wtorek, 7 lipca 2015

[12/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Jeżeli ktoś ma ochotę posłuchać utworów, o których mowa w ostatniej części, odwołuję tutaj: B-durDes-dur - właśnie w takim tempie i wykonaniu sobie to wyobrażam.
Przepraszam za masę muzycznego żargonu i to zupełnie niezwiązanego z rozrywką, ale po prostu popłynęłam. W tym rozdziale także znajdują się przekleństwa.
Tym akcentem czas zakończyć przygodę z uciekającym niczym zbuntowany nastolatek Torą. Mam nadzieję, że ostatni rozdział przypadnie Wam do gustu.
Dodatkowo pragnę napisać, że ostatnio poświęcam czas głównie opowiadaniom konkursowym, więc trochę mniej piszę tutaj, ale parę notek mam gotowych i mogę je opublikować. Co więcej, możecie udzielać się w ankiecie, ponieważ ja zdecydowanie nie wiem, w co wsadzić ręce. Zawsze tak mam po skończeniu dłuższej serii. To prawie jak po dobrym filmie albo książce, gdy przez chwilę nie potrafisz się odnaleźć, później masz ochotę na więcej, ale wiesz, że nie znajdziesz niczego równie dobrego, więc dajesz sobie ochłonąć.
Zapraszam~

*
- Die - odparłem. Spojrzał na mnie z powagą, w jego oczach widziałem, że oczekuje najgorszego. - Musisz mnie zawieźć do Takashiego.
Die tylko pokiwał głową i pobiegł z powrotem do mieszkania po kluczyki. Nie było go kilka dobrych minut, więc pewnie zatrzymał go Kaoru, ale ostatecznie wrócił do mnie i pociągnął mnie za rękaw w stronę samochodu.
- Dalej! - krzyknął, a ja pobiegłem ile sił w nogach. Die przemykał pomiędzy samochodami, nie respektując ograniczeń prędkości i modląc się w duchu, aby nie napotkać po drodze policji. Widziałem to po jego minie, choć sam byłem zajęty przygryzaniem wargi i analizowaniem swojej beznadziejnej sytuacji. Starałem się przetrawić informacje, którymi uraczył mnie Die, ale wciąż były zbyt świeże. Bałem się, że Takashi zniknie z mojego życia w tempie rubato. No tak w końcu dotychczasowo akcja rozwijała się zbyt wolno, a właściwie była niemalże zatrzymana. Przyszedł czas na gwałtowne przyspieszenie. Bałem się. Ogarniał mnie okropny strach, że znajdę puste mieszkanie. Z Daisuke pożegnałem się jeszcze na dole, później na schody praktycznie wbiegłem, przeskakując po dwa stopnie. Błyskawicznie zdyszany znalazłem się na górze. Przy drzwiach. Przełknąłem ślinę, gdy doszedł do mnie cichy głos pianina. Rozpoznałem w nim Nokturn B-moll Chopina. Właśnie rozbrzmiewał moment, kiedy crescendem przechodził w dur. Może to był znak? Postanowiłem nacisnąć klamkę. Utwór został przerwany. Klamka odpuściła pod ciężarem mojej dłoni. Przy drzwiach nie widziałem obcych butów, na wieszaku nie wisiała żadna kurtka poza jego. On po prostu siedział w pokoju przed instrumentem plecami do mnie. Przez chwilę coś bardzo nieznośnego utknęło mi w gardle. Przez chwilę nie byłem w stanie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Przełknąłem ślinę. On znów zaczął. Kawałek dalej, gdzie wchodzi temat pierwszy. Grał aż do końca. A ja stałem i onieśmielony grą, której efekt był iście bazyliszkowy, nie byłem w stanie nawet się poruszyć czy chociaż westchnąć. Wstrzymałem oddech podczas ostatnich dźwięków. Takashi odwrócił się w moją stronę. Od razu uderzyło mnie to, że wyglądał tragicznie. Miałem ochotę podbiec do niego na kolanach i scałować niewidzialne łzy z oczu.
Bądź tygrysem. Jak miałem uchodzić za drapieżnego kota, kiedy pokonał mnie Chopin? W mojej głowie wciąż sączyła się cicha melodia. Dźwięki prawej i lewej dłoni mijały się aż do czasu, gdy motyw wchodził w dur.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytał Takashi z grymasem niezadowolenia na twarzy.
Jego głos sprawił, że moje serce zaczęło szaleńczo kołatać, kolana drżeć, a w gardle zrobiło się sucho. Crescendo.
- Dlatego, że zostawiłeś otwarte drzwi - odparłem.
- Nie chcesz mnie, sam to powiedziałeś zeszłej nocy - odparł gorzko i zagrał akord tristanowski.
- Tristan i Izolda kochali się ponad życie i śmierć.
- Właśnie to nadaje goryczy całej tej sytuacji - powiedział. - Mam ci powiedzieć dosadniej, żebyś się wyno... - urwał, kiedy obrócił się i zobaczył moją twarz tuż przy swojej.
- Musimy porozmawiać - powiedziałem. Przez moment, jakiś skrajnie niepoliczalny ułamek sekundy w jego oczach widziałem satysfakcję. Mogło mi się wydawać, mogłem sobie uroić, bo przecież chciałem, żeby ze mną rozmawiał. Zagrał wstęp do Nokturnu Es-dur.
- Chopin był smutnym człowiekiem? - zapytałem, siadając obok niego. Grał dalej.
- Raczej zakochanym - odparł Saga. - Jak pieprzony ty, Shinji - uderzył dłońmi w klawiaturę. Z instrumentu wydobył się kakofoniczny akord przypadku. Wstał. - Tylko szkoda, że nie we mnie - powiedział mi prosto w twarz, a ja czując jego zapach tuż obok przez chwilę nie byłem w stanie powiedzieć niczego. Obszedł mnie i dotarł do kuchni.
- Nie chcesz chociaż wysłuchać mojego wytłumaczenia?
- Nie - uciął. - Koniec to koniec, sam to powiedziałeś.
Jego słowa mnie ubodły. Ale... on chyba po prostu inaczej nie potrafił.
- Tak łatwo nas skreślasz?
- Shinji - spojrzał na mnie, wlewając wodę do kubka. - Nie bądź dzieckiem. Już lepiej, żebyś wierzył w Kucyki Pony niż w miłość.
Usiadł w jednym końcu stołu, a ja naprzeciw niego.
- Ja nie zasługuję na kawę? - zapytałem.
- Nie - powiedział stanowczo. - Zdecydowanie nie zasługujesz, bo jesteś bardzo niegrzecznym tygrysem.
- Ty wcale nie jesteś lepszy - prychnąłem. Czułem się szczęśliwy, mogąc być z nim. Widziałem jego grdykę, cudowny nos, słyszałem głos, za którym przecież tak cholernie tęskniłem. Jego palce objęły kubek. Chyba zaniedbał swoje paznokcie, bo były trochę za długie. Na pewno niewygodnie mu się grało.
- A ty się marszczysz, staruchu - odparł. Rzeczywiście zmarszczyłem brwi. - No nieważne, o czym chciałeś rozmawiać? - spojrzał na mnie. Jego czekoladowe spojrzenie znów utkwione było tylko we mnie.
- O nas - powiedziałem.
- Przecież nas zniszczyłeś - odparł lekko, zdawał się być wręcz znudzony, patrząc na swój palec, który zataczał koła na krawędzi kubka.
- Więc powstańmy na nowo.
Spojrzał na mnie. Nie spodziewał się takiej pewnej odpowiedzi.
Nokturn Des-dur rozwiązuje się na Tonikę, a my skończyliśmy kadencją zwodniczą - mówiłem dalej.
- A zaczęliśmy akordem tristanowskim.
- Ale żaden z nas nie lubi Wagnera, więc skończmy na Chopinie.
- I co potem? Może Penderecki?
Parsknąłem. Ta rozmowa miała wyglądać zupełnie inaczej.
- Nasza chronologia się popieprzyła, Takashi - powiedziałem. Jego imię w moich ustach brzmiało miękko, a ja nabrałem ogromnego wrażenia, że dawno go nie słyszałem.
- To ty nam wszystko popieprzyłeś, Torashi - mówił. - Wpadłeś w jakąś pieprzoną rutynę bycia. Wiesz, na co ty mi pozwoliłeś? Mieszkałem dobry tydzień z zupełnie obcym kolesiem, pieprzyliśmy się na naszym łóżku i piliśmy kawę w naszych kubkach, Shinji. Spieprzyłeś. Ale nie, nie przerywaj mi - wtrącił, gdy tylko otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć. - Spieprzyłeś po całości dużo wcześniej, kiedy pozwoliłeś kolesiowi w barze dostawiać się do mnie, Shoyi przyjeżdżać po mnie, a mi wychodzić. Kiedy pozwoliłeś na to, bym uciekł razem z Kyo i żebym dał się pieprzyć Hazukiemu. To wszystko jest twoją winą. Wpadłeś w jakąś pieprzoną rutynę pozwalania mi na wszystko. A ja czasem lubię czuć, że należę do swojego tygrysa.
Z wrażenia opadły mi usta. Miałem je nieestetycznie rozdziawione. W mojej głowie szumiała cisza. To była kadencja zwodnicza. Choć dla mnie brzmiało raczej jak modulacja, ale z pogwałceniem wszelkich zasad jej przeprowadzania - była zupełnie niespodziewana, a miała stać się jeszcze gorsza.
- I to z kolei jest moją winą, Torashi. Wiedziałem, że jak będziesz na mnie zły, dasz się oprzeć. Że pojedziesz do Daisuke, potem trafisz do Toshiyi. Później jeszcze Hikaru. Zdradziłeś mnie, Shinji. Zrobiłeś wszystko, bo ja tego chciałem.
Siedziałem tam blady jak ściana, a on mówił jak gdyby nigdy nic. Przysunął mi swój kubek z kawą.
- Teraz rozumiesz? Do jakiej skrajności mnie doprowadziłeś, bym musiał robić to wszystko?
Siedziałem wciąż, choć chyba lepiej czułbym się, gdybym po prostu stracił przytomność. Muzyka ucichła.
- Ty to wszystko...? - zapytałem oniemiały.
- Tak - powiedział i widząc moją bierność, przewrócił oczami, podniósł się z krzesła, ujął kubek w rękę, po czym wcisnął go mi. - Pij - odparł, a ja piłem. - Wiesz, dlaczego to wszystko zrobiłem, popaprańcu? - zapytał, patrząc na mnie, a ja odstawiłem kubek i pokręciłem głową. - Bo cię kocham. Ja, Takashi Sakamoto, kocham takiego idiotę jak ty, Amano. Co prawda ostatnia akcja Toshiyi była niezaplanowana. Naprawdę mieliśmy dziś kulturalnie wypić kawę - powiedział i zamilkł na chwilę. - Widziałeś to? - zapytał po chwili i dłonią dotknął mojego policzka.
- Co? - zapytałem marszcząc brwi. Chyba dochodziłem do siebie.
- Widziałeś, w co popadaliśmy?
Nie, nie widziałem - miałem ochotę odpowiedzieć, ale tylko mocniej zmarszczyłem brwi.
- Gdybym tego nie zrobił, znienawidzilibyśmy się. A teraz możemy jak feniks powstać z popiołów. Sam to zauważyłeś. Dalej, Torashi - mówił, ciepłą dłonią delikatnie gładząc powierzchnię mojego policzka. -  Daj się zakochać raz jeszcze - szeptał. A ja byłem skończony, od kiedy tylko tam wszedłem. Już wtedy zamieniłem się w zakochanego idiotę. Bo kim innym mógłby być taki nieporadny i zupełnie niedomyślny tygrys?
- Jesteś idiotą, Takashi - powiedziałem. - Obaj jesteśmy.
Przykryłem jego dłoń swoją i uśmiechnąłem się do niego.
Obszedłem stół w rekordowym czasie i pochwyciłem go w ramiona. Wtedy usłyszałem cichy szept przy własnym uchu:
- Brakowało mi cię tak bardzo... Nie zatracaj się już nigdy, tygrysie.

2 komentarze:

  1. Cóż, nie wiem czy do końca dobrze zrozumiałam. Wyszło na to, że Saga wszystko to zaplanował i wiedział o wszystkim. Ja tak przynajmniej to zrozumiałam. Cóż, nawet ciekawe.

    OdpowiedzUsuń