02.
- Resztę dnia wykorzystajcie proszę
na zapoznanie się ze swoimi partnerami i ustalenie wspólnej wizji
odnośnie przedstawienia projektów. Możecie się rozejść, nasi goście
czekają w auli – powiedział nauczyciel, po czym jak oparzony wyszedłem z
sali. Nie byłem oczywiście jedynym, robiącym projekt. Okazało się, że
padło akurat na nasz rocznik. W tym roku, dotrzymując jakiejś
absurdalnej tradycji, to my mieliśmy szykować coś akurat w ostatnim
tygodniu szkoły. Co gorsza – oddanie projektu było czynnikiem,
warunkującym przejście do kolejnej klasy. To było bez sensu. Miałem
zawalić cały rok ze względu na idiotyczną „wiosenną faunę”? Co w ogóle
oznaczał ten temat? I dlaczego akurat ja? Brali dwie osoby od nas na
jedną ze szkoły w Koriyamie, ale akurat ja, mimo nazwiska na samym
początku dziennika, zostałem sam z jednym z tych zarozumialców. To
będzie naprawdę długi tydzień.
Poszedłem
do auli, gdzie miało odbyć się pierwsze spotkanie w cztery oczy z moim
„partnerem”. Miałem cichą nadzieję, że on też czuje się już zmęczony
szkołą, odbębnimy to i wreszcie wyciągnę gitarę z futerału, usiądę
gdzieś w plenerze i pogram.
Rozejrzałem
się po sali. W oczy rzucił mi się od razu zarozumiały chłopak, którego
dyrektor przedstawiał jako…Sama…nie, to był chyba Sakamoto. Zmarszczyłem
brwi na sam jego widok, a spochmurniałem jeszcze bardziej, gdy zaczął
się do mnie zbliżać z idiotycznym uśmieszkiem. Już mnie denerwował.
-
Jestem Sakamoto Takashi, będziemy razem robili projekt, miło mi cię
poznać – wypowiedział grzecznie oklepaną formułkę i się ukłonił. Też mi
coś.
- Ja jestem Amano Shinji, mi
również miło cię poznać – powiedziałem, odwzajemniając grzeczny gest.
Oczywiście było to w pełni wymuszone.
-
Mamy już wolne, prawda? Może wybralibyśmy się na kawę? – powiedział
wciąż z tym swoim głupim uśmieszkiem i już miałem wymówić się w jakiś
idiotyczny sposób, jak podlaniem kwiatków w pokoju – choć takowych nie
posiadałem, ale skąd on mógł o tym wiedzieć? – Z tego, co słyszałem,
mamy się „zintegrować”, a myślę, że w szkolnych murach, pod ciągłym
nadzorem nauczycieli, będziemy się czuli nieswojo – kontynuował i wtedy,
przysiągłbym, że widziałem błysk w jego oku. Nie podobał mi się coraz
bardziej. Był zbyt grzeczny i za dobrze czytał w moich myślach. Tylko
skąd mógł wiedzieć, że chciałem się stamtąd wynieść i to jak najprędzej?
-
Dobrze, chodźmy – odpowiedziałem dość sztywno, trzymając należyty
dystans. Tak będzie najlepiej – myślałem – utrzymam go na dystans i nie
będzie mógł patrzeć na mnie z góry, jak na wszystkich. Był taki
denerwujący! Tak samo jego krok, subtelne kołysanie bioder, nieznacznie
ściągnięte brwi, charakterystyczne usta i przeszywające spojrzenie –
wszystko to doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
Szliśmy
w milczeniu, ale on wydawał się być tym wszystkim zupełnie
nieskrępowany. Czym on był? Zatrzymał się pod szyldem Starbucks i wszedł
do środka bez ostrzeżenia. Wpakowałem się za nim do lokalu i stanąłem
przy barze. Wpatrywał się w menu. Z niebywałą satysfakcją stwierdziłem,
że z profilu był tak samo szpetny i miał ogromny nos. To zdecydowanie
była nienawiść od pierwszego wejrzenia.
Ja
zamówiłem Cafe Mocha, a on waniliową Latte. Usiedliśmy przy małym,
dwuosobowym stoliku, a zanim jeszcze zdążyłem wymyślić epitet pasujący
do jego irytującej osoby i tej irracjonalnej sytuacji, zawołano nas po
kawy. Wstałem chyba trochę zbyt gwałtownie, pod wpływem intensywnie
czekoladowego spojrzenia i ruszyłem po nasze zamówienie (jakie nasze?).
Wciąż czułem na sobie jego wzrok i aż przeszły mnie ciarki. Kiedy się
odwróciłem, by pełen wściekłości z powodu tego nietaktownego peszenia,
zrugać go samym spojrzeniem (a może zabić wzrokiem?), on patrzył w
kompletnie innym kierunku. Przyglądał się jakimś dziewczątkom, które
śmiały się, pijąc kawę i zerkając raz po raz w jego kierunku. Wtedy moja
wściekłość sięgnęła zenitu. Cudem nie rozlewając naszego zamówienia ani
nie kończąc na stole, który musiałem minąć po drodze, popędziłem do
naszego stolika i postawiłem przed nim kawę, po czym usiadłem, z
premedytacją zasłaniając mu widok na jego „obiekty”. Pewnie chciał je
wykorzystać w jakiś niegodziwy sposób, więc poczułem się trochę niczym
bohater. Pełen dumy zerknąłem na niego. Zainteresował się zawartością
swojego kubka, więc i ja chwyciłem pojemnik za ucho i upiłem spory łyk.
Sakamoto spojrzał na mnie i - co za niegodziwość - zaczął się bezczelnie
śmiać.
- Powinieneś ustanawiać nowe
krzyki mody – skomentował, najwidoczniej rozbawiony. Miałem ochotę
chlusnąć mu tą kawą w tę jego „piękną” twarzyczkę, kiedy wycierałem spod
nosa wąsy z bitej śmietany.
On pił
kawę, początkowo wybierając piankę łyżeczką. Robił to w jakiś
idiotycznie erotyczny sposób. On cały był erotyczny. I idiotyczny
oczywiście. Usiadł wygodniej, wyraźnie się rozluźniając, rozpiął guziki
przy rękawach śnieżnobiałej koszuli, by podciągnąć je do łokci. Wtedy
dopiero zaczęliśmy rozmawiać.
- Ten
temat jest bezsensowny – zacząłem, nie mogąc już wytrzymać tej
krępującej ciszy, która stała się nie do wytrzymania po jego wybuchu
śmiechu. Na początku zrobił wrażenie ułożonego, ale wtedy już widziałem,
że w rzeczywistości jest ordynarny. Wyszło szydło z worka.
- Kompletnie bezsensowny - ciągnąłem dalej swój wywód, chcąc go sprowokować do refleksji.
-
Nieważne jak bezsensowny by nie był, bez niego nie zdasz roku -
powiedział chłodno. Wtedy pomyślałem, że może jednak był sztywniakiem?
- Chyba chciałeś powiedzieć "nie zdamy".
-
Nie poprawiaj mnie, dobrze wiem, co chciałem powiedzieć - dokładnie
widzialem, jak nieznacznie mrużył oczy. Widziałem to bardzo wyraźnie.
Lekceważył mnie. Znowu! Jaki on był denerwujący. Przybrałem wyrazu
twarzy człowieka znudzonego, zniechęconego i wręcz zażenowanego, ale on
zdawał się tego nie zauważać.
- O co w tym w ogóle chodzi? -
zapytałem spoglądając na niego i w tej jednej chwili wydał mi się tak
cudowny, że aż zrobiło mi się przez chwilę głupio. Szybko zabiłem to
irracjonalne, uczucie goryczy standardowym "jesteś tylko głupim snobem i
poza formułkami z podręczników masz w głowie niewiele więcej niż laski
powiększające sobie biust".
Ostentacyjnie przewrócił oczami
(zupełnie tak, jakby chciał przez to powiedzieć "jesteś idiotą", a - co
gorsza - właśnie tak się poczułem) i powiedział:
- Mamy
przedstawić zwierzęta wiosną, więc zapewne trzeba przedstawić jakie
zmiany zachodzą u przedstawicieli różnych gatunków...choć masz rację, to
będzie nudne - okrążył wzrokiem wnętrze kawiarni i puścił oczko do
dziewczyn za moimi plecami, po czym uśmiechnął się do nich po idealnie
odmierzonych dwóch sekundach odwracając wzrok. Tym razem utkwił to
okropne spojrzenie we mnie. Usłyszałem pisk za plecami i szepty
podnieconych nastolatek. Wykrzywiłem twarz, wyrażając niezadowolenie
ogłuszaniem mnie. To wszystko było jego winą!
- Masz dziewczynę,
Amano? - zapytał bezczelnie. Wtedy wiedziałem, że zdecydowanie do
grzecznych nie należy. To było nietaktowne. Czułem, jak na moje policzki
wypływa nieznośne gorąco. Co go to obchodziło? Ja z nim miałem tylko
robić jakiś idiotyczny projekt. Jednak nie mogłem dać się tak łatwo
sprowokować.
- Nie za gorąco ci? - zapytał z tym swoim ohydnym,
pobłażliwym uśmieszkiem, którym potrafił zdegradować rozmówcę do roli
śmiecia. Właśnie dlatego nie mogłem wytrzymać przebywania z nim.
-
Pewnie to ty na mnie negatywnie wpływasz - odburknąłem. Na jego twarzy
przez chwilę zaigrało zaskoczenie. Wyczułem ciszę przed burzą i już
miałem ochotę skulić się w sobie. Oczywiście nie mogłem, bo któż inny
miałby się wykazać męskością w tym duecie, jak nie ja?
Uniósł do góry jedną brew przyglądając mi się uważnie.
- Jeśli rumienisz się przy kimś, kto wpływa na ciebie rzekomo "negatywnie", to jesteś naprawdę dziwny, tygrysie.
Nawet
nie zauważyłem, kiedy wypił swoją kawę, ale wiedziałem, że ja w całej
swej wściekłości i frustracji, w tej właśnie chwili wyżłopałem całą do
samego dna.
- Chodźmy lepiej na piwo - odezwał się - rozluźnisz
się - rzucił ze znikomym uśmiechem, zostawiając banknot na stole i
zbierając się do wyjścia. Wtedy coś się stało po raz pierwszy. Nie,
żebym nie cierpiał go w mniejszym stopniu, ale po prostu nie byłem w
stanie za nim nie iść. Oczywiście wstając uderzyłem się o stolik w
kolano, jednocześnie powodując hałas i prawie zwalając brudne kubki ze
stolika. Modliłem się w myślach, żeby jakimś cudem tego nie usłyszał.
Oczywiście odwrócił się i spojrzał na mnie karcąco, jakby chciał
powiedzieć "Ty jeszcze nie jesteś przy mnie?". Nie cierpiałem go coraz
bardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz