02.decay
W trakcie próby usłyszałem dzwonek telefonu,
świadczący o dojściu wiadomości i zarządziłem przerwę. Tego dnia byłem z siebie
wyjątkowo zadowolony – planowałem wziąć Akiego na kolację. Miałem już zarezerwowany
stolik w restauracji, a nawet pokój hotelowy, żebyśmy mogli ze spokojem się
napić i należycie spędzić noc. Uśmiechnąłem się na samą myśl…
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Wiadomość od
Akiego…
„Wybacz,
nie umiem kochać. Nie możemy być razem, ja nie potrafię… Jestem zbyt
niedojrzały na Twoje uczucie, to kompletnie inny poziom…wybacz mi. Może jeszcze
kiedyś nauczę się kochać… Żegnaj,Hazuki”
Zamrugałem ze zdziwienia i jeszcze raz uważnie
przeczytałem wiadomość. Zmroziło mnie. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. Chwilę
mi zajęło, zanim byłem w stanie coś zrobić poza wpatrywaniem się w ekran
telefonu. Poczułem ścisk w żołądku. Nie mogłem dać po sobie poznać, że coś jest
nie tak. Bardzo nie tak. Wybrałem numer Akiego. Myślałem, że może to żart, ktoś
mu ukradł telefon, albo w najgorszym wypadku pomylił numery, choć nie
przypominałem sobie, by znał innego Hazukiego. Nie odebrał. Mimo to we mnie
tliła się jeszcze krzta idiotycznej nadziei. Poczułem dłoń na ramieniu. Gdy się
odwróciłem, za mną stał Yusuke. Reo z Akinorim śmiali się z czegoś, pokazując
sobie bliżej nieokreślone znaki na migi.
- Hazuki? Wszystko dobrze? – zapytał Yusuke,
zdejmując dłoń z mojego ramienia.
Przytaknąłem niemrawo.
- Możemy zaczynać?
- Wiesz… Coś mi wypadło, przećwiczcie resztę beze
mnie – powiedziałem, pospiesznie wychodząc.
Na dworze uśmiechnęło się do mnie jakże ironiczne
słońce. Byłem skołowany. Wpatrywałem się w chodnik. Serce próbowało za wszelką
cenę wyrwać się z mojej piersi. Co to miało znaczyć? Wygrzebałem z kieszeni
paczkę fajek i odpaliłem jednego. Aki nie lubił tytoniu na mnie, więc będąc z
nim bardzo się ograniczałem, ale w tamtej chwili o niczym innym nie marzyłem
tak bardzo, jak o zbawiennej dawce trucizny, która wpuszczana do organizmu,
przyciągała do siebie cząsteczki stresu, bym mógł wypuścić go wraz z dymem.
Wypaliłem jednego. Serce waliło wciąż tak samo. Żołądek wciąż był
niemiłosiernie ściśnięty. Do oczu cisnęły się suche łzy, a na domiar złego
zaczęły drżeć moje dłonie. Panikowałem. Zapaliłem więc drugiego.
Potrzebowałem wyjaśnienia. „Nie potrafię kochać”?
Przecież już przez to przeszliśmy…razem. Zagryzłem wargę. Wtedy postanowiłem do
niego pojechać. Podróż dłużyła mi się niemiłosiernie i byłem wyraźnie spięty.
Gdy już dotarłem, nikt mi nie otwierał. Czekałem do nocy. Później wróciłem do
siebie. Wskoczyłem pod prysznic, ale on też nie był w stanie zmyć ze mnie
goryczy. Później wszedłem do łóżka. Nie spałem. Leżałem tępo wpatrzony w sufit.
Myślami znajdowałem się kilka miesięcy wcześniej, co dodawało mojej goryczy znamię
tortury.
Całą wieczność później niebo zaczęło się
rozjaśniać. Słońce powoli pojawiało się za horyzontem. Zwykle wschód po
zarwanej nocy mijał mi o wiele szybciej. Powinienem wtedy napisać do Yusuke, że
mnie nie będzie… Ostatecznie postanowiłem, że zrobię to później.
Wraz z odejściem Akiego wszystko w jakiś
nieprawdopodobny sposób straciło swoją dotychczasową wartość. Gdy w nocy
chwyciłem bas, każda melodia falami wypływająca spod moich palców, zdawała się
być pusta. Tak, jak ja sam. Odłożyłem go stosunkowo szybko jak na mnie. Lubiłem
to, ale w tamtej chwili… Wszystko stało się niczym. Opanowała mnie pustka.
Kilka dni później odwiedzili mnie pozostali
członkowie zespołu. Dostali się do mojego domu zupełnym przypadkiem, kiedy
wychodziłem po niezbędny do funkcjonowania tytoń (jeśli nie ta, to może
następna wreszcie da mi ukojenie…). Równie przypadkowo dowiedziałem się, że Aki
spod moich skrzydeł wskoczył prosto w ramiona Mizukiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz