poniedziałek, 25 listopada 2013

[3/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

03.

Kiedy szliśmy niedaleko jednej z dość ruchliwych ulic, miałem ochotę wepchnąć go pod samochód i na samą myśl o czymś tak pozytywnym, od razu wróciły mi siły witalne. Uśmiechnąłem się, co on oczywiście od razu musiał wyłapać. Na moje szczęście zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, rozwrzeszczał się mój jakże archaiczny wtedy telefon.
Mama
- Shin-chan, wracaj już do domu, musisz mi pomóc - powiedział damski głos przez słuchawkę, po czym uraczył mnie przerywany sygnał. Westchnąłem z nutką irytacji. Nie lubiłem, kiedy tak po prostu się rozłączała, nie dając mi możliwości dyskusji. Może wiedziała, że zawsze znajdę jakiś argument, który przemówi w obronie mojego stanowiska? Tak czy siak, nasze "spotkanie integracyjne" trzeba było zakończyć.
- Muszę iść, potrzebują mnie - powiedziałem, przystając i patrząc na niego. Taki okropny...
- Miło było cię poznać. Czy będziesz w stanie odprowadzić mnie do hotelu Ibuki? - zapytał. Co za burżuazja. Hotel Ibuki nie był zwykłą placówką godną miana schroniska, tylko całkiem drogim lokalem. Jego rodzice musieli być nadziani.
- Nie ma sprawy, to niedaleko - powiedziałem z wymuszoną grzecznością i ruszyłem w jedną z bocznych uliczek. Kiedy poszedł za mną, przez chwilę miałem wrażenie, że czuję jego wzrok na swoich plecach. Przez idealnie odmierzone dwie sekundy. To wcale nie było przyjemne. Na szczęście szybko wyrównał krok i w drodze do hotelu ustaliliśmy godzinę kolejnego spotkania. Kolejnego dnia znowu miałem się z nim widzieć. To było takie denerwujące.
Kiedy doszliśmy do hotelu, staliśmy przez chwilę, ilustrując się wzrokiem. To było dziwne. Potem się pożegnaliśmy.
W drodze do domu uświadomiłem sobie, że zupełnie straciłem rachubę w liczeniu czasu. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiła się dwunasta trzydzieści. Przystanąłem o wyjąłem z plecaka paczkę papierosów. Wyjąłem jednego i wsadziłem do ust. Zapaliłem i zaciągnąłem się tak mocno, że aż poczułem gryzący dym w płucach. Wypuściłem z ust białą chmurkę dymu, zarzuciłem plecak na ramię i poszedłem przed siebie. Było mi zdecydowanie lepiej. Jeszcze trochę i wszystkie moje problemy ustaną na całe dwa miesiące - właśnie tak wtedy myślałem. Później rozważałem, czego może ode mnie chcieć rodzicielka. Może problemy z bratem? Nieczęsto zwoływała mnie do domu. Z drugiej strony przecież wiedziała, że nie potrafię do niego dotrzeć. Był młodszy, ale zupełnie mnie nie respektował. Specjalnie mnie to nie raziło, miałem swoje życie i nigdy nie miałem siebie za przykładnego "starszego brata".
Wszedłem do domu i zamknąłem za sobą drzwi. Zdjąłem buty i wiedziony hałasem, ruszyłem w stronę kuchni.
- Shin-chan?
- Tak, mamo? - wszedłem do kuchni, rozświetlanej przez wiosenne słońce. Mama siedziała przy stoliku i dopijała poranną kawę.
- Babcia znowu jest w szpitalu - powiedziała z westchnieniem. Wiedziała, że staruszka dogorywa.
- Taka jest kolej rzeczy - stwierdziłem chłodno.
- Odwiedzimy ją, szykuj się. Ubierz coś ładnego - kontynuowała zupełnie, jakby nie słyszała moich poprzednich słów. Przewróciłem tylko oczami i poszedłem do siebie. To było bez sensu.
Wyciągnąłem starego Ibaneza z kąta i usiadłem na łóżku, opierając sprzęt na jednej nodze. Początkowo chciałem grać na basie, ale nie miałem pieniędzy na instrument. Pewnie ten cały Sakamoto nie miałby z tym problemu, jego rodzice na pewno należeli do "lepiej zarabiających".
Kiedy sięgnąłem do kieszeni spodni, by wyciągnąć z niej kostkę, o dziwo wydobyłem małą białą karteczkę w kratkę - taką z zeszytu. Była idealnie równo przycięta i spoczywały na niej równe znaki. Dokładnie dziewięć cyfr. Zmarszczyłem brwi. Nie brałem od nikogo żadnej kartki. Położyłem ją gdzieś obok i zacząłem stroić gitarę. Nie mogłem się skupić i dostroić A. Ciągle była jak nie za nisko,to za wysoko... a może wciąż za nisko? Zdenerwowałem się i odłożyłem Ibaneza na łóżko. Sięgnąłem po karteczkę z numerem. Wtedy coś mi zaświtało w głowie. Przecież mógł ją włożyć Sakamoto... Właściwie to mógł być tylko on. Zawsze mogłem wykorzystać swoją innowacyjną Motorolę StarTAC, posiadającą klapkę, czarno-biały wyświetlacz i opcję wibracji przy okazji każdego połączenia. Chwyciłem moje małe osiemdziesiąt osiem gram szczęścia i wystukałem numer, który widniał na kartce. Przyłożyłem słuchawkę do ucha i czekałem przez chwilę, po czym... usłyszałem komunikat o braku środków na koncie. Przygryzłem wargę i wydostałem oszczędności na komplet strun, po czym wyszedłem z domu, mijając mamę, siedzącą wciąż w tej samej pozycji, przy tym samym kuchennym stole. Pewnie nawet nie zauważyła, jak opuściłem próg domu.
Pędem puściłem się w stronę pobliskiego sklepu, w którym (o dziwo) można było dokupić doładowanie do telefonu. Kupiłem (dziewczyna w sklepie jak zwykle lustrowała mnie wzrokiem), wybiegłem i ruszyłem do domu. Zmachałem się tym szaleńczym tempem tak, że przed domem musiałem przystanąć i uspokoić oddech. Wdech - wydech. Wdech - wydech. Wszedłem.
- Shinji? - usłyszałem głos mamy.
- Tak? - zacisnąłem doładowanie w ręce i schowałem je do kieszeni, idąc w stronę kuchni.
- Opuściłeś dziś zajęcia klubu?
- Przecież kazałaś mi przyjść - zmarszczyłem brwi.
- Faktycznie - westchnęła.
Wróciłem do siebie. Z mamą nie było najlepiej, ale wiedziałem, że niczego nie zrobię. Intrygował mnie numer, zapisany równymi znakami na karteczce. Czy chłopak potrafił tak równo pisać? Przyłożyłem słuchawkę do ucha. Niedługo później znów nastąpiła chwila, kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo go nie cierpię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz