niedziela, 24 listopada 2013

[2/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)


02.decay

W trakcie próby usłyszałem dzwonek telefonu, świadczący o dojściu wiadomości i zarządziłem przerwę. Tego dnia byłem z siebie wyjątkowo zadowolony – planowałem wziąć Akiego na kolację. Miałem już zarezerwowany stolik w restauracji, a nawet pokój hotelowy, żebyśmy mogli ze spokojem się napić i należycie spędzić noc. Uśmiechnąłem się na samą myśl…
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Wiadomość od Akiego…
Wybacz, nie umiem kochać. Nie możemy być razem, ja nie potrafię… Jestem zbyt niedojrzały na Twoje uczucie, to kompletnie inny poziom…wybacz mi. Może jeszcze kiedyś nauczę się kochać… Żegnaj,Hazuki”
Zamrugałem ze zdziwienia i jeszcze raz uważnie przeczytałem wiadomość. Zmroziło mnie. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. Chwilę mi zajęło, zanim byłem w stanie coś zrobić poza wpatrywaniem się w ekran telefonu. Poczułem ścisk w żołądku. Nie mogłem dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Wybrałem numer Akiego. Myślałem, że może to żart, ktoś mu ukradł telefon, albo w najgorszym wypadku pomylił numery, choć nie przypominałem sobie, by znał innego Hazukiego. Nie odebrał. Mimo to we mnie tliła się jeszcze krzta idiotycznej nadziei. Poczułem dłoń na ramieniu. Gdy się odwróciłem, za mną stał Yusuke. Reo z Akinorim śmiali się z czegoś, pokazując sobie bliżej nieokreślone znaki na migi.
- Hazuki? Wszystko dobrze? – zapytał Yusuke, zdejmując dłoń z mojego ramienia.
Przytaknąłem niemrawo.
- Możemy zaczynać?
- Wiesz… Coś mi wypadło, przećwiczcie resztę beze mnie – powiedziałem, pospiesznie wychodząc.
Na dworze uśmiechnęło się do mnie jakże ironiczne słońce. Byłem skołowany. Wpatrywałem się w chodnik. Serce próbowało za wszelką cenę wyrwać się z mojej piersi. Co to miało znaczyć? Wygrzebałem z kieszeni paczkę fajek i odpaliłem jednego. Aki nie lubił tytoniu na mnie, więc będąc z nim bardzo się ograniczałem, ale w tamtej chwili o niczym innym nie marzyłem tak bardzo, jak o zbawiennej dawce trucizny, która wpuszczana do organizmu, przyciągała do siebie cząsteczki stresu, bym mógł wypuścić go wraz z dymem. Wypaliłem jednego. Serce waliło wciąż tak samo. Żołądek wciąż był niemiłosiernie ściśnięty. Do oczu cisnęły się suche łzy, a na domiar złego zaczęły drżeć moje dłonie. Panikowałem. Zapaliłem więc drugiego.
Potrzebowałem wyjaśnienia. „Nie potrafię kochać”? Przecież już przez to przeszliśmy…razem. Zagryzłem wargę. Wtedy postanowiłem do niego pojechać. Podróż dłużyła mi się niemiłosiernie i byłem wyraźnie spięty. Gdy już dotarłem, nikt mi nie otwierał. Czekałem do nocy. Później wróciłem do siebie. Wskoczyłem pod prysznic, ale on też nie był w stanie zmyć ze mnie goryczy. Później wszedłem do łóżka. Nie spałem. Leżałem tępo wpatrzony w sufit. Myślami znajdowałem się kilka miesięcy wcześniej, co dodawało mojej goryczy znamię tortury.
Całą wieczność później niebo zaczęło się rozjaśniać. Słońce powoli pojawiało się za horyzontem. Zwykle wschód po zarwanej nocy mijał mi o wiele szybciej. Powinienem wtedy napisać do Yusuke, że mnie nie będzie… Ostatecznie postanowiłem, że zrobię to później.
Wraz z odejściem Akiego wszystko w jakiś nieprawdopodobny sposób straciło swoją dotychczasową wartość. Gdy w nocy chwyciłem bas, każda melodia falami wypływająca spod moich palców, zdawała się być pusta. Tak, jak ja sam. Odłożyłem go stosunkowo szybko jak na mnie. Lubiłem to, ale w tamtej chwili… Wszystko stało się niczym. Opanowała mnie pustka.
Kilka dni później odwiedzili mnie pozostali członkowie zespołu. Dostali się do mojego domu zupełnym przypadkiem, kiedy wychodziłem po niezbędny do funkcjonowania tytoń (jeśli nie ta, to może następna wreszcie da mi ukojenie…). Równie przypadkowo dowiedziałem się, że Aki spod moich skrzydeł wskoczył prosto w ramiona Mizukiego.

<< Poprzedni rozdział                                                                                                 Następny rozdział >>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz