piątek, 26 czerwca 2015

[8/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Dzień dobry. Przykro mi, ale chyba będziecie musieli trochę dłużej czekać na kolejne rozdziały. No chyba, że się ładnie rozkręcę. Tak czy inaczej mam przyjemność zaprosić Was na kolejny rozdział~

*
Na mojej twarzy wymalowała się panika. Strach potem okrył czoło i przez krótką chwilę zapanował nad myślami. Przerażenie ogarniało mnie nie tylko dlatego, że to prawdopodobnie był ostatni telefon, który do mnie wykonał i z braku racjonalnego powodu chęci skontaktowania się ze mną. Najgorszy był moment, w którym Takashi dzwonił, ponieważ właśnie wtedy bzykałem się z Toshiyą w jego pokoju, na jego łóżku. Przez chwilę paranoicznie pomyślałem wręcz, że to wszystko było zaplanowane i teraz Takashi już nigdy nie spojrzy mi w oczy. Wypuściłem głęboko powietrze. Toshiya patrzył na mnie z wyczekiwaniem. Nigdy nie widziałem równie cierpliwego człowieka, jak on. Przełknąłem nerwowo ślinę. Spojrzałem na niego.
- Co teraz? - zapytałem. Próbowałem być pewny, stanowczy i udawać, że wcale nie jestem wyprowadzony z równowagi.
- Teraz ty będziesz robił, a ja zajmę się patrzeniem.
- Hę? - zapytałem. Nie miałem teraz ochoty na gierki słowne.
- Jeszcze nie skończyliśmy twojej terapii - odparł, kładąc dłoń na moim telefonie. Wziął go ode mnie i położył obok siebie. - Za tobą siedzi samotny przystojniak, masz dziesięć minut, żeby zdobyć jego numer, inaczej sam dzwonię do Takashiego i mówię mu, że ma czas na przywiezienie reszty twoich rzeczy do jutra.
To był kolejny raz, kiedy nie wierzyłem, w co się wpakowałem i przyjemniejsza wydawała mi się perspektywa koczowania na klatce schodowej. Westchnąłem, gryząc się w język, gdyż przychodziły mi do głowy słowa co najmniej niewybredne i po prostu wstałem. Kiedy się obróciłem, widziałem tylko tył głowy wspomnianego przez Toshiyę osobnika. Miał ciemne włosy, trochę przydługie, ale jego fryzura wyglądała całkiem ładnie, przynajmniej na tyle, na ile można oszacować ją, patrząc na tył głowy. Gej, po prostu gej. Teraz wydawało mi się to dziwne. To nie tak, że nie byłem świadom swojej orientacji, ale z Takashim czułem się swobodnie. Nasz seks, mieszkanie razem, poranne kawy i wspólne prysznice. "Gej" brzmiał jak coś dziwnego i odstającego od normy, a nasza miłość stanowiła naturalną wartość. Siedzący przy stoliku gej był całkiem przystojny. Gdy zobaczyłem go od przodu, jego włosy zalśniły brązową poświatą. Czułem na sobie spojrzenie jego ciemnych oczu. Może nawet były podobnie czekoladowe, jak te Takashiego?
- Wolne? - zapytałem.
Na jego twarzy zaigrało zaskoczenie, później przewinął się ledwo zauważalny uśmiech. Podczas związku z Takashim nauczyłem się wychwytywać najmniejszy grymas na twarzy.
- Tak - odparł, uśmiechając się tajemniczo.
Był ładny. Jego twarz posiadała ładny owal, oczy były bystre i błyszczące. Miał mały nosek i czerwone usta. Wyglądał młodo, pewnie był na początku swojego dwudziestolecia. Przez niemalże niezauważalnie krótką chwilę poczułem ukłucie wyrzutów sumienia, że to akurat na takiego młodzika padło. Ale przecież nie zamierzałem go krzywdzić. W trochę innych okolicznościach mógłbym przyłożyć sobie otwartą dłonią w czoło.
- Więc... - zacząłem. Kątem oka widziałem podchodzącego do nas kelnera. Szklanka chłopaka była pusta. - Co cię tu sprowadza?
Kelner wziął podłużną wąską szklankę i zaproponował nam jakiś napój. Chłopak odezwał się od razu, pewnie i z charyzmą, nie dając sobie ani chwili do namysłu, jednak miał w sobie jakąś klasę.
- Jeszcze raz to samo - powiedział, patrząc intensywnie na kelnera.
- A pan? - obsługujący nas mężczyzna odwrócił się w moją stronę.
- To samo - odparłem może trochę panicznie, jednak nie chciałem za długo się zastanawiać. Kelner ukłonił się i odszedł.
- Zamawiasz w ciemno? - zapytał, patrząc na mnie. Jego oczy miały w sobie coś świdrująco intensywnego, przez co miałem ochotę stamtąd uciec, ale jednocześnie nie mogłem się oprzeć, by zostać. Już go nie żałowałem. Był ciekawy.
- Tak najłatwiej kogoś poznać - odparłem, patrząc na niego. Jego wzrok się zmienił, coś w jego oczach błysnęło. Chyba byłem na wygranej pozycji.
- Chcesz mnie poznać? Ale chyba nie jesteś stalkerem? - zapytał żartobliwie, mrużąc oczy. Roześmiałem się.
- Nie, raczej nie. Chyba, że czegoś o sobie nie wiem.
Widziałem, jak mój towarzysz oblizuje wargi. Gdzieś w tyle majaczyła sylwetka Toshiyi, jednak niewiele mnie on teraz obchodził. Byłem skupiony na ciemnowłosym chłopaku. Wyglądał młodo, ale z każdą chwilą nabierałem coraz większego wrażenia, że jest dojrzalszy niż wskazywałby na to jego młodzieńczy wygląd.
- Powinienem uciekać? - czułem jego wzrok na swoich ustach. Na policzku zarysowała się mała zmarszczka od uśmiechu.
- Nie musisz, ja nie jem, tylko połykam w całości - odparłem, a on roześmiał się melodyjnie. Miał w sobie coś urokliwego. Pomyślałem nawet, że gdybym nigdy nie spotkał Takashiego, mógłby mnie zauroczyć.
- Panie pożeraczu, ma pan jakieś imię? - zapytał.
Przed nami pojawiły się dwie identyczne szklanki wypełnione czymś kolorowym. Pierwszym, co od razu przyszło mi do głowy były drinki i wcale się nie myliłem.
Mój towarzysz obrysował palcem krawędź szklanki. Kelner zniknął.
- Więc? - dopytał. Sprawiał wrażenie pewnego siebie, a ja z chęcią angażowałem się w tę grę gestów, słów i pozorów.
- Mów mi Tora - odparłem lekko.
- Tora? Temperamentny tygrys o dwóch twarzach? - spojrzał mi głęboko w oczy.
- Dla ciebie mam tylko jedną twarz, kocie - odparłem. Sam byłem niezmiernie zdziwiony własną śmiałością.
- Jaką? - zapytał, kładąc brodę na dłoni. Patrzył na mnie.
Usłyszałem trochę za głośne chrząknięcie Toshiyi. Widziałem kątem oka jak zakłada nogę na nogę i puka palcami w blat.
- Taką, którą mogę ci wyjawić tylko przez telefon - odparłem, uśmiechając się do chłopaka. Roześmiał się.
- No dobra - odparł. Wziął serwetkę i z leżącej obok torby wyjął długopis, którym naskrobał numer, po czym wręczył go mi. Chwyciłem go i złożyłem dwa razy na pół, po czym wstałem i włożyłem go do kieszeni spodni.
- Dzięki - powiedziałem z uśmiechem. W jego oczach widziałem zawód. Chyba chciał skończyć ze mną w jakimś love hotelu. Nie tym razem, kocie - pomyślałem.
Poszedłem do baru. Zapłaciłem za siebie, Toshiyę i chłopaka, po czym skinąłem głową na basistę. Wyszedłem pierwszy.
Gdy za mną wybiegł Toshiya, wręczyłem mu złożoną serwetkę. On rozwinął ją i spojrzał, czy czasem chłopak nie narysował na niej kutasa zamiast napisać numer. Pokiwał tylko głową z aprobatą, a ja schowałem zwitek z powrotem do kieszeni.
- Nieźle, jak na pierwszy raz.
- Pierwszy po tak długim czasie - poprawiłem go. Uśmiechnął się. - Gdzie teraz? - zapytałem.
- Teraz będzie tylko lepiej, idziemy do klubu - odparł, ciągnąc mnie do jakiegoś lokalu w głębi dzielnicy Shinjuku Ni-chōme.

Klub był skąpany w półmroku, pełen kolorowych świateł i dziwnych ludzi. Toshiya pociągnął mnie za rękaw do baru, z którego spoglądały na mnie kolorowe alkohole. Jeszcze zanim zdołałem wyrazić najszczerszą cheć uwalenia się czymś mocnym, on wziął nam jakieś słabe drinki, w których nie było czuć procentów, choć ich smak przypadł mi do gustu.
- Mam być prawdziwym niestereotypowym gejem, a dajesz mi babskie drinki? - zapytałem go z rozbawieniem po upiciu pierwszego łyka. On tylko zaśmiał się. Było dość głośno i trzeba było krzyczeć. Wyciągnął mnie na parkiet i zaczał dygać z kieliszkiem w rytm muzyki. Ja próbowałem tylko nie wylać alkoholu ze swojego. Naprawdę nie byłbym zadowolony, oblewając siebie, Toshiyę, który coraz bardziej się do mnie przybliżał i jeszcze kogoś jeszcze. Ktoś mógłby być bardzo niezadowolony. Oczywiście ziściły się moje najgorsze obawy. A przynajmniej częściowo. Jakiś koleś w tłumie przewrócił się, przez co Toshiya upadł na mnie. Nie wiem, w jaki sposób jego drink wciąż znajdował się w naczyniu. Mój natomiast cały wylał się na białą koszulę mężczyzny za mną. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem wielką kolorową plamę i parę wpatrzonych we mnie ze wściekłością oczu. Masz swoją zabawę, Torashi. Mężczyzna odwrócił się i szybkim krokiem wyszedł, a ja wcisnąłem swój pusty kieliszek do ręki Toshimasie i pobiegłem za nim.
Znalazłem go w łazience. Tutaj muzyka była przytłumiona, odczułem chwilową ulgę. O dziwo łazienka stanowiła puste sanktuarium dla niego i dla mnie. Z kabin nie rozlegał się odgłos pieprzącej się pary ani spłukiwanej prezerwatywy. Stał przy umywalce, widziałem jak papierowym ręcznikiem desperacko pocierał plamę. Poza miejscem tkniętym zwykłym przypadkiem, koszula była śnieżno biała. Chyba trafiłem na pedanta. Westchnąłem ciężko i podszedłem do niego.
- Ja... - już chciałem przeprosić, ale zatrzymało mnie jego pełne wściekłości i zaciętości spojrzenie, którym obdarzył mnie tylko przez chwilę. - Chyba twoja koszula powinna mi zwrócić drinka.
- To chyba TY powinieneś mi odkupić KOSZULĘ - powiedział sztywno.
- Co ty taki sztywny, kolego? - uśmiechnąłem się, zerkając w lustrze na jego interes,
- A co cię to obchodzi? - odburknął.

- Właściwie nic, ale masz jedyną niepowtarzalną szansę, żeby się wyluzować w moim towarzystwie - powiedziałem. Skazałem to na niepowodzenie od samego początku, ale... jego brwi zdawały się być mniej ściągnięte, a on przestał zawzięcie szorować koszulę. Zdziwiłem się. On wyrzucił papier do umywalki i spojrzał na mnie, po czym po prostu wpił się w moje wargi. Byłem tym tak zaskoczony, że poleciałem do tyłu i zatrzymałem się dopiero na stojącej nieopodal ścianie. Odwzajemniłem pocałunek. Czułem delikatny zapach ładnych męskich perfum i pianissimo peche. Gdzieś w tle dudniła jednostajna muzyka. W mojej kieszeni zawibrował telefon.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz