07.
- Kaoru…Mao…Kaoru…Mao… –
słyszałem czyjś przytłumiony głos. Niewyraźne słowa dochodziły do mnie. Barwa
zdecydowanie była znajoma. Tsurugi?
Każde słowo zdawało się być wypowiedziane przez kogoś, kto znajdował się coraz
bliżej i bliżej… Moje imię jako ostatnie zostało wyszeptane wprost do mojego
ucha, gdy obudziłem się, otwierając szeroko oczy i biorąc głęboki haust
powietrza do płuc. Ken siedział na brzegu łóżka, w dłoni miał telefon i coś na
nim najwidoczniej pisał.
- Tsu?
Odwrócił się przodem do
mnie i uśmiechnął dość nikle.
- Tak? – zapytał.
- I jak?
- Napisał – powiedział
już ciszej, a jakikolwiek cień uśmiechu zniknął z jego twarzy. Odłożył telefon
i przysunął się do mnie. – Nie wiem, co mam robić, Kaoru.
Najlepiej daj mi wrzucić go do studni za wszystkie
wypłakane przez ciebie łzy z powodu jego iście dupnych zachcianek.
Westchnąłem, gryząc się w
język, by nie wypowiedzieć żadnej ze zgryźliwych myśli.
- Co czujesz? – zapytałem za to bezpiecznie.
- Nie wiem – odparł
cicho.
Wtedy poczułem, że nagle
coś we mnie pękło.
- A czujesz coś do mnie?
Po co ja w ogóle się na cokolwiek silę, skoro nigdy nie usłyszałem od ciebie,
że chcesz ze mną być, tylko ciągle o Mao! Zasrany Masao niech się pieprzy z kim
chce! Zdradził cię po raz kolejny, znowu chcesz mu zaufać?!
Spojrzał na mnie zaskoczony. Nie dziwię mu się, rzadko kiedy puszczają mi nerwy
na tyle, bym mówił, co mi ślina na język przyniesie. Żeby przerwać krępującą
ciszę, przyciągnąłem go do siebie i pocałowałem. Na początku zdawał się być
niepewny, lecz później się ośmielił.
Kochaliśmy się.
Zdyszany z uśmiechem na
ustach, wsparty na moim torsie przeczesywał kosmyki włosów, należących do mnie.
- Wiesz Kaokao… - zaczął
jakby od niechcenia, wciąż bawiąc się zniszczonym owłosieniem na mojej głowie.
- Słucham cię.
- Kocham cię – wyszeptał.
– Tak naprawdę zakochałem się w tobie od naszego pierwszego spotkania, wiesz?
Zamurowało mnie.
- Mao…dopiero teraz
zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę kochałem ciebie. Dziękuję, że byłeś i
jesteś przez cały ten czas.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc tylko przytuliłem go do siebie pewnie. W
tamtej chwili czułem się, jak pan wszechświata. Uśmiech sam z siebie zagościł
na mojej twarzy.
- Mamy dziś próbę – zaczął – więc powiem mu, jak to wygląda i wrócę do ciebie
wieczorem, dobrze?
To wszystko było tak
piękne, że aż wydawało mi się zupełnie nierealne, niczym sen.
- Dobrze – przytaknąłem.
Pocałował mnie jeszcze przelotnie w usta i poszedł się szykować. Zrobił to dość
sprawnie i wyszedł z domu. Chciałem go podwieźć, ale mówił, że sam chętnie się
przejedzie.
Siedziałem więc sam w
domu. Zdążyłem pójść po zakupy i wziąć się za sprzątanie, gdy otrzymałem
wiadomość od Kyo:
Wciąż jestem kurwa w szpitalu, mówią, że mnie nie
wypuszczą przynajmniej przez następne jebane dwa tygodnie.
Westchnąłem lekko
podirytowany, ale po chwili w mojej głowie pojawiła się wizja kolejnych dwóch
tygodni spędzonych z Tsurugim. Zapowiadało się naprawdę ciekawie. Tym bardziej,
że z tego, co mówił za kilka dni mają tygodniowe wolne.
Roześmiałem się. Jeszcze
rok temu w życiu coś takiego nie przyszłoby mi do głowy, że przerwa w pracy
może być pozytywna, oczywiście poza ewentualnymi wakacjami czy wieczornym
piwem, którego również dawno nie piłem. Zmieniłem się.
Zrobiłem sobie przerwę w
sprzątaniu, żeby wypić kawę, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Zerknąwszy na
zegarek, uznałem, że Ken musiał wcześniej skończyć próbę. Otworzyłem drzwi. Ku
mojemu zdziwieniu wcale nie stał w nich Tsurugi.
Zmarszczyłem brwi. Czego chciał ode mnie Mizuki?
- Coś się stało? –
zapytałem.
- Nie, chciałem tylko
wejść i powiedzieć ci o czymś – mówił niby zwyczajnie, ale coś było
zdecydowanie nie tak.
Mimo to, jak na gospodarza przystało wpuściłem go do środka i wskazałem drogę
do salonu, w którym stała kanapa. Usadowił się na jednym jej końcu, a ja na
drugim.
- Zatem o czym chciałeś
mi powiedzieć?
- O czymś baardzo ważnym
– uśmiechnął się do mnie po swojemu, przybliżył i położył dłoń na moim kolanie,
którą próbowałem strącić i odsunąć się od niego, lecz on zbliżał się coraz
bardziej, nachalniej, nieprzerwanie próbując umiejscowić rękę w tym samym
miejscu. Nagle mnie pocałował, nawet nie zauważyłem, kiedy zdołał na tyle
zmniejszyć dzielący nas dystans. Wtedy usłyszałem aż za dobrze znany sobie
głos.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz