niedziela, 5 lipca 2015

[10/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Dzień dobry. Przed Wami kolejna część "Give me a sign", myślę że przedostatnia będą jeszcze dwie, chyba że wyrazicie chęć, abym dodała jedną mega notkę z połączonymi rozdziałami.
Zapraszam~

*
- Wszystko świetnie, tylko Starbucks'ów w samym Tokyo jest 283 - powiedział Toshiya.
- To żaden problem - odparłem. - Z Takashim chodziliśmy tylko do jednego.
Spojrzałem na Toshiyę. Zacząłem się śmiać. Przed oczami miałem wszystkie te dni spędzone u Die'a i Kaoru, później próbę powrotu i pobyt w czterech ścianach Toshiyi. Nie chciało mi się wierzyć, że to już koniec, choć tęskniłem za Takashim, jak cholera. Nie mogłem uwierzyć, że położymy się na naszym wspólnym łóżku, że będziemy się kochać, a ze snu wybudzi mnie zapach jego porannego papierosa. Drżącą dłonią powędrowałem do kieszeni spodni i wyjąłem z niej paczkę papierosów. Równie rozedrganymi rękami wsadziłem rulonik między wargi i zapaliłem. Pianissimo Peche brzmiało prawie jak Sakamoto Takashi. Westchnąłem. Dopiero po chwili ujrzałem parę wpatrzonych we mnie oczu i skonsternowanego Toshiyę.
- Wiesz już, jaki był twój błąd? - zapytał Toshiya.
- Nie trzymałem go krótko? Przestałem dbać o atrakcyjność?
Basista pokręcił głową z uśmiechem.
- Musicie pogadać - odparł.
Kiedy wypaliłem do końca papierosa, zalegliśmy przed telewizorem, oglądając jakieś głupie programy i komentując je. Popijaliśmy przy tym oczywiście piwo i śmialiśmy się do rozpuku. Później przenieśliśmy się na konsolę. Prawie jak mojego pierwszego dnia tutaj. Wieczorem wpadli Kaoru i Die. Jak stwierdzili, przyszli "zobaczyć, jak sobie radzimy". Gdy Toshiya z Kaoru zabrali się za browary, my z Die'm wyszliśmy zapalić. Na dworze było pochmurno, z nieba lekko siąpił deszcz, choć w każdej chwili mogło lunąć. Zarzuciliśmy na głowy kaptury i ruszyliśmy przed siebie.
- Błagam - zaczął Die, patrząc na mnie jak szczeniaczek. Rozbawiło mnie to. - tylko mi nie mów, że zrobiłeś przy nim coś głupiego.
- Poza przeleceniem przypadkowego gościa w klubie, to nie.
Papieros wypadł Die'owi spomiędzy warg. Zatrzymał się, patrząc jak postępuję kilka kroków do przodu i obracam się do niego. Wlepiał we mnie oczy z rozdziawionymi ustami.
- Żartujesz, prawda? - powiedział.
- Nie, nie żartuję - odparłem, przewracając oczami. - Zostawiłem go, jestem wolny.
- Ale... Chyba wy razem nie...
- Chodźmy dalej, Die - puściłem mu oczko, a on tylko odchrząknął, westchnął głęboko i zrównał ze mną kroku. Ruszyliśmy naprzód.
- Widzę, że wciąż je palisz - odparł Daisuke, wskazując ruchem głowy na paczkę wystającą z mojej kieszeni.
- Tak, Pianissimo. To trochę ironiczne, bo z tymi wszystkimi targającymi mną emocjami powinienem być raczej fortissimo.
- Przeciwieństwa się dopełniają - rzucił sentencjonalnie, po czym zaczęliśmy się śmiać.
- Naprawdę wciąż wierzysz w takie bzdury? - zapytałem, ocierając gorzkie łzy spod oczu.
- Nie, już nie - odpowiedział, zerkając za siebie w okno domu Toshiyi, jakby spodziewał się wyglądającego z okna Kaoru. Uśmiechał się.
- Nadal próbujecie swoich sił w eksperymentowaniu z nowymi doznaniami? - rzuciłem sugestywnie. Jestem pewien, że gdyby Die pił teraz kawę, oplułby się nią. Parsknąłem śmiechem.
- Za to, co dla ciebie zrobiliśmy, powinieneś nas całować po rękach! - powiedział, po czym zacisnął usta w wąską szparkę.
- Nie martw się, tylko żartuję.
- Zmieniłeś się, Shinji.
Uraczyłem go spojrzeniem pełnym szczerego zaskoczenia.
- Zmieniłem? - zapytałem inteligentnie.
- Tak, zmieniłeś. Kiedy do nas przyszedłeś, byłeś na skraju załamania, a teraz się śmiejesz. Jednak seks swoje robi. - puścił do mnie oczko, a ja nie wiedziałem, gdzie podziać wzrok.
- Chyba powinniśmy już wracać - zmieniłem temat, a on wybuchnął śmiechem.
Zawróciliśmy. Rozmawialiśmy jeszcze o jakichś bzdurach - zmianie mojej fryzury czy konflikcie z Kyo. Kiedy dotarliśmy z powrotem, zarówno Toshiya, jak i Kaoru byli już po pierwszym kuflu i lekko rozweseleni, zapraszali nas do siebie. Trudno było im odmówić.
Nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem.

Świadomość przywracało mi natrętne pulsowanie w głowie. Przychodziła wraz z narastającym w skroniach bólem i poczuciem skamieniałego ciała. Prawie jak po ataku bazyliszka. Prawie, bo wątpię, żeby legendarny potwór zabawiał się z czterema pijanymi muzykami. Przetarłem oczy i otworzyłem je. Uderzyła mnie jasność pomieszczenia, w którym przebywałem, więc zmrużyłem oczy. Wyglądały pewnie jak szparki Toshiyi, kiedy się uśmiechał. Odkryłem się niezdarnie. Moje dłonie były jak gumowe drągi, nad którymi posiadałem względną kontrolę. Kołdra spłynęła na podłogę. Jęknąłem męczeńsko i podniosłem się do siadu, ale był to zdecydowanie zły pomysł, więc skończyłem z powrotem w pozycji horyzontalnej. Dopiero wtedy zarejestrowałem, że jestem kompletnie nagi. Otworzyłem szerzej oczy i spojrzałem na sufit. Coś tu było nie tak. Rozejrzałem się na boki i czułem, jak blednę. To nie był pokój Toshiyi. Ani salon Die'a. Ani nawet sypialnia Takashiego i moja. To był zupełnie obcy pokój, którego ściany były białe pokryte poziomymi paskami szarymi i zielonymi. Po mojej prawej stronie stała biała półeczka, a kawałek dalej znajdowała się wbudowana szafa i ustawione do niej prostopadle ogromne okno. Podniosłem się gwałtownie do siadu, czego pożałowałem, choć zawładnął mną strach.
Co się właściwie stało?!
W mojej głowie głowie kłębiły się myśli. Od tych pozytywnych, że wynajęliśmy z Toshiyą pokój w jakimś hotelu, po te bardziej pesymistyczne, iż zaraz drzwi otworzy Daisuke aż po te, które aż strach przywoływać - że przespałem się z jakimś nieznajomym gościem, który może mieć HIVa albo - co gorsza - z kobietą. Panika przejęła kontrolę nad moimi gumowymi rękami, którymi panicznie szukałem telefonu - pod poduszką, na półce - gdziekolwiek. Wtedy usłyszałem kroki dobiegające z korytarza. Klamka opadła powoli w dół, a drzwi lekko zaskrzypiały. W progu stał on - koleś pachnący Pianissimo, którego przeleciałem w klubie. Stał tam z kubkiem kawy i talerzem na tacy, a ujrzawszy mnie, uśmiechnął się. Odetchnąłem z ulgą i opadłem z powrotem na łóżko.
- Za dużo wypiłeś, tygrysie? - zapytał.
Moje oczy automatycznie otworzyły się szerzej. Skierowałem ku niemu zaskoczone spojrzenie. Poznał mnie? Odchrząknąłem.
- Cieszysz się, że to ja otworzyłem drzwi? - zapytał, siadając na brzegu dwuosobowego łóżka.
- Cieszę się, że nie masz cycków - odparłem bez namysłu i spojrzałem na niego. Chyba palnąłem coś głupiego, bo podniosł się i ułożył tacę ze śniadaniem na półeczce, a włosy zasłaniały tego twarz.
- Powinieneś zjeść albo chociaż wypić kawę, wczoraj sporo wypiłeś.
Spojrzałem na niego.
- No co ty.
- Usiądź - odparł stanowczo, choć z dozą czułości. Co jak co, ale tego awanturnika o czułość bym nie posądził. Czyżby typ tsundere? Mimo wszystko posłuchałem go i usiadłem. On tylko położył mi tacę na nogach i usiadł w nogach łóżka.
- A ty? - zapytałem.
- Już jadłem.
- Mhm - mruknąłem tylko i postanowiłem bliżej poznać się z kawą. Była smaczna, mocna i idealna na kaca. Chyba znał się na rzeczy. Kiedy zabrałem się za jedzenie zwykłej kanapki, on patrzył na mnie jak zaczarowany. - Hm? Chcesz czegoś? - zapytałem.
- Nie - odwrócił twarz w stronę okna. Włosy zasłoniły jego policzki, ale wiedziałem, że się rumieni. Nigdy nie spodziewałbym się, że znajdę kogoś żywcem wziętego z mangi shounen-ai. Nie, żebym takowe czytał.
- Ok - wzruszyłem ramionami i wróciłem do konsumpcji. Po posiłku poczułem się lepiej. On wziął tacę z resztkami, a ja oparłem się o chłodną ścianę za mną. Odetchnąłem i rozejrzałem się raz jeszcze. Na podłodze porzucone były moje ubrania i jakiś party box. Po raz kolejny zadałem sobie pytania o wydarzenia zeszłej nocy, lecz nie byłem w stanie przypomnieć sobie niczego. Postanowiłem poczekać na kolegę zeszłej nocy. Przyszedł.
- Czy my... - zacząłem i urwałem. Po iskierkach w jego oczach byłem pewien, że wie, co mam na myśli.
- Czy my co? - zapytał, unosząc brwi do góry i zakładając ramiona na piersiach.
- No wiesz... zeszłej nocy...
- Co zeszłej nocy? - zgrywał głupa. Westchnąłem z irytacją i spojrzałem mu w oczy.
- Uprawialiśmy seks? - zapytałem, a mężczyzna zrobił się czerwony niczym piwonia.
- Jesteś idiotą! - krzyknął i zniknął wraz z hukiem zamykanych drzwi. Westchnąłem z irytacją.
To nie będzie łatwe - pomyślałem, po czym wstałem i zebrałem swoje rzeczy z podłogi.

1 komentarz:

  1. Zakończenie było trochę dziwne. Muszę przeczytać następny rozdział, może dowiem się czegoś ciekawego. Tora nieźle zabalował jak był w mieszkaniu Toshiyi, a znalazł się niewiadomo gdzie XD

    OdpowiedzUsuń