Od
autora: Wiem, że w gruncie rzeczy poprzednia część nie ma za wiele wyświetleń ani żadnych komentarzy, ale wczoraj udało mi się napisać tak dużo, że mam ochotę wstawić wszystko od razu.
W tym rozdziale pojawiają się przekleństwa, zresztą nie ma co się Shinjiemu dziwić.
Zapraszam~
W tym rozdziale pojawiają się przekleństwa, zresztą nie ma co się Shinjiemu dziwić.
Zapraszam~
*
Ułożyłem
dłoń na klamce i jeszcze raz spojrzałem za siebie. Wziąłem
wszystkie swoje ubrania, a telefonu nie było na łóżku, pod
łóżkiem, w łóżku, na półeczce, w szufladzie półeczki, pod
półeczką, w szafie ani na podłodze. Byłem bliski zrywania
paneli, ale powstrzymała mnie przed tym racjonalna myśl, że
telefon może być w salonie albo innym pomieszczeniu. W najgorszym
wypadku mógł zostać skonfiskowany przez Toshiyę. Od razu w mojej
głowie pojawiła się wizja, w której pijany jak nieszczęście
próbuję wybrać numer do Takashiego, a basista, u którego
stołowałem się w ciągu ostatnich dni, konfiskuje mi zabawkę i
chowa ją do kieszeni. Było to całkiem realne, choć niepoparte
żadnym realnym wspomnieniem. Westchnąłem i nacisnąłem klamkę.
Korytarz był biały i malutki. Naprzeciwko mnie znajdowały się
uchylone drzwi do łazienki, zza których wyglądał na mnie kot. Po
lewej stronie zaś widniało otwarte wejście, z którego sączyły
się smugi światła. Bez namysłu poszedłem tam, a za mną podążył
koci strażnik. Uśmiechnąłem się do towarzysza i obadałem teren.
Salon był niewielki - kanapa, mały stolik, telewizor, jakiś regał
z książkami. Dzielił on pomieszczenie z kuchnią. Widząc ściany
pomieszczeń, stwierdziłem, że ten jegomość ma bzika na punkcie
bieli. Może terapeuta nakazał mu wystrój kolorystycznie podobny do
szpitalnego - pomyślałem zgryźliwie i wyszedłem na balkon równie
kamerany, jak całe mieszkanko. A po gospodarzu ani śladu.
Westchnąłem i zerknąłem na kota. Był czarny i miał białe
skarpetki. On także patrzył na mnie.
-
No to zostaliśmy sami, stary - odparłem, ale kot wciąż tylko się
we mnie wpatrywał. - Chciałeś kiedyś opróżnić lodówkę
swojego pana? - zapytałem go z uśmiechem, lecz on wciąż tylko
patrzył. Poszedłem więc do lodówki, ale ta świeciła pustkami.
Postanowiłem więc poszukać swojego telefonu. Przeszukałem blaty,
stół, wszystkie półki, kanapę na wierzchu i w środku, telewizor
i każdą półkę na regale. Ostatecznie po prostu położyłem się
na kanapie, okładając dłońmi czoło. Przede mną usiadł kot i
przekręcił głowę w bok, obserwując mnie. Wyciągnąłem do niego
rękę, lecz on odsunął się. Później powąchał ją przez chwilę
i zaczął się łasić. Uśmiechnąłem się i pogłaskałem go. On
wtedy wskoczył na mój brzuch i mruczał. Pomyślałem, że
dotychczas byłem dokładnie taki sam - jak ufny, udomowiony kot.
Postanowiłem sobie też, że kiedy spotkam się z Takashim, będę
tygrysem. Uśmiechnąłem się do siebie i wtedy uświadomiłem
sobie, że byłem z nim umówiony na osiemnastą. Z przerażeniem
zweryfikowałem brak jakiegokolwiek zegarka w pobliżu, żeby
ostatecznie włączyć telewizor. Na szczęście była dopiero
dwunasta. Kiedy podszedłem do okna, zobaczyłem jakieś budynki,
ludzi i ulice, które zionęły obcością. O dziwo nigdy nie byłem
w tej części miasta. To był najwyższy czas, żeby wrócić do
Toshiyi i przygotować się przed spotkaniem. Jednak nie obyłoby się
bez problemów, gdyż drzwi, nieważne, jak nie próbowałbym ich
obsłużyć, wciąż pozostawały zamknięte.
-
Co za palant - mruknąłem ze złością. Wtedy poczułem konieczność
spełnienia jednej z podstawowych ludzkich potrzeb, więc poszedłem
do łazienki. Gdy z niej wyszedłem, usłyszałem, że ktoś krząta
się po kuchni. Pomyślałem, że pewnie ten idiota wrócił i
podążyłem w tamtą stronę. Wcale się nie myliłem. Rozpakowywał
zakupy, a nieopodal krzątał się kot z uniesionym ogonem.
-
Co ty do cholery robisz?
-
Huh? - spojrzał na mnie zaskoczony.
-
Zamknąłeś mnie tu! I gdzie jest mój telefon? - uderzyłem dłońmi
w blat.
Przygryzł
dolną wargę i zajął z powrotem zakupami, starając na mnie nie
patrzeć.
-
Hej, o co ci chodzi?! - Wydarłem się na niego.
-
Przestań na mnie krzyczeć! - odezwał się, patrząc na mnie. W
oczach miał łzy.
-
Ty chyba jesteś niezrównoważony - odparłem i przypomniałem sobie
o szpitalnej bieli pomieszczenia, co objawiło się parsknięciem. -
Gdzie jest mój telefon? - zmarszczyłem brwi, obchodząc blat i
zbliżając się do niego.
-
Nie wiem - załgał. Przełknął nerwowo ślinę, cofając się do
lodówki. Kiedy nie miał już jak uciec, chwyciłem go za ubrania i
przydusiłem do lodówki. Jęknął i spojrzał na mnie ze strachem w
oczach.
-
Masz mnie stąd wypuścić, oddać telefon i wskazać drogę powrotną
do centrum, rozumiesz? - wysyczałem przez zaciśnięte zęby. On
tylko pokiwał nerwowo głową. Kiedy go puściłem, odetchnął.
-
Ja po prostu... - zaczął drżącym głosem, po czym po prostu
wybuchnął płaczem, przywierając do mojego ramienia. Odruchowo,
choć trochę niepewnie, objąłem go i przedostaliśmy się na
kanapę.
Kiedy
trochę się uspokoił, pociągając nosem zaczął opowiadać o
kochanku, który go zdradził i porzucił. Stary, oklepany jak świat
scenariusz.
-
I to z kobietą! - mówił, a ja tylko spoglądałem na niego z
udawanym współczuciem i poklepywałem po ramieniu. Cała ta
sytuacja była dla mnie żenująca, ale przynajmniej widziałem drogę
do wydostania się stąd.
W
pewnym momencie, gdy tak zawodził, zacząłem mu naprawdę
współczuć.
-
Wiesz... w sumie, to ja też przeżyłem zdradę - zacząłem. - Ale
niejedną. Takashi nagminnie mnie zdradzał. Cholera, możemy
zapalić? - zapytałem, a gospodarz przytaknął. Wydmuchał nos i
wyszliśmy na balkon. Obaj zapaliliśmy te same Pianissimo, choć
wydmuchiwane z jego ust pachniały inaczej niż gdy robił to
Takashi. Mimo to owiała mnie chmura sentymentu i doprowadziła do
nostalgicznej paplaniny. Nie spodziewałem się, że takie wygadanie
coś da. Dało i to całkiem dużo. Spotkawszy kogoś, kto mnie
rozumiał, przestałem czuć tak ogromny ciężar. Mimo wszystko,
cieszyłem się, że go spotkałem.
-
Wiesz... jesteś do niego trochę podobny - powiedział, wpatrując
się w martwe budynki. Spojrzałem na niego uważniej, a on także
skierował swój wzrok na mnie. - Do mojego byłego. Od razu cię
zauważyłem. Potem, jak wylałeś na mnie tego drinka... wyżyłem
się na tobie, wyobrażając sobie, że to podobieństwo czyni cię
chociaż cząstką niego.
-
Było minęło - odparłem i uśmiechnąłem się do niego. On
odwzajemnił ten gest i wskazał mi drogę powrotną. Gdy zakładałem
buty, z tylnej kieszeni spodni wyciągnął mój telefon i podał mi
go. Za jego plecami siedział ciekawski kot.
-
Ja... przepraszam - wydusił z siebie, gdy stałem w progu. - I
dziękuję - dokończył, po czym pocałował mnie w policzek.
-
Tak... to... cześć - wydukałem i pobiegłem schodami w dół,
zupełnie ignorując obecność windy tuż przed moim nosem.
Zza
chmur wydobywało się słońce. Odetchnąłem świeżym powietrzem i
podążyłem w stacji kolejowej. Telefon zakomunikował wybicie
godziny trzynastej trzydzieści oraz przybycie nowej wiadomości od
nieznanego numeru. Zmarszczyłem brwi i otworzyłem ją.
Dziękuję.
Uśmiechnąłem
się pod nosem, kręcąc głową. Nastał czas, by pojechać do
Toshiyi, wykąpać się i przebrać.
Jechałem
przez około pół godziny, a gdy w końcu dostałem się do
mieszkania basisty, mieszkanie okazało się zamknięte. Szarpałem
się z drzwiami przez kilka minut, by ostatecznie po prostu przekląć
pod nosem. Wezbrała we mnie złość, lecz powstrzymałem ją.
Sięgnąłem telefon i zadzwoniłem do tego patyczka ze szparkami.
Pierwszy sygnał, drugi, trzeci... Oczywiście nie odebrał.
Przekląłem pod nosem i postanowiłem pojechać do Daisuke.
Oczywiście znów straciłem na tym trochę czasu i nim się
zorientowałem, było już po piętnastej, a bateria w telefonie
błagała o dostęp do prądu. Stałem przed mieszkaniem Kaoru i
Die'a, słysząc jak krzątają się w środku. Kiedy zadzwoniłem do
drzwi, doszły do mnie ciężkie kroki Kaoru i rzeczywiście
otworzył, a raczej szarpnął lider. Nie wyglądał na zadowolonego.
Wydarł się i zanim zdążyłem cokolwiek wyartykułować,
zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Zapukałem do nich.
-
Kaoru? Die? Halo, możecie mi otowrzyć? - zacząłem uderzać
najpierw dłonią, a później pięścią w drzwi. Ostatecznie
uderzyłem w nie z impetem i podparłem ścianę niedaleko wejścia
do mieszkania i wyciągnąłem z kieszeni fajki. Wtedy ujrzałem
otwarte drzwi naprzeciw. W ich progu stała starsza kobieta ze
zmarszczonymi brwiami, kręcąca głową z dezaprobatą:
-
Wy młodzi kochankowie, gejuchy, hałasu chociaż nie róbta! -
powiedziała, a ja westchnąłem rozdzierająco i po prostu ruszyłem
schodami w dół. Wypadłem z budynku i zapaliłem w spokoju, choć
ręka trzęsła mi się jakbym był nieźle pod wpływem.
Niebo
się chmurzyło, a mi brakowało jedynie tego, by się rozpadało.
Nie minęło dużo czasu, a drzwi obok mnie otworzyły się i z
budynku wypadł Die. Początkowo mnie nie zauważył, tak leciał
przed siebie, ale postąpił kilka kroków i odwrócił się.
Zobaczył mnie stojącego przy ścianie i chyba się przeraził, bo
na jego twarzy zaigrało zaskoczenie pomieszane ze strachem.
-
Shinji - powiedział cicho i zaczął do mnie podchodzić, gdy z
nieba lunął deszcz. Podszedł szybko do mnie, choć wystarczyła
chwila, by z jego włosów spływały krople deszczu. Staliśmy pod
niewielkim daszkiem, obejmującym wyjście i przestrzeń obok niego.
Die przeklął.
Uśmiechnąłem
się do niego, a on skonsternowany biedak, przez chwilę nie
wiedział, czy mam zamiar się roześmiać czy może zacząć płakać.
-
Wyglądasz strasznie... - odparł.
-
Bo tak się czuję - rzekłem z westchnieniem i zerknąłem na
zegarek. - A do spotkania z Takashim zostały mi dwie godziny. Byłem
już u Toshiyi, ale go nie zastałem, teraz Kaoru... co się w ogóle
stało zeszłej nocy?
Daisuke
przez chwilę patrzył na mnie kompletnie skonsternowany.
-
To ty niczego nie pamiętasz? - zapytał, a ja pokręciłem głową.
-
Jako ostatni pamiętam moment, gdy Toshiya próbował grać na
konsoli stopami.
Die
zamrugał. Raz, drugi trzeci.
-
No powiedz mi w końcu! - upomniałem się.
-
Wyszliśmy do klubu.
-
No tyle to ja się mogłem domyślić po tym, że obudziłem się u
tego psychola w łóżku.
-
Dlaczego nazywasz Toshiyę psycholem, on tylko chciał cię
rozluźnić, dorzucając ci... - Daisuke urwał, widząc moją minę.
Na pewno nie przypominałem Miss Japonii, a mina Die'a mówiła, że
bliżej mi było już do tego pieprzonego bazyliszka.
-
Niczego nie pamiętam, bo Toshiya dołożył mi jakieś pierdolone
piguły, jakbym był jakąś pieprzoną cnotką niewydymką z
pierwszego lepszego klubu dla niewyżytych starców? - wysyczałem
przez zęby.
-
No tak jakoś... - odpowiedział Die i widząc moje pełne
wściekłości spojrzenie, kierowane prosto w niego, od razu
sprostował - Ale my nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Ja nie
zdążyłem zareagować, a Kaoru nawet niczego nie widział.
-
Ukręcę mu łeb. Jak Boga...
-
Jesteś niewierzący - wtrącił Daisuke.
-
No i co?!
-
To nie koniec - powiedział gitarzysta i poczekał aż odetchnę.
-
Co jeszcze? - zapytałem, uspokoiwszy się w stopniu, w jakim może
się uspokoić rozjuszony mężczyzna, którego ego zostało
naruszarpnięte tak mocno, jak nigdy przedtem.
-
Poszliśmy do tego klubu i tam... spotkaliśmy Takashiego -
powiedział, a ja zostałem wbity w ziemię. Strach przeszył mnie
jak strzała i na ułamek sekundy zatrzymał serce - więc ty, chcąc
wywołać jego zazdrość, pocałowałeś mnie. A on też był z
jakimś facetem. Blondynem chyba.
Upadłem
na kolanach i zastygłem w dramatycznej pozie.
-
A potem przypałętał się ten drugi, który potem miał zabrać cię
do siebie, ale Toshiya mówił, że cię odbił i... - Die urwał i
ukucnął obok mnie.
Po
moich policzkach płynęły dramatyczne łzy, a żeby dodać tej
scenie jeszcze więcej dramaturgii, deszcz zaczął padać pod kątem
i się z tymi łzami mieszał.
Zawsze
miałem szansę uciec, zapomnieć, wrócić do zdradzonego kochanka w
mieszkaniu o psychodelicznie białych ścianach.
-
Die - odparłem. Spojrzał na mnie z powagą, w jego oczach
widziałem, że oczekuje najgorszego. - Musisz mnie zawieźć do
Takashiego.
Myślałam, że będzie inaczej jak przeczytałam początek, że ten chłopak naprawę będzie jakimś psycholem czy coś, a tak naprawdę to małą rolę odegrał, ale nie zostało wyjaśnione to co odegrał. Końcówka jakoś sprawiła, że nie mam już nadziej, że Saga wybaczy Torze, a raczej, że do niego wróci. Ale jest jeszcze rozdział do przeczytania. Ciekawa jestem jak zareagował.
OdpowiedzUsuń