Tytuł: ... and the worst thing is that I still love you
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
01.
Kiedy usłyszałem o powrocie Takashiego, moje serce zaczęło kołatać. Miałem wrażenie, że w jednej chwili znalazło się wszędzie i całe moje ciało arytmicznie pulsuje w tempie molto allegro*. Od tamtej pory byłem roztrzęsiony prawie jak parę lat temu, kiedy widziałem go po raz ostatni.
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Rating: -
Ostrzeżenia: przekleństwa?
Od autora: Po dłuuugiej nieobecności powracam z pierwszą częścią drugiej serii perypetii Tory. Jak na razie to jedyna skończona część (napisana już sporo czasu temu), mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.
01.
Kiedy usłyszałem o powrocie Takashiego, moje serce zaczęło kołatać. Miałem wrażenie, że w jednej chwili znalazło się wszędzie i całe moje ciało arytmicznie pulsuje w tempie molto allegro*. Od tamtej pory byłem roztrzęsiony prawie jak parę lat temu, kiedy widziałem go po raz ostatni.
Siedzieliśmy z Yuu w moim pokoju zamkniętym na cztery spusty. Po pokoju walały się kartony, czekające na przeprowadzkę do nowego loku. Usadowiliśmy się na łóżku i z kubkami kawy. Potrzebowałem kawy. To był pierwszy raz, kiedy zapaliłem w pokoju. Moja dłoń drżała prawie tak bardzo, jak tamtej nocy. Wydawało mi się, że cały drżę.
- Tak właściwie... - moje wargi się poruszyły, a z nich wydał jakiś pomruk, który mi w żaden sposób słów nie przypominał, ale Yuu najwyraźniej je zrozumiał. Cholera, a może coś mi się stało ze słuchem?
- Co? - dopytał mój przyjaciel, popijając kawę.
Zaciągnąłem się tak głęboko, jak tylko mogłem i wydmuchałem strugę białego dymu.
- Właściwie, to co z tego, że wrócił? Może chce sobie poukładać życie, może... - przerwałem, widząc pełne politowania spojrzenie przyjaciela. - Mógłbyś mnie chociaż wspierać i pomóc mi wmawiać sobie, że on nic dla mnie nie znaczy - znów wydałem z siebie bełkot, choć tym razem miał on bardziej konkretny kształt.
- Nie mogę cię okłamywać. Shinji, jesteśmy dorośli.
- Tak, a poza tym, to ty masz jego i nie będziesz się już bzykał z Takashim w hotelowym pokoju, cholera - przekląłem, zauważywszy, że jeden z kartonów się rozkleił. Włożyłem fajkę do ust i poszedłem po inny.
- Shinji, już to wyjaśnialiśmy miliony razy. Byłem szczeniakiem, nie znałem jeszcze Kouyou i w ogóle, to on mnie tam zaciągnął. No i przede wszystkim nic do niego nie czuję... - mówił, wychodząc za mną z pokoju i podążając do pokoju gospodarczego. Stanąłem, powodując że prawie na mnie wpadł i obróciłem się przodem do niego.
- W przeciwieństwie do mnie - powiedziałem, patrząc uważnie w jego oczy. - Tak uważasz, prawda? - zapytałem, domagając się jakiejś reakcji z jego strony.
- Tak, tak sądzę - odparł w końcu zrezygnowany.
- Wiedziałem - odwróciłem się i szybkim krokiem podszedłem do sterty kartonów, które zacząłem przewracać w poszukiwaniu największego.
- A mylę się? - zapytał Yuu, opierając się ramieniem o framugę. Oczami wyobraźni widziałem jego uśmiech, za który miałem ochotę ukręcić mu łeb.
- Tak, mylisz się. Nie mam już nastu lat. Nie jestem już w liceum. Nie jestem głupim, zakochanym, grubym dzieckiem - spojrzałem na niego. Uśmiechał się. Biorąc pierwszy lepszy karton, wyminąłem go w przejściu i wróciłem do siebie, a on podążył za mną i usiadł na łóżku, patrząc na mnie z tym denerwującym wyrazem twarzy, który mówi „słucham cię, ale tak naprawdę mam w dupie to, co mówisz”. Tak, chodziło mi o pobłażanie. - Nie jestem już tym, kim byłem. Nie kocham go - mówiłem, próbując przepakować rzeczy do kartonu, który okazał się za mały. Rzuciłem to i usiadłem obok niego, a właściwie pozwoliłem swojemu ciału opaść, jakby imitowało zwłoki. Westchnąłem. - Po co tu wrócił? - zapytałem zrezygnowany.
- Słyszałem, że na studia.
Spojrzałem na niego i obaj wybuchliśmy idiotycznym, niekontrolowanym śmiechem. To była jedna z tych chwil, którą dzieli się z wyjątkowymi osobami. Rodzaj telepatii czy czegoś takiego (swoją drogą, Takashi chyba też potrafił czytać mi w myślach, niestety bez wzajemności)
- Tam, gdzie my, prawda? - zapytałem, ocierając łzy.
- Dokładnie - odpowiedział Yuu.
Przeprowadzałem się do akademika w Yokohamie, a słowa „Takashi wrócił” chyba bardziej oznaczały jego powrót do mojego życia, mojej rzeczywistości, pojmowania świata, do mojego małego epicentrum, jakim wcale nie przestał być. Z tą optymistyczną myślą spędzałem ostatnią noc w swoim domu rodzinnym. W końcu wcale nie zamierzałem oddać mu miana tego, któremu nie potrafię odmówić. Wcale. On tylko będzie. Ja też będę. Tuż obok, wręcz na wyciągnięcie ręki.
Tej nocy nie spałem.
Kolejnego dnia Yuu pomagał mi przenieść kartony z rzeczami do akademika. Część z nich oczywiście została w moim pokoju, nie potrzebowałem wszystkich reliktów zamierzchłej przeszłości (jak na przykład mojego pierwszego telefonu wciąż z wiadomościami od niego (wcale nie miałem obsesji, po prostu zapomniałem, by je usunąć).
Akademik był ogromny, choć można było go podzielić na dwie symetryczne części. Każdy pokój też był identyczny - zwykle dwuosobowy. Po wejściu do niego po lewej stronie w wykuszu stały dwa łóżka, obok nich przy ścianie półki nocne, a po prawej stronie dwa identyczne regały, przy nich dwie takie same szafy, które przedzielone były klasycznie brązowymi drzwiami do łazienki.
Miałem dzielić pokój oczywiście z Shiroyamą, a koło nas wprowadzał się jakiś przyjaźnie wyglądający chłopak o odrobinę odznaczającej się budowie „misia”. Wyglądał naprawdę sympatycznie. Minąłem się z nim podczas wnoszenia ostatniego kartonu. Przywitał się grzecznie i zapytał czy pomóc. Równie grzecznie odmówiłem. Wymieniliśmy się imionami i wtedy przyszedł jego współlokator. Ukrywał się za dużymi przeciwsłonecznymi okularami, jego krok był lekki i miał w sobie coś skocznego. Ubrany był zwyczajnie, choć ciemne dżinsy mocno uwydatniały jego szczupłą, smukłą sylwetkę, a tors zakrywała przykrótka skórzana kurtka - oczywiście rozpięta i odkrywająca białą bluzkę z nadrukowanym logo U2. Jego włosy były częściowo rozjaśnione i lekko podniesione. Pierwszym, co wpadło mi w oko był świetny gust muzyczny przyszłego sąsiada i bijące od niego „klękajcie narody przed moją zajebistością”. Tak, wyglądał jak jeden z tych, do których wszyscy lgną nie wiadomo dlaczego - takich, których się najbardziej kocha i nienawidzi. Choć coś było z nim zdecydowanie nie tak...
Dopiero gdy Yuu (kiedy on zdążył przyjść z walizką z samochodu?) trącił mnie znacząco łokciem w bok, zorientowałem się, że przyglądam się chłopakowi ze zmarszczonymi brwiami i zdecydowanie zbyt długo jak na pierwszą lepszą osobę. To było krępujące. Poczułem na sobie jego spojrzenie i widząc tylko kątem oka, jak przytula się z tym „misiowatym”, uciekłem do naszego pokoju, ciągnąc za sobą Shiroyamę i zamykając z impetem drzwi.
- H-hej, co jest? - zapytał przyjaciel.
- Nic, musimy się rozpakować - powiedziałem, dopadając do pierwszego lepszego kartonu i ukrywając rumieniec skrępowania pod opadającymi na policzki włosami. Shiroyama chyba wzruszył ramionami i sam wziął się do roboty.
- Nie widziałeś go jeszcze, prawda?
Gdy usłyszałem jego pytanie, przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
- Tam, gdzie my, prawda? - zapytałem, ocierając łzy.
- Dokładnie - odpowiedział Yuu.
Przeprowadzałem się do akademika w Yokohamie, a słowa „Takashi wrócił” chyba bardziej oznaczały jego powrót do mojego życia, mojej rzeczywistości, pojmowania świata, do mojego małego epicentrum, jakim wcale nie przestał być. Z tą optymistyczną myślą spędzałem ostatnią noc w swoim domu rodzinnym. W końcu wcale nie zamierzałem oddać mu miana tego, któremu nie potrafię odmówić. Wcale. On tylko będzie. Ja też będę. Tuż obok, wręcz na wyciągnięcie ręki.
Tej nocy nie spałem.
Kolejnego dnia Yuu pomagał mi przenieść kartony z rzeczami do akademika. Część z nich oczywiście została w moim pokoju, nie potrzebowałem wszystkich reliktów zamierzchłej przeszłości (jak na przykład mojego pierwszego telefonu wciąż z wiadomościami od niego (wcale nie miałem obsesji, po prostu zapomniałem, by je usunąć).
Akademik był ogromny, choć można było go podzielić na dwie symetryczne części. Każdy pokój też był identyczny - zwykle dwuosobowy. Po wejściu do niego po lewej stronie w wykuszu stały dwa łóżka, obok nich przy ścianie półki nocne, a po prawej stronie dwa identyczne regały, przy nich dwie takie same szafy, które przedzielone były klasycznie brązowymi drzwiami do łazienki.
Miałem dzielić pokój oczywiście z Shiroyamą, a koło nas wprowadzał się jakiś przyjaźnie wyglądający chłopak o odrobinę odznaczającej się budowie „misia”. Wyglądał naprawdę sympatycznie. Minąłem się z nim podczas wnoszenia ostatniego kartonu. Przywitał się grzecznie i zapytał czy pomóc. Równie grzecznie odmówiłem. Wymieniliśmy się imionami i wtedy przyszedł jego współlokator. Ukrywał się za dużymi przeciwsłonecznymi okularami, jego krok był lekki i miał w sobie coś skocznego. Ubrany był zwyczajnie, choć ciemne dżinsy mocno uwydatniały jego szczupłą, smukłą sylwetkę, a tors zakrywała przykrótka skórzana kurtka - oczywiście rozpięta i odkrywająca białą bluzkę z nadrukowanym logo U2. Jego włosy były częściowo rozjaśnione i lekko podniesione. Pierwszym, co wpadło mi w oko był świetny gust muzyczny przyszłego sąsiada i bijące od niego „klękajcie narody przed moją zajebistością”. Tak, wyglądał jak jeden z tych, do których wszyscy lgną nie wiadomo dlaczego - takich, których się najbardziej kocha i nienawidzi. Choć coś było z nim zdecydowanie nie tak...
Dopiero gdy Yuu (kiedy on zdążył przyjść z walizką z samochodu?) trącił mnie znacząco łokciem w bok, zorientowałem się, że przyglądam się chłopakowi ze zmarszczonymi brwiami i zdecydowanie zbyt długo jak na pierwszą lepszą osobę. To było krępujące. Poczułem na sobie jego spojrzenie i widząc tylko kątem oka, jak przytula się z tym „misiowatym”, uciekłem do naszego pokoju, ciągnąc za sobą Shiroyamę i zamykając z impetem drzwi.
- H-hej, co jest? - zapytał przyjaciel.
- Nic, musimy się rozpakować - powiedziałem, dopadając do pierwszego lepszego kartonu i ukrywając rumieniec skrępowania pod opadającymi na policzki włosami. Shiroyama chyba wzruszył ramionami i sam wziął się do roboty.
- Nie widziałeś go jeszcze, prawda?
Gdy usłyszałem jego pytanie, przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
- Nie, nie widziałem i nie mam zamiaru się za nim uganiać - odparłem i wyczuwając, że to tylko początek fali niechcianych pytań, zdezerterowałem pod wymówką potrzeby do łazienki. Wtedy po raz pierwszy nastąpiła ta chwila, kiedy miałem ogromną ochotę stamtąd uciec.
W łazience znajdował się chłopak w okularach. Właśnie zamykał za sobą drzwi i spojrzał na mnie.
- O, dzień dobry - powiedział, w uśmiechu pokazując rząd nierównych zębów (choć nawet one nie odbierały mu uroku).
- Dzień dobry - odparłem z walącym ze stresu sercem.
- Cholera - pomyślałem. - To będzie ciężki rok.
- To... cześć - pożegnałem się i wyleciałem z łazienki prędkością godną strusia pędziwiatra.
Napotkałem zaskoczony (pomieszany z rozbawieniem, kiedy uderzyłem się o kant łóżka stojącego przy ścianie) wzrok Yuu i jego nagły wybuch niekontrolowanego śmiechu.
- To będzie zabawny rok - skwitował, układając książki na regale po swojej stronie.
* molto allegro - termin muzyczny określający bardzo szybkie tempo utworu; z włoskiego oznacza dosłownie bardzo szybko.
Zapowiada się ciekawie. Te opowiadanie przypomina mi pewną dramę. Już sądziła, że ten chłopak w okularach to Takashi, ale nie pasują krzywe zęby. Z Kyo mi się to kojarzy i z Toshią XD
OdpowiedzUsuńPrzepraszam za późną odpowiedź.
UsuńCieszę się, że wzbudziło zainteresowanie ^^