sobota, 13 czerwca 2015

[One Shot] "Gołąbek i ja" [Hazuki/Saga] (lynch./Alice Nine)

Tytuł: Gołąbek i ja
Paring: Hazuki (lynch.)/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Ostrzeżenia: -
Od autora: Opowiadanie, które mam zaszczyt Wam przedstawić miało stanowić swoiste pożegnanie z Hazukim. Na pewno już nie wrócę do łączenia go z Akim, do niego samego raczej także, więc postanowiłam za pomocą teraźniejszości pożegnać się z przeszłością. Narratorem jest Hazuki.

*
To zdarzyło się zupełnym przypadkiem. W gruncie rzeczy jedynym, co nas łączyło była wytwórnia płytowa i to właśnie ona pełniła kluczową rolę w konsekwencji dalszych wydarzeń. A właściwie jej błąd. Kto by pomyślał, że spośród dziesiątek zespołów, akurat drogi naszych się skrzyżują? Wszystko było pomyłką. Głupim niedopilnowaniem. Gdy przyszliśmy w czteroosobowym składzie do studia nagrań, wszystkie pomieszczenia były aktualnie zajęte.
- Reo dzwonił, że się spóźni - powiedział Yusuke, a ja skinąłem tylko głową. Nie zadowalała mnie ta wersja wydarzeń, ale nie mogłem nic na to poradzić.
Był już wieczór, robiło się coraz później. Asanao nerwowo podrygiwał nogą, a atmosfera zgęstniała. Nikt nie lubił spóźnień. Drzwi pozostawały wciąż zamknięte i nikt do nas nie przychodził, a było już dziesięć minut po czasie. Wtedy po prostu kazałem moim współpracownikom pozostać przy sali nagrań, a ja podążyłem na zwiady. Pierwszą napotkaną przeze mnie osobą był jakiś pracownik, pierwszy lepszy dźwiękowiec, techniczny czy cholera go tam wie. Podałem numer studia i zapytałem o warunki, a on tylko zmieszał się.
- Zespół lynch. był zapisany na dziś, prawda?
- Z tego, co widziałem na rozpisce, jest tam dzisiaj Alice Nine, właśnie idę w tamtą stronę. Najmocniej przepraszamy za to ogromne nieporozumienie. Postaram się, żeby jeszcze dzisiaj zostali panowie obsłużeni - zgiął się wpół, a ja tylko westchnąłem z irytacją.
Odprowadził mnie do drzwi, pod którym czekali pozostali członkowie zespołu i zguba-Reo.
- Najmocniej przepraszam, zostawiłem gitarę w domu i musiałem się cofnąć - zgiął się wpół, dukając standardową formułkę.
Gdy facet-od-cholera-wie-czego włożył klucz do zamka, o dziwo nie był w stanie go przekręcić. Na jego twarzy zarysowało się zaskoczenie. Wyjął klucz i nacisnął klamkę. Drzwi były otwarte, a w środku w najlepsze bawili się członkowie Alice Nine. Kojarzyłem ich z widzenia, pobieżnie, jako-tako. Słyszałem kiedyś, że Kyo z Dir en grey raz wybzykał jednego z nich. Rozejrzałem się. Perkusista grał na niewidzialnym instrumencie, siedząc na krześle, gitarzysta stroił instrument, marszcząc się jak pomarańcza, wokalista krążył w kółko jak paralita, a na jakimś z dupy wziętym stole siedziały dwa męskie gołąbeczki. Świetnie - pomyślałem. - Trafiłem do przedszkola dla niepełnosprytnych. To zdecydowanie nie był mój szczęśliwy dzień. Usadowiliśmy się gdzieś pod ścianą i czekaliśmy. "Facet" po prostu wyszedł. Jakiś czas później wrócił ktoś inny i wziął na nagrania wszystkich po kolei... wszystkich, tylko nie mnie. Powiedzieli mi, że muszę czekać. W tym czasie zdążyłem się dobrze poprzyglądać tym całym Alice Nine. Wokalista patrzył na mnie jak wiewiórka - z iście zwierzęcym zaciekawieniem, perkusista uśmiechał się za każdym razem, kiedy odwróciłem głowę w jego kierunku. Gitarzysta po prostu siedział i grał. Największym ewenementem były dla mnie dwa gołąbki, które ciągle szeptały sobie jakieś sprośności i macały się po kolanach. Przez cały czas zastanawiałem się tylko, z którym z tych dzieciaczków mógł przespać się Kyo. Na pewno nie z gołąbkami. Kiedy patrzyło się na nich z boku, wyglądali jak pajace. Jeden, w czarnych włosach wydawał się być drugim oczarowany. Jego oczy świeciły niezdrowo, a usta same rozciągały się w szerokim uśmiechu zakochanego idioty. Przez chwilę pomyślałem, że może ćwiczą fanservice, ale dłoń zaciśnięta na kolanie szybko rozwiała moje wątpliwości. Nie wiedziałem, że w całej Japonii znajdzie się ktoś na tyle niewychowany, żeby z taką perfidią okazywać sobie uczucia. Tym bardziej, że nie wyglądali na rozwydrzonych nastolatków. Już bliżej im było do ruchliwych pięciolatków. Jeden siedział na drugim i całował go lekko, zwinnie, ze swoistą przekorą. Drugi zdawał się chcieć być wodzony za nos, bo tylko oddawał i szczerzył się, gdy tamten kładł mu palec na ustach. Migdalili się praktycznie co chwilę, a cała reszta zdawała się nic sobie z tego nie robić. Gdzie ja trafiłem? Członkowie mojego zespołu zmyli się od razu po swoich nagraniach, a ja miałem tu czekać... Doprawdy, to był jakiś absurd. Potem czarny dał zawadiace buziaka w szyję. Przez nich aż przypomniałem sobie, jak dawno nikogo nie bzyknąłem. Dlaczego...? Nie mogłem tego znieść, więc po prostu wstałem i wyszedłem na fajkę. Gdy znalazłem się przy drzwiach, usłyszałem tylko, jak jeden z nich mówi "idę po kawę, zaraz przyjdę". Nie zwróciłem na to szczególnej uwagi, po prostu jak najszybciej wyszedłem na dwór.
Ten dzień to jakiś absurd. Było już zupełnie ciemno. Wyjąłem z kieszeni paczkę fajek i zapalniczkę. Po prostu zaciągnąłem się tytoniem. Na niebie świeciły gwiazdy, były gęsto usiane jak brokat. Uśmiechnąłem się do siebie. Tej nocy niebo było wyjątkowo jasne, a gdzieś niedaleko szeleściła foliowa siatka. Wtedy drzwi otworzyły się, a z budynku King Records wyszedł jeden z gołąbeczków. Zawadiaka. Skrzywiłem się, widząc jego obojętną minę. Wyglądał inaczej. Miałem nadzieję, że może pomyliły mu się drzwi i wcale nie chciał tu przychodzić. Na wszelki wypadek udawałem, że wcale go nie widzę. Niestety żadna forma ignorowania jego obecności nie powstrzymała nachalności jego osoby. Jego spojrzenie było wręcz palące i uznałem je za najbardziej rzeczywistą i dobitną rzecz w nim aż usłyszałem jego głos. Nie mógł mówić do nikogo innego, w końcu tylko ja znajdowałem się przed gmachem wytwórni. Dalsze lekceważenie jego obecności było niemożliwe, więc po prostu odwróciłem się przodem do niego z miną godną zniechęconego leniwca, a on tylko roześmiał się w przyjemnie melodyjny sposób.
- Co mówiłeś? - odezwałem się od niechcenia. Nawet nie chciało mi się silić na uprzejmości.
- Daj mi fajkę - powiedział, zawadiacko przekręcając głowę i zanim zdążyłem otworzyć usta, by powiedzieć, że ich nie mam, bo zgubiłem, wpadły pod samochód, gdy usłyszały jego kroki albo porwała je pobliska wiewiórka, on dodał - masz je w tylnej kieszeni spodni, cholernie wystają.
Zatkał mnie. Na jedną trwającą wieczność chwilę mnie zatkał. On - gołąbek, basista jakiegoś poprockowego zespoliku od PSC.
- Jasne - odparłem z wymuszonym uśmiechem i podałem mu paczkę.
Nawet nie pamiętałem, że chowałem ją do tylnej kieszeni...
Wsadził jednego papierosa do ust i spojrzał na mnie sugestywnie.
- Czyżby druga kieszeń? - na jego twarz wypłynął uśmiech. Czy ten dzieciak mnie podrywał? Przestąpiłem z nogi na nogę. Było zimno. Jakby wraz z nim przyleciał chłód nocy. Zmarszczyłem brwi. Gołąbek był nieznośny.
- Nie powinieneś stać tu ze mną, chyba ktoś na ciebie tam czeka - odrzekłem sucho.
- Zamiast mnie pouczać powinieneś odpalić mi fajkę - powiedział, przybliżając się do mnie z papierosem w ustach. Przewróciłem oczami i wyjąłem zapalniczkę. Znajdował się tak blisko, że pod nosem czułem zapach jego androgynicznych perfum. Woń zdrady unosiła się w gęstniejącym pomiędzy nami powietrzu. Czułem się autentycznie skołowany, jakby pomimo różnicy wieku między nami, w nim znajdowało się coś przytłaczającego moją osobowość. Był górą, choć pod względem wzrostu raczej się nie różniliśmy. Wiedziałem, że jeżeli teraz stąd nie ucieknę, on bez najmniejszych skrupułów rozetnie pieczęć na moich namiętnościach, które zamknąłem już dawno temu. Nie chciało mi się wierzyć, że jeden długonogi wypierdek może tak oddziaływać na mnie. Że ktokolwiek jeszcze potrafi mnie poruszyć. Nonsens. Zerknąłem na niego. Stał bokiem do mnie, więc widziałem jego profil. Miał duży nos i usta, które wyglądały na bardzo miękkie. Nie grzeszył urodą, nie był w moim typie, a mimo to... Cholera. Przyglądałem mu się trochę za długo, gdyż wyłapał to spojrzenie i skierował swój wzrok na mnie. Wypuścił kłąb białego dymu prosto na moją twarz i uśmiechnął się. Zacząłem machać ręką, by rozwiać białe kłąby, lecz zanim zdołałem cokolwiek uczynić, przed moją twarzą pojawił się on i jedynie otworzyłem niemo usta, by coś powiedzieć, a jego wargi już na nich spoczywały. Były miękkie, namiętne i chętne. Wiedziałem, że już nie mogę się wycofać. Ściągnął mnie na samo dno swoich namiętności gdy tylko zobaczyłem go po raz pierwszy. Dopiero w tej chwili uświadomiłem sobie, jak staranna była prowokacja w studio i jak bardzo głupi oraz przewidywalny się okazałem. On wszystko wiedział, on to planował. Wtedy byłem tego pewny.
Nawet nie wiedziałem, kiedy pchnąłem go na ścianę. Papieros upadł na ziemię. Zgasiła go zapewne któraś z nielicznych kropli deszczu, jaki zaczął powoli sączyć się z nieba. Był jak smoła. Oddawałem namiętne pocałunki. W moim sercu coraz wyraźniej rysowało się brzemię.
To on wysunął się spomiędzy moich ramion i pociągnął mnie za koszulkę do środka. To on zwinnie podążył do opustoszałej łazienki, wciągając mnie do jej odmętów za sobą. Widziałem poszarzałe w ciemności płytki. Jego chłodne dłonie błądzące pod moją koszulką, rozbierające mnie z namiętnością, której nie dało się oprzeć. Ja chciałem, pragnąłem go tak bardzo, że nie potrafiłem nad tym zapanować.

Sapaliśmy. Po wszystkim stał jeszcze chwilę przede mną z rozpiętymi spodniami ściągniętymi do kolan. Drugi gołąbek grzecznie czekał. Dyszałem z nim, opierając się o jego plecy, czując ich fakturę na swoich sutkach. Czułem go. Jego skóra była gorąca. Miałem ochotę go zatrzymać, ale on tylko ubrał się i uśmiechnął do mnie wstrętnie. Ostatnim, co pozostawił mi po sobie był ślad mokrych ust na policzku.

Gitarzysta czekał grzecznie. Gdy wróciłem z powrotem do sali nagrań, widziałem, jak Saga leży na kolanach swojego parntera. Myślałem, że spał, ale tylko przez chwilę, bo dźwięk zamykanych drzwi sprawił, że otworzył oczy i spojrzał na mnie. Uśmiechał się, jednak tylko przez chwilę, by powrócić do swojej maski grzecznego kochającego chłopca.

1 komentarz:

  1. Trochę zadziwił mnie ten one shot. Był ciekawy muszę przyznać. Saga zachował się typowo jak zawsze, ale tak jakoś wydało mi się, że reszta postaci jest kukłami bez uczuć, odgrywającymi rolę. Może dlatego, że narratorem ktoś był inny i bardziej skupiał się na zachowaniu.

    OdpowiedzUsuń