niedziela, 29 grudnia 2013

[10/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

10.

Obudziłem się dość wcześnie, bo o szóstej, ale doszedłem do wniosku, że spałem aż osiem godzin. Poczułem wręcz wyrzuty sumienia, że tak długo pozostałem bezczynny, więc szybko wstałem i poszedłem do łazienki, po drodze zostając znokautowanym karcącym wzrokiem rodzicielki i bratem, patrzącym na mnie z wyższością.
- Shinji, sprężaj się - powiedziała oschle matka.
Zniknąłem za drzwiami łazienki i odetchnąłem. Po raz pierwszy pożałowałem, że nie wygadałem się Sakamoto. To takie irracjonalne - mówić o sobie obcym. Tak samo, jak nienawidzić i podziwiać. Ambiwalentnie...
Patrzyłem przez chwilę w lustro. Byłem gruby i musiałem coś z tym zrobić. Sakamoto był chudy. Nawet bardzo. Może wręcz za... albo właśnie idealny.
Wyszedłem ubrany byłem na czarno.
- Ty na pogrzeb idziesz czy do ojca? Przebierz się w coś normalnego - wybąkała matka. - Spójrz na brata i bierz z niego przykład.
- Klimakterium jeszcze nie minęło? - odpyskowałem i natychmiastowo zniknąłem za drzwiami swojego pokoju. Zamknąłem je na klucz. Powoli puszczały mi nerwy. Sakamoto. Matka. Ojciec. Brat. Oni. Takashi... pewnie na moim miejscu starałby się trzymać fason. Po co właściwie o tym mówiłem? Musiałem przez to przebrnąć jak zawsze - jakoś przetrwać, a później w samotni rozładować skrywaną frustrację. To samo w sobie zdawało się frustrujące, ale nie chciałem o tym myśleć. Pół godziny później w eleganckiej białej koszuli, zapiętej pod samą szyję, jechałem do szpitala, w którym leżał ojciec. Siedziałem jak zwykle na tylnym siedzeniu samochodu, a miejsce obok mnie zajmował denerwujący samą swoją obecnością braciszek. Zawsze miałem wrażenie, że próbuje się wywyższyć, pokazać w lepszym świetle przed rodzicami - zresztą tak też istotnie było. Czym ja się oszukiwałem? Byłem beznadziejny...
Chcąc przerwać pesymistyczne myśli, które skończyć się mogły tylko chęcią otworzenia drzwi i wyskoczenia wprost na ruchliwą ulicę, postanowiłem obserwować widoki za oknem. Przemijały budynki, drzewa i inne samochody. W sumie nic fascynującego. Niebo, jak zwykle szare. Zagłębiając się w ten melancholijny nastrój, odbiegałem myślami jeszcze dalej. Przed oczami sama z siebie pojawiła się sylwetka Takashiego. Idiotyczne. On naprawdę miał w sobie coś cholernie idealnego. Coś, przez co było mi do niego okropnie daleko, a jednak mimo to (a może właśnie dlatego) czułem do niego pewną pogardę. Reasumując - przyszedł z innej szkoły. Lepszej szkoły, takiej w Fukushimie. Jego rodzice na pewno mieli więcej pieniędzy. Umiał się ładnie ubrać i uczesać. Onieśmielał dziewczyny (nazwałbym go wręcz męską wersją femme fatale). Nawet z moim przyjacielem zakumplował się tak, jakby był jego znajomym od zawsze. Ludzie do niego lgnęli. Był idealny - zupełnie irracjonalnie i irytująco perfekcyjny. Nawet ta jego głupia próżność i wywyższanie się były idealne. Właściwie dziwiło mnie, dlaczego spędzał ze mną tyle czasu...no tak, projekt. Czułem, że go nie skończę, chociaż pewnie pan perfekcyjny coś wymyśli. Westchnąłem ciężko, zupełnie niekontrolowanie, bo nagle poczułem na sobie skonfundowane spojrzenie brata. Zerknąłem na niego.
- Co jest brat? Zakochałeś się? - zapytał, wyraźnie ożywiony.
Przewróciłem oczami. Tak, na pewno.
- Nie mam tylko dziewczyn w głowie - odparłem tak obojętnie, jak tylko potrafiłem do tego demonstracyjnie przewracając oczami.
- Niee? Ostatnio ponoć byłeś w barze z Hiroko-chan i Shiroyamą.
Zmarszczyłem brwi. Mama najwidoczniej zainteresowała się rozmową. Tylko tego mi brakowało.
- Nie mów tak na nią, nie jest twoją koleżanką - pouczyłem brata.
- Miałeś się z nim nie spotykać. I w jakim barze? Mało mam z tobą problemów? - mówiła matka, patrząc na drogę. Odwrócona do mnie plecami - w sumie to trochę tak, jakby jej nie było. Całkiem podobał mi się taki obrót spraw. Brata też dało się jakoś ignorować. Choć gdy wracałem do okna, pojawiał się Takashi. Sam już nie wiedziałem, co było gorsze.
Dotarliśmy, wysiedliśmy. Nigdy nie lubiłem zapachu szpitala. Bandaże, leki, woda utleniona i choroba snuły się w powietrzu. Zawsze kojarzyło mi się to ze starością. Nie gardziłem ludźmi w podeszłym wieku, po prostu wydawało się to zawsze etapem tak odległym, że wręcz nierealnym.
Ojciec leżał na łóżku, ale nie wyglądał, jakby był w złym stanie. Opowiadał nam, że na razie czeka na wyniki badań i nie wysyłają go do domu, bo lekarz postanowił zostawić go na obserwacji. Później rozmawiał z mamą, brat w tym czasie próbował mu przytykać, a matka rozpłakała się mówiąc o moim karygodnym zachowaniu. Wcale nie chciałem być uczestnikiem tej szopki, więc uciekłem do łazienki. Oczywiście, że czułem się źle uciekając, ale co innego miałem zrobić? Z lubością przysłuchiwać się temu, jak po mnie delikatnie mówiąc "jadą" czy wziąć przykład z matki i wyryczeć się Aoiemu do słuchawki? Albo lepiej, powiedzieć im, że mam chłopaka, takiego nowego, postawnego, który się świetnie uczy i jest rewelacyjny w łóżku, żeby tylko wyrzucili mnie wreszcie z tego pokręconego domu. Choć w domu pani Shiroyama miałem się nie pokazywać od tego incydentu z piwem... Westchnąłem i ochlapałem twarz chłodną wodą. O czym ja myślałem? Wszystko stawało się coraz dziwniejsze. Ja i Sakamoto? To wprawdzie nie był pierwszy raz, kiedy przyłapałem się na myśleniu o czymś nader niedorzecznym, ale nigdy nie było to coś... stop. Trzeba wracać - stwierdziłem w myślach i spojrzałem tylko na oblicze trupa, dumnie odbijające swoją mierność w lustrze naprzeciw. Byłem gruby. Za gruby. Gdy jakaś irracjonalna część mojego umysłu, zaczęła wracać do idealnego ciała Takashiego, po prostu wyszedłem.
Na korytarzu zobaczyłem się z mamą i bratem. Rodzicielka była spokojniejsza, a brat patrzył na mnie, jak zwykle - z góry. Oznajmili mi, że ojciec musi wypoczywać i za chwilę ma mieć kolejne badanie, więc zostali wyproszeni z sali. Czas wracać... już?
Właśnie wtedy, gdy zawiłymi korytarzami szliśmy do wyjścia - na przedzie matka z bratem, ja utrzymując minimalny dystans - dokładnie wtedy po drugiej stronie korytarza przeszedł ktoś, wyglądający zupełnie jak Takashi... jego nie dało się pomylić. Czułem, jak nogi grzęzną mi w podłożu. Przez chwilę miałem wrażenie, że pode mną pojawiły się ruchome piaski i ciągną mnie w dół. Jednak szedłem. Sakamoto nawet mnie nie zauważył. Co on robił w szpitalu?
Co najmniej dziwnym by było, gdybym nagle zaczął za nim biec, więc postanowiłem zachować zimną krew i ze stoickim spokojem, szedłem za krewnymi. Mimo, że moje serce waliło jak oszalałe. Mimo, że w głębi duszy od środka paliła mnie ochota, by po prostu za nim pobiec.
Właściwie... po co on tam był? Może jakiś jego krewny też leży w szpitalu? Ale dlaczego akurat w tym, na oddziale onkologii? W Fukushimie na pewno ich nie brakowało... po co jego krewni mieliby się fatygować aż tu?
A może mnie śledził? Choć to chyba zbyt wydumane i irracjonalne.
Więc po co by tu przychodził?
A może jakiś jego krewny tu pracuje? Chociaż posiadając rodzinę w tych stronach, po co zatrzymywałby się w hotelu - skoro przyszedł do nich, nie mogą być w złych relacjach.
Właśnie wtedy, dochodząc do końca korytarza, spojrzałem w stronę, w którą pobiegł Takashi. Zamarłem. Tym razem moje stopy rzeczywiście wrosły w podłoże, a usta nieestetycznie się rozdziawiły. Byłem taki nieładny - na pewno zbyt nieładny dla niego.

1 komentarz:

  1. Zawsze się załamuję, kiedy czytam Twoje teksty. Załamuję się tym, że ja nie umiem tak pisać. ;-;
    Ech, nie jestem zbyt dobra w pisaniu komentarzy. W sumie to czytając ten rozdział, doszłam do wniosku, że pisanie czegokolwiek nie wychodzi mi dobrze. xD
    Zrobiło mi się go żal, kiedy tak myślał o sobie, że jest gruby i beznadziejny.
    Jestem ciekawa, co wyniknie z tego spotkania w szpitalu. Czekam na więcej. ^^ Pisz, pisz. <3

    OdpowiedzUsuń