Od
autora: Dzień dobry. Przed Wami kolejna część "Give me a
sign", myślę że przedostatnia będą
jeszcze dwie, chyba że wyrazicie chęć, abym dodała jedną mega
notkę z połączonymi rozdziałami.
Zapraszam~
Zapraszam~
*
-
Wszystko świetnie, tylko Starbucks'ów w samym Tokyo jest 283 -
powiedział Toshiya.
-
To żaden problem - odparłem. - Z Takashim chodziliśmy tylko do
jednego.
Spojrzałem
na Toshiyę. Zacząłem się śmiać. Przed oczami miałem wszystkie
te dni spędzone u Die'a i Kaoru, później próbę powrotu i pobyt w
czterech ścianach Toshiyi. Nie chciało mi się wierzyć, że to już
koniec, choć tęskniłem za Takashim, jak cholera. Nie mogłem
uwierzyć, że położymy się na naszym wspólnym łóżku, że
będziemy się kochać, a ze snu wybudzi mnie zapach jego porannego
papierosa. Drżącą dłonią powędrowałem do kieszeni spodni i
wyjąłem z niej paczkę papierosów. Równie rozedrganymi rękami
wsadziłem rulonik między wargi i zapaliłem. Pianissimo
Peche brzmiało prawie jak Sakamoto Takashi.
Westchnąłem. Dopiero po chwili ujrzałem parę wpatrzonych we mnie
oczu i skonsternowanego Toshiyę.
-
Wiesz już, jaki był twój błąd? - zapytał Toshiya.
-
Nie trzymałem go krótko? Przestałem dbać o atrakcyjność?
Basista
pokręcił głową z uśmiechem.
-
Musicie pogadać - odparł.
Kiedy
wypaliłem do końca papierosa, zalegliśmy przed telewizorem,
oglądając jakieś głupie programy i komentując je. Popijaliśmy
przy tym oczywiście piwo i śmialiśmy się do rozpuku. Później
przenieśliśmy się na konsolę. Prawie jak mojego pierwszego dnia
tutaj. Wieczorem wpadli Kaoru i Die. Jak stwierdzili, przyszli
"zobaczyć, jak sobie radzimy". Gdy Toshiya z Kaoru zabrali
się za browary, my z Die'm wyszliśmy zapalić. Na dworze było
pochmurno, z nieba lekko siąpił deszcz, choć w każdej chwili
mogło lunąć. Zarzuciliśmy na głowy kaptury i ruszyliśmy przed
siebie.
-
Błagam - zaczął Die, patrząc na mnie jak szczeniaczek. Rozbawiło
mnie to. - tylko mi nie mów, że zrobiłeś przy nim coś głupiego.
-
Poza przeleceniem przypadkowego gościa w klubie, to nie.
Papieros
wypadł Die'owi spomiędzy warg. Zatrzymał się, patrząc jak
postępuję kilka kroków do przodu i obracam się do niego. Wlepiał
we mnie oczy z rozdziawionymi ustami.
-
Żartujesz, prawda? - powiedział.
-
Nie, nie żartuję - odparłem, przewracając oczami. - Zostawiłem
go, jestem wolny.
-
Ale... Chyba wy razem nie...
-
Chodźmy dalej, Die - puściłem mu oczko, a on tylko odchrząknął,
westchnął głęboko i zrównał ze mną kroku. Ruszyliśmy naprzód.
-
Widzę, że wciąż je palisz - odparł Daisuke, wskazując ruchem
głowy na paczkę wystającą z mojej kieszeni.
-
Tak, Pianissimo. To trochę ironiczne, bo z tymi
wszystkimi targającymi mną emocjami powinienem być raczej
fortissimo.
-
Przeciwieństwa się dopełniają - rzucił sentencjonalnie, po czym
zaczęliśmy się śmiać.
-
Naprawdę wciąż wierzysz w takie bzdury? - zapytałem, ocierając
gorzkie łzy spod oczu.
-
Nie, już nie - odpowiedział, zerkając za siebie w okno domu
Toshiyi, jakby spodziewał się wyglądającego z okna Kaoru.
Uśmiechał się.
-
Nadal próbujecie swoich sił w eksperymentowaniu z nowymi
doznaniami? - rzuciłem sugestywnie. Jestem pewien, że gdyby Die pił
teraz kawę, oplułby się nią. Parsknąłem śmiechem.
-
Za to, co dla ciebie zrobiliśmy, powinieneś nas całować po
rękach! - powiedział, po czym zacisnął usta w wąską szparkę.
-
Nie martw się, tylko żartuję.
-
Zmieniłeś się, Shinji.
Uraczyłem
go spojrzeniem pełnym szczerego zaskoczenia.
-
Zmieniłem? - zapytałem inteligentnie.
-
Tak, zmieniłeś. Kiedy do nas przyszedłeś, byłeś na skraju
załamania, a teraz się śmiejesz. Jednak seks swoje robi. - puścił
do mnie oczko, a ja nie wiedziałem, gdzie podziać wzrok.
-
Chyba powinniśmy już wracać - zmieniłem temat, a on wybuchnął
śmiechem.
Zawróciliśmy.
Rozmawialiśmy jeszcze o jakichś bzdurach - zmianie mojej fryzury
czy konflikcie z Kyo. Kiedy dotarliśmy z powrotem, zarówno Toshiya,
jak i Kaoru byli już po pierwszym kuflu i lekko rozweseleni,
zapraszali nas do siebie. Trudno było im odmówić.
Nawet
nie pamiętam, kiedy zasnąłem.
Świadomość
przywracało mi natrętne pulsowanie w głowie. Przychodziła wraz z
narastającym w skroniach bólem i poczuciem skamieniałego ciała.
Prawie jak po ataku bazyliszka. Prawie, bo wątpię, żeby legendarny
potwór zabawiał się z czterema pijanymi muzykami. Przetarłem oczy
i otworzyłem je. Uderzyła mnie jasność pomieszczenia, w którym
przebywałem, więc zmrużyłem oczy. Wyglądały pewnie jak szparki
Toshiyi, kiedy się uśmiechał. Odkryłem się niezdarnie. Moje
dłonie były jak gumowe drągi, nad którymi posiadałem względną
kontrolę. Kołdra spłynęła na podłogę. Jęknąłem męczeńsko
i podniosłem się do siadu, ale był to zdecydowanie zły pomysł,
więc skończyłem z powrotem w pozycji horyzontalnej. Dopiero wtedy
zarejestrowałem, że jestem kompletnie nagi. Otworzyłem szerzej
oczy i spojrzałem na sufit. Coś tu było nie tak. Rozejrzałem się
na boki i czułem, jak blednę. To nie był pokój Toshiyi. Ani salon
Die'a. Ani nawet sypialnia Takashiego i moja. To był zupełnie obcy
pokój, którego ściany były białe pokryte poziomymi paskami
szarymi i zielonymi. Po mojej prawej stronie stała biała półeczka,
a kawałek dalej znajdowała się wbudowana szafa i ustawione do niej
prostopadle ogromne okno. Podniosłem się gwałtownie do siadu,
czego pożałowałem, choć zawładnął mną strach.
Co
się właściwie stało?!
W
mojej głowie głowie kłębiły się myśli. Od tych pozytywnych, że
wynajęliśmy z Toshiyą pokój w jakimś hotelu, po te bardziej
pesymistyczne, iż zaraz drzwi otworzy Daisuke aż po te, które aż
strach przywoływać - że przespałem się z jakimś nieznajomym
gościem, który może mieć HIVa albo - co gorsza - z kobietą.
Panika przejęła kontrolę nad moimi gumowymi rękami, którymi
panicznie szukałem telefonu - pod poduszką, na półce -
gdziekolwiek. Wtedy usłyszałem kroki dobiegające z korytarza.
Klamka opadła powoli w dół, a drzwi lekko zaskrzypiały. W progu
stał on - koleś pachnący Pianissimo, którego
przeleciałem w klubie. Stał tam z kubkiem kawy i talerzem na tacy,
a ujrzawszy mnie, uśmiechnął się. Odetchnąłem z ulgą i opadłem
z powrotem na łóżko.
-
Za dużo wypiłeś, tygrysie? - zapytał.
Moje
oczy automatycznie otworzyły się szerzej. Skierowałem ku niemu
zaskoczone spojrzenie. Poznał mnie? Odchrząknąłem.
-
Cieszysz się, że to ja otworzyłem drzwi? - zapytał, siadając na
brzegu dwuosobowego łóżka.
-
Cieszę się, że nie masz cycków - odparłem bez namysłu i
spojrzałem na niego. Chyba palnąłem coś głupiego, bo podniosł
się i ułożył tacę ze śniadaniem na półeczce, a włosy
zasłaniały tego twarz.
-
Powinieneś zjeść albo chociaż wypić kawę, wczoraj sporo
wypiłeś.
Spojrzałem
na niego.
-
No co ty.
-
Usiądź - odparł stanowczo, choć z dozą czułości. Co jak co,
ale tego awanturnika o czułość bym nie posądził. Czyżby
typ tsundere? Mimo wszystko posłuchałem go i usiadłem.
On tylko położył mi tacę na nogach i usiadł w nogach łóżka.
-
A ty? - zapytałem.
-
Już jadłem.
-
Mhm - mruknąłem tylko i postanowiłem bliżej poznać się z kawą.
Była smaczna, mocna i idealna na kaca. Chyba znał się na rzeczy.
Kiedy zabrałem się za jedzenie zwykłej kanapki, on patrzył na
mnie jak zaczarowany. - Hm? Chcesz czegoś? - zapytałem.
-
Nie - odwrócił twarz w stronę okna. Włosy zasłoniły jego
policzki, ale wiedziałem, że się rumieni. Nigdy nie spodziewałbym
się, że znajdę kogoś żywcem wziętego z mangi shounen-ai. Nie,
żebym takowe czytał.
-
Ok - wzruszyłem ramionami i wróciłem do konsumpcji. Po posiłku
poczułem się lepiej. On wziął tacę z resztkami, a ja oparłem
się o chłodną ścianę za mną. Odetchnąłem i rozejrzałem się
raz jeszcze. Na podłodze porzucone były moje ubrania i jakiś party
box. Po raz kolejny zadałem sobie pytania o wydarzenia zeszłej
nocy, lecz nie byłem w stanie przypomnieć sobie niczego.
Postanowiłem poczekać na kolegę zeszłej nocy. Przyszedł.
-
Czy my... - zacząłem i urwałem. Po iskierkach w jego oczach byłem
pewien, że wie, co mam na myśli.
-
Czy my co? - zapytał, unosząc brwi do góry i zakładając ramiona
na piersiach.
-
No wiesz... zeszłej nocy...
-
Co zeszłej nocy? - zgrywał głupa. Westchnąłem z irytacją i
spojrzałem mu w oczy.
-
Uprawialiśmy seks? - zapytałem, a mężczyzna zrobił się czerwony
niczym piwonia.
-
Jesteś idiotą! - krzyknął i zniknął wraz z hukiem zamykanych
drzwi. Westchnąłem z irytacją.
To
nie będzie łatwe - pomyślałem, po czym wstałem i
zebrałem swoje rzeczy z podłogi.
Zakończenie było trochę dziwne. Muszę przeczytać następny rozdział, może dowiem się czegoś ciekawego. Tora nieźle zabalował jak był w mieszkaniu Toshiyi, a znalazł się niewiadomo gdzie XD
OdpowiedzUsuń