wtorek, 16 czerwca 2015

[6/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Dzień dobry. Dzisiaj dodaję kolejny rozdział, mam nadzieję, że jeszcze nie znudziły Wam się przygody zdesperowanego Tory. Jednocześnie pragnę oznajmić, że rozdziały zapewne nie będą się pojawiały w ciągu najbliższych kilku dni z powodów stricte wakacyjnych ;) Jednak nie martwcie się, kolejny rozdział pojawi się najpóźniej w przyszłym tygodniu.
Zapraszam.

*
Jak się okazało, Toshiya przyjechał po mnie. Kaoru i Die już zdążyli go poinformować o moim powrocie do domu, a ja pojawiłem się znów u nich. Toshiya przywitał mnie promiennym uśmiechem i entuzjastycznymi słowami otuchy. Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego Kaoru i Die tak dziwnie się uśmiechali, mówiąc mi o nim.
Toshiya okazał się współlokatorem najlepszym z możliwych. W jego mieszkaniu porządek był raczej pojęciem abstrakcyjnym, lecz nie był też osobą, która kazałaby mi się wykazywać w sprzątaniu. Za to powitał mnie jak na gospodarza przystało czyli pokaźną kolekcją alkoholu. W ten sposób wszyscy byli zadowoleni - ja nie byłem skazany na nocne odgłosy pukania, a on miał współlokatora. Wypiliśmy za nową przyjaźń, za wspólne mieszkanie i nowe życie. Takashi na pewno mnie skreślił, więc nowe życie było jak najbardziej adekwatne. Jednak nie chciałem myśleć o nim za wiele, więc po prostu piłem i piłem. Po wejściu w stan upojenia alkoholowego, Toshiya włączył konsolę i graliśmy w Tekkena. Śmialiśmy się przy tym i dalej pompowaliśmy w siebie upojenie.
- I jak tam mieszkało ci się u lidera? - zaczął rozmowę.
- W sumie, to całkiem śmiesznie się stało, bo ja po prostu nie miałem gdzie się podziać - odparłem. Czułem, że język odrobinę mi się plącze. Za to odczuwałem przyjemne rozluźnienie i przede wszystkim skupiałem się na tym, żeby skopać Toshiyi tyłek.
- I przyjął cię tak po prostu? No nie gadaj, nie wierzę ci - mówił, a ja czułem na sobie jego palący wzrok.
- K.O. - zabuczała maszyna.
- No nie, nie tak po prostu, najpierw słyszałem jak gadali o jakichś zabawach sado-maso - powiedziałem z rozbawieniem. Dopiero po chwili, kiedy zobaczyłem chichoczącego basistę, dotarło do mnie, co tak naprawdę powiedziałem. - To znaczy... krzyczeli coś chyba o sąsiadach...
- Nie pogrążaj się już - odparł Toshiya i ryknął śmiechem. Czułem, jak moja twarz robi się czerwona - Nigdy nie podejrzewałbym Kaoru ani tym bardziej Daisuke o takie zainteresowania.
Otarł łzy śmiechu i spojrzał na mnie.
- Szantażowałeś ich? - zapytał.
Zapadła chwila krępującego milczenia.
- Tak wyszło - powiedziałem cicho, a Toshiya znów zaczął się śmiać.
- Nie wiedziałem, że tygrysy po ciutce alkoholu stają się takie rozmowne - rzekł, przysuwając się do mnie. Poczułem jego dłoń na swoim udzie. Mój pad znalazł się gdzieś na podłodze. Na ekranie widniał Jin. Właśnie wtedy dłoń Toshiyi zaczęła powoli sunąć w górę. - A może... tygrysy po prostu czują się samotne?
Przełknąłem nerwowo ślinę. Czułem rosnące podniecenie.
- Trochę - odparłem, przygryzając wargę. Alkohol przyjemnie szumiał w głowie, a do mojego nosa doszedł subtelny zapach męskich perfum. Pocałunek był naturalny, miękki i podniecający. Jakby tak właśnie miało być. Wtedy wcale nie myślałem o Takashim. W mojej głowie panował nieznośny szum i miałem ochotę na seks. A Toshiya był przystojny, chętny i lubiłem jego perfumy, których woń towarzyszła mi do samego rana. Tłukąc się o ściany, doszliśmy do sypialni. Toshiya nie mieszkał w przypadkowej kawalerce. Jego dom był sporych rozmiarów. Wszystko było dobrze aż opadł na łóżko i pociągnął mnie za sobą, chwytając koszulkę. Nasze usta złączyły się, a języki zatańczyły namiętnie. W momencie, kiedy on otarł się o mnie, zapaliła mi się metaforyczna czerwona lampka. To właśnie był ten moment, kiedy przed oczami ujrzałem pieprzonego Takashiego - mój ideał, który odrzucił mnie z taką łatwością. Nie chciałem go zdradzać.
Toshiya spojrzał na mnie, marszcząc brwi. Przewrócił oczami.
- Nie mów, że teraz rezygnujesz - wyjęczał z rozczarowaniem.
- Nie mogę... - powiedziałem cicho.
Już myślałem, że zdenerwuje się i pójdzie albo wygoni mnie z powrotem do Daisuke, ale on spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się. Poczułem jego dłoń na swoim policzku.
- Ale Kaoru i Daisuke mogą się dowiedzieć o tym, że się wygadałeś. Ba, nie tylko oni - mówił spokojnie, był z siebie najwidoczniej zadowolony, a ja nie mogłem uwierzyć, jak bardzo pokręcone było to wszystko. Zostałem zaszantażowany, że mój szantaż wyjdzie na jaw. Patrzyłem na niego chwilę zaskoczony, ale na jego twarzy widniał tylko uśmiech. Westchnąłem, lecz odgłos ten zamienił się w jęk, gdy udo Toshiyi otarło się o moje krocze. Nie mając innego wyjścia, po prostu przyciągnąłem go do kolejnego pocałunku i tej nocy dałem ponieść namiętności.
Leżący na podłodze przy porzuconej konsoli telefon zawibrował, ale nie mogłem go usłyszeć.

Kolejnego dnia po przebudzeniu przed sobą zobaczyłem twarz basisty i z przerażeniem zarejestrowałem brak bielzny.
Zrobiliśmy to - pomyślałem ogarnięty strachem. Uśmiech Toshiyi, który właśnie także otworzył oczy mówił, że wcale się nie myliłem. Zacząłem panikować w myślach. To już naprawdę oznaczało koniec.
- Co ja zrobiłem? - jęknąłem, siadając na łóżku. Kołdra opadła miękko na nogi, odsłaniając mój tors. Na plecach poczułem dotyk dłoni kochanka.
- Nie martw się, kotku - powiedział. - Potraktuj to jak początek terapii.
Poczułem, jak jego ciało przylega do moich pleców. Z moich ust wydarło się westchnienie. Znajdowałem się w kompletnie obcej sypialni, a moją sylwetkę oplatały nieznajome ramiona. Może trzeba było się do tego przyzwyczajać?
- Zrobię nam kawę - powiedział cicho, całując mnie w ramię, po czym wstał, a po nim pozostał tylko oblepiający plecy chłód.

- Masz - postawił przede mną kubek z parującym napojem.
Znów znajdowałem się w obcym salonie, siedziałem na krześle, do którego w ogóle nie byłem przyzwyczajony, a przede mną uśmiechał się największy błąd mojego życia. Już czułem na barkach ciężar konsekwencji zeszłej nocy.
- Nikomu nie powiemy, tygrysie - odparł Hara, jakby czyał mi w myślach.
- Ale...
- Proszę cię - przewrócił oczami. - Siedzisz jak zbity pies, to oczywiste, że martwisz  się o tego... tego... - zamyślił się na chwilę. - Jak on się nazywał?
- Takashi! - obruszyłem się. Podskoczyło mi ciśnienie i w jednej chwili się rozbudziłem. Jak mógł nie wiedzieć?
- Od razu jesteś żywszy - stwierdził z uśmiechem i kontynuował. - Dzisiaj poczujesz się jak rasowa nastolatka w "Operacji: stylówa".

W tym momencie pomyślałem, że chyba powoli dochodzi do mnie, dlaczego miałem się bać wizyty u Toshiyi.

1 komentarz:

  1. To bylo ciekawe. Ale myślałam, że nie pomyśli o Sadze, kiedy będzie już w łóżku z Toshiyą i będzie blisko seks, ale też by bo zaskoczeniem jakby o nim nie pomyślał.
    Jetem ciekawa wiadomości, która przyszła na telefon Tory. Mam wrażenie, że to Takashi, ale nie sądzę, żeby napisał mu, że chce wrócić czy cos. Myślę, że tam będzie napisane już o końcu na zawsze.

    OdpowiedzUsuń