, zawsze tylko go odwozili. Wiedział, że Shinji słyszy szelest podjeżdżającego samochodu, chlupot rozbryzgiwanej spod kół wody i cichutki pisk. Tak, jak on teraz. Nie minęło wiele czasu, gdy usłyszał dzwonek. Raz, drugi, trzeci. Jak napalony, to poczeka - pomyślał Takashi, uśmiechając się do siebie, po czym ostatni raz odetchnął rześkim powietrzem. Przed drzwiami stał męczyzna w krótkich włosach o krzywozębnym uśmiechu dziecka. Sadze to nie przeszkadzało, ponieważ partner miał w sobie coś czarującego. Zarzucił mu ręce na szyję i zanim ten zdołał cokolwiek powiedzieć, zamknął mu usta pocałunkiem. Shoya odsunął go od siebie delikatnie.
- Co się stało? - zapytał, marszcząc brwi.
- Ten dupek mnie zostawił, to nic osobliwego, po prostu pieprz się ze mną - powiedział Saga i znów przywarł do ust kochanka. Shoya, czując na sobie napór rozpalonego ciała, nie oponował. Podążyli do sypialni.

Saga leżał na torsie swojego kochanka i wpatrywał się tępo w okno. Shoya głaskał go po głowie. Ta cholerna pościel wciąż nim pachniała. Takashi był pewny, że nawet łóżko, stelaż, podłoga i ściany - że wszystko przesiąknęło pieprzonym zapachem pieprzonego tygrysa. Był wściekły.
- To koniec na dobre? - pozorną ciszę wypełnioną głośnymi myślami Sagi zakłócił Shoya.
- Nie - Saga podniósł się na rękach i spojrzał kochankowi w oczy ze ściągniętymi brwiami. - No co ty.
- Więc dlaczego tak się przejmujesz? - zapytał z wymalowanym na twarzy niezrozumieniem.
- Głupi jesteś, niczym się nie przejmuję - Takashi z powrotem opadł na ciało kochanka i spojrzał tęsknie w okno.
- Czuję, jak twoje serce wali na moim udzie i wiem, że to nie ja jes...
- Nic nie czujesz - przerwał Shoyi Saga. - Zamknij się już, jak chcesz o tym gadać.
Sho uśmiechnął się. Takashi naprawdę kochał swojego faceta. Czuł, że niezależnie od tego, jak dobrze było mu w takim układzie z Sagą, niedługo będzie zmuszony to zakończyć.

Tora w jakiś nieznośny sposób był wszędzie. W kubku pozostawionym na środku zlewu, w nieszczęśnie krzywo stojącym stole, w martwym czarnym pudle. Shinji wpisał się w to miejsce, jakby cząstka jego obecności została wyryta w każdym meblu, sprzęcie i ścianie. W każdym jednym calu. Takashi trzymał Shoyę kurczowo przy sobie.
- Tęsknisz za nim? - zapytał któregoś razu jasnowłosy kochanek.
- Ja wiem, że on wróci, nie mam za czym tęsknić - odparł Saga jakby mówił o porannej kanapce z serem, a nie o własnych uczuciach. Jednak Shoya był dobrym obserwatorem. Widział, jak częściej zaczesuje włosy, na jego twarzy rodzą się nietypowe grymasy, a w oczach z każdym dniem coraz bardziej niknie blask. Sho czuł się bardziej jak przyjaciel niż kochanek. Gdzieś w głębi duszy winszował Takashiemu i Shinjiemu. Nawet któregoś razu myślał, żeby do niego zadzwonić, gdy został sam na sam z telefonem Takashiego, jednak ten niedługo pojawił się w progu i syknął:
- Nawet się nie waż.
Saga tęsknił. To było oczywiste jak słońce o poranku i księżyc w nocy. Cykl za cyklem, wyglądał coraz gorzej. Aż nadszedł ten dzień...
- Takashi - odezwał się Shoya.
- Tak? - Saga odwrócił się i przeszył partnera chłodnym spojrzeniem.
- Muszę odejść - powiedział kochanek niepewnie.
- Spadaj - odparł tylko Takashi i wytknął głowę z powrotem przez okno. Zapalił Marlboro.

niedziela, 21 czerwca 2015

[7/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Przedstawiam Wam kolejny rozdział, mam nadzieję, że czytając go będziecie mieli taką samą frajdę, jak ja podczas pisania. Zapraszam.

*
Toshiya wziął mnie na zakupy do centrum handlowego. Spomiędzy wieszaków wygrzebywał ubrania dziwne i dziwniejsze. Włóczyłem się za nim, a on tylko biegał od jednego sklepu do drugiego, każąc mi przymierzać coraz to nowe ubraniowe wariacje. Na wstępie odrzucałem wszelkie róże, żółcie i pastele.
Ostatecznie ubrał mnie w czarną prostą koszulę z czerwonymi akcentami, której rękawy zawinięte były do łokci i lekko zwężane ku dołowi dżinsy. Wyglądałem dobrze. Na końcu na mojej szyi powiesił srebrny łańcuszek z krzyżem. Czułem się naprawdę dziwnie, choć faktem było, że dawno nie patrzyłem w lustro równie przychylnie.
Później przyszedł czas na kolejny etap wielkiej przemiany.
- Kiedy widzisz człowieka, pierwszym, na co patrzysz jest jego twarz, więc najpierw zajmiemy się jej oprawą - powiedział basista i pociągnął mnie do fryzjera.
Moje włosy wołały o pomstę do nieba - były za długie i nijakie, dobrze o tym wiedziałem, jednak zupełnie nie miałem głowy, by się nimi zająć. Toshiya postanowił zrobić to za mnie. Włosy miałem przycięte i wystylizowane, na końcówkach zagościł blond. Dodatkowo barber pozbawił mnie rosnącego już zarostu. Nigdy nie wierzyłem w to, jak kobiety po takich maratonach i przemianach mogą czuć się lepiej, ale teraz... sam się przekonałem. Patrząc w lustro, widziałem przystojnego eleganckiego tygrysa. Poprawiłem kołnierz. Niestety nie zdołałem nacieszyć się sobą za bardzo, ponieważ Toshiya już pociągnął mnie do kolejnego miejsca. Okazała się nim klimatyczna gejowska kawiarnia, na której szyldzie spoczywała tęczowa flaga. Czułem się trochę zażenowany, siedząc w tego typu miejscu, jednak niczym nieskrępowany Toshimasa po zamówieniu nam napojów rozejrzał się ukradkiem, po czym zaczął po prostu nawijać.
- Shinji - zaczął - jeżeli mamy dążyć do tego, by Takashi szalał za tobą - tym razem wypowiedział jego imię z nadmierną starannością - to musisz dać mu ku temu powody.
- Ale jak? - stęknąłem, ze znużeniem opierając brodę na dłoni.
W jego wzroku widziałem, że traci cierpliwość. W sumie chciałem tego - pragnąłem, żeby na mnie nawrzeszczał i zostawił, abym mógł uwić sobie gniazdko pod własnym mieszkaniem i poczekać na powrót Takashiego. Potem nie wiem co by się stało, ale w najgorszym wypadku mogę rzucić się z okna.
- Może pokazując mu to, czego pragnie, jednak nie dając tego od razu? - spojrzał na mnie z uśmiechem. - Niech się trochę postara. Ty mu pokażesz, że masz coś do zaoferowania.
To wszystko już brzmiało abstrakcyjnie. Co ja miałem do zaoferowania Takashiemu?
- Zatem - kontynuował niczym niezrażony Toshimasa - najpierw musimy wiedzieć czego chce.
- Ja sam nie wiem, czego chcę - wyjęczałem niezadowolony.
Toshiya tylko otworzył swoją piękną buźkę i mówił dalej.
- Kobiety szukają w związkach zaradnego, zdecydowanego mężczyzny, który będzie oparciem, ake jednocześnie aktywnego, miłego, czarującego i wykazującego się kulturą osobistą. Mężczyzna natomiast jest prosty - spojrzał na mnie, szukając chyba oznaki zrozumienia. - ... jak erekcja - dokończył, a ja prawie zakrztusiłem się pitą właśnie kawą. 
- Ale po cholerę my gadamy o kobietach, skoro jestem gejem? - powiedziałem chyba trochę za głośno, bo jakiś mężczyzna nieopodal spojrzał na mnie z rubasznym uśmieszkiem. Przewróciłem oczami.
Toshiya ciągnął, jakby posiadał nerwy ze stali.
- A jak myślisz, czy mężczyźni oczekują tego samego?
Zamilkłem na chwilę. Widziałem, jak Toshiya miesza plastikowym patyczkiem w swojej kawie.
- Nie - odparłem.
- A czego ty oczekujesz?
Przez chwilę spoglądając na niego, poczułem się jak na terapii. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Chcę po prostu, żeby był.
Widziałem, jak mój rozmówca teatralnie uderza się ręką w czoło.
- Stereotypowy gej jest ciotą. Czy ty jesteś ciotą?
- No nie - zmarszczyłem brwi.
- No więc mów mi, czego od niego oczekujesz.
Zastanowiłem się chwilę.
- Potrzebuję spełnienia, ale to mi daje. Brakuje mi stałości, nie jestem kobietą, żeby potrzebować opiekuńczego ramienia do wypłakania się, ale chcę mieć pewność, że po męczącym dniu zastanę go w domu.
- Tygrysie - Toshiya wyciągnął kończynę przez stój i położył swoją dłoń na mojej, po czym spojrzał mi w oczy. - Musisz z nim poważnie porozmawiać.
- Ale on zmienił zamki! - wzburzyłem się. - To wygląda tak, jakby wcale nie chciał rozmawiać.
- Nie daj się wygryźć konkurencji - powiedział, patrząc mi głęboko w oczy.
- Ale co ja mam zrobić?
Wzrok mojego rozmówcy przeniósł się na leżący obok mojej dłoni telefon.
- Zadzwoń po niego i powiedz, że twój kochanek bardzo chciał go usłyszeć.
Zdębiałem. Przez ostatnie kilka dni powstrzymywałem się przed utrzymywaniem jakiegokolwiek kontaktu z Takashim, a on powiedział to bez żadnego zawahania.
- Nie możesz dawać po sobie poznać, że jesteś niepewny. Musisz być stanowczy i pewny siebie.
- To nigdy się nie udaje - westchnąłem z rezygnacją. - Nigdy nie jestem w stanie nad sobą zapanować, on pociąga mnie tak bardzo...
- Bingo! - krzyknął nagle, przyklepując moją dłoń i zabierając swoją rękę.
- Huh?
- Właśnie do tego musisz go doprowadzić. To on ma stracić kontrolę, to on musi pożądać ciebie. Masz go zwodzić, rozumiesz?
Zaczynałem czuć nadzieję. Moje oczy pewnie błyszczały niezdrowo, ale... kim ja się stałem? W końcu byłem tygrysem. Pokiwałem głową z przekonaniem.
- Można tu palić? - zapytałem.
Toshiya rozejrzał się.
- Tak - odparł po chwili.
Poklepałem się po kieszeniach, jednak nie znalazłem niczego z wyjątkiem tych pieprzonych Pianissimo.
Czego pragnie Takashi? - myślałem.
- Tak między nami - zaczął Toshiya - mam wrażenie, że ta zmiana zamków i to nagłe odsunięcie się od ciebie... - zrobił przerwę, by popić kawę. - Wydaje mi się, że tym, czego najbardziej pragnie Takashi jesteś ty, tygrysie. Czuje się pewnie, dopóki ma cię na wodzy. Teraz wie, że jesteś daleko, ale wciąż trzyma kontrolę. On wiedział, że wrócisz, skoro zmienił zamki. Wiedział, że jeśli to zrobi, ty zapragniesz go jeszcze bardziej.
Spomiędzy moich ust wydarł się kłąb dymu.
- Jeśli pokażesz mu, że nie jesteś jego własnością, wpadnie w furię i straci nad sobą panowanie.
- Nie - odparłem. - Będzie komplikował grę tak długo aż nie doprowadzi go do zwycięstwa.
Toshiya westchnął.
- Jesteście fatalni.
Telefon leżał obok. Nie patrzyłem na niego od poprzedniego dnia. Właściwie od czasu, gdy spiliśmy się z Toshiyą i trafiliśmy do sypialni. Może bałem się wyrzutów sumienia po zdradzie? Sięgnąłęm po niego. Nie można się bać, tygrysie - powiedziałem sobie w duchu i odblokowałem.
1 połączenie nieodebrane od: Takashi

Zdębiałem. Czułem, jak mrówki przechodzą po całym moim ciele. Krew zaczęła mi odpływać z twarzy, a żołądek wszczął bunt.
- Shinji? -  zapytał zatroskany Toshiya, najpewniej marszcząc brwi. Położył mi dłoń na przedramieniu. - Co jest?
- On dzwonił.

wtorek, 16 czerwca 2015

[6/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Dzień dobry. Dzisiaj dodaję kolejny rozdział, mam nadzieję, że jeszcze nie znudziły Wam się przygody zdesperowanego Tory. Jednocześnie pragnę oznajmić, że rozdziały zapewne nie będą się pojawiały w ciągu najbliższych kilku dni z powodów stricte wakacyjnych ;) Jednak nie martwcie się, kolejny rozdział pojawi się najpóźniej w przyszłym tygodniu.
Zapraszam.

*
Jak się okazało, Toshiya przyjechał po mnie. Kaoru i Die już zdążyli go poinformować o moim powrocie do domu, a ja pojawiłem się znów u nich. Toshiya przywitał mnie promiennym uśmiechem i entuzjastycznymi słowami otuchy. Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego Kaoru i Die tak dziwnie się uśmiechali, mówiąc mi o nim.
Toshiya okazał się współlokatorem najlepszym z możliwych. W jego mieszkaniu porządek był raczej pojęciem abstrakcyjnym, lecz nie był też osobą, która kazałaby mi się wykazywać w sprzątaniu. Za to powitał mnie jak na gospodarza przystało czyli pokaźną kolekcją alkoholu. W ten sposób wszyscy byli zadowoleni - ja nie byłem skazany na nocne odgłosy pukania, a on miał współlokatora. Wypiliśmy za nową przyjaźń, za wspólne mieszkanie i nowe życie. Takashi na pewno mnie skreślił, więc nowe życie było jak najbardziej adekwatne. Jednak nie chciałem myśleć o nim za wiele, więc po prostu piłem i piłem. Po wejściu w stan upojenia alkoholowego, Toshiya włączył konsolę i graliśmy w Tekkena. Śmialiśmy się przy tym i dalej pompowaliśmy w siebie upojenie.
- I jak tam mieszkało ci się u lidera? - zaczął rozmowę.
- W sumie, to całkiem śmiesznie się stało, bo ja po prostu nie miałem gdzie się podziać - odparłem. Czułem, że język odrobinę mi się plącze. Za to odczuwałem przyjemne rozluźnienie i przede wszystkim skupiałem się na tym, żeby skopać Toshiyi tyłek.
- I przyjął cię tak po prostu? No nie gadaj, nie wierzę ci - mówił, a ja czułem na sobie jego palący wzrok.
- K.O. - zabuczała maszyna.
- No nie, nie tak po prostu, najpierw słyszałem jak gadali o jakichś zabawach sado-maso - powiedziałem z rozbawieniem. Dopiero po chwili, kiedy zobaczyłem chichoczącego basistę, dotarło do mnie, co tak naprawdę powiedziałem. - To znaczy... krzyczeli coś chyba o sąsiadach...
- Nie pogrążaj się już - odparł Toshiya i ryknął śmiechem. Czułem, jak moja twarz robi się czerwona - Nigdy nie podejrzewałbym Kaoru ani tym bardziej Daisuke o takie zainteresowania.
Otarł łzy śmiechu i spojrzał na mnie.
- Szantażowałeś ich? - zapytał.
Zapadła chwila krępującego milczenia.
- Tak wyszło - powiedziałem cicho, a Toshiya znów zaczął się śmiać.
- Nie wiedziałem, że tygrysy po ciutce alkoholu stają się takie rozmowne - rzekł, przysuwając się do mnie. Poczułem jego dłoń na swoim udzie. Mój pad znalazł się gdzieś na podłodze. Na ekranie widniał Jin. Właśnie wtedy dłoń Toshiyi zaczęła powoli sunąć w górę. - A może... tygrysy po prostu czują się samotne?
Przełknąłem nerwowo ślinę. Czułem rosnące podniecenie.
- Trochę - odparłem, przygryzając wargę. Alkohol przyjemnie szumiał w głowie, a do mojego nosa doszedł subtelny zapach męskich perfum. Pocałunek był naturalny, miękki i podniecający. Jakby tak właśnie miało być. Wtedy wcale nie myślałem o Takashim. W mojej głowie panował nieznośny szum i miałem ochotę na seks. A Toshiya był przystojny, chętny i lubiłem jego perfumy, których woń towarzyszła mi do samego rana. Tłukąc się o ściany, doszliśmy do sypialni. Toshiya nie mieszkał w przypadkowej kawalerce. Jego dom był sporych rozmiarów. Wszystko było dobrze aż opadł na łóżko i pociągnął mnie za sobą, chwytając koszulkę. Nasze usta złączyły się, a języki zatańczyły namiętnie. W momencie, kiedy on otarł się o mnie, zapaliła mi się metaforyczna czerwona lampka. To właśnie był ten moment, kiedy przed oczami ujrzałem pieprzonego Takashiego - mój ideał, który odrzucił mnie z taką łatwością. Nie chciałem go zdradzać.
Toshiya spojrzał na mnie, marszcząc brwi. Przewrócił oczami.
- Nie mów, że teraz rezygnujesz - wyjęczał z rozczarowaniem.
- Nie mogę... - powiedziałem cicho.
Już myślałem, że zdenerwuje się i pójdzie albo wygoni mnie z powrotem do Daisuke, ale on spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się. Poczułem jego dłoń na swoim policzku.
- Ale Kaoru i Daisuke mogą się dowiedzieć o tym, że się wygadałeś. Ba, nie tylko oni - mówił spokojnie, był z siebie najwidoczniej zadowolony, a ja nie mogłem uwierzyć, jak bardzo pokręcone było to wszystko. Zostałem zaszantażowany, że mój szantaż wyjdzie na jaw. Patrzyłem na niego chwilę zaskoczony, ale na jego twarzy widniał tylko uśmiech. Westchnąłem, lecz odgłos ten zamienił się w jęk, gdy udo Toshiyi otarło się o moje krocze. Nie mając innego wyjścia, po prostu przyciągnąłem go do kolejnego pocałunku i tej nocy dałem ponieść namiętności.
Leżący na podłodze przy porzuconej konsoli telefon zawibrował, ale nie mogłem go usłyszeć.

Kolejnego dnia po przebudzeniu przed sobą zobaczyłem twarz basisty i z przerażeniem zarejestrowałem brak bielzny.
Zrobiliśmy to - pomyślałem ogarnięty strachem. Uśmiech Toshiyi, który właśnie także otworzył oczy mówił, że wcale się nie myliłem. Zacząłem panikować w myślach. To już naprawdę oznaczało koniec.
- Co ja zrobiłem? - jęknąłem, siadając na łóżku. Kołdra opadła miękko na nogi, odsłaniając mój tors. Na plecach poczułem dotyk dłoni kochanka.
- Nie martw się, kotku - powiedział. - Potraktuj to jak początek terapii.
Poczułem, jak jego ciało przylega do moich pleców. Z moich ust wydarło się westchnienie. Znajdowałem się w kompletnie obcej sypialni, a moją sylwetkę oplatały nieznajome ramiona. Może trzeba było się do tego przyzwyczajać?
- Zrobię nam kawę - powiedział cicho, całując mnie w ramię, po czym wstał, a po nim pozostał tylko oblepiający plecy chłód.

- Masz - postawił przede mną kubek z parującym napojem.
Znów znajdowałem się w obcym salonie, siedziałem na krześle, do którego w ogóle nie byłem przyzwyczajony, a przede mną uśmiechał się największy błąd mojego życia. Już czułem na barkach ciężar konsekwencji zeszłej nocy.
- Nikomu nie powiemy, tygrysie - odparł Hara, jakby czyał mi w myślach.
- Ale...
- Proszę cię - przewrócił oczami. - Siedzisz jak zbity pies, to oczywiste, że martwisz  się o tego... tego... - zamyślił się na chwilę. - Jak on się nazywał?
- Takashi! - obruszyłem się. Podskoczyło mi ciśnienie i w jednej chwili się rozbudziłem. Jak mógł nie wiedzieć?
- Od razu jesteś żywszy - stwierdził z uśmiechem i kontynuował. - Dzisiaj poczujesz się jak rasowa nastolatka w "Operacji: stylówa".

W tym momencie pomyślałem, że chyba powoli dochodzi do mnie, dlaczego miałem się bać wizyty u Toshiyi.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

[5/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Po pierwsze pragnę podziękować Tygrysowi za motywację i Reili Suzu za komentarze <3 To naprawdę wiele dla mnie znaczy.
Po drugie: wow, blog ma już ponad 10 000 wyświetleń! Jestem bardzo zaskoczona i cieszę się, że moje wypociny są zauważane. Każdy jeden komentarz i każda opinia jest dla mnie ważna, więc dziękuję.
Chcę Wam oświadczyć, iż pisanie "Give me a sign" idzie mi z niewyobrażalną łatwością i przynosi sporo radości. Aktualnie jestem w stanie pracy nad siódmym rozdziałem, więc idę jak burza, biorąc pod uwagę, że pierwszy rozdział ukazał się troszkę ponad tydzień temu.
Jeśli macie jakieś prośby, pomysły albo sugestie, jestem na nie otwarta.
Nie przedłużając już, zapraszam.

*
Kolejnego poranka telefon wciąż uparcie milczał, ale za to otrzymałem radosną wiadomość, że Kaoru i Die mają wolne, w związku z czym zostaną ze mną w mieszkaniu przez cały dzień. Wyszedłem rano zapalić. Towarzyszył mi Die. Z satysfakcją zarejestrował cienki rulonik Pianissimo pomiędzy moimi wargami. To było ostatnim co zarejestrowałem przed utkwieniem w świecie wspomnien utkanym z czułych słów Takashiego i oplatających mnie szczupłych ramion. Sentymentalne czułości - pomyślałem, wgniatając ze złością papierosa w barierkę. Wziąłem do ust kolejnego. W czasie podpalania go, czułem na sobie spojrzenie Daisuke i jego wstrętny uśmiech, za którym skrywał obrzydliwe zrozumienie. Na szczęście przestało się ono tak drastycznie odznaczać w mojej świadomości, gdy tytoniowy dym doleciał do płuc. Wydmuchując go, widziałem usta Takashiego. Miękkie wargi, których gorąco i fakturę czułem na rozgrzanym podnieceniem brzuchem. Widziałem dłoń przysuwającą papierosa do tych ust. Ta dłoń, znajdująca na oślep moją sylwetkę za jego plecami, gdy palił na balkonie. Te poranne papierosy były jak mały rytuał. Zawsze i zawsze. Cała reszta świata leżała pogrzebana gdzieś w niepamięci, a tam byliśmy tylko my. Do czasu aż wychodził. Ostatnie zaciągnięcie się i ostatni podmuch tytoniu w przestrzeń. Kiedy zerknąłem do paczki Pianissimo, okazała się ona pusta. Mentole porzuciłem gdzieś w pokoju wśród sterty reszty zapomnianych rzeczy. Gdy wróciłem do pokoju, na blacie stały trzy talerze ze śniadaniem, a Kaoru mył ręce w kuchennym zlewie. Uśmiechnąłem się. Za mną wszedł Die.
Po śniadaniu poszedłem do sklepu. Gitarzyści skwitowali to uśmiechami, wręczając mi dodatkową listę zakupów.
W pobliskim sklepie Pianissimo nie było, więc poszedłem kawałek dalej i dalej. Ostatecznie nie miałem pojęcia, gdzie jestem, ale dopiąłem swego - wracałem z rulonikiem, który stał się, zaraz po zerkaniu na telefon, najsłodszym nałogiem tamtych dni. 
Spojrzałem na listę, którą wręczył mi Die, mówiąc przy tym "tylko niczego nie pomiń". Na kartce widniało:
  • jajka
  • udon
  • majonez
  • sos sojowy
  • Durex żel o smaku truskawkowym
Właśnie wtedy pomyślałem, że oni chyba są nie z pełna rozumu, jeśli myślą, że będę im kupował lubrykant. Wszedłem do większego sklepu spożywczego i brałem po kolei każdy produkt widniejący na liście. Już miałem iść zapłacić, gdy przed sobą ujrzałem półkę, na której stał ostatni produkt z listy. Westchnąłem, rumieniąc się. Die będzie musiał mi za to zapłacić - z taką myślą, dorzuciłem opakowanie do reszty zakupów.
Idąc już z powrotem, ukryłem je zgrabnie pomiędzy jajkami a opakowaniem z udonem. Później zapaliłem. Coraz bardziej lubiłem to swoje nałogowe wracanie do przeszłości.
Gdy wróciłem, z sypialni dobiegały odgłosy świadczące o rozgrywającej się walki o dominację, którą z całą pewnością przegrał Die. Nie przejąłem się nimi za bardzo, po prostu zostawiłem zakupy i poszedłem na balkon. Z kieszeni wyjąłem słuchawki, by podłączyć je do telefonu. Z głuchej ciszy wydobyły się pierwsze dźwięki The beautiful name¹. Papieros. Oparłem się o stojącą za mną ścianę. 
What I've been searching for at the end of the world... was you.
Spojrzałem na ekran telefonu. Nie odezwał się od paru dni. Na pewno widział kartkę i się nie odezwał. Czy to oznacza koniec? 
Mirror ball² wersja z Vandalize. Pierwsze dźwięki fortepianu przywiodły na myśl jego palce sunące po klawiaturze, uśmiech, profil, sylwetkę i gesty. To wszystko, do czego byłem przyzwyczajony i z czego wcale nie chciałem rezygnować. Choćbym miał zaciągnąć go na terapię małżeńską. Uśmiechnąłem się do własnych myśli i właśnie wtedy poczułem spoczywającą na ramieniu dłoń Daisuke. Wyjąłem z uszu słuchawki. Wokół naszych sylwetek zatańczył podmuch chłodnego wiatru.
- Już wiesz? - zapytał Die.
Pokiwałem głową.
- Chcę wrócić - odrzekłem.
- Rozumiem - powiedział z westchnieniem. - Jakby co, nasze drzwi stoją otworem. Chcesz jechać jeszcze dziś?
- Tak - moje słowa popłynęły w jakąś nieznaną przestrzeń. Nie potrzeba było ich więcej.
Ze słuchawek rozległ się wstęp do RAINBOWS³. Z uśmiechem odłączyłem je od telefonu i wrzuciłem do kieszeni. Spakowałem się z uśmiechem na ustach i Takashim w głowie. Odtwarzałem jego zapach, głos i uczucie, które towarzyszyło obecności mojej małej perfekcji.

Wracałem wciąż z tym samym uśmiechem oglądając kraobraz za oknami. Myśl, że teraz będzie tylko lepiej mimowolnie zamieszkała w mojej głowie. Samochód prowadził Kaoru. On także wydawał się trochę bardziej rozpromieniony niż ostatnim razem.
- Decyzja zapadła? - zapytał w końcu.
- Tak - odparłem. - Wracam.
Zdawał się być zaskoczony.
- Wracasz?
- Tak. Nie potrafię zwyciężyć tego, co mam w sobie. Czeka nas poważna rozmowa - wypowiadając te słowa jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z ich wagi. W końcu poważna rozmowa w przypadku Takashiego nigdy nie mogła skutkować szkodą dla niego.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, Kaoru uśmiechnął się do mnie, życzył powodzenia i pożegnał się, a ja z torbą podróżną na ramieniu, stanąłem przed budynkiem, w którym mieszkaliśmy razem z Takashim. Nie spiesząc się za bardzo, choć też bez zbędnego ociągania się, podążyłem do drzwi wejściowych. Kiedy stanąłem przed nimi, wygrzebałem z dna torby klucze, wsadziłem je do zamka i przekręciłem, jednak... nie dało się. Zmarszczyłem brwi i spróbowałem jeszcze raz, jednak próba znów zakończyła się niepowodzeniem. Zapukałem.
- Takashi? - skierowałem się z pytaniem do drzwi. Zacząłem w nie uderzać pięścią - Takashi, otwórz!
Z westchnieniem oparłem się o ścianę obok. Zmiana zamków wydawała się być wystarczająco dobitną odpowiedzią. Próbując ochłonąć, drżącą dłonią włożyłem do ust papierosa i podążyłem do wyjścia. Wezwałem taksówkę, po czym wróciłem do Die'a. Nawet sobie nie wyobrażacie zaskoczenia wymalowanego na jego twarzy, gdy ujrzał mnie w drzwiach. Po wstąpieniu w głąb mieszkania, ujrzałem także szczupłą sylwetkę Toshiyi, którego nie miałem okazji poznać osobiście aż do tamtego dnia.
- O wilku mowa - odparł i uśmiechnął się do mnie.
________
¹ - klik
² - klik

³ - klik

niedziela, 14 czerwca 2015

[4/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Wiem, że ostatnio publikuję dużo i często, ale mam wyjątkowo płodny okres i chcę z niego skorzystać. Zapraszam~

*
Tej nocy nie spałem. Alkohol delikatnie szumiał w głowie, a na dworze robiło się coraz jaśniej. Księżyc zniknął na tle nieba, a zamiast niego powoli wstawało słońce. Kolory na niebie stanowiły jednak obiekt mniej fascynujący od ekranu telefonu. Sprawdziłem wszystko - maile, konto na twitterze, jego ameblo i konta na każdym komunikator, z jakiego kiedykolwiek korzystałem. Nawet te, o których istnieniu Takashi nie wiedział. Wszystko jednak świeciło pustkami. Nigdzie nie było nawet śladu Takashiego. Jedynym, co mi pozostało była jego podobizna na ekranie telefonu. Jego uśmiech był w stanie rozświetlić nawet najgorszy dzień. Piąta, szósta - godziny mijały powoli z precyzją sącząc każdą sekundę. W końcu usłyszałem, jak gitarzyści zaczęli krzątać się po domu.
Die zajrzał do salonu. Chyba się martwił.
- Nie śpisz? - zapytał zaskoczony. 
Zamrugałem. Podszedł do mnie i usiadł na brzegu rozłożonej kanapy.
- Chyba powinieneś dzisiaj wyjść - powiedział. - Może się z kimś spotkasz albo pozałatwiasz jakieś sprawy?
Spojrzałem na niego z pobłażaniem.
- Hości mnie nie zadowalają - mruknąłem.
- A może... - spojrzał na mnie sugestywnie.
- Love hotele też mnie nie bawią - powiedziałem stanowczo. - Poza tym wyglądam dziś jak wyjątkowy okaz zombie, nawet kurtyzana by przede mną uciekła.
- Tylko nie Saga?
Die wstał.
- Tak czy siak musisz coś ze sobą zrobić, to odgórny rozkaz - powiedział i poszedł.

Tego dnia Kaoru wyszedł przed Die'm.
- Die - zawołałem go, przeszukując zawartość ich kuchni.
- Tak? - gitarzysta wychylił głowę z korytarza.
- Pokłóciliście się? - spojrzałem na niego uważniej.
- Nie - zbył mnie machnięciem ręki. - Pogadamy jak wrócę - odparł i zebrał się do wyjścia. Pożegnaliśmy się zdawkowo i tak zostałem sam w obcym domu nawet bez głupiego księżyca.

Obracałem w dłoni smukłą paczkę papierosów. Bardzo cicho. Dynamika, która stanowiła kompletny kontrast do faktycznego stanu wewnętrznego podmiotu całej sprawy czyli mnie. Serce łomotało ze strachu, w głowie niczym dzwon obijały się szmery nadziei, a krew szumiała jak wodospad. Cały wrzałem. Fortissimo.
Wstałem gwałtownie z kanapy. Telefon wciąż milczał, choć po wczorajszym wybryku z smsem jedynie na niego fukałem albo obrzucałem spojrzeniem godnym obrażonego Shou. Swoją drogą mimika naszego wokalisty była aspektem, który nurtował mnie od kiedy go po raz pierwszy ujrzałem. Pomijając fakt, że ma w swojej kolekcji co najmniej milion uśmiechów i do dziś potrafi zaskoczyć mnie nowym, to wyraz oburzenia albo zniesmaczenia na jego twarzy rysuje się w sposób przekomiczny.
No ale wracając, rzuciłem tę nieszczęsną paczkę Pianissimo na blat (tylko dwie sztuki ukradkiem, choć ukrywać mógłbym to tylko przed sobą samym. chowając do tylnej kieszeni spodni) i poszedłem przebrać się w coś, co nie przypominało poplamionego dresu albo niefinezyjnie podartych dżinsów. Nie minęło dużo czasu, gdy znalazłem się na ulicy wśród przechodniów, którzy szybko przemieszczali się do wyznaczonych celów. Ja takowego nie miałem. Właściwie wyszedłem po nic, ale teraz bez sensu byłoby wracać, więc po prostu ruszyłem przed siebie, idąc z ruchliwym tłumem.
Czasem w mojej głowie kłębiła się myśl: A co gdyby Takashi się zmienił? Za wszelką cenę starałem się znaleźć wyjście na wybrnięcie z toksyczności bez opuszczania mojego ideału. Szedłem przez życie, konfrontując się z rzeczywistością z przeświadczeniem, że po jednokrotnym zasmakowaniu jego perfekcji, gdybym go raz utracił, już zawsze czułbym się pusty. Byłoby to uczucie nie do zniesienia, wyżerające mnie całego. Czy to właśnie dlatego stałem u jego boku przez ten cały czas? Przez strach o samego siebie?
Każdy z mijanych przeze mnie ludzi był osoną jednostką, miał swoją historię, swoje uczucia i swoje serce, ale żaden z nich nie był Takashim, więc pozostało im zbić się w szarą jednolitą masę. Stanąłem przy jakimś zaułku. Był ciemny. Idealny na schadzkę zakochanych. Oczami wyobraźni widziałem, jak przyciska mnie do ściany i wsuwa dłonie pod koszulkę. Przełknąłem nerwowo ślinę i wtedy ktoś nieuważnie potrącił moje ramię. Nawet się nie obrócił, tylko poszedł dalej. Już miałem domagać się przeprosin, ale widok znajomej sylwetki przyszpilił moje stopy na dobrą chwilę do podłoża. Takashi. To były jego włosy, jego plecy i jego nogi. To był on, to musiał być on. Nawet jego kurtka, nawet... Pobiegłem za nim. Gdzieś w tłumie mignął mi skrawek jego włosów, później nogawka dżinsów aż w końcu na dobre zgubiłem go w odmętach szarości. O ironio, jak miałem się z niego leczyć, skoro ciągle o sobie przypominał? To było jak jakieś wysublimowane tortury, niesztampowa forma masochizmu. Musiałem coś ze sobą zrobić, przez chwilę nawet pomyślałem, że może Die nie miał takiego złego pomysłu z tym love hotelem. To był moment, gdy wnosek mam dość nasunął się sam. Wróciłem do obcego mieszkania, po drodze kupując papierosy. Marlboro Menthol Light. Rzuciłem je na stół obok nieszczęsnych Pianissimo. Nie byłoby nic niestosownego w tym, gdyby te moje Menthole nazywały się Fortissimo. Pianissimo i fortissimo. Saga i Tora.
Telefon milczał tak nieznośnie, że wybrałem jego numer i trzymałem palec nad zieloną słuchawką. Pulsowała w oczach wraz z rytmem wybijanym przez moją głowę.
Kiedyś Takashi ze łzami od śmiechu w oczach określił mnie mianem swojej żony. Mieliśmy wtedy iść na hanabi, lecz moja yukata okazała się zepsuta. Saga mówił, że weźmie ją do domu, aby jego matka mogła ją naprawić. Zgodziłem się bezwiednie. Niestety yukata moja i jego mamy leżały obok siebie w podobnych pakunkach i Saga oczywiście wziął damską zamiast mojej. Gdy ją rozpakowałem i zapytałem go, co stało się z moją yukatą, on roześmiał się, ochrzcił mnie mianem swojej "oku-san" i porzucił pomysł oglądania sztucznych ogni na rzecz cudownie upojnej nocy.
Nie wiem, ile czasu wpatrywałem się w telefon. Umknął mi nawet moment, gdy ekran wygasł, ukazując moje nędzne odbicie. Wiem tylko, że zanim podjąłem decyzję, do domu zdążyli wrócić Kaoru i Die. Zadowoleni, roześmiani.
- Jestem głodny, kocie - powiedział Die, łapiąc kochanka za poły kurtki i całując go prosto w usta. Zachowywali się, jakby mnie wcale tam nie było. Może na to liczyli?
- Konflikt zażegnaliście w kiblu czy wybraliście bardziej kulturalne miejsce? - zapytałem zgryźliwie, przypominając im o swojej obecności.
- Obiad już gotowy czy kucharka chce wylądować na ulicy? - odbił piłeczkę Kaoru. Za tę kucharkę byłem w stanie go ukatrupić nie tylko wzrokiem.
- Nie zapytałem was, co wolicie: arszenik czy cyjanek potasu - powiedziałem.
- Wolę ciebie, kocie - usłyszałem szept Daisuke.
- Co jak co, ale słuch mi się nie pogorszył gołąbeczki - rzekłem, stając przed nimi.
- Co jak co, ale ty tu jesteś tylko gościem, Amano - odparł Kaoru. Westchnąłem tylko i wróciłem do pokoju. Chwyciłem paczkę fajek i wyszedłem na balkon. W powietrzu rozproszyła się woń melancholii utraconych nocy.

- Kaoru - zagaiłem podczas posiłku.
- Hm? - odmruknął starszy gitarzysta.
- Chcę go odzyskać - powiedziałem.
- Jesteś pewny?
- Tak.
Nastała chwila milczenia, podczas której gitarzyści wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
- To po cholerę go zostawiałeś?! - lider zaczął swoją pogadankę od stosownego dla piastowanego zawodu uniesienia. - Nie lepiej było postawić ultimatum? - kontynuował już łagodniej. 
- Nie, ale... wciąż mogę to zrobić - chwyciłem za telefon i już miałem znów wybrać ukochany numer, zrobić to, czego pragnąłem od momentu zamknięcia drzwi własnego domu, lecz na moim telefonie spoczęła silna dłoń gitarzysty.
- Nawet się nie waż - powiedział. - Zrobimy to inaczej.
- To znaczy?
- Przekonasz się - odparł Niikura i poszedł do sypialni. W salonie został tylko siedzący naprzeciw mnie Die.
- Die? - zapytałem.
- Tak? - spojrzał na mnie.
- Tak właściwie, co miałeś na myśli, mówiąc, że masz dla mnie lokum?
Po usłyszeniu mojego pytania, na jego twarzy znów pojawił się złowrogi uśmiech. Aż przeszły mnie ciarki na myśl, co oni mogli wykombinować.
- Toshiya zgodził się, że cię przyjmie.
Pobladłem. Sam nie wiedziałem, czy spowodował to uśmiech gitarzysty czy treść wiadomości, jaką przekazał.
- To znaczy... mam się czego bać? - dopytałem.

Odpowiedział tylko poprzez puszczenie mi oczka, po czym dołączył do Kaoru i zniknął za drzwiami sypialni. Tylko tego mi brakowało.