Tytuł: Koniec czy początek
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: brak
Rating: ?
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Dla odmiany pisane z punktu widzenia Sagi.
- Ostatecznie udało się to innym istotom - ludziom. - mówiła dobrze mi znana kobieta o monotonnym głosie, który dobiegał z ustawionego przede mną pudła. Wydobywały się z niego kolorowe obrazki równie kolorowych ludzi.
Co niby udało się ludziom? Dlaczego cokolwiek miałoby się im udać? To takie idiotyczne... W rzeczywistości to my poprzez nasz stopień pseudo-rozwoju jesteśmy najbardziej ograniczeni. Ograniczeni samymi sobą.
Trochę otępiały przełączam kanał na kolejny, w którym widać bzykające się lwy, w następnym jakaś gruba kobieta coś mówi, a pod nią widnieje szeroki napis "Pierwsze zauroczenia naszych pociech." Wzdycham z irytacją i wyłączam kolorowe pudło pilotem. W pokoju zapada ciemność, a cisza zagłuszana jest tylko nieregularnymi szumami pracującej lodówki oraz miarowym tykaniem zegara.
W mojej głowie rodzi się melodia. W tempie... około osiemdziesiąt - tak przynajmniej podpowiada mi wybijający sekundy zegar.
Nie mam zamiaru płakać. Koniec nie jest powodem do płaczu. Koniec jest początkiem, szansą na lepszy start, lepsze życie, lepszego mnie...
Stwierdzam gorzko, że ja już wcale nie będę lepszy, przechylam się, odrywając plecy od oparcia fotela i sięgam puszkę z piwem ze stolika naprzeciw. Wszystko robię prawie na oślep, widząc tylko kontury przedmiotów.
Nie będę płakał. To takie idiotyczne, takie dramatyczne...
Nie będę zaczynał życia od nowa ani siebie od nowa... nie potrzebuję reform. Reformy są potrzebne w chwilach kryzysu, a ja go nie przechodzę. To tylko chwilowe załamanie godne porzuconej nastolatki.
Wychylam całą zawartość puszki i krzywię się. Piwo jeszcze nigdy nie było takie gorzkie. I nigdy nie lubiłem pić go w ten sposób.
Nie ma sensu liczyć na magiczne powroty. Ani zespołu, ani jego. muszę wziąć to, co do mnie należy.
Poczuwszy intensywny głód nikotynowy, odstawiłem pustą puszkę i miękko skierowałem się do drzwi wyjściowych. Schodziłem ze schodów bez większego pośpiechu, ale wyjmując paczkę z papierosami i wsadzając jednego do ust.
Wyszedłem przez całkowicie przeszklone drzwi. Na zewnątrz padał rzęsisty deszcz, więc skryłem się pod dachem. Wyrzuciłem puste opakowanie po pianissimo peche do kosza na śmieci i wyjąłem z kieszeni zapalniczkę. Przyłożyłem ją do końca rulonika trzymanego w ustach i odpaliłem, ale przy wylocie nie pojawiła się nawet iskierka. Spróbowałem jeszcze raz... i kolejny...
W końcu przekląłem pod nosem, wyrzucając do śmieci papierosa i pustą zapalniczkę, po czym wyszedłem prosto na deszcz. Nie minęło wiele czasu, bym był przemoczony do suchej nitki. Całe szczęście, że telefon zostawiłem w domu, a portfel, który miałem w zwyczaju nosić - skórzany, choć i tak nie posiadałem gotówki. Za wszystko i tak płaciłem kartą.
Gdy wszedłem do sklepu spożywczego, moje włosy posklejane były w mokre strąki, z których strużkami ściekała woda. Zresztą tak samo, jak z całego mojego odzienia.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
Już przestajesz dbać o wizerunek? Staczasz się szybciej niż Cobain.
Podszedłem do kasy, zza której zerkała na mnie skonsternowana stosunkowo młoda dziewczyna. Nie była brzydka.
- Witam panienkę, podaj mi pianissimo peche i zapalniczkę - powiedziałem niczym wyjęty prosto z niskobudżetowej dramy.
Jednak są rzeczy, które już chyba nigdy się nie zmienią...
Dziewczyna trochę nerwowo odwróciła się w kierunku półki z papierosami i zaczęła je oglądać. W końcu przyszła do niej jakaś starsza koleżanka i zapytawszy cicho czego szuka, chwyciła dobrze mi znane różowe opakowanie.
- Bardzo pana przepraszam za zwłokę - powiedziała, zerkając na mnie ukradkiem kłaniając się. Młodsza kasowała mój zakup, a ja wyciągnąłem kartę. Z rozbawieniem uświadomiłem sobie, że w tym czasie moje dłonie zdążyły już wyschnąć.
- Zbliżeniowa? - zapytała, spoglądając na mnie nieśmiało.
- Tak - odparłem.
Podała mi czytnik, więc przysunąłem do niego kartę.
- Transakcja zakończona powodzeniem, dziękujemy za zakup i zapraszamy ponownie - wypowiedziała oklepaną formułkę i przesunęła w moją stronę papierosy, zapalniczkę oraz paragon.
Wyszedłem ze sklepu i poszedłem do mieszkania. Jakoś nie lubiłem palić przy sklepie, a deszcz wciąż dawał o sobie znać. Schowałem swój dobytek tak, by za bardzo nie zmókł i ruszyłem przed siebie. Niedługo później stanąłem przy śmietniku obok swojego domu. Wydobyłem z kieszeni paczkę pianissimo, zapalniczkę i o dziwo suchy paragon. Już miałem go wyrzucać, gdy zorientowałem się, że jest za nim jeszcze jedna karteczka. Wyjąłem ją i ujrzałem numer. Uśmiechnąłem się pod nosem.
Koniec czy początek?
Schowałem papierek do kieszeni, paragon wyrzuciłem i z odpowiednim namaszczeniem, choć już kierowany dość silną potrzebą tytoniowego doładowania organizmu, rozpakowałem paczkę papierosów z folii. Następnie wyjąłem jednego, wsadziłem do ust i wreszcie zapaliłem. Pierwsze uzupełnienie płuc tytoniem i wydmuchanie z ust białej pary przyniosło jako taką ulgę. Każde kolejne było już tylko rutynowe.
A gdyby to spisać? - pomyślałem i próbowałem odtworzyć w pamięci melodię na osiemdziesiąt, jednak nie mogłem jej sobie przypomnieć.
Zgasiłem i wyrzuciłem peta do kosza. Pozwoliłem sobie na krótkie, niekontrolowane westchnienie.
Czy jeśli zrezygnuję ze swojej pozy przez koniec kariery... co wtedy stanie się ze mną?
Na moje wszystkie egzystencjalne pytania postanowił odpowiedzieć los o czarnych włosach i już odrobinę przeżartym papierosami głosie. Miał na imię Shinji, pojawił się za moimi plecami zupełnie nagle i zasłonił mi oczy, kiedy skierowałem się do przeszklonych drzwi. Pochylił się nad moim uchem i zaczął mówić:
- Prze...
- Przestań pieprzyć, idziemy do góry.
- Jeszcze trzeba przynieść dwuosobową kanapę ze śmietnika, a wywalić ten okropny fotel niczym po twojej babci - stwierdził, chwytając mnie za rękę i prowadząc do góry z uśmiechem sześciolatka, który dostał wymarzoną zabawkę.
- Albo lepiej zatroszczyć się o twoje zdesperowane ego - rzuciłem, uśmiechając się. Nawet nie zamykaliśmy drzwi na klucz, po prostu przyparł mnie do ściany i zaczął całować bez opamiętania.
Przed wejściem do budynku deszcz rzęsistymi kroplami pochłonął zapomnianą karteczkę z numerem.
Ostatnimi czasy mam szczęście trafiać na bardzo utalentowane osoby. Gratuluję bloga, nie dość, że świetnie wygląda, to wnętrze też zachwyca, naprawde ładne opowiadania, oby tak dalej! ;)
OdpowiedzUsuńDziękuję, bardzo mi miło :)
UsuńPrzeczytałam, ale jak wiesz jestem teraz w takim, a nie innym stanie (z wiadomych powodów) i niestety nie mam jak sensownie odnieść się do treści. Kolokwialnie mówiąc: jestem odłączona od wszelkich górnolotnych przemyśleń. xD Mam nadzieję, że znajdziesz czas, abyśmy porozmawiały o tym one-shocie. :3
OdpowiedzUsuń