niedziela, 14 czerwca 2015

[4/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Wiem, że ostatnio publikuję dużo i często, ale mam wyjątkowo płodny okres i chcę z niego skorzystać. Zapraszam~

*
Tej nocy nie spałem. Alkohol delikatnie szumiał w głowie, a na dworze robiło się coraz jaśniej. Księżyc zniknął na tle nieba, a zamiast niego powoli wstawało słońce. Kolory na niebie stanowiły jednak obiekt mniej fascynujący od ekranu telefonu. Sprawdziłem wszystko - maile, konto na twitterze, jego ameblo i konta na każdym komunikator, z jakiego kiedykolwiek korzystałem. Nawet te, o których istnieniu Takashi nie wiedział. Wszystko jednak świeciło pustkami. Nigdzie nie było nawet śladu Takashiego. Jedynym, co mi pozostało była jego podobizna na ekranie telefonu. Jego uśmiech był w stanie rozświetlić nawet najgorszy dzień. Piąta, szósta - godziny mijały powoli z precyzją sącząc każdą sekundę. W końcu usłyszałem, jak gitarzyści zaczęli krzątać się po domu.
Die zajrzał do salonu. Chyba się martwił.
- Nie śpisz? - zapytał zaskoczony. 
Zamrugałem. Podszedł do mnie i usiadł na brzegu rozłożonej kanapy.
- Chyba powinieneś dzisiaj wyjść - powiedział. - Może się z kimś spotkasz albo pozałatwiasz jakieś sprawy?
Spojrzałem na niego z pobłażaniem.
- Hości mnie nie zadowalają - mruknąłem.
- A może... - spojrzał na mnie sugestywnie.
- Love hotele też mnie nie bawią - powiedziałem stanowczo. - Poza tym wyglądam dziś jak wyjątkowy okaz zombie, nawet kurtyzana by przede mną uciekła.
- Tylko nie Saga?
Die wstał.
- Tak czy siak musisz coś ze sobą zrobić, to odgórny rozkaz - powiedział i poszedł.

Tego dnia Kaoru wyszedł przed Die'm.
- Die - zawołałem go, przeszukując zawartość ich kuchni.
- Tak? - gitarzysta wychylił głowę z korytarza.
- Pokłóciliście się? - spojrzałem na niego uważniej.
- Nie - zbył mnie machnięciem ręki. - Pogadamy jak wrócę - odparł i zebrał się do wyjścia. Pożegnaliśmy się zdawkowo i tak zostałem sam w obcym domu nawet bez głupiego księżyca.

Obracałem w dłoni smukłą paczkę papierosów. Bardzo cicho. Dynamika, która stanowiła kompletny kontrast do faktycznego stanu wewnętrznego podmiotu całej sprawy czyli mnie. Serce łomotało ze strachu, w głowie niczym dzwon obijały się szmery nadziei, a krew szumiała jak wodospad. Cały wrzałem. Fortissimo.
Wstałem gwałtownie z kanapy. Telefon wciąż milczał, choć po wczorajszym wybryku z smsem jedynie na niego fukałem albo obrzucałem spojrzeniem godnym obrażonego Shou. Swoją drogą mimika naszego wokalisty była aspektem, który nurtował mnie od kiedy go po raz pierwszy ujrzałem. Pomijając fakt, że ma w swojej kolekcji co najmniej milion uśmiechów i do dziś potrafi zaskoczyć mnie nowym, to wyraz oburzenia albo zniesmaczenia na jego twarzy rysuje się w sposób przekomiczny.
No ale wracając, rzuciłem tę nieszczęsną paczkę Pianissimo na blat (tylko dwie sztuki ukradkiem, choć ukrywać mógłbym to tylko przed sobą samym. chowając do tylnej kieszeni spodni) i poszedłem przebrać się w coś, co nie przypominało poplamionego dresu albo niefinezyjnie podartych dżinsów. Nie minęło dużo czasu, gdy znalazłem się na ulicy wśród przechodniów, którzy szybko przemieszczali się do wyznaczonych celów. Ja takowego nie miałem. Właściwie wyszedłem po nic, ale teraz bez sensu byłoby wracać, więc po prostu ruszyłem przed siebie, idąc z ruchliwym tłumem.
Czasem w mojej głowie kłębiła się myśl: A co gdyby Takashi się zmienił? Za wszelką cenę starałem się znaleźć wyjście na wybrnięcie z toksyczności bez opuszczania mojego ideału. Szedłem przez życie, konfrontując się z rzeczywistością z przeświadczeniem, że po jednokrotnym zasmakowaniu jego perfekcji, gdybym go raz utracił, już zawsze czułbym się pusty. Byłoby to uczucie nie do zniesienia, wyżerające mnie całego. Czy to właśnie dlatego stałem u jego boku przez ten cały czas? Przez strach o samego siebie?
Każdy z mijanych przeze mnie ludzi był osoną jednostką, miał swoją historię, swoje uczucia i swoje serce, ale żaden z nich nie był Takashim, więc pozostało im zbić się w szarą jednolitą masę. Stanąłem przy jakimś zaułku. Był ciemny. Idealny na schadzkę zakochanych. Oczami wyobraźni widziałem, jak przyciska mnie do ściany i wsuwa dłonie pod koszulkę. Przełknąłem nerwowo ślinę i wtedy ktoś nieuważnie potrącił moje ramię. Nawet się nie obrócił, tylko poszedł dalej. Już miałem domagać się przeprosin, ale widok znajomej sylwetki przyszpilił moje stopy na dobrą chwilę do podłoża. Takashi. To były jego włosy, jego plecy i jego nogi. To był on, to musiał być on. Nawet jego kurtka, nawet... Pobiegłem za nim. Gdzieś w tłumie mignął mi skrawek jego włosów, później nogawka dżinsów aż w końcu na dobre zgubiłem go w odmętach szarości. O ironio, jak miałem się z niego leczyć, skoro ciągle o sobie przypominał? To było jak jakieś wysublimowane tortury, niesztampowa forma masochizmu. Musiałem coś ze sobą zrobić, przez chwilę nawet pomyślałem, że może Die nie miał takiego złego pomysłu z tym love hotelem. To był moment, gdy wnosek mam dość nasunął się sam. Wróciłem do obcego mieszkania, po drodze kupując papierosy. Marlboro Menthol Light. Rzuciłem je na stół obok nieszczęsnych Pianissimo. Nie byłoby nic niestosownego w tym, gdyby te moje Menthole nazywały się Fortissimo. Pianissimo i fortissimo. Saga i Tora.
Telefon milczał tak nieznośnie, że wybrałem jego numer i trzymałem palec nad zieloną słuchawką. Pulsowała w oczach wraz z rytmem wybijanym przez moją głowę.
Kiedyś Takashi ze łzami od śmiechu w oczach określił mnie mianem swojej żony. Mieliśmy wtedy iść na hanabi, lecz moja yukata okazała się zepsuta. Saga mówił, że weźmie ją do domu, aby jego matka mogła ją naprawić. Zgodziłem się bezwiednie. Niestety yukata moja i jego mamy leżały obok siebie w podobnych pakunkach i Saga oczywiście wziął damską zamiast mojej. Gdy ją rozpakowałem i zapytałem go, co stało się z moją yukatą, on roześmiał się, ochrzcił mnie mianem swojej "oku-san" i porzucił pomysł oglądania sztucznych ogni na rzecz cudownie upojnej nocy.
Nie wiem, ile czasu wpatrywałem się w telefon. Umknął mi nawet moment, gdy ekran wygasł, ukazując moje nędzne odbicie. Wiem tylko, że zanim podjąłem decyzję, do domu zdążyli wrócić Kaoru i Die. Zadowoleni, roześmiani.
- Jestem głodny, kocie - powiedział Die, łapiąc kochanka za poły kurtki i całując go prosto w usta. Zachowywali się, jakby mnie wcale tam nie było. Może na to liczyli?
- Konflikt zażegnaliście w kiblu czy wybraliście bardziej kulturalne miejsce? - zapytałem zgryźliwie, przypominając im o swojej obecności.
- Obiad już gotowy czy kucharka chce wylądować na ulicy? - odbił piłeczkę Kaoru. Za tę kucharkę byłem w stanie go ukatrupić nie tylko wzrokiem.
- Nie zapytałem was, co wolicie: arszenik czy cyjanek potasu - powiedziałem.
- Wolę ciebie, kocie - usłyszałem szept Daisuke.
- Co jak co, ale słuch mi się nie pogorszył gołąbeczki - rzekłem, stając przed nimi.
- Co jak co, ale ty tu jesteś tylko gościem, Amano - odparł Kaoru. Westchnąłem tylko i wróciłem do pokoju. Chwyciłem paczkę fajek i wyszedłem na balkon. W powietrzu rozproszyła się woń melancholii utraconych nocy.

- Kaoru - zagaiłem podczas posiłku.
- Hm? - odmruknął starszy gitarzysta.
- Chcę go odzyskać - powiedziałem.
- Jesteś pewny?
- Tak.
Nastała chwila milczenia, podczas której gitarzyści wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
- To po cholerę go zostawiałeś?! - lider zaczął swoją pogadankę od stosownego dla piastowanego zawodu uniesienia. - Nie lepiej było postawić ultimatum? - kontynuował już łagodniej. 
- Nie, ale... wciąż mogę to zrobić - chwyciłem za telefon i już miałem znów wybrać ukochany numer, zrobić to, czego pragnąłem od momentu zamknięcia drzwi własnego domu, lecz na moim telefonie spoczęła silna dłoń gitarzysty.
- Nawet się nie waż - powiedział. - Zrobimy to inaczej.
- To znaczy?
- Przekonasz się - odparł Niikura i poszedł do sypialni. W salonie został tylko siedzący naprzeciw mnie Die.
- Die? - zapytałem.
- Tak? - spojrzał na mnie.
- Tak właściwie, co miałeś na myśli, mówiąc, że masz dla mnie lokum?
Po usłyszeniu mojego pytania, na jego twarzy znów pojawił się złowrogi uśmiech. Aż przeszły mnie ciarki na myśl, co oni mogli wykombinować.
- Toshiya zgodził się, że cię przyjmie.
Pobladłem. Sam nie wiedziałem, czy spowodował to uśmiech gitarzysty czy treść wiadomości, jaką przekazał.
- To znaczy... mam się czego bać? - dopytałem.

Odpowiedział tylko poprzez puszczenie mi oczka, po czym dołączył do Kaoru i zniknął za drzwiami sypialni. Tylko tego mi brakowało.

1 komentarz:

  1. Małe zaskoczenie, że chodziło o Toshiye. Tora będzie głupi jak ze chce zrobić tak jak wcześniej robił. Dobrze, że Kaoru go powstrzymał. Jestem ciekawa w jaki sposób Tora odzyska Sage. Tak właściwie, to myślałam sobie, że jednak Takashi do niego zadzwoni czy coś i poprosi o powrót.

    OdpowiedzUsuń