sobota, 23 listopada 2013

[2/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

02.

- Resztę dnia wykorzystajcie proszę na zapoznanie się ze swoimi partnerami i ustalenie wspólnej wizji odnośnie przedstawienia projektów. Możecie się rozejść, nasi goście czekają w auli – powiedział nauczyciel, po czym jak oparzony wyszedłem z sali. Nie byłem oczywiście jedynym, robiącym projekt. Okazało się, że padło akurat na nasz rocznik. W tym roku, dotrzymując jakiejś absurdalnej tradycji, to my mieliśmy szykować coś akurat w ostatnim tygodniu szkoły. Co gorsza – oddanie projektu było czynnikiem, warunkującym przejście do kolejnej klasy. To było bez sensu. Miałem zawalić cały rok ze względu na idiotyczną „wiosenną faunę”? Co w ogóle oznaczał ten temat? I dlaczego akurat ja? Brali dwie osoby od nas na jedną ze szkoły w Koriyamie, ale akurat ja, mimo nazwiska na samym początku dziennika, zostałem sam z jednym z tych zarozumialców. To będzie naprawdę długi tydzień.
Poszedłem do auli, gdzie miało odbyć się pierwsze spotkanie w cztery oczy z moim „partnerem”. Miałem cichą nadzieję, że on też czuje się już zmęczony szkołą, odbębnimy to i wreszcie wyciągnę gitarę z futerału, usiądę gdzieś w plenerze i pogram.
Rozejrzałem się po sali. W oczy rzucił mi się od razu zarozumiały chłopak, którego dyrektor przedstawiał jako…Sama…nie, to był chyba Sakamoto. Zmarszczyłem brwi na sam jego widok, a spochmurniałem jeszcze bardziej, gdy zaczął się do mnie zbliżać z idiotycznym uśmieszkiem. Już mnie denerwował.
- Jestem Sakamoto Takashi, będziemy razem robili projekt, miło mi cię poznać – wypowiedział grzecznie oklepaną formułkę i się ukłonił. Też mi coś.
- Ja jestem Amano Shinji, mi również miło cię poznać – powiedziałem, odwzajemniając grzeczny gest. Oczywiście było to w pełni wymuszone.
- Mamy już wolne, prawda? Może wybralibyśmy się na kawę? – powiedział wciąż z tym swoim głupim uśmieszkiem i już miałem wymówić się w jakiś idiotyczny sposób, jak podlaniem kwiatków w pokoju – choć takowych nie posiadałem, ale skąd on mógł o tym wiedzieć? – Z tego, co słyszałem, mamy się „zintegrować”, a myślę, że w szkolnych murach, pod ciągłym nadzorem nauczycieli, będziemy się czuli nieswojo – kontynuował i wtedy, przysiągłbym, że widziałem błysk w jego oku. Nie podobał mi się coraz bardziej. Był zbyt grzeczny i za dobrze czytał w moich myślach. Tylko skąd mógł wiedzieć, że chciałem się stamtąd wynieść i to jak najprędzej?
- Dobrze, chodźmy – odpowiedziałem dość sztywno, trzymając należyty dystans. Tak będzie najlepiej – myślałem – utrzymam go na dystans i nie będzie mógł patrzeć na mnie z góry, jak na wszystkich. Był taki denerwujący! Tak samo jego krok, subtelne kołysanie bioder, nieznacznie ściągnięte brwi, charakterystyczne usta i przeszywające spojrzenie – wszystko to doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
Szliśmy w milczeniu, ale on wydawał się być tym wszystkim zupełnie nieskrępowany. Czym on był? Zatrzymał się pod szyldem Starbucks i wszedł do środka bez ostrzeżenia. Wpakowałem się za nim do lokalu i stanąłem przy barze. Wpatrywał się w menu. Z niebywałą satysfakcją stwierdziłem, że z profilu był tak samo szpetny i miał ogromny nos. To zdecydowanie była nienawiść od pierwszego wejrzenia.
Ja zamówiłem Cafe Mocha, a on waniliową Latte. Usiedliśmy przy małym, dwuosobowym stoliku, a zanim jeszcze zdążyłem wymyślić epitet pasujący do jego irytującej osoby i tej irracjonalnej sytuacji, zawołano nas po kawy. Wstałem chyba trochę zbyt gwałtownie, pod wpływem intensywnie czekoladowego spojrzenia i ruszyłem po nasze zamówienie (jakie nasze?). Wciąż czułem na sobie jego wzrok i aż przeszły mnie ciarki. Kiedy się odwróciłem, by pełen wściekłości z powodu tego nietaktownego peszenia, zrugać go samym spojrzeniem (a może zabić wzrokiem?), on patrzył w kompletnie innym kierunku. Przyglądał się jakimś dziewczątkom, które śmiały się, pijąc kawę i zerkając raz po raz w jego kierunku. Wtedy moja wściekłość sięgnęła zenitu. Cudem nie rozlewając naszego zamówienia ani nie kończąc na stole, który musiałem minąć po drodze, popędziłem do naszego stolika i postawiłem przed nim kawę, po czym usiadłem, z premedytacją zasłaniając mu widok na jego „obiekty”. Pewnie chciał je wykorzystać w jakiś niegodziwy sposób, więc poczułem się trochę niczym bohater. Pełen dumy zerknąłem na niego. Zainteresował się zawartością swojego kubka, więc i ja chwyciłem pojemnik za ucho i upiłem spory łyk. Sakamoto spojrzał na mnie i - co za niegodziwość - zaczął się bezczelnie śmiać.
- Powinieneś ustanawiać nowe krzyki mody – skomentował, najwidoczniej rozbawiony. Miałem ochotę chlusnąć mu tą kawą w tę jego „piękną” twarzyczkę, kiedy wycierałem spod nosa wąsy z bitej śmietany.
On pił kawę, początkowo wybierając piankę łyżeczką. Robił to w jakiś idiotycznie erotyczny sposób. On cały był erotyczny. I idiotyczny oczywiście. Usiadł wygodniej, wyraźnie się rozluźniając, rozpiął guziki przy rękawach śnieżnobiałej koszuli, by podciągnąć je do łokci. Wtedy dopiero zaczęliśmy rozmawiać.
- Ten temat jest bezsensowny – zacząłem, nie mogąc już wytrzymać tej krępującej ciszy, która stała się nie do wytrzymania po jego wybuchu śmiechu. Na początku zrobił wrażenie ułożonego, ale wtedy już widziałem, że w rzeczywistości jest ordynarny. Wyszło szydło z worka.
- Kompletnie bezsensowny - ciągnąłem dalej swój wywód, chcąc go sprowokować do refleksji.
- Nieważne jak bezsensowny by nie był, bez niego nie zdasz roku - powiedział chłodno. Wtedy pomyślałem, że może jednak był sztywniakiem?
- Chyba chciałeś powiedzieć "nie zdamy".
- Nie poprawiaj mnie, dobrze wiem, co chciałem powiedzieć - dokładnie widzialem, jak nieznacznie mrużył oczy. Widziałem to bardzo wyraźnie. Lekceważył mnie. Znowu! Jaki on był denerwujący. Przybrałem wyrazu twarzy człowieka znudzonego, zniechęconego i wręcz zażenowanego, ale on zdawał się tego nie zauważać.
- O co w tym w ogóle chodzi? - zapytałem spoglądając na niego i w tej jednej chwili wydał mi się tak cudowny, że aż zrobiło mi się przez chwilę głupio. Szybko zabiłem to irracjonalne, uczucie goryczy standardowym "jesteś tylko głupim snobem i poza formułkami z podręczników masz w głowie niewiele więcej niż laski powiększające sobie biust".
Ostentacyjnie przewrócił oczami (zupełnie tak, jakby chciał przez to powiedzieć "jesteś idiotą", a - co gorsza - właśnie tak się poczułem) i powiedział:
- Mamy przedstawić zwierzęta wiosną, więc zapewne trzeba przedstawić jakie zmiany zachodzą u przedstawicieli różnych gatunków...choć masz rację, to będzie nudne - okrążył wzrokiem wnętrze kawiarni i puścił oczko do dziewczyn za moimi plecami, po czym uśmiechnął się do nich po idealnie odmierzonych dwóch sekundach odwracając wzrok. Tym razem utkwił to okropne spojrzenie we mnie. Usłyszałem pisk za plecami i szepty podnieconych nastolatek. Wykrzywiłem twarz, wyrażając niezadowolenie ogłuszaniem mnie. To wszystko było jego winą!
- Masz dziewczynę, Amano? - zapytał bezczelnie. Wtedy wiedziałem, że zdecydowanie do grzecznych nie należy. To było nietaktowne. Czułem, jak na moje policzki wypływa nieznośne gorąco. Co go to obchodziło? Ja z nim miałem tylko robić jakiś idiotyczny projekt. Jednak nie mogłem dać się tak łatwo sprowokować.
- Nie za gorąco ci? - zapytał z tym swoim ohydnym, pobłażliwym uśmieszkiem, którym potrafił zdegradować rozmówcę do roli śmiecia. Właśnie dlatego nie mogłem wytrzymać przebywania z nim.
- Pewnie to ty na mnie negatywnie wpływasz - odburknąłem. Na jego twarzy przez chwilę zaigrało zaskoczenie. Wyczułem ciszę przed burzą i już miałem ochotę skulić się w sobie. Oczywiście nie mogłem, bo któż inny miałby się wykazać męskością w tym duecie, jak nie ja?
Uniósł do góry jedną brew przyglądając mi się uważnie.
- Jeśli rumienisz się przy kimś, kto wpływa na ciebie rzekomo "negatywnie", to jesteś naprawdę dziwny, tygrysie.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wypił swoją kawę, ale wiedziałem, że ja w całej swej wściekłości i frustracji, w tej właśnie chwili wyżłopałem całą do samego dna.
- Chodźmy lepiej na piwo - odezwał się - rozluźnisz się - rzucił ze znikomym uśmiechem, zostawiając banknot na stole i zbierając się do wyjścia. Wtedy coś się stało po raz pierwszy. Nie, żebym nie cierpiał go w mniejszym stopniu, ale po prostu nie byłem w stanie za nim nie iść. Oczywiście wstając uderzyłem się o stolik w kolano, jednocześnie powodując hałas i prawie zwalając brudne kubki ze stolika. Modliłem się w myślach, żeby jakimś cudem tego nie usłyszał. Oczywiście odwrócił się i spojrzał na mnie karcąco, jakby chciał powiedzieć "Ty jeszcze nie jesteś przy mnie?". Nie cierpiałem go coraz bardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz