Tytuł: Give me a sign
Paring: Tora/Saga (Alice Nine) - paring główny, Kaoru/Die (Dir en grey), z czasem zapewne będzie ich więcej
Gatunek: -
Rating: ?
Ostrzeżenia: na razie ich nie ma
Od autora: Po prostu zapraszam :)
*
Brzdęk
odkładanej łyżeczki, trzask zamykanej szafki. Odgłos mieszania,
łyżeczka rytmicznie obija się o kubek - raz na cztery. Kiedy tego
słucham, czuję się jak paralita, który ma problem z tylko jednym
kierunkiem. To tak, jakby łyżeczka dążyła do lewej strony za
wszelką cenę aż nie dotkie kubka, osiągając spełnienie. Ot,
wysublimowany kaprys łyżeczki. On też był jak taka
pieprzona łyżeczka - myślę, chwytając kubek za uszko i
zanosząc go do tętniącego pustką salonu. Stawiam na stoliku i
siadam na kanapie. Już dawno wynieśliśmy się z ciasnych
kawalerek, jednak nawet to nie zachęciło Takashiego do częstszych
powrotów. Takashi niczym łyżeczka - myślę,
siadając niemal bezwładnym ruchem ciała na kanapę. Patrzę w
okno. Spycha mnie na krańce wytrzymałości, żeby
przywrócić do równowagi paroma nie-do-końca-czułymi słówkami i
pełnymi miłości gestami, ostatecznie zawsze kończymy w łóżku,
pieprząc się jak króliki. Pozwala mi być na górze. Kawa
zatacza koła. Kręci się jak karuzela. Jak ja. Zawsze
pozwalam mu wracać, nieważne, jak bardzo by mnie nie zranił.
Zawsze dosięgam jego ust i zostawiam na nich swoją miłość,
ciągle i ciągle. Gdyby metaforyczne serce nie posiadało
umiejętności regeneracji, pewnie skończyłbym na psychotropach,
które wyprałyby ze mnie wszelkie emocje. Takashi, Takashi,
Takashi - w mojej głowie tkwiła wciąż ta sama mantra,
zataczając się niczym kawa. Dość. Przykrywam kubek
własną dłonią. Na paznokciach widnieją resztki czarnego lakieru.
*
Wyszedłem,
po prostu wyszedłem. Wyobrażając sobie Takashiego, który wraca do
domu i zastaje tylko głuchą ciszę, na jaką ja byłem skazany
przez te wszystkie lata. Widząc jego zaskoczoną minę, wyobrażając
sobie, jak chwyta za telefon i dzwoni do mnie. Mówi, że mam wracać,
natychmiast, bo nie może beze mnie żyć. Otworzyłem oczy. Przede
mną widniała ulica pełna ludzi, pochłoniętych swoimi sprawami.
Nikt nawet nie zwrócił uwagi na mój pozdzierany lakier na
paznokciach. Poszedłem przed siebie. Wmieszałem się w tłum.
Wyróżniać mnie mogła jedynie zwykła szara torba sportowa z
czerwonym paskiem nadziei.
Stojąc
na klatce schodowej przed apartamentem Daisuke i Kaoru, przed oczami
miałem Takashiego, który przekracza próg domu, zrzuca z siebie
kurtkę, podąża do salonu i chwyta kartkę, na której widnieje
napis "odchodzę". A co, jeśli weźmie mnie na poważnie?
Jeśli wcale nie zadzwoni, tylko wyrzuci ją do kosza i przejdzie z
tym do porządku dzien...
-
Co to miało być?! Kajdanki?! - usłyszałem znajomy głos zza
drzwi. To był Daisuke.
-
No wybacz, Toshiya mówił, że mu się zwierzałeś i... - drugi
głos, przyciszony, spokojniejszy, zapewne należał do Kaoru.
-
A co mnie obchodzi, co mówił Toshiya?! - wrzeszczał dalej Die. -
Masz to wyrzucić!
-
Nie wyrzucę...
-
Ty...
-
Amano? Co ty tu robisz? - usłyszałem przed sobą znajomy głos. Tym
razem głośno i wyraźnie. Zawahałem się. Przede mną stał Kaoru.
Miał kruczoczarne włosy i poranny zarost. Na siebie zarzucił
jedynie bokserki i bezrękawnik. Stał przede mną boso.
-
Nie chciałem przysparzać kłopotu, ale... - mój wzrok powędrował
do jego oczu. - Mogę porozmawiać z Daisuke?
Wpuścił
mnie bez słowa. Widziałem tylko, jak marszczy brwi, najpewniej
nierozumiejąc. Nie przejąłem się tym za bardzo, po prostu
wszedłem. Daisuke wyszedł z sypialni, wiążąc włosy i
odgarniając je z twarzy.
-
O, Shinji - zdziwił się, widząc mnie z torbą, kompletnie
skołowanego. Miał na sobie same bokserki. Jego tors był całkiem
ładny, jednakże nic nie było w stanie przytłoczyć perfekcyjnego
ciała Takashiego. - Coś się stało? - zapytał. Oczami wyobraźni
widziałem, jak jego ciało pulsuje przyspieszonym ze złości
tętnem.
-
Właściwie... - mój wzrok zabłądził w okolicach ściany. - Tak.
Dziwiłem
się, dlaczego poszedłem akurat tam. Wiedziałem, że Die miał
własne życie, własnego Kaoru, ale... po prostu przyszedłem.
Kaoru
zamknął drzwi. Słyszałem szelest materiału. Wiedziałem, że
zakłada ręce na piersiach. Na pewno nie był z tej sytuacji
zadowolony. Co ja robiłem?
Die
spojrzał na mnie badawczo. Nie musiało minąć wiele, by wiedział,
o co chodzi.
-
Chciałbym... - zacząłem.
-
Kaokao - Die mi przerwał. - Nie chciałbyś przebrać się w swój
ulubiony dres i skoczyć po bułeczki - zaszydził, uśmiechając
się. Czy oni byli w trakcie kłótni?
-
Pójdę, Andou, ale jak wrócę, wszystko ma być wyjaśnione -
poszedł i zniknął za drzwiami sypialni. Die zaprowadził mnie do
salonu, uprzednio biorąc nadmiar mojego odzienia i zostawiając w
przedpokoju. Salon był przestrzenny i przyjemny. Urządzony w
minimalistycznym europejskim stylu.
-
Usiądź, napijesz się czegoś?
-
Wody - odparłem, a Die zniknął w kuchni.
Kiedyś
spotkaliśmy się z Die'm na jakiejś popijawie. Takashi wtedy nie
pojawił się w ogóle albo zniknął, nie pamiętam. Fakty tamtej
nocy zamazywały się w mojej pamięci wraz z sukcesywnie rosnącymi
we krwi promilami. Gadaliśmy bardzo długo, chyba nawet prawie się
ze sobą przespaliśmy, ale ostatecznie wyrzuty sumienia zabuzowały
w głowie mocniej od alkoholu. Wiedziałem, że oznaczałoby to
koniec Takashiego i mnie. Nie przyjąłby mnie z powrotem
śmierdzącego obcymi perfumami, oblepionego cudzą spermą. Klamka
nie uginałaby się pod ciężarem mojej dłoni. Zostałbym sam.
Zaborczość
Takashiego mogła wydawać się bardzo toksyczna, ale... zależało
mi na nim.
-
Więc? - zapytał Die, wchodząc do pokoju ze szklanką wody w jednej
ręce i parującym kubkiem w drugiej.
-
Nie wrócił - odparłem ze wzrokiem wbitym w blat stołu.
Daisuke
spojrzał na mnie uważniej, pochylając się, jakby chciał spojrzeć
w moją twarz, wwiercić się w mózg i wyciągnąć z niego
wszystkie niejasne informacje.
-
I? - zapytał w końcu.
-
No i odszedłem. Zostawiłem kartkę z napisem "odchodzę"
i poszedłem - kiedy zerknąłem w stronę przyjaciela, ujrzałem
tylko jego pełne pobłażania spojrzenie. - Co? - zapytałem
inteligentnie, a on załamał ręce.
-
Ty tylko udajesz czy naprawdę jesteś taką sierotą? - przewrócił
oczami. - Ja rozumiem, że...
-
Nie - przerwałem mu. - Nie rozumiesz.
Przez
chwilę nasze spojrzenia krzyżowały się, wytwarzając napięcie w
atmosferze pomiędzy nami. Przez chwilę pomyślałem, że chciałbym
go przelecieć i wrócić do Takashiego z zapachem cudzej spermy,
obcymi perfumami wyzierającymi spomiędzy końcówek potarmoszonych
włosów oraz malinkami na szyi. W pomiętolonych ubraniach, bez
krawata zgubionego gdzieś po drodze. Tak, jak on wracał do mnie.
-
Nie rozumiesz - powtórzyłem. - On mnie zdradza. Obiecywał, że się
zmieni, że będzie inaczej. Po czym wracał pachnąc kimś innym, z
zaschniętą spermą pomiędzy udami - mimowolnie skrzywiłem się na
samo wspomnienie. - I tak za każdym razem, jak w jakimś pieprzonym
kołowrotku.
-
Próbowałeś z nim o tym rozmawiać? - odparł bardziej przejęty.
Choć może bardziej zdenerwowany był tym, iż Kaoru mógł w każdej
chwili wrócić.
-
Jasne.
Spojrzałem
na samotnie stojącą szklankę na blacie stołu i wtedy poczułem
suchość w gardle, więc wziąłem ją i wypiłem zawartość
duszkiem.
-
Miałem dość, wyniosłem się. To koniec - powiedziałem.
-
Jesteś pewny? - zapytał z powagą.
-
Tak - odparłem bez chwili namysłu. Widziałem, jak Daisuke przysuwa
kubek z napojem do ust. - I potrzebuję lokum - wraz z wypowiedzeniem
przeze mnie tych słów, Daisuke zaczął sę krztusić, a na mojej
twarzy pojawił mimowolny uśmiech. Komizm tej sytuacji był zbyt
przerysowany. Mój uśmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił.
-
Wykluczone - rzekł stanowczo, po czym zakasłał jeszcze kilka razy.
-
Ale...
-
Nie da rady, Shinji. Choćbym pałał do ciebie sympatią jak stąd
do księżyca, nie ma mowy, by Kaoru zgodził się na coś takiego.
-
Czyli rozumiem, że wasze zabawy BDSM nie są tajemnicą? - naprawdę
nie chciałem tego robić, ale tym razem nie miałem wyboru. Nie
mogłem teraz wrócić do Takashiego ani nie miałbym gdzie się
podziać. Widziałem wściekłość w oczach Daisuke, ale... to było
moje jedyne koło ratunku.
-
Śpisz na kanapie - odparł podenerwowany. - I ani słowa Kaoru, coś
z tym zrobię - wstał i skierował się do kuchni, lecz w ostatniej
chwili odwrócił się do mnie - i wisisz mi ogromną przysługę -
odparł trochę bardziej przyjaźnie. Pokiwałem głową i
odetchnąłem, kiedy poszedł.
Kaoru
wrócił niedługo później. Chciałem wstać, ale Daisuke zatrzymał
mnie ruchem ręki.
-
Kochanie, zostaw zakupy w korytarzu - powiedział. - Shinji na pewno
je rozpakuje - odparł głośniej, więc gdy tylko usłyszałem
zamykane drzwi sypialni za nimi, poszedłem po nie. Nie zdążyłem
nawet dojść do kuchni, gdy usłyszałem wrzask Kaoru.
-
Nie ma takiej opcji! - krzyczał.
Postanowiłem
po prostu ustosunkować się do prośby, przez kolejne piętnaście
minut poznając zawartość ich kuchni. To będzie ciężka noc,
jednak nie zamierzałem rezygnować i wracać do mieszkania. Za oknem
zmierzchało, spojrzałem na zegarek. Było późno, Takashi pewnie
wrócił do domu i znalazł kartkę pozostawioną na kuchennym
blacie, lecz mój telefon wciąż milczał.
Wtedy
usłyszałem skrzypnięcie klamki i dźwięk otwieranych drzwi.
Zobaczyłem Kaoru, a za nim pokornie szedł Daisuke. Spojrzał na
mnie z miną zbitego psa. To nie mogło wyrokować niczego dobrego.
Zapowiada się ciekawie. Zdaje mi się, że te opowiadanie będzie trochę inne od reszty, bo tym razem Tora odszedł od Sagi mając dość jego zdrad. W ogóle ciekawy rozdział i jestem ciekawa co Kaoru powie Torze. I w sumie czytając to, to zrobiło mi się szkoda Tory i chciałabym dla niego szczęśliwe zakończenie. Taki odruch serca.
OdpowiedzUsuńTwój komentarz bardzo mnie zadowolił, ponieważ właśnie coś innego chciałam stworzyć. Cieszy mnie też Twoje współczucie w stosunku do Tory, ale niestety muszę przyznać, że łatwo mu nie odpuszczę. Jednakże mimo wszystko nie jest on tak nieporadny, jak może się wydawać, więc na pewno sobie poradzi.
UsuńDziękuję za komentarz!