03.
Kiedy szliśmy
niedaleko jednej z dość ruchliwych ulic, miałem ochotę wepchnąć go pod
samochód i na samą myśl o czymś tak pozytywnym, od razu wróciły mi siły
witalne. Uśmiechnąłem się, co on oczywiście od razu musiał wyłapać. Na
moje szczęście zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, rozwrzeszczał się mój
jakże archaiczny wtedy telefon.
Mama
- Shin-chan,
wracaj już do domu, musisz mi pomóc - powiedział damski głos przez
słuchawkę, po czym uraczył mnie przerywany sygnał. Westchnąłem z nutką
irytacji. Nie lubiłem, kiedy tak po prostu się rozłączała, nie dając mi
możliwości dyskusji. Może wiedziała, że zawsze znajdę jakiś argument,
który przemówi w obronie mojego stanowiska? Tak czy siak, nasze
"spotkanie integracyjne" trzeba było zakończyć.
- Muszę iść, potrzebują mnie - powiedziałem, przystając i patrząc na niego. Taki okropny...
-
Miło było cię poznać. Czy będziesz w stanie odprowadzić mnie do hotelu
Ibuki? - zapytał. Co za burżuazja. Hotel Ibuki nie był zwykłą placówką
godną miana schroniska, tylko całkiem drogim lokalem. Jego rodzice
musieli być nadziani.
- Nie ma sprawy, to niedaleko - powiedziałem
z wymuszoną grzecznością i ruszyłem w jedną z bocznych uliczek. Kiedy
poszedł za mną, przez chwilę miałem wrażenie, że czuję jego wzrok na
swoich plecach. Przez idealnie odmierzone dwie sekundy. To wcale nie
było przyjemne. Na szczęście szybko wyrównał krok i w drodze do hotelu
ustaliliśmy godzinę kolejnego spotkania. Kolejnego dnia znowu miałem się
z nim widzieć. To było takie denerwujące.
Kiedy doszliśmy do hotelu, staliśmy przez chwilę, ilustrując się wzrokiem. To było dziwne. Potem się pożegnaliśmy.
W
drodze do domu uświadomiłem sobie, że zupełnie straciłem rachubę w
liczeniu czasu. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiła się dwunasta
trzydzieści. Przystanąłem o wyjąłem z plecaka paczkę papierosów. Wyjąłem
jednego i wsadziłem do ust. Zapaliłem i zaciągnąłem się tak mocno, że
aż poczułem gryzący dym w płucach. Wypuściłem z ust białą chmurkę dymu,
zarzuciłem plecak na ramię i poszedłem przed siebie. Było mi
zdecydowanie lepiej. Jeszcze trochę i wszystkie moje problemy ustaną na
całe dwa miesiące - właśnie tak wtedy myślałem. Później rozważałem,
czego może ode mnie chcieć rodzicielka. Może problemy z bratem?
Nieczęsto zwoływała mnie do domu. Z drugiej strony przecież wiedziała,
że nie potrafię do niego dotrzeć. Był młodszy, ale zupełnie mnie nie
respektował. Specjalnie mnie to nie raziło, miałem swoje życie i nigdy
nie miałem siebie za przykładnego "starszego brata".
Wszedłem do domu i zamknąłem za sobą drzwi. Zdjąłem buty i wiedziony hałasem, ruszyłem w stronę kuchni.
- Shin-chan?
- Tak, mamo? - wszedłem do kuchni, rozświetlanej przez wiosenne słońce. Mama siedziała przy stoliku i dopijała poranną kawę.
- Babcia znowu jest w szpitalu - powiedziała z westchnieniem. Wiedziała, że staruszka dogorywa.
- Taka jest kolej rzeczy - stwierdziłem chłodno.
-
Odwiedzimy ją, szykuj się. Ubierz coś ładnego - kontynuowała zupełnie,
jakby nie słyszała moich poprzednich słów. Przewróciłem tylko oczami i
poszedłem do siebie. To było bez sensu.
Wyciągnąłem starego
Ibaneza z kąta i usiadłem na łóżku, opierając sprzęt na jednej nodze.
Początkowo chciałem grać na basie, ale nie miałem pieniędzy na
instrument. Pewnie ten cały Sakamoto nie miałby z tym problemu, jego
rodzice na pewno należeli do "lepiej zarabiających".
Kiedy
sięgnąłem do kieszeni spodni, by wyciągnąć z niej kostkę, o dziwo
wydobyłem małą białą karteczkę w kratkę - taką z zeszytu. Była idealnie
równo przycięta i spoczywały na niej równe znaki. Dokładnie dziewięć
cyfr. Zmarszczyłem brwi. Nie brałem od nikogo żadnej kartki. Położyłem
ją gdzieś obok i zacząłem stroić gitarę. Nie mogłem się skupić i
dostroić A. Ciągle była jak nie za nisko,to za wysoko... a może wciąż za
nisko? Zdenerwowałem się i odłożyłem Ibaneza na łóżko. Sięgnąłem po
karteczkę z numerem. Wtedy coś mi zaświtało w głowie. Przecież mógł ją
włożyć Sakamoto... Właściwie to mógł być tylko on. Zawsze mogłem
wykorzystać swoją innowacyjną Motorolę StarTAC, posiadającą klapkę, czarno-biały wyświetlacz i opcję wibracji przy okazji każdego połączenia.
Chwyciłem moje małe osiemdziesiąt osiem gram szczęścia i wystukałem
numer, który widniał na kartce. Przyłożyłem słuchawkę do ucha i czekałem
przez chwilę, po czym... usłyszałem komunikat o braku środków na
koncie. Przygryzłem wargę i wydostałem oszczędności na komplet strun, po
czym wyszedłem z domu, mijając mamę, siedzącą wciąż w tej samej
pozycji, przy tym samym kuchennym stole. Pewnie nawet nie zauważyła, jak
opuściłem próg domu.
Pędem puściłem się w stronę pobliskiego
sklepu, w którym (o dziwo) można było dokupić doładowanie do telefonu.
Kupiłem (dziewczyna w sklepie jak zwykle lustrowała mnie wzrokiem),
wybiegłem i ruszyłem do domu. Zmachałem się tym szaleńczym tempem tak,
że przed domem musiałem przystanąć i uspokoić oddech. Wdech - wydech.
Wdech - wydech. Wszedłem.
- Shinji? - usłyszałem głos mamy.
- Tak? - zacisnąłem doładowanie w ręce i schowałem je do kieszeni, idąc w stronę kuchni.
- Opuściłeś dziś zajęcia klubu?
- Przecież kazałaś mi przyjść - zmarszczyłem brwi.
- Faktycznie - westchnęła.
Wróciłem
do siebie. Z mamą nie było najlepiej, ale wiedziałem, że niczego nie
zrobię. Intrygował mnie numer, zapisany równymi znakami na karteczce.
Czy chłopak potrafił tak równo pisać? Przyłożyłem słuchawkę do ucha.
Niedługo później znów nastąpiła chwila, kiedy uświadomiłem sobie, jak
bardzo go nie cierpię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz