sobota, 6 czerwca 2015

[1/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Give me a sign
Paring: Tora/Saga (Alice Nine) - paring główny, Kaoru/Die (Dir en grey), z czasem zapewne będzie ich więcej
Gatunek: -
Rating: ?
Ostrzeżenia: na razie ich nie ma
Od autora: Po prostu zapraszam :)

*
Brzdęk odkładanej łyżeczki, trzask zamykanej szafki. Odgłos mieszania, łyżeczka rytmicznie obija się o kubek - raz na cztery. Kiedy tego słucham, czuję się jak paralita, który ma problem z tylko jednym kierunkiem. To tak, jakby łyżeczka dążyła do lewej strony za wszelką cenę aż nie dotkie kubka, osiągając spełnienie. Ot, wysublimowany kaprys łyżeczki. On też był jak taka pieprzona łyżeczka - myślę, chwytając kubek za uszko i zanosząc go do tętniącego pustką salonu. Stawiam na stoliku i siadam na kanapie. Już dawno wynieśliśmy się z ciasnych kawalerek, jednak nawet to nie zachęciło Takashiego do częstszych powrotów. Takashi niczym łyżeczka - myślę, siadając niemal bezwładnym ruchem ciała na kanapę. Patrzę w okno. Spycha mnie na krańce wytrzymałości, żeby przywrócić do równowagi paroma nie-do-końca-czułymi słówkami i pełnymi miłości gestami, ostatecznie zawsze kończymy w łóżku, pieprząc się jak króliki. Pozwala mi być na górze. Kawa zatacza koła. Kręci się jak karuzela. Jak ja. Zawsze pozwalam mu wracać, nieważne, jak bardzo by mnie nie zranił. Zawsze dosięgam jego ust i zostawiam na nich swoją miłość, ciągle i ciągle. Gdyby metaforyczne serce nie posiadało umiejętności regeneracji, pewnie skończyłbym na psychotropach, które wyprałyby ze mnie wszelkie emocje. Takashi, Takashi, Takashi - w mojej głowie tkwiła wciąż ta sama mantra, zataczając się niczym kawa. Dość. Przykrywam kubek własną dłonią. Na paznokciach widnieją resztki czarnego lakieru.
*
Wyszedłem, po prostu wyszedłem. Wyobrażając sobie Takashiego, który wraca do domu i zastaje tylko głuchą ciszę, na jaką ja byłem skazany przez te wszystkie lata. Widząc jego zaskoczoną minę, wyobrażając sobie, jak chwyta za telefon i dzwoni do mnie. Mówi, że mam wracać, natychmiast, bo nie może beze mnie żyć. Otworzyłem oczy. Przede mną widniała ulica pełna ludzi, pochłoniętych swoimi sprawami. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na mój pozdzierany lakier na paznokciach. Poszedłem przed siebie. Wmieszałem się w tłum. Wyróżniać mnie mogła jedynie zwykła szara torba sportowa z czerwonym paskiem nadziei.
Stojąc na klatce schodowej przed apartamentem Daisuke i Kaoru, przed oczami miałem Takashiego, który przekracza próg domu, zrzuca z siebie kurtkę, podąża do salonu i chwyta kartkę, na której widnieje napis "odchodzę". A co, jeśli weźmie mnie na poważnie? Jeśli wcale nie zadzwoni, tylko wyrzuci ją do kosza i przejdzie z tym do porządku dzien...
- Co to miało być?! Kajdanki?! - usłyszałem znajomy głos zza drzwi. To był Daisuke.
- No wybacz, Toshiya mówił, że mu się zwierzałeś i... - drugi głos, przyciszony, spokojniejszy, zapewne należał do Kaoru.
- A co mnie obchodzi, co mówił Toshiya?! - wrzeszczał dalej Die. - Masz to wyrzucić!
- Nie wyrzucę...
- Ty...
- Amano? Co ty tu robisz? - usłyszałem przed sobą znajomy głos. Tym razem głośno i wyraźnie. Zawahałem się. Przede mną stał Kaoru. Miał kruczoczarne włosy i poranny zarost. Na siebie zarzucił jedynie bokserki i bezrękawnik. Stał przede mną boso.
- Nie chciałem przysparzać kłopotu, ale... - mój wzrok powędrował do jego oczu. - Mogę porozmawiać z Daisuke?
Wpuścił mnie bez słowa. Widziałem tylko, jak marszczy brwi, najpewniej nierozumiejąc. Nie przejąłem się tym za bardzo, po prostu wszedłem. Daisuke wyszedł z sypialni, wiążąc włosy i odgarniając je z twarzy.
- O, Shinji - zdziwił się, widząc mnie z torbą, kompletnie skołowanego. Miał na sobie same bokserki. Jego tors był całkiem ładny, jednakże nic nie było w stanie przytłoczyć perfekcyjnego ciała Takashiego. - Coś się stało? - zapytał. Oczami wyobraźni widziałem, jak jego ciało pulsuje przyspieszonym ze złości tętnem.
- Właściwie... - mój wzrok zabłądził w okolicach ściany. - Tak.
Dziwiłem się, dlaczego poszedłem akurat tam. Wiedziałem, że Die miał własne życie, własnego Kaoru, ale... po prostu przyszedłem.
Kaoru zamknął drzwi. Słyszałem szelest materiału. Wiedziałem, że zakłada ręce na piersiach. Na pewno nie był z tej sytuacji zadowolony. Co ja robiłem?
Die spojrzał na mnie badawczo. Nie musiało minąć wiele, by wiedział, o co chodzi.
- Chciałbym... - zacząłem.
- Kaokao - Die mi przerwał. - Nie chciałbyś przebrać się w swój ulubiony dres i skoczyć  po bułeczki - zaszydził, uśmiechając się. Czy oni byli w trakcie kłótni?
- Pójdę, Andou, ale jak wrócę, wszystko ma być wyjaśnione - poszedł i zniknął za drzwiami sypialni. Die zaprowadził mnie do salonu, uprzednio biorąc nadmiar mojego odzienia i zostawiając w przedpokoju. Salon był przestrzenny i przyjemny. Urządzony w minimalistycznym europejskim stylu.
- Usiądź, napijesz się czegoś?
- Wody - odparłem, a Die zniknął w kuchni.
Kiedyś spotkaliśmy się z Die'm na jakiejś popijawie. Takashi wtedy nie pojawił się w ogóle albo zniknął, nie pamiętam. Fakty tamtej nocy zamazywały się w mojej pamięci wraz z sukcesywnie rosnącymi we krwi promilami. Gadaliśmy bardzo długo, chyba nawet prawie się ze sobą przespaliśmy, ale ostatecznie wyrzuty sumienia zabuzowały w głowie mocniej od alkoholu. Wiedziałem, że oznaczałoby to koniec Takashiego i mnie. Nie przyjąłby mnie z powrotem śmierdzącego obcymi perfumami, oblepionego cudzą spermą. Klamka nie uginałaby się pod ciężarem mojej dłoni. Zostałbym sam.
Zaborczość Takashiego mogła wydawać się bardzo toksyczna, ale... zależało mi na nim.
- Więc? - zapytał Die, wchodząc do pokoju ze szklanką wody w jednej ręce i parującym kubkiem w drugiej.
- Nie wrócił - odparłem ze wzrokiem wbitym w blat stołu.
Daisuke spojrzał na mnie uważniej, pochylając się, jakby chciał spojrzeć w moją twarz, wwiercić się w mózg i wyciągnąć z niego wszystkie niejasne informacje.
- I? - zapytał w końcu.
- No i odszedłem. Zostawiłem kartkę z napisem "odchodzę" i poszedłem - kiedy zerknąłem w stronę przyjaciela, ujrzałem tylko jego pełne pobłażania spojrzenie. - Co? - zapytałem inteligentnie, a on załamał ręce.
- Ty tylko udajesz czy naprawdę jesteś taką sierotą? - przewrócił oczami. - Ja rozumiem, że...
- Nie - przerwałem mu. - Nie rozumiesz.
Przez chwilę nasze spojrzenia krzyżowały się, wytwarzając napięcie w atmosferze pomiędzy nami. Przez chwilę pomyślałem, że chciałbym go przelecieć i wrócić do Takashiego z zapachem cudzej spermy, obcymi perfumami wyzierającymi spomiędzy końcówek potarmoszonych włosów oraz malinkami na szyi. W pomiętolonych ubraniach, bez krawata zgubionego gdzieś po drodze. Tak, jak on wracał do mnie.
- Nie rozumiesz - powtórzyłem. - On mnie zdradza. Obiecywał, że się zmieni, że będzie inaczej. Po czym wracał pachnąc kimś innym, z zaschniętą spermą pomiędzy udami - mimowolnie skrzywiłem się na samo wspomnienie. - I tak za każdym razem, jak w jakimś pieprzonym kołowrotku.
- Próbowałeś z nim o tym rozmawiać? - odparł bardziej przejęty. Choć może bardziej zdenerwowany był tym, iż Kaoru mógł w każdej chwili wrócić.
- Jasne.
Spojrzałem na samotnie stojącą szklankę na blacie stołu i wtedy poczułem suchość w gardle, więc wziąłem ją i wypiłem zawartość duszkiem.
- Miałem dość, wyniosłem się. To koniec - powiedziałem.
- Jesteś pewny? - zapytał z powagą.
- Tak - odparłem bez chwili namysłu. Widziałem, jak Daisuke przysuwa kubek z napojem do ust. - I potrzebuję lokum - wraz z wypowiedzeniem przeze mnie tych słów, Daisuke zaczął sę krztusić, a na mojej twarzy pojawił mimowolny uśmiech. Komizm tej sytuacji był zbyt przerysowany. Mój uśmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił.
- Wykluczone - rzekł stanowczo, po czym zakasłał jeszcze kilka razy.
- Ale...
- Nie da rady, Shinji. Choćbym pałał do ciebie sympatią jak stąd do księżyca, nie ma mowy, by Kaoru zgodził się na coś takiego.
- Czyli rozumiem, że wasze zabawy BDSM nie są tajemnicą? - naprawdę nie chciałem tego robić, ale tym razem nie miałem wyboru. Nie mogłem teraz wrócić do Takashiego ani nie miałbym gdzie się podziać. Widziałem wściekłość w oczach Daisuke, ale... to było moje jedyne koło ratunku.
- Śpisz na kanapie - odparł podenerwowany. - I ani słowa Kaoru, coś z tym zrobię - wstał i skierował się do kuchni, lecz w ostatniej chwili odwrócił się do mnie - i wisisz mi ogromną przysługę - odparł trochę bardziej przyjaźnie. Pokiwałem głową i odetchnąłem, kiedy poszedł.
Kaoru wrócił niedługo później. Chciałem wstać, ale Daisuke zatrzymał mnie ruchem ręki.
- Kochanie, zostaw zakupy w korytarzu - powiedział. - Shinji na pewno je rozpakuje - odparł głośniej, więc gdy tylko usłyszałem zamykane drzwi sypialni za nimi, poszedłem po nie. Nie zdążyłem nawet dojść do kuchni, gdy usłyszałem wrzask Kaoru.
- Nie ma takiej opcji! - krzyczał.
Postanowiłem po prostu ustosunkować się do prośby, przez kolejne piętnaście minut poznając zawartość ich kuchni. To będzie ciężka noc, jednak nie zamierzałem rezygnować i wracać do mieszkania. Za oknem zmierzchało, spojrzałem na zegarek. Było późno, Takashi pewnie wrócił do domu i znalazł kartkę pozostawioną na kuchennym blacie, lecz mój telefon wciąż milczał.

Wtedy usłyszałem skrzypnięcie klamki i dźwięk otwieranych drzwi. Zobaczyłem Kaoru, a za nim pokornie szedł Daisuke. Spojrzał na mnie z miną zbitego psa. To nie mogło wyrokować niczego dobrego.

2 komentarze:

  1. Zapowiada się ciekawie. Zdaje mi się, że te opowiadanie będzie trochę inne od reszty, bo tym razem Tora odszedł od Sagi mając dość jego zdrad. W ogóle ciekawy rozdział i jestem ciekawa co Kaoru powie Torze. I w sumie czytając to, to zrobiło mi się szkoda Tory i chciałabym dla niego szczęśliwe zakończenie. Taki odruch serca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój komentarz bardzo mnie zadowolił, ponieważ właśnie coś innego chciałam stworzyć. Cieszy mnie też Twoje współczucie w stosunku do Tory, ale niestety muszę przyznać, że łatwo mu nie odpuszczę. Jednakże mimo wszystko nie jest on tak nieporadny, jak może się wydawać, więc na pewno sobie poradzi.
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń