Od autora: Pisane z punktu widzenia Hazukiego.
Kolejny rok.
Stoję w pustym pokoju, spowitym mrokiem. Żaluzje w oknach są
zasłonięte. Siedzę na kanapie, obok mnie jest mały stoliczek, a przede mną
telewizor. Pomieszczenie nie jest zbyt wielkie, zaś dalej łączy się z kuchnią,
acz…czy to ważne?
Sięgam na oślep w kierunku stolika. Pod moimi palcami
pojawia się śliski materiał, zaciskam na nim dłoń i zabieram. Dotykam go też
drugą dłonią. Badam fakturę. Przed oczami mam karmazynowy kolor…
Zaledwie dwanaście miesięcy temu wszedł do tego pokoju
trochę za wcześnie. Wciąż pamiętam iskierkę rozbawienia, która rozbłysła w jego
oczach, odbijając się na poruszonych lekko kącikach ust, gdy zobaczył mnie
zupełnie nagiego, zaplątanego w czerwoną wstążkę. Wpadłem na genialny pomysł,
żeby na urodziny podarować mu siebie.
Na mojej twarzy pojawia się gorzki uśmiech.
Nie ma go. Zniknął. Nieważne, ile razy otwierałbym oczy i
przecierał je, chcąc zbudzić się z najgorszego koszmaru, jaki mógł mi się
przytrafić, przede mną zawsze widniałaby pustka.
Puszczam śliski materiał karmazynowej wstążki, która osuwa
się w dół i spada w nicość.
Moje palce znów wyciągają się w kierunku stolika. Tym razem
muszą podążyć dalej, by poczuć ukłucie bólu. Odruchowo odsuwam rękę, by po
chwili znów ostrożnie chwycić nią gładką gałązkę pomiędzy kolcami. Przysuwam
kwiat do swojej twarzy i topię nos w płatkach, przez chwilę otumaniony
zapachem. Nie jestem w stanie opisać go słowami, jest zbyt niezwykły. Mógłbym
go jedynie porównać do niego i miejsca w moim życiu, które zajął.
Czuję nieprzyjemne ukłucie żalu gdzieś w duchowym wnętrzu.
Tchnięty nagłym kaprysem, odrywam jeden z palców, spoczywających na bezpiecznej
łodydze i dotykam kolca stwardniałym opuszkiem. Początkowo delikatnie, później
coraz mocniej, aż kolec przebija się przez warstwę naskórka, zostawiając w
palcu niewielką dziurkę.
Właściwie po co?
Chwytam znów łagodną część kwiatu i upuszczam go, a on spada
w nicość.
Wyciągam znów dłoń, jeszcze dalej, niż poprzednio. Zaciskam
palce na metalowej rączce. Przyciągam go do siebie. Czuję chłód metalu na skroni…
Żegnaj.
…i pogrążam się w nicości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz