Tytuł: Zapach lata
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: komedia? fluff? - coś w ten deseń
Rating: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: może być ewentualnie trochę przekleństw
Od autora: Wybaczcie, że to nie jest kolejny rozdział "Rei" (który nomen omen mam już napisany) i że niczego ostatnio nie mogę doprowadzić do końca, ale naszła mnie potrzeba na stworzenie i wrzucenie właśnie czegoś takiego...
Moja mała osobista tęsknota za szczeniackimi wynurzeniami.
Bez bety, więc wyrzucajcie mi śmiało wszystkie znalezione błędy.
*
Moja mała osobista tęsknota za szczeniackimi wynurzeniami.
Bez bety, więc wyrzucajcie mi śmiało wszystkie znalezione błędy.
*
Zapach lata był odurzający. Przywoływał na myśl oddalone o miliony lat świetlnych wspomnienia zeszłych wakacji, które wtedy wydawały się odleglejsze od wojny trojańskiej. Powodował nieznośny skurcz żołądka, suchość w gardle, w ustach i drżenie dłoni, wsuwającej między wargi kolejnego z kolei papierosa. Strużka dymu ulatywała w nieskończoną przestrzeń, a z wraz z nią odlatywały kolejne kosmyki niezdarnej nadziei. Zamknąłem oczy z filtrem między dwoma palcami i odchyliłem głowę do tyłu, biorąc głęboki wdech - tak głęboki, jakbym chciał wypełnić całe czterysta pięćdziesiąt mililitrów sześciennych moich płuc. Tego lata nic nie smakowało lepiej od gorzkiego tytoniu w ustach. Nic poza jego ustami.
Poznałem go przypadkowo. Tak samo przypadkowo, jak wpada się na Ozziego Osbourne'a, który mówi "Hej, poznaję cię! To ty stałeś w piątym rzędzie i uśmiechałeś się, jakbyś był moim największym fanem!" - choć i tak gdybym miał wybierać, wolałbym spotkać jego zamiast wokalisty Black Sabbath. Choć wtedy jeszcze wierzyłem w przypadki, tak samo jak w przeznaczenie i kilka innych bzdur.
- Hej, uważaj jak idziesz - usłyszałem gdzieś nieco pod swoim uchem tuż po potrąceniu mojego ramienia, lecz nim się obróciłem, postać zniknęła już gdzieś w tłumie. Westchnąłem.
Co ja właściwie tu robiłem?
Matka postawiła sobie za życiowy cel przywrócić mnie do życia - socjalnego, rodzinnego czy jakiegokolwiek innego. W tymże celu pomyślała, że musi wysłać mnie do ciotki w Tokio, bo w dużym mieście na pewno kogoś poznam. Oczywiście początkowo taktyka "wyrzucimy cię z domu, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że nic z tobą nie robimy" działała wręcz przeciwnie od oficjalnego założenia - duże miasto przytłaczało mnie jeszcze bardziej. Do czasu, aż ciotka (zapewne za namową matki) nie sprowadziła swojej przyjaciółki z synem. Spojrzałem na zegarek na ręce. Była czternasta trzydzieści. Krewna mówiła, że mam wrócić przed trzecią, więc wypadało już się zbierać. Westchnąłem i wyciągnąłem ostatniego papierosa z paczki. Powoli kończyły mi się zapasy.
Kiedy wróciłem, ciotka obrzuciła mnie niezadowolonym spojrzeniem. Spóźniłem się. W małym mieszkanku na kanapie siedziała już kobieta z jakimś grubym, ściętym na pałkę szarym dzieckiem. To ze mną było coś nie tak? Wyglądał jak encyklopedyczny przypadek hikikomori.
- To mój siostrzeniec, Shinji - powiedziała ciotka, stawiając mnie przed tą dwójką. Właściwie, co mnie obchodziło, jak wyglądają? Miałem tylko przeżyć, wrócić do domu i zamknąć się z powrotem w swoich czterech ścianach.
- Och, tak mi miło! - rozanieliła się kobieta (tak a propos była równie gruba, jak dzieciak siedzący obok).
- Miło mi was poznać - powiedziałem i pchnięty sugestywnie przez ciotkę, ukłoniłem się, po czym usiadłem na pufie przy stoliku. Ciotka była pasjonatką europejskiego stylu, choć nigdy nie wiedziałem, co jest w nim porywającego. Jej ściany zdobiła tapeta w jednakowe wzorki - o ile się nie mylę, popularne były w baroku. Miejscami pozłacane, tak jak wszystkie meble. Bynajmniej nie było miejsca na minimalizm, co wcale mi się nie podobało. Tak, jak obfite beżowe fotele, poroże widniejące na jednej ze ścian i dywany ze sztucznej skóry w salonie. Całe szczęście, że spałem w pokoju wolnym od tego typu wątpliwych ozdób.
Kobiety gadały, a ja utkwiwszy wzrok w widoku błękitnego nieba za oknem, czułem na sobie wzrok tego młodego, choć kiedy spojrzałem w jego stronę, zdawał się patrzeć w jakiś obiekt za mną. Westchnąłem, starając się przy tym nie wyglądać na rozczarowanego.
- Hej, Shinji. Może pójdziecie z Takumim na spacer? Oprowadzi cię i pokaże miasto - wtrąciła się ciotka.
- Tak, to rewelacyjny pomysł! Idźcie, chłopcy - dołączyła się druga kobieta, popychając chłopaka, by wstał.
- N-no dobrze - zająkał się i poszedł do drzwi, a ja podążyłem za nim. Wyszliśmy z bloku. Odetchnąłem świeżym powietrzem. Pozwalałem zostawić między nami dwa kroki dystansu - choć nawet na tę odległość byłem w stanie wyczuć jego skrępowanie całą tą sytuacją.
- To... może chcesz iść do karaoke? - zapytał cicho, nawet się do mnie nie odwracając.
- Nie śpiewam - powiedziałem niemniej skrępowany.
- Aha... to... - zaczął Takumi, ale urwał, kiedy podniósł głowę.
- Cześć, Takumi! - usłyszałem czyiś głos i zobaczyłem, jak wita się z chłopakiem, a on momentalnie przestaje być tak spięty. Odwrócił się, a na jego twarzy dojrzałem nawet cień uśmiechu... błagalnego uśmiechu.
- To jest... - zaczął, wskazując na mnie.
- Shinji - przerwałem mu i skłoniłem się nieznacznie.
- Miło cię poznać, Shinji - odparł chłopak. Za nim stało jeszcze dwóch. Wyglądali zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nawet niepotrzebny jest ich opis, ponieważ nie ma słowa adekwatniejszego od "typowości". - Macie czas? Chcieliśmy iść do karaoke?
Wyraz twarzy wciąż zwróconego do mnie Takumiego stał się przepełniony niepokojem.
- Jasne, chodźmy - uśmiechnąłem się nieszczerze i podszedłem bliżej do nich.
Na twarzy Takumiego zarysowała się wdzięczność.
Rozmawiali, a ja się wyłączyłem. Kiedy już dotarliśmy do baru karaoke nawet poczęstowali mnie szlugiem, za co ładnie podziękowałem i oczywiście skorzystałem. Byłem grzeczny, taktowny, cichy, śmiałem się z tych żartów, z których wszyscy, choć wcale mnie tam z nimi nie było. Myślałem o powrocie - do domu, pod kołdrę, do pokoju wypełnionego mocnymi drganiami powietrza... muzyką.
- Hej, Shinji - usłyszałem głos obok siebie. Obróciłem się w tamtą stronę. To był przyjaciel Takumiego, z którym witałem się na ulicy.
- Tak?
- Pytałem, czy idziesz z nami na fajkę.
- Tak, jasne - odparłem, uśmiechając się. Wyszliśmy poza lokal. Powietrze było chłodne i orzeźwiające prawie tak, jak kawał dobrego rocka w wykonaniu KoRna. Prawie tak, jak dawka tytoniu.
Ludzie krążyli. Wchodzili do lokalu i wychodzili z niego, niektórzy szli ulicą w tylko sobie znanym kierunku. Wszystko było w normie. Wtedy zobaczyłem, jak z lokalu wyszli dwaj chłopacy, mniej więcej w moim wieku. Jeden z nich miał rude włosy i ubrany był na czarno, drugi - ten, który bardziej przykuł moją uwagę - należał do blondynów, a jego bluzka odkrywała chudy brzuch. Stanęli naprzeciwko nas - mnie i dwóch chłopaków, którzy rozmawiali w najlepsze, nie zwracając na mnie uwagi. Odszedłem kilka kroków do tyłu i próbowałem za wszelką cenę nie gapić się na blondyna ani nie sprawiać wrażenia obłąkanego. Najlepiej było w ogóle nie rzucać się w oczy. Śmiał się, rozmawiając z kolegą. Miał naprawdę ładny uśmiech. Pech chciał, że postępując drugi krok do tyłu, nadepnąłem na coś, co zapewne było leżącą butelką i runąłem jak długi na ziemię, powodując przy tym niemiłosierny hałas, ponieważ przewróciłem stojący obok kosz na śmieci, który wziął się nie wiadomo skąd. Śmiech ustał, a dwa skonsternowane spojrzenia spoczęły na mnie. Poczułem się, jakby gapili się na mnie wszyscy. Próbowałem sprawnie podnieść się do siadu, ale moja ręka poślizgnęła się na czymś i znów upadłem, tym razem demonstracyjnie uderzając potylicą w ścianę.
Przekląłem w myślach i ukradkiem zerknąłem na blondyna. Stał tyłem do mnie i odchodził. Westchnąłem. Nawet nie wiedziałem, kiedy znajomi Takumiego zwinęli się z powrotem do lokalu.
To zdecydowanie nie był mój szczęśliwy dzień.
Kiedy wypaliłem do końca papierosa, który cudem ostał się w moich ustach w trakcie spektakularnego upadku prosto w otchłań odpadków, wróciłem do lokalu i wszedłem do pokoju. Po otworzeniu drzwi, ujrzałem cztery skonsternowane spojrzenia, a wśród nich rudzielca, pięknyego blondyna, jakąś płaską dziewczynę w krótkich włosach i kogoś, kto ze swoim zgryzem i lekko rozdziawionymi ustami wyglądał, jak całkiem urodziwa wiewiórka. Stałem przez chwilę oniemiały, wpatrując się w towarzystwo.
- Znamy si...? - zaczęła dziewczyna wyjątkowo męskim głosem.
- Wejdziesz czy będziesz tak stał? - zapytał od niechcenia blondyn, a na jego twarzy wymalował się kapryśny grymas. Serce niemal podskoczyło mi do gardła.
- T-tak - odpowiedziałem idiotycznie. Bo co tak? Tak, wejdę czy tak, będę stał? Miałem ochotę wejść pod lodowaty prysznic lub zrobić cokolwiek, żeby przywrócić trzeźwość skołatanego umysłu, ale zamiast tego po prostu przestąpiłem próg pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Kiedy się obróciłem, blondyn siedział z nogą założoną na drugą, obok niego był rudzielec, a dalej kolejna ekstrawagancka para.
Usiadłem na skraju, obok blondyna.
- T-to... - próbowałem coś z siebie wydukać, ale oni wymieniali między sobą tylko znaczące spojrzenia, a blondyn sięgał szklankę z końca stołu i nieotwartą butelkę z napisem asahi. Podstawił ją mi pod nos.
- Obsłuż się - stwierdził, więc i tak zrobiłem.
Momentalnie obok mnie pojawił się ten przypominający wiewiórkę chłopak i z uśmiechem godnym Toshiyi z Dir en grey'a, ukłonił się, przedstawiając jako Hiroto.
- Jestem Shinji - oznajmiłem, skinąwszy głową w jego stronę. Od razu przychylniej spojrzał na mnie także ten, którego początkowo wziąłem za dziewczynę, przedstawiając jako Shou, a ten rudy, który (jak się później okazało) mimo czarnego makijażu przypominał Kubusia Puchatka zwał się Nao. Ostatni z nich czyli pociągający blondyn, którego wargę zdobił srebrny kolczyk, przedstawił się jako Saga, uśmiechając przy tym i w uroczy sposób marszcząc nos. Jako pierwszy, sprzętem do karaoke zajął się Hiroto, a moja szklanka była wtedy już w połowie opróżniona. Dowiedziałem się wtedy, że wszyscy z nich słuchają dobrego rocka, rozmawialiśmy o muzyce godzinami, aż w końcu stężenie alkoholu we krwi i namowy słodkiego blondyna sprawiły, że stanąłem przed sprzętem do karaoke z mikrofonem w ręce i miałem zmierzyć się z dzierżącym w dłoni drugi Hiroto, który czerwony jak burak i jeszcze bardziej pijany, spoglądał na mnie z zaciętością.
Rozbrzmiały pierwsze dźwięki Heaven Ayumi Hamasaki i zaczęliśmy wyć. Wygrał oczywiście on.
Kiedy usiadłem na kanapie, Saga odwrócił się do mnie i pogratulował uśmiechem, który zdawał się mówić, że teraz to ja jestem w centrum jego uwagi.
Ta sytuacja była tak irracjonalna, że wydawało mi się, iż zaraz obudzę się w białej pościeli za sprawą tego strasznego tykania jedynego "stylowego" elementu wystroju tymczasowo mojego pokoju - ogromnego zegara, zapewne tak archaicznego, że wydawał się żywcem wyjęty z jakiegoś kiczowatego horroru. Jednak nic takiego się nie działo. Blondyn wciąż częstował mnie swoim uśmiechem, reszta rozmawiała ze sobą. To było prawdziwe.
- Visual kei? - zapytałem łamaną zjaponizowaną angielszczyzną, powtarzając wcześniej przytoczony przez blondyna zwrot.
- Tak - odparł miękko, odgarniając kosmyk spadających mi na twarz włosów za ucho - co niemal skończyło się wyskoczeniem mojego serca prosto w jego dłonie.
- Nie, siedzę tylko w rocku i typowych ciężkich brzmieniach.
- Visual kei to coś trochę innego. Może ci się spodobać, posłuchaj... - zaczął. A ja słuchałem. Słuchałem uważnie, próbując zapamiętać dokładnie każde słowo, choć po kolejnym piwie skończyłem z głową na jego chudziutkich udach, przypatrując mu się z dołu. Jego ładnie zarysowanej szczęce, kolczykowi i wargom. Jego nosowi, mimice i ukrytym za niebieskimi soczewkami oczom zwróconym tylko na mnie. Nawet złapałem się na tym, iż kompletnie straciłem świadomość, co do mnie mówił. W mojej głowie utkwił tylko jego cudowny uśmiech i chłód letniej nocy.
Wróciłem do domu nad ranem, a w progu przywitała mnie rozedrgana ciotka. Chyba była zbyt zmartwiona, żeby się złościć. Przytuliła mnie mocno, rozpłakała się, a ja wybełkotałem "Chce mi się rzygać", czego chyba nie zrozumiała, ponieważ wciąż nie poluźniała objęcia. Złapałem się za usta, wyszarpałem i pobiegłem do łazienki.
Rzygając, myślałem tylko o czekającym na mnie łóżku, zawzięcie opadających powiekach i drapiącym gardle.
Umyłem zęby, rozebrałem się i poszedłem spać. Przez cały czas w moich nozdrzach istniały jeszcze resztki tytoniowego zapachu lata.
Zapowiada się ciekawie. Nie wiem dlaczego, ale czytając to miałam wrażenie, że akcja dzieje się w latach dziewięćdziesiątych.
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
UsuńMoże dlatego, że zarówno Tora, jak i Saga właśnie w latach dziewięćdziesiątych teoretycznie byli nastolatkami ^^ Saga jest teoretycznie z 1982, a Tora z 1980, choć zazwyczaj piszę o nich, jakby byli w jednakowym wieku.