Od
autora: Wiem, że ostatnio publikuję dużo i często, ale mam
wyjątkowo płodny okres i chcę z niego skorzystać. Zapraszam~
*
Tej
nocy nie spałem. Alkohol delikatnie szumiał w głowie, a na dworze
robiło się coraz jaśniej. Księżyc zniknął na tle nieba, a
zamiast niego powoli wstawało słońce. Kolory na niebie stanowiły
jednak obiekt mniej fascynujący od ekranu telefonu. Sprawdziłem
wszystko - maile, konto na twitterze, jego ameblo i konta na każdym
komunikator, z jakiego kiedykolwiek korzystałem. Nawet te, o których
istnieniu Takashi nie wiedział. Wszystko jednak świeciło pustkami.
Nigdzie nie było nawet śladu Takashiego. Jedynym, co mi pozostało
była jego podobizna na ekranie telefonu. Jego uśmiech był w stanie
rozświetlić nawet najgorszy dzień. Piąta, szósta - godziny
mijały powoli z precyzją sącząc każdą sekundę. W końcu
usłyszałem, jak gitarzyści zaczęli krzątać się po domu.
Die
zajrzał do salonu. Chyba się martwił.
-
Nie śpisz? - zapytał zaskoczony.
Zamrugałem.
Podszedł do mnie i usiadł na brzegu rozłożonej kanapy.
-
Chyba powinieneś dzisiaj wyjść - powiedział. - Może się z kimś
spotkasz albo pozałatwiasz jakieś sprawy?
Spojrzałem
na niego z pobłażaniem.
-
Hości mnie nie zadowalają - mruknąłem.
-
A może... - spojrzał na mnie sugestywnie.
-
Love hotele też mnie nie bawią - powiedziałem stanowczo. - Poza
tym wyglądam dziś jak wyjątkowy okaz zombie, nawet kurtyzana by
przede mną uciekła.
-
Tylko nie Saga?
Die
wstał.
-
Tak czy siak musisz coś ze sobą zrobić, to odgórny rozkaz -
powiedział i poszedł.
Tego
dnia Kaoru wyszedł przed Die'm.
-
Die - zawołałem go, przeszukując zawartość ich kuchni.
-
Tak? - gitarzysta wychylił głowę z korytarza.
-
Pokłóciliście się? - spojrzałem na niego uważniej.
-
Nie - zbył mnie machnięciem ręki. - Pogadamy jak wrócę - odparł
i zebrał się do wyjścia. Pożegnaliśmy się zdawkowo i tak
zostałem sam w obcym domu nawet bez głupiego księżyca.
Obracałem
w dłoni smukłą paczkę papierosów. Bardzo cicho.
Dynamika, która stanowiła kompletny kontrast do faktycznego stanu
wewnętrznego podmiotu całej sprawy czyli mnie. Serce łomotało ze
strachu, w głowie niczym dzwon obijały się szmery nadziei, a krew
szumiała jak wodospad. Cały wrzałem. Fortissimo.
Wstałem
gwałtownie z kanapy. Telefon wciąż milczał, choć po wczorajszym
wybryku z smsem jedynie na niego fukałem albo obrzucałem
spojrzeniem godnym obrażonego Shou. Swoją drogą mimika naszego
wokalisty była aspektem, który nurtował mnie od kiedy go po raz
pierwszy ujrzałem. Pomijając fakt, że ma w swojej kolekcji co
najmniej milion uśmiechów i do dziś potrafi zaskoczyć mnie nowym,
to wyraz oburzenia albo zniesmaczenia na jego twarzy rysuje się w
sposób przekomiczny.
No
ale wracając, rzuciłem tę nieszczęsną paczkę Pianissimo na blat
(tylko dwie sztuki ukradkiem, choć ukrywać mógłbym to tylko przed
sobą samym. chowając do tylnej kieszeni spodni) i poszedłem
przebrać się w coś, co nie przypominało poplamionego dresu albo
niefinezyjnie podartych dżinsów. Nie minęło dużo czasu, gdy
znalazłem się na ulicy wśród przechodniów, którzy szybko
przemieszczali się do wyznaczonych celów. Ja takowego nie miałem.
Właściwie wyszedłem po nic, ale teraz bez sensu byłoby wracać,
więc po prostu ruszyłem przed siebie, idąc z ruchliwym tłumem.
Czasem
w mojej głowie kłębiła się myśl: A co gdyby Takashi się
zmienił? Za wszelką cenę starałem się znaleźć wyjście
na wybrnięcie z toksyczności bez opuszczania mojego ideału.
Szedłem przez życie, konfrontując się z rzeczywistością z
przeświadczeniem, że po jednokrotnym zasmakowaniu jego perfekcji,
gdybym go raz utracił, już zawsze czułbym się pusty. Byłoby to
uczucie nie do zniesienia, wyżerające mnie całego. Czy to właśnie
dlatego stałem u jego boku przez ten cały czas? Przez strach o
samego siebie?
Każdy
z mijanych przeze mnie ludzi był osoną jednostką, miał swoją
historię, swoje uczucia i swoje serce, ale żaden z nich nie był
Takashim, więc pozostało im zbić się w szarą jednolitą masę.
Stanąłem przy jakimś zaułku. Był ciemny. Idealny na schadzkę
zakochanych. Oczami wyobraźni widziałem, jak przyciska mnie do
ściany i wsuwa dłonie pod koszulkę. Przełknąłem nerwowo ślinę
i wtedy ktoś nieuważnie potrącił moje ramię. Nawet się nie
obrócił, tylko poszedł dalej. Już miałem domagać się
przeprosin, ale widok znajomej sylwetki przyszpilił moje stopy na
dobrą chwilę do podłoża. Takashi. To były jego włosy, jego
plecy i jego nogi. To był on, to musiał być on. Nawet jego kurtka,
nawet... Pobiegłem za nim. Gdzieś w tłumie mignął mi skrawek
jego włosów, później nogawka dżinsów aż w końcu na dobre
zgubiłem go w odmętach szarości. O ironio, jak miałem się z
niego leczyć, skoro ciągle o sobie przypominał? To było jak
jakieś wysublimowane tortury, niesztampowa forma masochizmu.
Musiałem coś ze sobą zrobić, przez chwilę nawet pomyślałem, że
może Die nie miał takiego złego pomysłu z tym love hotelem. To
był moment, gdy wnosek mam dość nasunął się
sam. Wróciłem do obcego mieszkania, po drodze kupując
papierosy. Marlboro Menthol Light. Rzuciłem je na stół
obok nieszczęsnych Pianissimo. Nie byłoby nic
niestosownego w tym, gdyby te moje Menthole nazywały się
Fortissimo. Pianissimo i fortissimo. Saga i Tora.
Telefon
milczał tak nieznośnie, że wybrałem jego numer i trzymałem palec
nad zieloną słuchawką. Pulsowała w oczach wraz z rytmem wybijanym
przez moją głowę.
Kiedyś
Takashi ze łzami od śmiechu w oczach określił mnie mianem swojej
żony. Mieliśmy wtedy iść na hanabi, lecz moja yukata okazała się
zepsuta. Saga mówił, że weźmie ją do domu, aby jego matka mogła
ją naprawić. Zgodziłem się bezwiednie. Niestety yukata moja i
jego mamy leżały obok siebie w podobnych pakunkach i Saga
oczywiście wziął damską zamiast mojej. Gdy ją rozpakowałem i
zapytałem go, co stało się z moją yukatą, on roześmiał się,
ochrzcił mnie mianem swojej "oku-san" i porzucił pomysł
oglądania sztucznych ogni na rzecz cudownie upojnej nocy.
Nie
wiem, ile czasu wpatrywałem się w telefon. Umknął mi nawet
moment, gdy ekran wygasł, ukazując moje nędzne odbicie. Wiem
tylko, że zanim podjąłem decyzję, do domu zdążyli wrócić
Kaoru i Die. Zadowoleni, roześmiani.
-
Jestem głodny, kocie - powiedział Die, łapiąc kochanka za poły
kurtki i całując go prosto w usta. Zachowywali się, jakby mnie
wcale tam nie było. Może na to liczyli?
-
Konflikt zażegnaliście w kiblu czy wybraliście bardziej kulturalne
miejsce? - zapytałem zgryźliwie, przypominając im o swojej
obecności.
-
Obiad już gotowy czy kucharka chce wylądować na ulicy? - odbił
piłeczkę Kaoru. Za tę kucharkę byłem w stanie go ukatrupić nie
tylko wzrokiem.
-
Nie zapytałem was, co wolicie: arszenik czy cyjanek potasu -
powiedziałem.
-
Wolę ciebie, kocie - usłyszałem szept Daisuke.
-
Co jak co, ale słuch mi się nie pogorszył gołąbeczki - rzekłem,
stając przed nimi.
-
Co jak co, ale ty tu jesteś tylko gościem, Amano - odparł Kaoru.
Westchnąłem tylko i wróciłem do pokoju. Chwyciłem paczkę fajek
i wyszedłem na balkon. W powietrzu rozproszyła się woń
melancholii utraconych nocy.
- Kaoru - zagaiłem podczas posiłku.
-
Hm? - odmruknął starszy gitarzysta.
-
Chcę go odzyskać - powiedziałem.
-
Jesteś pewny?
-
Tak.
Nastała
chwila milczenia, podczas której gitarzyści wymienili między sobą
porozumiewawcze spojrzenia.
-
To po cholerę go zostawiałeś?! - lider zaczął swoją pogadankę
od stosownego dla piastowanego zawodu uniesienia. - Nie lepiej było
postawić ultimatum? - kontynuował już łagodniej.
-
Nie, ale... wciąż mogę to zrobić - chwyciłem za telefon i już
miałem znów wybrać ukochany numer, zrobić to, czego pragnąłem
od momentu zamknięcia drzwi własnego domu, lecz na moim telefonie
spoczęła silna dłoń gitarzysty.
-
Nawet się nie waż - powiedział. - Zrobimy to inaczej.
-
To znaczy?
-
Przekonasz się - odparł Niikura i poszedł do sypialni. W salonie
został tylko siedzący naprzeciw mnie Die.
-
Die? - zapytałem.
-
Tak? - spojrzał na mnie.
-
Tak właściwie, co miałeś na myśli, mówiąc, że masz dla mnie
lokum?
Po
usłyszeniu mojego pytania, na jego twarzy znów pojawił się
złowrogi uśmiech. Aż przeszły mnie ciarki na myśl, co oni mogli
wykombinować.
-
Toshiya zgodził się, że cię przyjmie.
Pobladłem.
Sam nie wiedziałem, czy spowodował to uśmiech gitarzysty czy treść
wiadomości, jaką przekazał.
-
To znaczy... mam się czego bać? - dopytałem.
Odpowiedział
tylko poprzez puszczenie mi oczka, po czym dołączył do Kaoru i
zniknął za drzwiami sypialni. Tylko tego mi brakowało.
Małe zaskoczenie, że chodziło o Toshiye. Tora będzie głupi jak ze chce zrobić tak jak wcześniej robił. Dobrze, że Kaoru go powstrzymał. Jestem ciekawa w jaki sposób Tora odzyska Sage. Tak właściwie, to myślałam sobie, że jednak Takashi do niego zadzwoni czy coś i poprosi o powrót.
OdpowiedzUsuń