poniedziałek, 25 marca 2013

[one shot] "Różana chwila" Hazuki(lynch.)xAki(Sadie)

Od autora: Pisane z punktu widzenia Hazukiego.

Kolejny rok.
Stoję w pustym pokoju, spowitym mrokiem. Żaluzje w oknach są zasłonięte. Siedzę na kanapie, obok mnie jest mały stoliczek, a przede mną telewizor. Pomieszczenie nie jest zbyt wielkie, zaś dalej łączy się z kuchnią, acz…czy to ważne?
Sięgam na oślep w kierunku stolika. Pod moimi palcami pojawia się śliski materiał, zaciskam na nim dłoń i zabieram. Dotykam go też drugą dłonią. Badam fakturę. Przed oczami mam karmazynowy kolor…
Zaledwie dwanaście miesięcy temu wszedł do tego pokoju trochę za wcześnie. Wciąż pamiętam iskierkę rozbawienia, która rozbłysła w jego oczach, odbijając się na poruszonych lekko kącikach ust, gdy zobaczył mnie zupełnie nagiego, zaplątanego w czerwoną wstążkę. Wpadłem na genialny pomysł, żeby na urodziny podarować mu siebie.
Na mojej twarzy pojawia się gorzki uśmiech.
Nie ma go. Zniknął. Nieważne, ile razy otwierałbym oczy i przecierał je, chcąc zbudzić się z najgorszego koszmaru, jaki mógł mi się przytrafić, przede mną zawsze widniałaby pustka.
Puszczam śliski materiał karmazynowej wstążki, która osuwa się w dół i spada w nicość.
Moje palce znów wyciągają się w kierunku stolika. Tym razem muszą podążyć dalej, by poczuć ukłucie bólu. Odruchowo odsuwam rękę, by po chwili znów ostrożnie chwycić nią gładką gałązkę pomiędzy kolcami. Przysuwam kwiat do swojej twarzy i topię nos w płatkach, przez chwilę otumaniony zapachem. Nie jestem w stanie opisać go słowami, jest zbyt niezwykły. Mógłbym go jedynie porównać do niego i miejsca w moim życiu, które zajął.
Czuję nieprzyjemne ukłucie żalu gdzieś w duchowym wnętrzu. Tchnięty nagłym kaprysem, odrywam jeden z palców, spoczywających na bezpiecznej łodydze i dotykam kolca stwardniałym opuszkiem. Początkowo delikatnie, później coraz mocniej, aż kolec przebija się przez warstwę naskórka, zostawiając w palcu niewielką dziurkę.
Właściwie po co?
Chwytam znów łagodną część kwiatu i upuszczam go, a on spada w nicość.
Wyciągam znów dłoń, jeszcze dalej, niż poprzednio. Zaciskam palce na metalowej rączce. Przyciągam go do siebie. Czuję chłód metalu na skroni…
Żegnaj.
…i pogrążam się w nicości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz