2.
Przez chwilę wpatrywałem
się w drzwi, oniemiały, by wstać, pozbierać rzeczy, wrzucić je do prania i
podążyć do łazienki. Łóżko zostawiłem w „porannym nieładzie”, by móc jeszcze
raz spojrzeć na miejsce, w którym spoczywała jego sylwetka.
Wszedłem pod prysznic i
umyłem się, dokonując codziennego rytuału. Ubrałem bokserki i podszedłem do
lodówki. Ujrzałem parę plasterków sera, szynki, jakiś ser topiony, ketchup,
kiełbasę i ogórka, ale doszedłem do wniosku, że nawet nie czuję głodu, a wręcz
przeciwnie, więc zamknąłem ją i poszedłem ubrać się do końca.
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu.
Godzina: 10:52
Ilość nieodebranych połączeń: 14
Znowu?
- „Przecież próba miała
być o…o cholera ósmej.”
Nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że powiedziałem Kyo, iż jak tym razem się
spóźni, to mu nogi z du…nieważne. Chwyciłem telefon, pospiesznie spakowałem
gitarę i wyszedłem z domu. Gdy zszedłem po schodach z dziewiątego piętra,
przypomniałem sobie, że nie zamknąłem drzwi na klucz.
Gdy spojrzałem na zegarek
w samochodzie, ukazała mi się godzina 11:28. Natomiast połączenia nieodebrane w
jakiś magiczny sposób zwiększyły się do 32.
Gdy w
końcu dotarłem na próbę, omal nie rozjeżdżając jakiegoś kota, musiałem zapalić.
Paliłem. Pierwszy. Drugi. Trzeci. Myśl, błąkająca się po moim umyśle, że
wypadałoby tam w końcu pójść. Czwarty i...okazało się, że opróżniłem z ostatków
swoją jedyną paczkę. Ten moment los wybrał na przywoływanie w mojej głowie
twarzy, której wcale nie miałem ochoty widzieć i głosu. Później tylko
wspomnienia ostatniej nocy. W tamtej chwili drzwi się otworzyły, a z
pomieszczenia wyszedł Kyo z fajką w ustach. Zmierzył mnie groźnym spojrzeniem i
odpalił, trzymany w ustach zwitek tytoniu. Odwrócił wzrok i palił w ciszy. Był
dziwny. Jak nie on.
Wszedłem
do budynku, rzucając tylko:
- Za
dwie minuty widzę cię w środku.
Prychnął.
- A
lider-sama może się kurwa spóźniać?
Zatrzymałem
się wpół kroku i odwróciłem w jego stronę.
- Kyo...
- Nie
kurwa Kyo! Po chuja się z nim bzykałeś?! Wiedziałeś jak to się skończy!
Wciągnąłem
powietrze z głośnym świstem. Nie wiedziałem, że rozniesie się tak szybko. Nawet
nie odpowiedziałem, po prostu wszedłem
do sali prób. Shinya pogrążony był we własnym świecie, Die w widoku za oknem, a
Toshiya spojrzał na mnie współczująco, gdy tylko wszedłem. Die odwrócił wzrok
chwilę później, a zaraz po tym padło pytanie:
-
Jesteśmy już wolni lider-sama?
Nie
cierpiałem, gdy był taki. Wiedziałem, że wciąż miał do mnie żal.
- Nie.
Mam nowe nuty, przegramy zaraz a vista.
Otworzyłem
kieszeń w pokrowcu od gitary, ale okazało się, że jest pusta. Westchnąłem
głośno.
- Gdzie
te nuty? - zapytał Toshiya.
- Idźcie
już.
Wtedy
wszedł Kyo i zaczął zbierać swoje rzeczy, a Die podszedł do Shinyi, powiedział
coś i po chwili wybuchnął śmiechem, widząc jego zdezorientowaną minę.
Do
krainy fantazji przedostałem się dopiero po powrocie do domu, gdy w mojej dłoni
pojawiło się płynne zbawienie o złotawym zabarwieniu w przezroczystym kuflu.
Odetchnąłem głęboko i pociągnąłem pierwszy łyk, gdy usłyszałem dzwonek do
drzwi. Odłożyłem kufel na podłodze obok fotela i wstałem. Z gracją
niedźwiedzia, wstającego po zimowym śnie, podszedłem do drzwi i szarpnąłem
nimi.
- Czego?
- warknąłem, gdy... Moim oczom ukazała się dobrze znana mi sylwetka, a osobnik
rzucił się na moją szyję i przyssał do ust. Objąłem go ciasno w pasie i
wciągnąłem do pomieszczenia. Do dziś nie wiem, jakim cudem doszliśmy do kanapy,
po drodze przewracając tylko kufel z piwem. Dopiero, gdy byliśmy tuż przy niej,
oderwaliśmy się od siebie. Zabrakło nam tchu, bo dyszeliśmy cicho, wciąż z
ustami blisko drugich - w gotowości, by znów je złapać.
- To co
wczoraj? - mruknąłem, a on tylko uśmiechnął się i popchnął mnie na kanapę, po
czym zawisł nad moimi wargami. Objąłem go ciasno ramionami.
- Wypijesz
coś?
-
Chętnie, Kaoru-kun. - uśmiechnął się.
Nagi
poszedłem do kuchni.
-
Martini... Resztka sake... Piwo! - ucieszyłem się, idąc w stronę kanapy i przy
okazji wdeptując w jakąś ciecz... Przekląłem pod nosem, zły kopiąc szklankę,
która doleciała do najbliższej ściany i uderzyła w nią, zatrzymując się.
Tsurugi uśmiechnął się do mnie, gdy wręczałem mu jedną z butelek, przy okazji
kontemplując wzrokiem jego piękne, nagie ciało. Usiadłem obok, obejmując go
jedną ręką.
- To
faktycznie działa, Kaoru-kun... - posmutniał.
Objąłem
go pewniej, a on wtulił się. Po chwili siedział na moich udach, wtulony w moje
ciało. Milczeliśmy zgodnie, gdy on zaczął dłonią drażnić najwrażliwszą część
mojego ciała.
- Zróbmy
to jeszcze raz, Kaoru-kun - wyszeptał wprost do mojego ucha, a ja czułem jego
gorący oddech, owiewający moją szyję. Kątem oka dojrzałem też niebezpieczny
uśmieszek, czający się w kącikach jego ust, ale byłem już stracony. Moje dłonie
same rozbierały go i błądziły po bladym ciele. Unikatowy zapach jego skóry
doprowadzał moje zmysły do szaleństwa, a muskanie jej ustami – krew do wrzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz