sobota, 29 marca 2014

[One Shot] "A pociąg pędzi, pędzi, pędzi..." [OMC/OMC]

Tytuł: A pociąg pędzi, pędzi, pędzi...
Paring: OMC/OMC (nieokreślony)
Gatunek: ?
Raiting: G
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Początkowa koncepcja była zupełnie inna, wyszła bardzo miniaturowa miniaturka, z gatunku tych "pod wpływem chwili". Innymi słowy: to, co zwykle.
Jeśli macie jakieś interpretacje tego tekstu, piszcie je śmiało w komentarzach, jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

*
A pociąg pędzi, pędzi, pędzi... On własne tory ma. Choć każdy z pasażerów raz wychodzi, raz wchodzi i własną drogą gna.

To nie było tak, że lubił pociągi czy darzył szczególnym zainteresowaniem dworce kolejowe. Właściwie nigdy szczególnie go nie obchodził sposób łączenia wagonów, zespoły trakcyjne, wagony silnikowe ani lokomotywa, nawet nazwy pociągów, maksymalna osiągana przez nie prędkość, drużyny trakcyjne i konduktorskie, rodzaje pociągów czy ich historia. Wręcz przeciwnie - pociągi ze strony czysto technicznej wydawały mu się niewiarygodnie nudne. Nie widział też żadnego uroku w szarej pociągowej rzeczywistości - cuchnących toaletach, niedziałających głośnikach, niemożliwym do włączenia lub wyłączenia ogrzewaniu bądź klimatyzacji, dyskomforcie w postaci trzęsień, niewygodnych siedzeń i wielu innych (nie)dogodności, jakie oferowała krajowa kolej. Mimo tych wszystkich czynników, on naprawdę lubił podróżować pociągami. Właściwie... w tym wszystkim pociągała go cała droga. Droga do celu - była jak życie, można było ją porównać do każdego dzieła, nawet takiego spod ręki najznamienitszego artysty. Podróż wiązała się z milionem myśli, wyobrażeń, obrazów i dźwięków, choć je rejestrował rzadziej z powodu niemal zawsze obecnych w jego uszach malutkich głośniczków, którymi wlewała się do uszu nastrojowa muzyka. Czasem w pociągach czytał, ale w podróży najbardziej lubił ciągnące się niczym niekończąca droga myśli. Zawsze ich start był płynny, jednostajny, spokojny... później stawały się coraz bardziej zawiłe. Plątały się, błądziły, szeleściły, chrzęściły, jęczały, wiły się w ekstazie bądź bólu, a czasem w jednym i drugim... W końcu zrezygnowane opadały ze zmęczenia i zamieniały się w pusty szum. W tle pobrzmiewała ukochana muzyka. Ekspresja musiała ulec rozładowaniu. Wtedy zazwyczaj wychodził na korytarz, spoglądał na kogoś, kto aktualnie stał gdzieś w pobliżu i wpatrywał w kojący krajobraz za brudnym oknem.

Któregoś razu wyszedł. Po prostu wyszedł na korytarz, żeby przyjrzeć się granatowemu niebu za szarym od zaschniętego błota oknem. Wtedy po prostu spojrzał na człowieka, który stał obok i równie po prostu zaczął przyglądać się śladom na oknie. Były niczym abstrakcja - nagle widział w nich przeszłość, przyszłość i teraźniejszość zarazem. W trakcie tej swojej fascynującej kontemplacji, poczuł, jak jego ramiona owiewa chłód nocy. Jego ciało przeszył dreszcz i spojrzał w kierunku cienia, stojącego obok. Cień okazał się chłopakiem, nie za młodym, nie za starym. Takim w jego wieku. Cień palił. Jego łokcie wsparte były na otwartym na oścież oknie. Karmiący się tytoniową trucizną odwzajemnił spojrzenie. Patrzyli na siebie. Tak po prostu.

Kiedy wysiadał, szukał wzrokiem tytoniowego chłopaka, ale mimo że wysiadł jako jeden z nielicznych, nie zobaczył go. Zupełnie, jakby tamten rozpłynął się w powietrzu niczym tytoniowy dym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz