środa, 8 lipca 2015

[2/x] "Zapach lata" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Witajcie kochani. Pomimo braku odzewu w ankiecie, postanowiłam dodać drugi rozdział "Zapachu lata", który zresztą mam już gotowy. Jak to zostało określone przez Tygrysa, "akurat aktualnie". Zapraszam~

*
Obudziły mnie promienie letniego słońca, brutalnie wpadające przez niezasłonięte okno. Wyjęczałem jakieś nietuzinkowe przekleństwo i resztkami sił przesunąłem na drugi koniec łóżka, kryjąc w ostatkach cienia. Czułem, jak moja głowa rozpoczyna poranną rozgrzewkę, więc próbowałem pogrążyć się w neutralnym śnie choć jeszcze przez moment, jednak nie pozwoliło mi na to konkretniejsze już łupanie pod czaszką. Westchnąłem zmarnowany. W pokoju było duszno. Otworzywszy oczy z ulgą zarejestrowałem, że nigdzie nie było kwasowej zawartości mojego żołądka, po czym poczułem, jak moja głowa podryguje na poduszce w rytm tykającego niemiłosiernie starego zegara. Nakryłem głowę kołdrą, ale czując duchotę, wróciły do mnie mdłości, więc sprawnie odrzuciłem ją wzdłuż nóg. Jęknąłem niezadowolony i powoli usiadłem na łóżku. Na moim nadgarstku wciąż spoczywał zegarek, który ukazywał godzinę pierwszą dwadzieścia dwa. Zdjąłem go i ujrzałem odciśnięty ślad po pasku oraz tarczy. Westchnąłem znów. Wstałem i powłóczyłem nogami najpierw do łazienki, a następnie do kuchni, w której urzędowała ciotka.
- Wstałeś, Shinji. Jak się czujesz? Gotuję ci już zupę. Może chcesz kawy?
- Tak - odparłem tylko, siadając na wyższym od standardowego krzesełku przy stoliku w kuchni. Oparłem czoło o ścianę obok i przymknąłem oczy. Otworzyłem je dopiero, gdy do moich nozdrzy zawitał przyjemny aromat kofeiny. Uśmiechnąłem się i upiłem łyka napoju. Westchnąłem cicho.
- Więc... poznałeś wczoraj kogoś? - zapytała moja krewna, spoglądając na mnie sugestywnie.
Tak, seks-bombę, która mnie upiła i kazała się przelecieć, a za dziewięć miesięcy pozwie o alimenty.
- Niekoniecznie - odparłem.
- A co z tym chłopakiem, który cię odprowadził? Mówił coś o jakiejś... Sadze... że masz do niej zadzwonić.
Włosy mi stanęły dęba. Zakrztusiłem się popijanym właśnie napojem i z trzaskiem odstawiłem kubek na blat.
- Nie martw się, nie powiem nic twojej mamie - załgała. Dobrze wiedziałem, że było to kłamstwo, jeśli matka jeszcze o wszystkim nie wie, to dowie się przy najbliższej okazji. Choć w tamtej chwili nawet o tym nie myślałem. Lepiej było zgrywać głupa czy zapytać o to, kto mnie tak właściwie odprowadził?
- No bo wiesz, był z tobą taki rudy chłopiec i na początku się wystraszyłam, bo był taki... ekstrawagancki, ale później okazało się, że jest całkiem sympatyczny - ciotka dostawała słowotoku i w takich chwilach dziękowałem za tę stronę jej osobowości.
- No tak, to mój stary kolega z podstawówki. Nazywa się Nao - skłamałem.
- Ach, to wiele wyjaśnia! Świetnie, że znalazłeś starego kolegę, ale Takumi bardzo się o ciebie martwił. Nie powinieneś tak znikać.
- Wiem, ciociu.
Przez cały dzień trzeźwiałem i cudem udało mi się namówić ciotkę, by zezwoliła mi na wieczorny spacer. Powietrze było przyjemne, słońce powoli znikało za nierównym horyzontem budynków. Szedłem, zastanawiając się, gdzie w tej okolicy mogę kupić szluga. Gdyby Nao rzeczywiście był moim przyjacielem z podstawówki, mógłbym chociaż go zapytać. Z drugiej strony, zawsze można spróbować... Stanąłem przed jedną ze sklepowych szyb i spojrzałem na swoje odbicie. W sumie wyglądałem całkiem dojrzale. Uśmiechnąłem się do swojego odbicia w lustrze. Kto nie ryzykuje...
Z tymi optymistycznymi myślami wszedłem do sklepu spożywczego. Podszedlem do lady, starając się zachowywać jak najswobodniej. Stała tam kobieta o niezbyt przyjemnym wyrazie twarzy.
- Dzień dobry - zacząłem uprzejmie. - Poproszę paczkę marlboro.
- A czy ty czasem nie jesteś za młody? - spojrzała na mnie badawczo. Jednak uznałem, że jeszcze nie jestem na przegranej pozycji i odparłem:
- Ależ skąd! Niedawno skończyłem dwadzieścia lat, więc mogę wyglądać trochę młodo...
- A tu mi czołg jedzie! Spadaj stąd młodzieniaszku, zanim wezwę policję!
Upokorzony szybkim krokiem wydostałem się ze sklepu, nazywając kobietę w myślach starą jedzą. Przecież i tak nikt by się nie dowiedział!
Westchnąłem i poszedłem po prostu przed siebie w nadziei, że spotkam jakiegoś litościwego posiadacza tytoniu. Kiedy tak sobie spacerowałem, ujrzałem znajomo wyglądający przewrócony śmietnik. Przede mną rozpościerało się wejście do pamiętnego lokalu karaoke. Aż na chwilę nabrałem głębiej powietrza do płuc w przypływie zaskoczenia.. W myślach pojawiła się wizja wczorajszej wesołości (nawet wywietrzała z nich pamięć o porannym kacu) i czwórki przyjaciół. Pomyślałem, że spotkanie ich "tu i teraz" byłoby zbyt przerysowane, więc już chciałem iść dalej, gdy usłyszałem za sobą znajomy głos.
- Hej, tygrysie! - krzyknął Saga.
Odwróciłem się w jego stronę.
- Już wytrzeźwiałeś? - zapytał, gdy do niego podszedłem.
- Tak, jest lepiej - odparłem, spoglądając na niego. Tym razem był bardziej zakryty. Ubrany w obcisłe spodnie ze skóropodobnego materiału, przykrótką koszulkę, która przy każdym ruchu odkrywała skrawek płaskiego brzucha oraz rozpiętą ciasną skórzaną kurtkę. Wciąż piekielnie pociągający.
- Dobrze wiedzieć. Nao można zaufać pod tym względem - uśmiechnął się. W neonowych światłach błysnął srebrny kolczyk. Wtedy przypomniałem sobie jego chłód. Nim się spostrzegłem, dotykałem palcami dolnej wargi, a Saga patrzył na mnie w ten zagadkowy sposób.
- Wchodzisz? - zapytał, wskazując na bar karaoke. Spojrzałem na zegarek. Była dziewiąta i powoli robiło się późno.
- Jeśli poczęstujecie mnie fajką...
Saga uśmiechnął się i podsunął mi paczkę oraz zapalniczkę.
- Masz ostatniego - zauważyłem.
- Więc się podzielimy - odparł czarująco. Miał w sobie coś, co uniemożliwiało mi oddech. Skinąłem głową i wziąłem papierosa do ust. Kiedy go zapalił, zaciągnąłem się i podałem mu. Papieros był gorzki, jak każdy wyrób tytoniowy, jednak wyjęty z jego miękkich ust, nabierał słodyczy.
Miałem ochotę westchnąć jak nastolatka przed plakatem swojego ulubionego celebryty. Z tym, że przed sobą nie miałem plakatu, a Sagę w całej okazałości. O czym ja myślę? Przecież wcale nie mam zamiaru do niego wzdychać.
- To teraz w dowód wdzięczności za okazaną łaskę musisz dla mnie zaśpiewać - odparł z tym zawadiackim uśmieszkiem. Oczywiście zgodziłem się z miną najszczęśliwszego idioty na świecie.
Wszedł pierwszy do sali, zdejmując kurtkę i siadając znów obok Nao. Speszyłem się trochę. Przecież odprowadził mnie pijanego do domu ledwo znając, a ja nawet tego nie pamiętałem. Uśmiechnąłem się trochę skrępowany, a on odwzajemnił gest, co upodobniło go do Kubusia Puchatka.
Usiadłem obok Sagi, a przede mną wyrósł zapełniony kufel. Mimo wszystko bardziej od alkoholu ciekawił mnie on, choć rozmawiał wtedy o czymś z Nao na tyle zawzięcie, by nie zwracać na mnie najmniejszej uwagi. W zamian za to rozpocząłem konwersację z wiewiórkami, które, jak się okazało, miały świetny gust muzyczny.
- Shinji - usłyszałem melodyjny głos Sagi, więc odwróciłem się w kierunku, z którego pochodził. Wskazywał palcem sprzęt do karaoke, a ja dopiero wtedy zauważyłem, że ma takie dlonie, jakie zawsze chciałem mieć.
- Obiecałeś mi coś - uśmiechnął się. Jego uśmiech miał w sobie coś hipnotyzującego. To coś mówiło mi "dalej Shinji, popisz się, to twój czas". Zupełnie jakby... moje oczy teraz spoczną jedynie na tobie.
- Tak - uśmiechnąłem się zdecydowanie za szeroko i z zapałem dopadłem do sprzętu karaoke. Nie słyszałem się wcale, bo zagłuszyły mnie głośne bity. Za to z całą pewnością słyszał mnie Saga, którego wzrok czułem na swoich plecach przez cały czas.
Kiedy odszedłem od sprzętu, powitało mnie piwo numer n.
Papierosy latem też pachniały inaczej. Miały w sobie coś jak przyjemnie duszący brak zobowiązań. Wieczorne powietrze z kolei pozostawało przyjemnie orzeźwiające, co pozwalało przywrócić jako taką trzeźwość umysłu, którą z kolei od razu zaburzała obecność Sagi.
Był jak marzenie, taki nierealny i nieosiągalny, a jednak stał tuż przede mną...
- Shinji? - odwrócił się w moją stronę, a ja poczułem, że moja dłoń znajduje się tuż za jego plecami i w skutku obrotu jego ciała, sprawnie ląduje na brzuchu.
- Przepraszam! - odskoczyłem od niego jak oparzony. Patrzył na mnie początkowo zaskoczony, a po chwili uśmiechnął się zawadiacko. Coś szumiało w mojej głowie oraz w uszach, powodowało mrowienie dłoni i nieprzyjemną ciasnotę w spodniach. Zaduch lata posiadał w sobie niezatarty ślad jego obecności.

1 komentarz:

  1. W sumie to musiałam przeczytać pierwszy rozdział, bo nie pamiętałam o czym to jest. A sam początek jak zaczęłam czytać też mi nic nie mówił. Ale tak to teraz wiem o co chodzi. Trochę dla mnie dziwne było to, że spotkał swoich czterech towarzyszy w tym samym miejscu, musieli być stałymi bywalacami. Nie wiem dlaczego, ale końcówka rozdziału dała jakby taką nadzieję, że Saga będzie uprawiał seks z Torą.

    OdpowiedzUsuń