niedziela, 27 września 2015

[One Shot] "Lepszy ślepy idiota" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Lepszy ślepy idiota
Paring: Tora/Saga (Alice Nine); Kaoru/Die (Dir en grey) - pobocznie
Gatunek: -
Rating: G (bez ograniczeń wiekowych)
Ostrzeżenia: Nie wiem, czy powinno znajdować się to akurat tutaj, ale w opowiadaniu następuje zmiana narracji.
Od autora: Przed Wami nareszcie jedna z pozycji, które wygrały w ankiecie. Napisałam ją praktycznie jednym tchem. Do napisania tej miniaturki zainspirowała mnie Melodia serca napisana przez Syo, choć jej opowiadanie jest zupełnie inne od mojego. Moje utrzymane raczej w lekkim tonie, bardzo miniaturkowe, trochę puchate i jakby wyrwane z kontekstu. Trochę ślepo zakochanego Tory, wspaniałości Sagi i... chyba czegoś jeszcze. Zapraszam~


Znów to samo.
Wszystko zaczyna się od rzucenia okiem na smukłą sylwetkę. Późniejsza ocena szczegółów przychodzi już samoistnie, jakby wiedziona jakimś niewidzialnym trybikiem, który prowadzi do uruchamiania każdego kolejnego zmysłu i skierowania go na niego. Zaczyna się zawsze od wzroku, choć wyobrażenie dotyku nagiej skóry, którą odkrywa nieznośnie podwijająca się koszulka stanowi element równie niezbędny, jak niekontrolowany. Później zatrzymuje się na włosach sztywnych od lakieru i szorstkich przez zniszczenie spowodowane stosowanymi od lat środkami chemicznymi. To z kolei prowadzi do prostego wniosku – skoro włosy są szorstkie, sztywne (choć Shinji naprawdę wolałby, żeby zesztywniało mu z goła coś innego) i nieprzyjemne w dotyku, to znaczy, że trzeba je umyć. A cóż by to był za prysznic, gdyby Takashi miał go odbyć w samotności? Później nieznośne myśli przywodzą na myśl szczupły tors, gładkość płaskiego brzucha i wilgotne, namiętne wargi, które tylko proszą, żeby się w nie wpić.
W ten sposób Shinji kończy uwiązany do baru, bo przecież pokusił się o wyjątkowo obcisłe spodnie, które w tym momencie jasno i wyraźnie ukazywały coś, co wolał ukryć. Szczególnie przed Takashim.
I tak jest ciągle, za każdym razem. Choć czasem, wiedziony jakąś niesamowitą intuicją, zakłada spodnie trochę luźniejsze – te, które Takashiemu podobają się mniej, ale jednak bardziej w tej sytuacji funkcjonalne. Mimo to znajduje sobie inny argument, by pozostać przy barze – gdzieś w cieniu, pozornie niewidzialny i pozornie niewidzący – choćby było nim czekające na niego piwo, złocisty napój bogów, którego przecież nie sposób porzucić. A jeśli spoczywała przed nim jedynie pusta szklanka, miał pretekst, by zamówić kolejne.
W ten sposób Shinji spędzał kolejny melancholijny piątek, przepełniony bezustannymi westchnieniami i ukradkowymi spojrzeniami. I właśnie wtedy, choć miał na sobie te okropnie obcisłe spodnie, które Takashi tak strasznie lubił, i choć kufel prawie cały wypełniony był jasnym piwem, alkohol niebezpiecznie zaszumiał w jego głowie i podsunął wyjątkowo niebezpieczny pomysł...
– Zagadaj do niego w końcu – przemówił głos tuż przy moim uchu i już zacząłem się zastanawiać, czy nie mam omamów, gdy na stołku obok usiadł Daisuke.
Andou był moim przyjacielem. Nie jakimś szczególnie bliskim ani oddanym. Nie mieliśmy dla siebie za dużo czasu, ale mimo to wydawało się, że jest między nami coś w rodzaju koleżeńskiej chemii.
– Od kiedy stajesz się głosem wkraczającej w świadomość części mojej podświadomości? – odrzekłem, a Die spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie, jakby chciał mi powiedzieć, że mam coś dziwnego na twarzy i to wcale nie jest spoczywająca na policzku przypadkowa rzęsa. – Co? – zapytałem, marszcząc czoło w geście kompletnego niezrozumienia i może nawet poirytowania.
– Masz rzęsę na policzku – odparł wymijająco, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. No tak, co jak co, ale my chyba naprawdę byliśmy stworzeni dla siebie. Uśmiechnąłem się sympatycznie.
– Moje życzenia i tak się nie spełniają – westchnąłem, a on powiódł za mną wzrokiem jeszcze zanim zorientowałem się, w którym kierunku właściwie podążyły moje myśli i oczy.
– Życzenia? – spojrzał na mnie sceptycznie, uśmiechając się półgębkiem.
– Zamknij się – uderzyłem go w ramię.
Roześmialiśmy się. Co jak co, ale pomimo naprawdę niedługiej znajomości Daisuke zawsze wiedział, kiedy kłamię. Może to dlatego, że moje domniemane drobne przeinaczenia prawdy zawsze dotyczyły denerwująco perfekcyjnej osoby Takashiego i były kompletnym zaprzeczeniem tego, jakobym jeszcze coś do niego czuł. No bo jak Wielki Pan Sakamoto, Bóg Seksu i te sprawy mógł się w ogóle zakochać. Przespaliśmy się raz, drugi, może trochę więcej, ale wciąż podkreślał, że to tylko niezobowiązujący seks. Choć do dziś, gdy wspominam jego wzrok utkwiący w moich pośladkach, gdy zakładałem spodnie z imitującego skórę materiał...
– Znowu je założyłeś – parsknął Die.
– O co ci chodzi? – żachnąłem się.
– Mówiłeś, że są niewygodne i ich nie cierpisz. – Daisuke z szerokim uśmiechem powitał swój kufel z ciemnym piwem i umoczył w nim wargi.
– Bo tak jest – burknąłem, próbując zachować tę chwilę beztroski i dziecinnych przekomarzanek, by jak najmniej wracać myślami do scen, których nie pownienem rozpamiętywać. Wziąłem kilka głębszych łyków, a Die kontynuował:
– A raczej było do czasu, gdy Sakamoto–pan uwodziciel nie powiedział ci...
– Twój tyłek wygląda w nich nieziemsko, Shinji – dokończył za niego Takashi, który nagle i zupełnie niespodziewanie pojawił się pomiędzy nami. To był moment, w którym zakrztusiłem się pitym piwem, odstawiając kufel z głośnym trzaskiem na blat. Kaszlałem, próbując powstrzymać alkohol niestrudzenie chcący przedostać się do mojej tchawicy. Takashi klepnął mnie w plecy, a ja spojrzałem na niego z oczami pełnymi łez. Aż głupio wspominać, jak żałosny obrazek musiałem sobą przedstawiać. – Obgadywanie innych za plecami nie jest zbyt grzeczne, drodzy panowie, ale to jeszcze nie powód do płaczu – stwierdził lekko i porwał mój kufel, po czym wychylił resztę zawartości duszkiem. Przez chwilę nawet wydawało mi się, że w ciągu tego swojego monologu puścił mi oczko, choć w rzeczywistości spoglądał raz na mnie, raz na Die'a, w którym aż się gotowało ze złości.
– Mógłbyś w końcu się na coś zdecydować – warknął na Sakamoto, a ten tylko przywołał na twarz zawadiacki uśmieszek, rozejrzał się dookoła i przyciągnął pobliskiego mężczyznę do pocałunku. Na nieszczęście nas wszystkich tym śmiałkiem okazał się nikt inny, jak lider Dir en grey'a – już trochę wstawiony, ale wciąż wystarczająco przytomny, by nie za mocno, ale jednak odepchnąć od siebie natręta. Daisuke wyglądał wtedy, jakby miał wyjść z siebie i stanąć obok. Nie wiedząc za bardzo, co mógłbym wtedy zrobić, po prostu zerwałem się z siedzenia i zanim Andou zdołał jakkolwiek zareagować, chwyciłem Takashiego za rękę i wybiegłem z nim z pomieszczenia. Stanęliśmy dopiero po wbiegnięciu to jakiegoś wyludnionego zaułka, niezbyt przyjemnego, ale wyglądającego na trudny do znalezienia. Na dworze było zimno, wszechobecny mróz od razu odznaczył się gęsią skórką na nagich ramionach. Przyspieszony biegiem puls wyraźnie dawał o sobie znać.
– Jesteś idiotą, Shinji. Zostawiłeś nasze kurtki – stwierdził, przewracając oczami, choć mógłbym przysiąc, że przez ten grymas niezadowolenia niestrudzenie przebijał się cień satysfakcji. – I co teraz zrobisz, jeżeli się rozchoruję?
– Będę... – zacząłem, wciąż dysząc ze zmęczenia spowodowanego biegiem.
– Tylko nie mów, że będziesz gotował mi zupki, mógłbym tego nie przeżyć – przerwał mi. Nastała chwila ciszy, podczas której wpatrywałem się w jego idealnie czekoladowe oczy, a on spoglądał w moje, po prostu ciemne. – Ja tam nie wrócę – zarzekł się.
– Ja też nie – odparłem. – Daisuke mnie zabije, wskrzesi, a później każe zaprowadzić do ciebie, by dokonać kolejnego aktu mordu. – Mółbym przysiąc, że po tych słowach na twarzy Sagi pojawił się uśmiech ukryty gdzieś w mroku nocy. Staliśmy przez chwilę, rozcierając ramiona, po czym ściągnąłem z ramion flanelową koszulę i podałem mu ją. – Masz.
– To? – Takashi uniósł brwi w geście zdziwienia. – Kiepska rekompensata – skrzywił się, ale przyjął niejaki prezent i zarzucił go sobie na ramiona.
Uśmiechnąłem się pod nosem w taki głupi, kompletnie naiwny sposób wierząc, że teraz napawa się moim zapachem, tak jak robiłbym to na jego miejscu ja.
– To wszystko przez ciebie – stwierdziłem, krzywiąc się na wspomnienie warg Takashiego przytkniętych do wąskich ust gitarzysty Dir en grey'a.
– Przeze mnie? – zapytał urażony.
– Tak – powiedziałem, dopiero wtedy zauważając, jak wąska jest przestrzeń pomiędzy ścianami zaułka. On stał przy jednej, a ja przy drugiej, przeciwległej. Dzieliły nas zaledwie dwa kroki. Wystarczyła ta świadomość, by serce, ledwo uspokojone po szalonym pędzie w trosce o nasze zdrowie, znów zaczęło nieznośnie kołatać, mieszając myśli, słowa i doprowadzając moje zlodowaciałe dłonie do paradoksalnego lepienia się od potu. A może to było tylko złudzenie?
– To nie ja jestem ślepym idiotą – zmrużył powieki, spoglądając na mnie.
Może gdybym był przygłupią, zakochaną nastolatką, pomyślałbym, że zaraz wyskoczy z wyznaniem miłości, bo przecież ślepy idiota nie zauważył, że tak naprawdę Sakamoto wciąż się za nim ugania i przychodzi do tego samego klubu co piątek tylko ze względu na niego i specjalnie zawsze bawi się w takim miejscu, aby Torashi go widział i...
– Lepszy ślepy idiota niż... – zacząłem zanim jeszcze na dobre przemyślałem, co właściwie chcę powiedzieć.
– Niż? – zapytał Takashi, unosząc brew.
... niż perfekcyjny dupek, orkopnie pociągający, wstrętnie przystojny, o bardzo ładnym ciele, które aż prosi, żeby go dotknąć. Cholera.
– Niż ty – dokończyłem, odwracając wzrok w kierunku wylotu na ulicę. Nie była ona jedną z tych stanowiących centrum nocnego życia. Szmer przejeżdżających samochodów, kroki i gwar pochodziły raczej z oddali. Na tafli mokrej od deszczu drogi odbijały się uliczne światła.

– Głupi jesteś, Torashi – stwierdził Takashi po chwili, przyciągając mój wzrok. Opatulił się ciaśniej koszulą, by wbić we mnie ciemnobrązowe spojrzenie. Trwaliśmy tak przez chwilę wpatrzeni w siebie, z plecami mokrymi od wilgotnych ścian za nami. Podmuch chłodnego wiatru wstrząsnął moim ciałem, a on chwycił mnie za dłoń i pognaliśmy do mieszkania. Niczym para nabuzowanych hormonami beztroskich nastolatków, znów kochaliśmy się na moim łóżku, a Takashi stwierdził, że jednak najlepiej mi bez jakichkolwiek spodni.

1 komentarz:

  1. Sytuacja z baru, jak pojawił się za nimi Saga, rozśmieszyła mnie. Sądziłam trochę, że to będzie jakiś wątek z Kaoru, on tylko go pocałował, cóż tego się nie spodziewałam.

    OdpowiedzUsuń