poniedziałek, 6 lipca 2015

[11/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Wiem, że w gruncie rzeczy poprzednia część nie ma za wiele wyświetleń ani żadnych komentarzy, ale wczoraj udało mi się napisać tak dużo, że mam ochotę wstawić wszystko od razu.
W tym rozdziale pojawiają się przekleństwa, zresztą nie ma co się Shinjiemu dziwić.
Zapraszam~

*
Ułożyłem dłoń na klamce i jeszcze raz spojrzałem za siebie. Wziąłem wszystkie swoje ubrania, a telefonu nie było na łóżku, pod łóżkiem, w łóżku, na półeczce, w szufladzie półeczki, pod półeczką, w szafie ani na podłodze. Byłem bliski zrywania paneli, ale powstrzymała mnie przed tym racjonalna myśl, że telefon może być w salonie albo innym pomieszczeniu. W najgorszym wypadku mógł zostać skonfiskowany przez Toshiyę. Od razu w mojej głowie pojawiła się wizja, w której pijany jak nieszczęście próbuję wybrać numer do Takashiego, a basista, u którego stołowałem się w ciągu ostatnich dni, konfiskuje mi zabawkę i chowa ją do kieszeni. Było to całkiem realne, choć niepoparte żadnym realnym wspomnieniem. Westchnąłem i nacisnąłem klamkę. Korytarz był biały i malutki. Naprzeciwko mnie znajdowały się uchylone drzwi do łazienki, zza których wyglądał na mnie kot. Po lewej stronie zaś widniało otwarte wejście, z którego sączyły się smugi światła. Bez namysłu poszedłem tam, a za mną podążył koci strażnik. Uśmiechnąłem się do towarzysza i obadałem teren. Salon był niewielki - kanapa, mały stolik, telewizor, jakiś regał z książkami. Dzielił on pomieszczenie z kuchnią. Widząc ściany pomieszczeń, stwierdziłem, że ten jegomość ma bzika na punkcie bieli. Może terapeuta nakazał mu wystrój kolorystycznie podobny do szpitalnego - pomyślałem zgryźliwie i wyszedłem na balkon równie kamerany, jak całe mieszkanko. A po gospodarzu ani śladu. Westchnąłem i zerknąłem na kota. Był czarny i miał białe skarpetki. On także patrzył na mnie.
- No to zostaliśmy sami, stary - odparłem, ale kot wciąż tylko się we mnie wpatrywał. - Chciałeś kiedyś opróżnić lodówkę swojego pana? - zapytałem go z uśmiechem, lecz on wciąż tylko patrzył. Poszedłem więc do lodówki, ale ta świeciła pustkami. Postanowiłem więc poszukać swojego telefonu. Przeszukałem blaty, stół, wszystkie półki, kanapę na wierzchu i w środku, telewizor i każdą półkę na regale. Ostatecznie po prostu położyłem się na kanapie, okładając dłońmi czoło. Przede mną usiadł kot i przekręcił głowę w bok, obserwując mnie. Wyciągnąłem do niego rękę, lecz on odsunął się. Później powąchał ją przez chwilę i zaczął się łasić. Uśmiechnąłem się i pogłaskałem go. On wtedy wskoczył na mój brzuch i mruczał. Pomyślałem, że dotychczas byłem dokładnie taki sam - jak ufny, udomowiony kot. Postanowiłem sobie też, że kiedy spotkam się z Takashim, będę tygrysem. Uśmiechnąłem się do siebie i wtedy uświadomiłem sobie, że byłem z nim umówiony na osiemnastą. Z przerażeniem zweryfikowałem brak jakiegokolwiek zegarka w pobliżu, żeby ostatecznie włączyć telewizor. Na szczęście była dopiero dwunasta. Kiedy podszedłem do okna, zobaczyłem jakieś budynki, ludzi i ulice, które zionęły obcością. O dziwo nigdy nie byłem w tej części miasta. To był najwyższy czas, żeby wrócić do Toshiyi i przygotować się przed spotkaniem. Jednak nie obyłoby się bez problemów, gdyż drzwi, nieważne, jak nie próbowałbym ich obsłużyć, wciąż pozostawały zamknięte.
- Co za palant - mruknąłem ze złością. Wtedy poczułem konieczność spełnienia jednej z podstawowych ludzkich potrzeb, więc poszedłem do łazienki. Gdy z niej wyszedłem, usłyszałem, że ktoś krząta się po kuchni. Pomyślałem, że pewnie ten idiota wrócił i podążyłem w tamtą stronę. Wcale się nie myliłem. Rozpakowywał zakupy, a nieopodal krzątał się kot z uniesionym ogonem.
- Co ty do cholery robisz?
- Huh? - spojrzał na mnie zaskoczony.
- Zamknąłeś mnie tu! I gdzie jest mój telefon? - uderzyłem dłońmi w blat.
Przygryzł dolną wargę i zajął z powrotem zakupami, starając na mnie nie patrzeć.
- Hej, o co ci chodzi?! - Wydarłem się na niego.
- Przestań na mnie krzyczeć! - odezwał się, patrząc na mnie. W oczach miał łzy.
- Ty chyba jesteś niezrównoważony - odparłem i przypomniałem sobie o szpitalnej bieli pomieszczenia, co objawiło się parsknięciem. - Gdzie jest mój telefon? - zmarszczyłem brwi, obchodząc blat i zbliżając się do niego.
- Nie wiem - załgał. Przełknął nerwowo ślinę, cofając się do lodówki. Kiedy nie miał już jak uciec, chwyciłem go za ubrania i przydusiłem do lodówki. Jęknął i spojrzał na mnie ze strachem w oczach.
- Masz mnie stąd wypuścić, oddać telefon i wskazać drogę powrotną do centrum, rozumiesz? - wysyczałem przez zaciśnięte zęby. On tylko pokiwał nerwowo głową. Kiedy go puściłem, odetchnął.
- Ja po prostu... - zaczął drżącym głosem, po czym po prostu wybuchnął płaczem, przywierając do mojego ramienia. Odruchowo, choć trochę niepewnie, objąłem go i przedostaliśmy się na kanapę.
Kiedy trochę się uspokoił, pociągając nosem zaczął opowiadać o kochanku, który go zdradził i porzucił. Stary, oklepany jak świat scenariusz.
- I to z kobietą! - mówił, a ja tylko spoglądałem na niego z udawanym współczuciem i poklepywałem po ramieniu. Cała ta sytuacja była dla mnie żenująca, ale przynajmniej widziałem drogę do wydostania się stąd.
W pewnym momencie, gdy tak zawodził, zacząłem mu naprawdę współczuć.
- Wiesz... w sumie, to ja też przeżyłem zdradę - zacząłem. - Ale niejedną. Takashi nagminnie mnie zdradzał. Cholera, możemy zapalić? - zapytałem, a gospodarz przytaknął. Wydmuchał nos i wyszliśmy na balkon. Obaj zapaliliśmy te same Pianissimo, choć wydmuchiwane z jego ust pachniały inaczej niż gdy robił to Takashi. Mimo to owiała mnie chmura sentymentu i doprowadziła do nostalgicznej paplaniny. Nie spodziewałem się, że takie wygadanie coś da. Dało i to całkiem dużo. Spotkawszy kogoś, kto mnie rozumiał, przestałem czuć tak ogromny ciężar. Mimo wszystko, cieszyłem się, że go spotkałem.
- Wiesz... jesteś do niego trochę podobny - powiedział, wpatrując się w martwe budynki. Spojrzałem na niego uważniej, a on także skierował swój wzrok na mnie. - Do mojego byłego. Od razu cię zauważyłem. Potem, jak wylałeś na mnie tego drinka... wyżyłem się na tobie, wyobrażając sobie, że to podobieństwo czyni cię chociaż cząstką niego.
- Było minęło - odparłem i uśmiechnąłem się do niego. On odwzajemnił ten gest i wskazał mi drogę powrotną. Gdy zakładałem buty, z tylnej kieszeni spodni wyciągnął mój telefon i podał mi go. Za jego plecami siedział ciekawski kot.
- Ja... przepraszam - wydusił z siebie, gdy stałem w progu. - I dziękuję - dokończył, po czym pocałował mnie w policzek.
- Tak... to... cześć - wydukałem i pobiegłem schodami w dół, zupełnie ignorując obecność windy tuż przed moim nosem.
Zza chmur wydobywało się słońce. Odetchnąłem świeżym powietrzem i podążyłem w stacji kolejowej. Telefon zakomunikował wybicie godziny trzynastej trzydzieści oraz przybycie nowej wiadomości od nieznanego numeru. Zmarszczyłem brwi i otworzyłem ją.
Dziękuję.

Uśmiechnąłem się pod nosem, kręcąc głową. Nastał czas, by pojechać do Toshiyi, wykąpać się i przebrać.
Jechałem przez około pół godziny, a gdy w końcu dostałem się do mieszkania basisty, mieszkanie okazało się zamknięte. Szarpałem się z drzwiami przez kilka minut, by ostatecznie po prostu przekląć pod nosem. Wezbrała we mnie złość, lecz powstrzymałem ją. Sięgnąłem telefon i zadzwoniłem do tego patyczka ze szparkami. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci... Oczywiście nie odebrał. Przekląłem pod nosem i postanowiłem pojechać do Daisuke. Oczywiście znów straciłem na tym trochę czasu i nim się zorientowałem, było już po piętnastej, a bateria w telefonie błagała o dostęp do prądu. Stałem przed mieszkaniem Kaoru i Die'a, słysząc jak krzątają się w środku. Kiedy zadzwoniłem do drzwi, doszły do mnie ciężkie kroki Kaoru i rzeczywiście otworzył, a raczej szarpnął lider. Nie wyglądał na zadowolonego. Wydarł się i zanim zdążyłem cokolwiek wyartykułować, zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Zapukałem do nich.
- Kaoru? Die? Halo, możecie mi otowrzyć? - zacząłem uderzać najpierw dłonią, a później pięścią w drzwi. Ostatecznie uderzyłem w nie z impetem i podparłem ścianę niedaleko wejścia do mieszkania i wyciągnąłem z kieszeni fajki. Wtedy ujrzałem otwarte drzwi naprzeciw. W ich progu stała starsza kobieta ze zmarszczonymi brwiami, kręcąca głową z dezaprobatą:
- Wy młodzi kochankowie, gejuchy, hałasu chociaż nie róbta! - powiedziała, a ja westchnąłem rozdzierająco i po prostu ruszyłem schodami w dół. Wypadłem z budynku i zapaliłem w spokoju, choć ręka trzęsła mi się jakbym był nieźle pod wpływem.
Niebo się chmurzyło, a mi brakowało jedynie tego, by się rozpadało. Nie minęło dużo czasu, a drzwi obok mnie otworzyły się i z budynku wypadł Die. Początkowo mnie nie zauważył, tak leciał przed siebie, ale postąpił kilka kroków i odwrócił się. Zobaczył mnie stojącego przy ścianie i chyba się przeraził, bo na jego twarzy zaigrało zaskoczenie pomieszane ze strachem.
- Shinji - powiedział cicho i zaczął do mnie podchodzić, gdy z nieba lunął deszcz. Podszedł szybko do mnie, choć wystarczyła chwila, by z jego włosów spływały krople deszczu. Staliśmy pod niewielkim daszkiem, obejmującym wyjście i przestrzeń obok niego. Die przeklął.
Uśmiechnąłem się do niego, a on skonsternowany biedak, przez chwilę nie wiedział, czy mam zamiar się roześmiać czy może zacząć płakać.
- Wyglądasz strasznie... - odparł.
- Bo tak się czuję - rzekłem z westchnieniem i zerknąłem na zegarek. - A do spotkania z Takashim zostały mi dwie godziny. Byłem już u Toshiyi, ale go nie zastałem, teraz Kaoru... co się w ogóle stało zeszłej nocy?
Daisuke przez chwilę patrzył na mnie kompletnie skonsternowany.
- To ty niczego nie pamiętasz? - zapytał, a ja pokręciłem głową.
- Jako ostatni pamiętam moment, gdy Toshiya próbował grać na konsoli stopami.
Die zamrugał. Raz, drugi trzeci.
- No powiedz mi w końcu! - upomniałem się.
- Wyszliśmy do klubu.
- No tyle to ja się mogłem domyślić po tym, że obudziłem się u tego psychola w łóżku.
- Dlaczego nazywasz Toshiyę psycholem, on tylko chciał cię rozluźnić, dorzucając ci... - Daisuke urwał, widząc moją minę. Na pewno nie przypominałem Miss Japonii, a mina Die'a mówiła, że bliżej mi było już do tego pieprzonego bazyliszka.
- Niczego nie pamiętam, bo Toshiya dołożył mi jakieś pierdolone piguły, jakbym był jakąś pieprzoną cnotką niewydymką z pierwszego lepszego klubu dla niewyżytych starców? - wysyczałem przez zęby.
- No tak jakoś... - odpowiedział Die i widząc moje pełne wściekłości spojrzenie, kierowane prosto w niego, od razu sprostował - Ale my nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Ja nie zdążyłem zareagować, a Kaoru nawet niczego nie widział.
- Ukręcę mu łeb. Jak Boga...
- Jesteś niewierzący - wtrącił Daisuke.
- No i co?!
- To nie koniec - powiedział gitarzysta i poczekał aż odetchnę.
- Co jeszcze? - zapytałem, uspokoiwszy się w stopniu, w jakim może się uspokoić rozjuszony mężczyzna, którego ego zostało naruszarpnięte tak mocno, jak nigdy przedtem.
- Poszliśmy do tego klubu i tam... spotkaliśmy Takashiego - powiedział, a ja zostałem wbity w ziemię. Strach przeszył mnie jak strzała i na ułamek sekundy zatrzymał serce - więc ty, chcąc wywołać jego zazdrość, pocałowałeś mnie. A on też był z jakimś facetem. Blondynem chyba.
Upadłem na kolanach i zastygłem w dramatycznej pozie.
- A potem przypałętał się ten drugi, który potem miał zabrać cię do siebie, ale Toshiya mówił, że cię odbił i... - Die urwał i ukucnął obok mnie.
Po moich policzkach płynęły dramatyczne łzy, a żeby dodać tej scenie jeszcze więcej dramaturgii, deszcz zaczął padać pod kątem i się z tymi łzami mieszał.
Zawsze miałem szansę uciec, zapomnieć, wrócić do zdradzonego kochanka w mieszkaniu o psychodelicznie białych ścianach.
- Die - odparłem. Spojrzał na mnie z powagą, w jego oczach widziałem, że oczekuje najgorszego. - Musisz mnie zawieźć do Takashiego.

1 komentarz:

  1. Myślałam, że będzie inaczej jak przeczytałam początek, że ten chłopak naprawę będzie jakimś psycholem czy coś, a tak naprawdę to małą rolę odegrał, ale nie zostało wyjaśnione to co odegrał. Końcówka jakoś sprawiła, że nie mam już nadziej, że Saga wybaczy Torze, a raczej, że do niego wróci. Ale jest jeszcze rozdział do przeczytania. Ciekawa jestem jak zareagował.

    OdpowiedzUsuń